ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XXXVI dzień - Taba - [autobus] - Kair



DST 13,3 km - AVS 16,4 km/h - MAX 31,9 km/h - ALT 46 m

Kolejna z rzędu fatalna noc, niemal nie zmrużyłem oka, w takich temperaturach nie da się spać, szczególnie w moim 4-sezonowym namiocie, z dość grubym namiotem wewnętrznym. Jako, że byłem już mocno zmęczony całą wyprawą, ponad miesiącem naprawdę ciężkiej trasy, cel (Jerozolimę) i tak osiągnąłem - postanowiłem zrezygnować z ostatniego odcinka do Kairu, wymagającego trzech dni jazdy po czystej pustyni. Pustyń na tym wyjeździe "nazwiedzałem" się juz wystarczająco, więc wiele w sumie nie traciłem, szkoda mi było jedynie piramid - ale na tym etapie wyprawy - miałem juz dość. Z Taby kursują autobusy do Kairu, a koledze w Warszawie udało się załatwić zmianę terminu samolotu (dzięki Marcin!). Podróż do Kairu monotonna, jedynie pierwszy górski odcinek trasy był ciekawy, reszta to sam piach, pustynie dużo brzydsze od tych przejechanych w Izraelu. W autobusie oglądałem jakiś arabski film sensacyjny, w którym to dzielny Arab polował na wrednego agenta Mossadu, którego żona - Arabka dopiero po czasie dowiedziała się o jego podwójnej roli, oczywiście z czasem zakochując się w dzielnym Arabie :)) Ale to tylko pobożne życzenia bo rzeczywistość konfliktow z Izraelem jest dla Arabów zupełnie inna, regularnie dostawali i dostają baty, pod koniec wojny Jom Kippur Żydzi sforsowali już Kanał Sueski i stali 40km od Damaszku (do dziś na Synaju nie brakuje min, na granicy mnie ostrzegali, że nie wolno zjeżdżać z szosy). Samego kanału nie zobaczyłem - bowiem droga prowadzi tunelem pod nim. Końcówka trasy pod Kairem to już wielki korek. Po drodze mijaliśmy dobrych parę kontroli drogowych - Egipt to bez wątpienia państwo policyjne, służby mundurowe są tu wszędzie. Gdy wysiadłem z autokaru na przedmieściach Kairu - chwilę zastanawiałem się czy nie próbować pojechać pod te piramidy (ze 30km w jedną stronę), czasowo bym się wyrobił, ale zniechęcił mnie ten przerażający wręcz ruch. Mimo jazdy ulicą z 4 (sic!) pasami w jednym kierunku - szpilki się wetknąć nie dało, wszystko stało, w każde wolne miejsce natychmiast wpychały się samochody. Uznałem więc że tłuczenie się w takich warunkach 60km po jednej z największych metropolii świata nie ma sensu - i pojechałem na lotnisko. Tam długo się naczekałem na samolot (startował ok. 3 w nocy). Kontrole bagażowo-paszportowe ciągnęły się nieprawdopodobnie, paszport sprawdzało mi na kilku różnych bramkach parę osób, mundurowych na tym lotnisku było od groma, pod koniec miałem już tego serdercznie dosyć. Przez tą niesłychaną upierdliwość egipskich urzędników samolot odleciał z ponad godzinnym opóźnieniem, przez co nie wyrobiłem się na kolejny samolot w Pradze i musiałem czekać parę h na kolejny lot do Warszawy, ledwo utrzymując przytomność po trzeciej z rzędu zarwanej nocy. Na szczęście nie było żadnych niespodzianek z bagażem (mimo że rower leciał symbolicznie zapakowany, tylko w dziurawej folii) i po skręceniu sprzętu ruszyłem z Okęcia do domu, z prawdziwą ulgą patrząc na termometr ledwo przekraczający 10'C :)))

Podsumowanie

Była to jak dotąd moja najdłuższa wyprawa - przejechałem w sumie 5126,2 km, największą prędkość wyjazdu 72,2 km/h osiągnąłem na zjeździe do Kozan, najdłuższy był pierwszy dzień wyprawy - 228,7km, a najbardziej górzysty (dość nieoczekiwanie) okazał się dzień na Krymie - aż 2953m podjazdów. Mimo wielu zawirowań wyprawa zakończyła się sukcesem - udało mi się dojechać Jerozolimy na rowerze oraz zwiedzić dość dokładnie Ziemię Świętą. W porównaniu do planów - było wiele zmian, przede wszystkim wymuszonych przez brak promu do Trabzonu oraz warunki pogodowe i zmęczenie na końcu trasy.
Wyprawa zupełnie inna od moich wszystkich wcześniejszych, pierwsza pozaeuropejska, co oczywiście wiązało się z podróżowaniem przez kraje islamskie o kulturze zupełnie innej od naszej. Było to z pewnością ciekawe doświadczenie, miało to swoje niewątpliwe plusy (wielka gościnność, chęć pomocy, życzliwość) miało i minusy (duża napastliwość, duże zaśmiecenie). Pod koniec trasy byłem już znużony "Azją" i z dużą chęcią wjechałem do "europejskiego" Izraela. Ten jest z kolei bardzo bogaty, ale ludzie (jak to bogaci) na rowerowych podróżników patrzą raczej przez pryzmat ich portfela. Przejechałem również szmat trasy po Ukrainie, która nie pierwszy raz mnie rozczarowała - poza odcinkiem krymskim (i to na samym południu Krymu, już w górach) oraz kilkoma kresowymi zabytkami ten kraj wygląda źle, również źle się po nim podróżuje (kiepskie drogi, duży ruch na południu). Czarnomorski rejon Rosi jest sporo zamożniejszy od Ukrainy, ale dla mnie był tylko dojazdem do Soczi, z perspektywy głównej drogi i potężnych wiatrów - było bardzo ciężko; ogromna niesolidność (prom do Trabzonu - po prostu kpina z klientów, kiepska obsługa na lotnisku) oraz wszechobecność służb mundurowych - bardzo mnie do tego kraju zniechęciły.
Wyprawa na Bliski Wschód to także zupełnie nowe doświadczenia z granicami. Dla osoby podróżującej dotąd po Europie - niemal szok; każdy nowy kraj to nowe formalności, wizy, opłaty wjazdowe i wyjazdowe (kosztujące kupę pieniędzy), strata masy czasu i nerwów; bardzo to utrudnia sprawne podróżowanie. Z kolei pod względem bezpieczeństwa kraje islamskie czy Izrael prezentują się dużo lepiej niż to obiegowa opinia w Polsce głosi; ani razu nie miałem jakiejś groźniejszej sytuacji, mimo tego że niemal wszystkie noclegi spędziłem na dziko
Sprzętowo wyjazd średnio udany; miałem duże problemy z dętkami - ale niestety trzeba przyznać, że były to problemy na własne życzenie. Niepotrzebnie zabrałem dętki ExtraLite, które są zdecydowanie mniej odporne od tradycyjnych (nawet z dobrymi oponami), łatwo łapią jakieś mikroskopijne dziurki, których nie daje się wykryć, z których powietrze schodzi tak wolno, że czasem da się jechać codziennie rano dopompowując koło (tak przejechałem ponad pół wyprawy). Typowe przebicia miałem dwa - ale co najmniej 6-7 kolejnych spowodowanych było przez te fatalne dętki; z pewnością był to ostatni wyjazd na których je stosowałem; to dobre rozwiązanie na wyścigi, nie wyprawy. Opony Marthon Supreme sprawdziły się dobrze, trzymały się mimo rozcięcia opony od przesuniętego klocka hamulcowego - przejechałem w ten sposób 3tys km.