ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XXXI dzień - Tamra - Akka - Hajfa - Yokne'am Ilit - Zhiron Jakow - Hadera



DST 139 km - AVS 21,2 km/h - MAX 51,9 km/h - ALT 635 m


Początek dnia to szybki dojazd do Akki, tuż po świcie jedzie się bardzo przyjemne, powietrze jeszcze rześkie, na drogach ruch niewielki. Ok 20km płaskiej trasy do Akki schodzi więc szybciutko. Samo miasto robi duże wrażenie, bo zachowało się tu wiele budowli pamiętających czasy średniowiecza. Z legendarnej ostatniej twierdzy krzyżowców zachowały się potężne baszty, mury obronne malowniczo schodzące do samego morza. Zrobiłem sobie tutaj długi postój nad wodą, próbując wyobrazić sobie jak wyglądała twierdza za czasów swojej świetności, jak coraz mniejsze garstki krzyzowców broniły się tu przed zalewającymi ich muzułmańskimi hordami. Ciekawostką jest fakt pośrednio związany z historią Polski - bowiem w tym właśnie miejscu, podczas oblężenia Akki w 1191 roku powstał Zakon Najświętszej Marii Panny, który tyle nabruździł w naszych dziejach. Po postoju pojeździłem sobie po starówce, liczne, bardzo wąskie kamienne uliczki mają swój niekłamany klimat, teraz już tak jak w średniowieczu nigdzie się nie buduje. Szkoda tylko że starówka jest dość brudna i zapuszczona, w Akkce zdecydowaną większość stanowią Arabowie.
Z miasta wyjeżdżam główną drogą na Hajfę, na horyzoncie pojawia się charakterystyczny masyw góry Karmel, do centrum miasta nie wjeżdżałem, skręciłem nieco na wschód na drogę nr70. Droga raczej płaska, ale zaczął się dawać we znaki wiatr i upał. Droga mijała słynne ruiny Tel Meggido, czyli miejsca gdzie wg Apokalipsy ma się rozegrać Armageddon i gdzie zło zostanie ostatecznie zniszczone. Grzało tak, że na postoju w lasku spędziłem dobrą godzinę, następnie walcząc z wiatrem ruszyłem znów w stronę morza. Po zaliczeniu górki na ok. 250m jazda zrobiła się wyraźnie przyjemniejsza i odcinek do Zhiron Jakow - jednego z najstarszych kibuców w Izraelu. Założony został jeszcze w XIX wieku dzięki ofiarności słynnego bankiera, zapalonego syjonisty - barona Rotszylda, który położył wielkie zasługi w rozwoju żydowskiego osadnictwa, wspierając jego początki wielkimi zasiłkami finansowymi (po utworzeniu państwa Izrael sprowadzono z Paryża jego ciało, by je pochować właśnie w Zhiron Jakow).
Końcówka dnia to jazda przez typowo rolnicze tereny, powoli zbliżam się do wielkiej aglomeracji Tel Awiwu, nawet przed Haderą musiałem kawałek zawrócić - bo zaczęła się gęsta zabudowa miejska i nie było gdzie rozstawić obozowiska. Ale dzięki temu udało mi się znaleźć doskonałe miejsce - w gęstym pomarańczowym gaju, zupełnie niewidocznym z drogi.

XXXII dzień - Hadera - Petah Tikwa - Ramla - Esthaol - Jerozolima



DST 100,3 km - AVS 17 km/h - MAX 55,8 km/h - ALT 1667 m


Dziś czeka mnie kulminacja wyprawy, czyli długo wyczekiwany wjazd do Świętego Miasta trzech wielkich religii - Jerozolimy. Początek to niemal 40km jazdy przez tereny typowo miejskie, całe szczęście że miałem dokładną mapę GPS, bo jazda była niełatwa nawigacyjnie - rozmaitych dróg są tu wręcz setki, a drogowskazy na Jerozolimę prowadzą na główną autostradę. Szybko orientuję się, że dzisiaj jest jakieś ważne żydowskie święto - wszystkie sklepy są zamknięte, ruch na drogach symboliczny, za to spotykam dziesiątki rowerzystów na szosówkach, widać że kolarstwo tutaj to całkiem popularny sport. Miasta sensownie zaprojektowane, w Petah Tikwa bardzo dużo zieleni, w tym klimacie utrzymanie tego kosztuje masę pracy. Za Ramlą wreszcie kończy się ogromna aglomeracja Tel-Awiwu, zaczynają się też pierwsze podjazdy. Choć Jerozolima jest położona na 750-800m nie spodziewałem się tu wielkich podjazdów - no i wkrótce nieźle się zdziwiłem. Dopóki jechałem drogą 44 pagórki były jeszcze umiarkowane, ale od razu po skręcie na boczniejszą 395 zacząła się piekielna ściana - jakieś 150m podjazdu, z nachyleniem wyraźnie powyżej 10%, z maksami 15-16%, z pełnym bagażem wymagało to ogromnego wysiłku; na szczycie musiałem stanąć na kilkanaście minut by trochę odsapnąć. Tereny niebrzydkie - sosnowe lasy na ostrych wzgórzach, jest trochę skałek i kanionów, wielu Żydów przyjechało tu na pikniki, przy drodze nie brakuje miejsc w tym celu przygotowanych. Dalsza droga do Jerozolimy dała mi zdrowo popalić - w skrócie były to non-stop góry, z bardzo ostrymi podjazdami, nieraz po odkrytym terenie w palącym słońcu. Poniekąd miało to swój urok - by dojechać do tej Jerozolimy trzeba było włożyć naprawdę dużo wysiłku - trudna kulminacja trudnej wyprawy! Z prawdziwym wzruszeniem fotografowałem się pod tabliczką z nazwą miasta :)
Miałem dużo szczęścia z tym świętem - bo tak wielkie miasto jak Jerozolima było niemal jak wymarłe, ruch samochodów minimalny. Dzielnica rządowa Givat Ram (od strony której wjechałem do miasta) bardzo elegancka i czyściutka, widać że wybuduwano ją stosunkowo niedawno, planując od razu większy obszar, nie wtykając pojedyncze budynki do juz istniejącej zabudowy. Pojeździłem trochę po mieście kierując się na Stare Miasto, mijając po drodze wielu odświętnie ubranych Żydow śpieszących do synagog, duże wrażenie zrobili na mnie chasydzi w długich czarnych chałatach i wielkich futrzanych czapach (zwanych sztrajmłami); przy upale 38'C - to było coś! Stare Miasto robi duże wrażenie - wspaniałymi murami obronnymi jest wyraźnie wydzielone z reszty miasta. Ale przy bramie Jaffy były takie tłumy, że dałem sobie spokój ze zwiedzaniem, pchanie się z obładowanym rowerem w schody i wąziutkie zatłoczone uliczki nie miało sensu - postanowiłem najpierw załatwić nocleg. Wybrałem położony stosunkowo blisko centrum hostel "Jeruzalem" - niestety z powodu święta był czynny dopiero od 18. Pojechałem więc do dzielnicy arabskiej by tam zrobić zakupy (w żydowskiej części miasta wszystko było zamknięte na głucho) - wyraźnie brzydsza, brudniejsza, akurat dzieciaki wychodziły ze szkoły, więc miałem prawdziwy festiwal "inteligentnych" zaczepek. Po zakupach wróciłem do centrum i zatrzymałem się na kilkugodzinny odpoczynek w jednym z licznych pięknych parków, na pikniki przychodziło tu też wiele całych rodzin żydowskich.
Wieczorem załatwiłem nocleg w hostelu (cena taka, że lepiej nie pisać :)) - i na piechotę udałem się na zwiedzanie Starego Miasta. Wrażenia niezapomniane - pięknie podświetlone mury, wąziutkie uliczki, chwilami wręcz niemal tunele (tak gęsta jest tu zabudowa), wyślizgany przez setki lat kamienny bruk; taki klimat ciężko opisać, to trzeba po prostu zobaczyć. Byłem oczywiście pod Ścianą Płaczą, gdzie świętowali Żydzi obnosząc zwoje Tory (jak sprawdziłem - owego dnia był najbardziej uroczysty ósmy dzień święta Sukkot (Święto Szałasów) zwany Simchat Torah). Bazylika Grobu Pańskiego była już o tej godzinie zamknięta (nie tak prosto było tam trafić w labiryncie małych uliczek), ale zrobiłem sobie spacer Via Dolorosa, o tej godzinie nie było już handlarzy (Droga Krzyżowa zaczyna się w muzułmańskiej dzielnicy Starego Miasta), tak psujących wrażenia, lepiej dało się wczuć w klimat tego niesamowitego miejsca. A samo Stare Miasto jest jakby taką kulturową wizytówką Jerozolimy - na tak niewielkim obszarze sa zgromadzone są najświętsze miejsca judaizmu, chrześcijaństwa i islamu (wg muzułmanów stąd wstąpił do nieba Mahomet, choć mocno to naciągane, bo Koran nie wymienia konkretnego miejsca), żyją tu przedstawiciele wszystkich tych religii. Co ciekawe - istotniejszym kryterium od narodowościowego jest tu kryterium religijne, np. mieszka tu wielu Arabów-chrześcijan, jeden nawet pomagał mi i turyście z Argentyny odnaleźć jedną ze stacji Drogi Krzyzowej.
Wracając do hotelu obserwowałem liczne zabawy, niemal wymarłe miasto w dzień - teraz wręcz kipiało życiem, wszystkie knajpki były otwarte i pełne klientów, zabawy trwały na całego. Koło hotelu odbywał się koncert niesamowitego zespołu rabinów, mieli dobre 60 lat na karku, typowe żydowskie stroje, długie brody - ale grali na elektronicznych gitarach bardzo żywą muzykę, do tego skakali i tańczyli wraz z liczną publicznością po scenie jak 20-latki :)). Posłuchałem tego koncertu z przyjemnością, grali charakterystyczne żywe melodie typowo żydowskie, nie jakieś rapy i inne śmiecie typu "Made in MTV".

XXXIII dzień - Jerozolima



DST 23,8 km - AVS 15 km/h - MAX 43,8 km/h - ALT 452 m

Z samego rana udaję się ponownie na Stare Miasto by obejrzeć i pomodlić się w najświętszym miejscu chrześcijaństwa - Bazylice Grobu Pańskiego. Sam Grób Chrystusa jest jakby mniejszym kościółkiem wewnątrz Bazyliki. W obrębie kościoła jest też wzgórze Golgoty, na którym Pan Jezus został ukrzyżowany, w polskiej tradycji jakoś bardziej przyjęła się wersja wysokiego wzgórza, tymczasem to skalne wzniesienie wysokości 5-7m, obecnie zobaczyć można tylko jego szczyt na którym znajduje się krzyż upamiętniający śmierć Chrystusa.
Po powrocie jem śniadanie i na rowerze jadę do instytutu Yad Vashem położonego na zachodnich peryferiach miasta, tuż koło drogi, którą wczoraj wjeżdżałem do Jerozolimy. Miejsce oczywiście siłą rzeczy bardzo ponure i przygnębiające, ale z pewnością warte odwiedzenia. Główna wystawa jest zorganizowana bardzo profesjonalnie, obrazuje całą historię Holocaustu od okresu pierwszych prześladowań Żydów, początków nazizmu, aż do wyzwolenia obozów koncentracyjnych i osądzenia niemieckich zbrodniarzy. Nie jest to typowe muzeum, szeroko wykorzystuje techniki multimedialne - np. jest wiele miejsc, gdzie można obejrzeć nagrane wspomnienia więźniów, czy historyków; czy też dokumenty jak np. fragmenty słynnego procesu Eichmanna, jednego z głównych odpowiedzialnych za Zagładę, porwanego przez Mossad w Argentynie i po procesie powieszonego. Poza głównym muzeum jest tu też kilka mniejszych sal poświęconych m.in. obozowej twórczości artystycznej, jest Sala Pamięci, gdzie wyryto nazwy wszystkich 21 niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, gdzie płonie wieczny ogień. Największe wrażenie wywarła na mnie sala poświęcona dziecięcym ofiarom Holocaustu - jest to całkiem ciemna sala przez którą przechodzi się trzymając barierki, widać jedynie liczne płonące świece; a głos lektora wyczytuje nazwiska, wiek i kraj pochodzenia bestialsko pomordowanych przez Niemców dzieci. Nieco bardziej optymistycznym przeżyciem jest spacer po Ogrodzie Sprawiedliwych, gdzie swoje drzewa sadzą ci, którzy ryzykując głową swoją i swojej rodziny decydowali się w czasie wojny pomagać Żydom; jak wiadomo najwięcej Sprawiedliwych było z Polski. Po wizycie w takim miejscu dopiero można docenić w jak szczęśliwych czasach żyjemy, aż ciężko uwierzyć jak ludzie mogli innym ludziom zgotować taki los, mordować ich z całą niemiecką precyzją i planem, wykorzystując do tego cały aparat państwowy - tylko dlatego, że byli innej narodowości.
Po południu pojechałem jeszcze do Wieczernika i Grobu Króla Dawida - oba miejsca raczej mocno naciągane (i przez chrześcijan i Żydów) - bo faktycznie pochodzą z okresu znacznie starszego niż czasy Chrystusa czy tym bardziej Dawida. Następnie pojechałem na Górę Oliwną, po drodze mija się dolinę Jozofata, gdzie ma się odbyć Sąd Ostateczny, z tego własnie powodu w tym rejonie mieszczą się liczne cmentarze żydowskie - tak by zmarli mieli na ów sąd nieco bliżej :). Na Górę Oliwną podjechałem od czoła, bez żadnych serpentyn, był to bez wątpienia najcięższy podjazd na wyprawie, ze 100m grubo powyżej 10%, połowa ponad 15%, a końcowa ścianka 22%! (z bagażem pewnie juz bym rady nie dał). Ze szczytu wspaniały widok na Stare Miasto, charakterystyczne meczety Kopuły Skały i Al-Aksa widać jak na dłoni, w promieniach zachodzącego słońca prezentują się wspaniale, Chwilę podumałem w ogrodach oliwnych pamiętających czasy Chrystusa (oliwki, które tu rosną mają ponad 2000lat!) po czym przez dzielnicę muzułmańską wróciłem do hotelu.

XXXIV dzień - Jerozolima - Jerycho - Morze Martwe (-418m) - Ein Gedi - Ein Bokek - Hatsewa - Pustynia Negew



DST 175,1 km - AVS 23,5 km/h - MAX 71,1 km/h - ALT 1138 m


Jerozolimę opuszczam o świcie, z drogi dojazdowej na "jedynkę" doskonale widać Stare Miasto, miasto żegnam widokiem złotej Kopuły Skały błyszczącej w promieniach wschodzącego słońca. Pierwsze kilometry jeszcze trochę pagórkowate, ale rychło zaczyna się wspaniały zjazd - z położonej na 800m Jerozolimy, nad Morze Martwe aż na -400m. Już kawałek za miastem zupełnie zmienia się krajobraz - zaczynają się tereny typowo pustynne. Droga teoretycznie prowadzi przez tereny Autonomii Palestyńskiej, ale faktycznie droga jest eksterytorialna i nie ma na niej żadnych kontroli co bardzo ułatwia podróżowanie. Autonomia de facto funkcjonuje w ten sposób, że kontrole są przy wjeździe do każdego miasta. Dlatego terenów Autonomii unikałem całkowicie, nie chodziło tu o problemy z bezpieczeństwem (bardzo u nas rozdmuchane, faktycznie jest tu całkiem bezpiecznie) - ale niesłychaną upierdliwość przejść granicznych, bo jak wiadomo Żydzi za mieszkańcami Autonomii nie przepadają (i vice versa), miasta palestyńskie są często odgrodzone ogromnymi murami. Zjazd idzie błyskawicznie, nad Morzem Martwym mam średnią ponad 30km/h :)). Ale nie tylko prędkość przekroczyła 30 - bo i temperatura również, mimo bardzo wczesnych godzin porannnych; zapowiada się więc potężny upał.
Droga 90 robi duże wrażenie, wiele kilometrów prowadzi między taflą Morza Martwego, a wysokimi na 400-500m piaskowego koloru górami (też sporo skał) na zachodzie, wygląda to wspaniale. Im dalej jadę - tym mniej osad, w tym rejonie pustynia wygrywa nawet z tak pracowitymi rolnikami jak Żydzi, wielkie marzenie jednego z twórców Izraela Dawida Ben Guriona by z pustyń na południu Izraela uczynić żyzną krainę ciągle pozostaje w strefie marzeń, to jeszcze nie ten poziom zaawansowania technicznego. Niemniej nawet tutaj jest kilka małych kibuców, są nawet większe oazy jak Ein Gedi w którym zatrzymuję się na postój. Ceny są tu masakryczne, za 1,5l butelkę wody płaciłem 10 szekli (z 9zł). Droga generalnie jest płaska, choć było kilka malowniczych podjazdów, na których droga wrzynała się ostro w góry, na jednym ze zjazdów nawet przekroczyłem 70km/h. Jest to rejon graniczny Izraela, więc jest tu trochę wojska, na jednym z mijanych punktów widziałem dziewczynę na oko 155-160cm z ogromnym karabinem do ziemi, nie spodziewałem się że nawet tutaj kobiety służą w oddziałach bojowych. Ok. 11 zaczyna się już niesamowity skwar, temperatura parę godzin trzyma się na poziomie 44-45'C, w tych warunkach jedzie się bardzo ciężko, trzeba częściej stawać, dużo pić. Ale nawet postoje w cieniu wielkiej ulgi nie dają - bo i w cieniu temperatura dochodzi do 40'C. Przed kurortem Ein Bokek droga schodzi nad samą taflę morza, które w tym rejonie ma piękny lazurowy kolor. Samo Ein Bokek to jakby miejsce przeniesione tutaj z innego świata - idealnie zielona trawa, wysokie hotele, plaże itd. Długo posiedziałem tu w najniżej położonym na świecie McDonaldzie, wyjście z klimatyzowanej restauracji na ten piekielny upał wymagało dużej odwagi :))
Za Ein Bokek zaczynają się brzydkie przemysłowe tereny (przez jakieś 10km ciągnie się m.in. wiele zakładów odsalających wodę), a od skrzyżowania z drogą 25 (do Beer Shevy) zrobił się też dużo większy ruch (był to szabas, więc wielu ludzi wracało z wypoczynku nad morzem). Droga stopniowo zaczęła się wznosić, choć nocuję jeszcze na depresji. Namiot rozstawiłem na czystej pustyni, trochę mnie zaskoczył bardzo twardy ubity piach - widać, że (paradoksalnie) na tych terenach rzeczywiście częste są podtopienia drogi (co chwilę są znaki drogowe przed tym ostrzegające) - piach jest tak ubity, że woda w ogóle w niego nie wsiąka i z jednego mocnego deszczu powstają rzeki wody.

XXXV dzień - Pustynia Negew - Yotvata - Yahel - Eilat - [ET] - Taba



DST 154,9 km - AVS 20,8 km/h - MAX 36,3 km/h - ALT 687 m


Noc bardzo ciężka - prawie nic nie spałem, temperatura nie spadła poniżej 30'C, nie wiem skąd się biorą teorie o wielkich amplitudach temperatur na pustyniach między dniem a nocą; może to się sprawdza na pustyniach typowo kontynentalnych (jak Sahara) - tutaj nic takiego nie ma miejsca. Mimo startu o świcie już jest 30'C, w dzień jeszcze da się to wytrzymać, ale taki upał w nocy jest zabójczy, a ze względu na robactwo (ryzyko skorpionów czy węży, które widziałem przejechane na drodze) trzeba szczelnie zamykać namiot - bardzo ciężko jest usnąć.
Pierwsze kilometry idą sprawnie, upał rzędu 30-34'C to już dla mnie jak chłodek, droga stopniowo się wznosi, tereny niemal całkowicie pustynne, co jakies 20-30km spotyka się malutkie osady, w których na stacjach benzynowych można nabrać wodę czy kupić słodkie picie. Droga juz nie jest tak widowiskowa jak wczoraj, nie ma wspaniego masywu na zachodzie, powoli daje się we znaki monotonia pustyni. Droga prowadzi niemal na samej granicy z Jordanią, co chwilę są informacje, że nie wolno z niej zbaczać, czy jakieś ostrzeżenia o terenach wojskowych (podobno na Pustyni Negew znajduje się izraelski kompleks z bronią nuklearną). Pierwszy postój robię w Yotvacie, już smaży powyżej 40'C - ale nie było wyjścia trzeba było jechać, liczyłem że nad Morzem Czerwonym będzie trochę chłodniej (Morze Martwe to faktycznie jezioro i za mała masa wody by znacząco wpłynąć na klimat). Stawałem jeszcze z 2-3 razy, w takich warunkach ciężko pociągnąć na raz więcej niż 20-30km, słońce pali do żywego, zaczyna boleć głowa, im dłużej jesteśmy na słońcu rośnie ryzyko udaru - dlatego nie ma co przesadzać. Po ponad 130km z ogromną ulgą (i przeciwnym wiatrem) docieram do Eliatu, rzeczywiście minimalnie chłodniej tu jest - ale tylko minimalnie (ciągle powyżej 40'C). Samo miasto to typowy kurort, tak naprawdę poza plażami nie ma tu nic godnego uwagi. Ale tu właśnie jest chyba jedyne przejście graniczne z Egiptem dostępne dla turystów.
Po wizycie w centrum handlowym ruszyłem w stronę Egiptu, granica jest jakieś 10km za miastem. Przy wyjeździe z Izraela trzeba zapłacić niemal 100zł opłaty wyjazdowej, ale dużo lepiej załatwili mnie Egipcjanie. Okazało się bowiem, że wizy do Kairu nie można tu kupić w normalnej cenie (da się to załatwić tylko w konsulacie w Eilacie) - i musiałem zabulić aż 70USD za pośrednictwo wizowe (na sam Synaj wizy nie potrzeba, ale ja miałem samolot z Kairu). Oprócz tego po przejechaniu właściwej granicy jest budka w której trzeba zapłacić za wjazd na Synaj (koło 10USD) - tak więc wypompowali mnie niewąsko - tak właśnie wygladają realia granic na Bliskim Wschodzie. A ruch tutaj był spory, widać że nawet niektóre arabskie kraje powoli zaczynają się przyzwyczajać do żydowskiej obecności w tym rejonie; zaimponował mi jeden z turystów pieszych, do Egiptu wjechał w typowym chasydzkim stroju, z brodą i długimi pejsami - trzeba sporo odwagi by tak wjechać do państwa arabskiego.
Przejechałem kawałek przez Tabę - wygląda dużo biedniej od Izraela, ale droga piękna, nad samym morzem, na potężnymi górami Synaju schodzącymi do morza. Za bardzo nie było miejsca na rozstawienie namiotu, więc w końcu zdecydowałem się na nocleg na plazy, było zupełnie pusto, oczywiscie korzystając z okazji popływałem sobie w Morzu Czerwonym, obserwując światła po drugiej strony zatoki Akaba - już na saudyjskim brzegu.

DALEJ >>>