ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XXVI dzień - Payas - Iskenderun - Kirikhan - Reyhanli - [SYR] - Idlib - Sarmin



DST 160,2 km - AVS 20,4 km/h - MAX 60,4 km/h - ALT 1296 m


Początek nieciekawy - najpierw przebijanie się przez przedmieścia Iskenderunu, później sam Iskenderun, który jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, może sporą ilością palm :). Już na wyjeździe z miasta zaczyna się pożądny podjazd, na którym oczywiście "do gry" włącza się palące słońce, mimo wczesnej godziny jest juz grubo powyżej 30'C. Droga niestety bardzo ruchliwa, ciężkie ciężarówki strasznie rzężą na podjeździe; ale droga (jak to główne tureckie arterie komunikacyjne) dobrej jakości i szeroka. Za Belen pojawiają się na zboczu charakterystyczne dla tego podjazdu wielkie elektrownie wiatrowe, widac, że wiatr lubi sobie w tym rejonie powiać. O ile podjazd nie był za ciekawy (głównie przez zabudowę miejską) - to zjazd o wiele ładniejszy, po drugiej stronie masywu zauważalnie zmienia się krajobraz, jest tu znacznie mniej zieleni, a jako że po wspaniałym zjeździe (ponad 600m w dół, wreszcie po gładkiej drodze na której nie trzeba co chwilę hamować) tereny robią się zupełnie płaskie - dominują uprawy rolnicze, głównie bawełna. W Kirikhan kupuję picie, zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zrobiłem wiekszych zakupów w Iskenderun, bo tutaj nigdzie nie ma większych marketów, tylko bardzo marnie wyposażone małe sklepiki - a chciałem sobie zrobić zapas smacznego tureckiego ciasta na Syrię. Do Reyhanli dalej zupełnie płasko, choć pojawiają się już pierwsze masywy na horyzoncie. Próbując znaleźć wiekszy sklep zjechałem w bok do centrum Reyhanli - ale mimo, że to spore miasto nic nie znalazłem; miasto po prostu okropne, w skrócie klasyka typu albańskiego; ludzie też bardzo natarczywi; więc straciwszy tylko czas wróciłem na trasę.
A już kawałek za Reyhanli zaczyna się licząca parę ładnych kilometrów kolejka tirów na granicy syryjskiej; wielu kierowców rozkłada sobie na szosie (w cieniu ciężarówek) dywaniki by odpocząć przy obowiązkowej herbacie. Na granicy wręcz dantejskie sceny, pierwszą kontrolę paszportową przeszedłem w miarę OK, w drugim okienku był ogromny tłok - żadnej kolejki, po prostu wpychanie się na chama. Do okienka dorwał się jeden z kierowców, brak połowy uzębienia nadrabiał niesłychaną bezczelnością, mimo licznych awantur nie dał się od tego okienka odepchnąć i to on decydował, które paszporty idą dalej, oczywiście preferując swoich kolegów. Starciłem tam ponad godzinę, mając wszystkiego serdercznie dość, podobnie jak dwóch niemieckich motocyklistów bezskutecznie usiłując się dopchnąć do okienka. Gdy w końcu się to udało - okazało się, że tylko zmarnowałem kupę czasu i nerwów - bowiem było to okienko dla jakiś deklaracji celnych wymaganych od pojazdów silnikowych; a że nie było jakiejkolwiek informacji po angielsku, a funkcjonariusze mieli inne mundury niż wcześniejsi - myślałem że to Syryjczycy. Natomiast okazało się, że na przejście syryjskie trzeba przejechać jeszcze parę kilometrów z tureckiego, tam juz odprawa odbywała się w sposób bardziej cywilizowany, w budynku, jest normalna kolejka. Niemniej też sporo czasu straciłem (celnicy długo nie mogli dojść do tego z jakiego kraju pochodzę :)). Tak więc granicę opuściłem z ogromną ulgą, dla człowieka przyzwyczajonego do norm europejskich było to niezwykłe doświadczenie - a czeka mnie jeszcze parę ładnych granic do przekroczenia...
W Syrii od razu w oczy rzuca się zupełnie inny styl budownictwa, bardzo dużo budynków jest z jasnego kamienia, co świetnie wkomponowuje wioski w zbliżony kolorystycznie krajobraz (sporo tu jasnych wapiennych skał), Gleba też inna - głównie czerwona ziemia; na której uprawia się najczęściej oliwki. W sklepach nie ma normalnego chleba, więc przerzucam się na jego lokalny odpowiednik - czyli duże, płaskie, cienkie placki, bardzo tanie a można się nimi całkiem nieźle najeść. Teren lekko pagórkowaty, dużym zaskoczeniem są świetne drogi, tego się tu nie spodziewałem. Aleppo postanowiłem sobie odpuścić (dość już miałem większych miast, za dużo czasu straciłem też na granicy) - kieruję się na Idlib. W mieście robię zakupy - ceny naprawdę niskie, szczególnie napojów. Co ciekawe nie ma w ogóle produktów koncernu Coca-Cola, natomiast z Pepsi jest cały wybór, 2,25l Pepsi czy SevenUp kosztują ok. 3zł! W sklepach oczywiście dogadać się można tylko na migi, miałem nawet wydrukowaną kartkę z arabskimi liczbami, ale na całe szczęście okazało się, że na banknotach są też nasze cyfry "arabskie" (ta nazwa w tym wypadku mocno komiczna :). Wyjechałem jeszcze z 10km za Idlib, nocowałem pod plantacją oliwek. Wieczorem jest jakieś bardziej uroczyste nabożeństwo w okolicznym meczecie, bo długo dochodzą religijne pieśni, podobnie jak i w Turcji także i tutaj niemal każdy meczet ma swoją sieć głośników w okolicy.

XXVII dzień - Sarmin - Hama - Ar-Rastan - Homs - Hisyah



DST 181,8 km - AVS 21,6 km/h - MAX 43,3 km/h - ALT 1239 m


Po paru kilometrach od startu wjeżdżam na główną arterię komunikacyjną całej Syrii - czyli drogę Aleppo - Damaszek. Ruch jest duży, ale droga jest dwujezdniowa, w większości z poboczem i dobrym asfaltem , więc ruchu się nie czuje. Teoretycznie jest to autostrada (takie są oznaczenia, ale faktycznie prawie wszystkie skrzyżowania są kolizyjne), ale tutaj przepisami to się nikt nie przejmuje. Oczywiście trąbią na mnie co niemara - ale tak typowo "po arabsku", by pozdrowić, pomachać; co oczywiście na tak ruchliwej drodze zaczyna po czasie denerwować; a tutejsze tiry mają klaksony odpowiednie do swoich rozmiarów, bez tego urządzenia samochód na Bliskim Wschodzie nie istnieje. Droga lekko pagórkowata, słońce za chmurami - ale pomimo tego jest bardzo gorąco. Zdecydowałem się na wjazd do większego miasta Hama (główna droga objeżdżała miasto) - i była to dobra decyzja, bo było co pooglądać, jest trochę pozostałości antycznych; centrum jest czyste, mniej bliskowschodniego chaosu. W ładnym parku nad rzeką zrobiłem sobie dłuższy postój pod wspaniałym akweduktem.
Po wyjeździe z miasta pojawiają się coraz ciemniejsze chmury, gdy dociągnąłem do Ar-Rastan - dopada mnie potężna ulewa. Jest to typowo pustynny opad - pojawia się błyskawicznie, pada niesamowicie intensywnie, do tego dochodzi huraganowy wiatr. Pech chciał, że mnie burza dorwała akurat na długim moście nad płynącą kanionem rzeką - podmuchy wiatru były takie, że ledwo dałem radę z owego mostu zjechać, całkowicie mokry byłem dosłownie w 15 sekund. Po zjeździe z mostu zaraz skręciłem w bok, strome wzgórze osłaniało tu od wiatru. Jeden z Arabów zaprosił mnie do siebie do domu, z czego oczywiście postanowiłem skorzystać bo lało niesamowicie. Bardzo miło spędziłem czas, pogadaliśmy (z nim i jego znajomymi) na migi na temat mojej podróży, tutejszych atrakcji itd; oczywiście poczęstowano mnie obowiązkową herbatą, także i super-mocną arabską kawą podawaną w mikroskopijnych filiżaneczkach. Ulewa była bardzo gwałtowna, ale i krótka, po niecałej godzinie pogoda wróciła do normy (czyli zachmurzonego nieba), więc pożegnawszy się z gościnnymi Arabami ruszyłem dalej na trasę. Kolejne większe miasto na mojej trasie - Homs już takie ładne jak Hama nie było; dość czyste jak na arabskie warunki - ale poza tym nic specjalnego.
Za Homs zmienia się nieco otoczenie, przy drodze pojawia się szpaler sosnowych drzew, robi się też coraz bardziej pustynnie, droga powoli zaczyna się wspinać w górę. Dopada mnie tu kolejna ulewa - nie tak mocna jak pierwsza i bez takich porywów wiatru, niemniej parę minut wystarczyło by mnie przemoczyć całkowicie. Ale w takim klimacie, przy ponad 30'C nie jest to wielkim problemem, wysycha się błyskawicznie. Pociągnąłem jeszcze kawałek za Homs i na wys. ok. 800m rozbiłem namiot na pustyni, szukając dobrze osłoniętego od wiatru miejsca, bo zaczęło pożądnie wiać z północy.

XXVIII dzień - Hisyah - An-Nabk - Al-Qutayfah - Damaszek - Jbab



DST 170,8 km - AVS 20,9 km/h - MAX 48,9 km/h - ALT 1009 m


W nocy mocno wiało, w pewnym momencie wiatr zmienił kierunek na południowy co wystawiło mój namiot na gwałtowne porywy. Na całe szczęście gdy ruszyłem w trasę wrócił do normy - czyli lekkie podmuchy z północy co oznaczało sprzyjający wiatr na trasie do Damaszku. Od wczoraj pogoda zmieniła się diametralnie - gwałtowne pustynne ulewy spowodowały podniesienie się piasku z pustyni, przez co widoczność jest w granicach 100m, słońce widać tylko zza tego piachu. Pierwsze kilometry to lekko nachylony podjazd na ok. 1200m. przy drodze nie brakuje licznych gór i wzniesień, ale przez ten fatalny piach widać tylko najbliże wzgórza (a i to niecałe), żadnej szerszej perspektywy - a szkoda, bo dzisiejszy dzień był widokowo najciekawszym w Syrii. Od poziomu 1200m droga zrobiła się bardziej pagórkowata, trochę w dół, trochę w górę - i tak ciągnęło się to do większego miasta An-Nabk. Droga maksymalnie osiągnęła poziom aż 1450m, od tego miejsca zaczął się mocniej nachylony zjazd do Al-Qutayfah, trasa malownicza, droga często prowadzi tu skalnymi wąwozami, często obie nitki autostrady rozdzielają się na większy kawałek; niestety piach strasznie przeszkadza, po 60km jazdy z widocznością na 100m ma się tego już serdecznie dość.
Przed Damaszkiem robię większy postój, wjazd do miasta poszedł mi nawet całkiem sprawnie, w centrum jak się tego spodziewałem zupełna wolna amerykanka i komunikacyjny chaos, wykonywałem nawet takie operacje jak jazda pod prąd kilkupasmową ulicą, czy przechodzenie na drugą stronę takowej mimo jadących samochodów. Ale tutaj nikogo to nie dziwi, policja obserwuje takie operacje z pełnym zrozumieniem. Co ciekawe mimo tego pełnego chaosu jakoś nie widuje się stłuczek czy poważniejszych wypadków, bo np. prędkość nieczęsto jest tu wyraźnie przekraczana jak to a miejsce w Polsce (a to jest główny powód poważnych wypadków). W Damaszku zatrzymałem się koło otoczonej wspaniałymi murami Cytadeli, tutaj zaczyna się słynny damasceński bazar prowadzący do meczetu Umajjadów. Ruch tam oczywiście jak na Marszałkowskiej, przebicie się z rowerem nie było takie proste; skusiłem się na lody w miejscowej cukierni, meczet obejrzałem z zewnątrz. Bazar niesamowity, z tysiącami typowo orientalnych towarów, tego nie ma co opisywać - to trzeba zobaczyć! W Damaszku trochę osób chodziło już w maseczkach przeciwpyłowych, po całodziennej jeździe w kurzu zaczynałem już lekko pokasływać. Wyjazd z miasta obskurny, długo musiałem się przebijać przez brzydkie i brudne przedmieścia; z ulgą wróciłem na trasę w stronę jordańskiej granicy. Za Damaszkiem robi się już właściwie płasko, krajobraz typowo pustynny. Widoczność powoli jakby się polepszała, co daje nadzieję na jutro - bo dzisiejszy dzień został przez piach bardzo zepsuty. Nocuję ponownie na pustyni przy drodze, od samochodów osłonięty wysokim wałem.

XXIX dzień - Jbab - Daraa - [HKJ] - Ramtha - Irbid - [IL] - Ma'oz Haim



DST 142,7 km - AVS 21,2 km/h - MAX 60 km/h - ALT 718 m


Pierwsze co robię rano - to oczywiście sprawdzenie pogody, okazało się że przez noc większość kurzu opadła, nie jest może idealnie, ale widocznośc już przyzwoita; do końca dnia wszystko wróciło już do normy. Pierwszy odcinek jadę jeszcze autostradą, po ok. 20km skręcam na Sheikh Miskin, by dojechać na przejście graniczne z Jordanią. Mijam kilka bardzo brzydkich miasteczek, biedę widać tu gołym okiem, jest nawet kilka osiedli, gdzie ludzie mieszkają po prostu w dużych namiotach. Warto tu tez dodać parę słów na temat prawdziwej zmory Syrii - czyli śmieci, przy drogach (szczególnie tych główniejszych) leżą ich po prostu tysiące, polityka walki z tym zjawiskiem (liczne plakaty napominające by nie wyrzucać śmieci gdzie popadnie) - nie przynosi jakichkolwiek rezultatów, bardzo to psuje obraz tego kraju; miałem okazję mijać nawet leżącą w przydrożnym rowie zdechłą krowę! Droga nr 5 już zauważalnie gorszej jakości niż autostrada, ale generalnie pod tym względem na Syrię nie ma zupełnie co narzekać, szosy okazały się sporo lepsze niż zakładałem. Ostatnie większe miasto przed granicą - Daraa robi dużo lepsze wrażenie od kilku mijanych wcześniej, jest tu wiele czyściej, no i zamożniej, znajduje się tu m.in. duży kompleks sportowy (w Syrii nieczęste zjawisko).
W Daraa robię krótki postój, zastanawiając się jak to pójdzie na granicy, a w tym rejonie można się spodziewać dokładnie wszystkiego. Na szczęście nie było tak fatalnie, choć oczywiście kosztownie (opłata wyjazdowa 500 funtów syryjsjkich, ok. 10USD). Po stronie jordańskiej zabawiłem dłużej, sprawdzali m.in. bagaże rentgenem, trzeba było wykupić wizę, wymienić pieniądze itd. Jako, że juz miałem dosyć tych granic, także i jazda po krajach arabskich zaczynała mnie nużyć (bezustanne trąbienie, co chwilę ktoś na mnie krzyczy, pozdrawia, dzieciaki po prostu nieznośne) - postanawiam jednego dnia "łyknąć" dwie granice i dojechać dziś do samego Izraela. Wyrobienie się z takim planem nie zależało od dystansu (ten był w normie), tylko od czasu straconego na granicach. W pierwszym jordańskim mieście - Ramtha robię pętelkę po centrum, wyglądało to nieco lepiej niż w Syrii, ale generalnie różnice nie są porażające; podobna mentalność i zwyczaje mieszkańców, podobna kultura drogowa. Trasa lekko pagórowata, krajobrazy dalej pustynne, niestety przyplątał się zachodni wiatr, który na wzgórzach przed Irbidem nieźle mnie wymęczył. W Irbidzie w centrum pełny arabski hardkor drogowy, przepychanie się na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy", robi się też bardzo gorąco, temperatura pod 40'C. Zrobiłem w mieście większe zakupy, wyjazd z Irbidu malowniczy, droga przekracza kilka pustynnych kanionów, co oczywiście wiąże się z kilkoma ostrymi wspinaczkami. Dopiero kilkanaście km za miastem zaczyna się długo wyczekiwany zjazd do doliny Jordanu. Robi rzeczywiście duże wrażenie - z 600m aż na -200m, widoki wspaniałe. Po drodze mijam jeszcze jordański posterunek wojskowy (oczywiście sprawdzają dokładnie paszport). Gdy docieram na sam dół doliny, na poziom rzeki - jest piekielnie gorąco (42'C), muszę przyznać, że takich temperatur w końcu września się nie spodziewałem. Kawałek pojechałem drogą 65, dużo gorszej jakości niz ta z Irbidu, po czym skręciłem za znakami na przejście graniczne; niestety czekał mnie powrót parę kilometrów tą samą drogą, bo trafiłem na przejście dla tirów, to przeznaczone dla ruchu osobowego było kawałek dalej.
Na granicy od razu zaczynają się problemy - nie można przejechać rowerem od budki z żołnierzami na samo przejście. Rozmowa z nimi była żadna, impregnowani byli całkowicie na wszelkie argumenty. Mówiłem im o grupie polskich rowerzystów, którzy to przejście przejechali rowerami z 10 dni wcześniej (nawet ich pamiętali!), ale stwierdzili że to był duży błąd i nikogo już tak nie puszczają, bo takie mają rozkazy. Służyło to po prostu wymuszaniu brania taksówek (z którymi żołnierze pewnie mieli układ). Taksówkarze z ogromną łaską zabrali mnie z rowerem za 5USD (niecały kilometr!), a po przyjeździe na przejście bezczelny taksówkarz chciał jeszcze kolejne 5USD twierdząc że tak się umawialiśmy, oczywiście odprawiłem go na drzewo. Formalności jordańskie szybko poszły (okazało się, że dzięki przejeździe Jordanii w jeden dzień uniknąłem opłaty wyjazdowej - z 10-15USD). Do Izraela oczywiście rowerem wjechać się nie dało (tu się nawet specjalnie nie łudziłem, nie słyszałem o nikim komu by się to na jordańskiej granicy udało) - trzeba było jechać autobusem. Na autobus czekałem z godzinę, następnie przejechaliśmy Jordan i utkwiliśmy po izraelskiej stronie na kolejną godzinę, po której dopiero zaczęła się właściwa odprawa, która poszła już dość sprawnie. Na trasę ruszyłem więc z wielką radością, że te cholerne graniczne formalności mam za sobą, że wjechałem wreszcie do kraju, który był głównym celem wyprawy.
Sam Izrael - zupełnie inny świat, przeskok cywilizacyjny po przejeździe z Jordanii jest ogromny, ostatni taki szok przeżyłem na granicy albańsko-greckiej w 2002. Już samo przejście graniczne wygląda zupełnie inaczej, ładny klimatyzowany budynek, każdy funkcjonariusz świetnie mówi po angielsku, wielu po rosyjsku. Drogi po prostu idealne, gładkie jak stół. Ale na granicy straciłem tyle czasu, że jest jest już ciemno, więc priorytetem było znalezienie odpowiedniej miejscówki na noc, tym bardziej że moja przednia lampka (czołówka) padła przed jakimś tygodniem, jako oświetlenia w namiocie musiałem używać tylnej lampki i wyświetlacza aparatu fotograficznego :) Pierwsze podejście do rozbicia namiotu okazało się średnio skuteczne - bowiem wpakowałem się na pole minowe (sic!), na szczęście odpowiednio oznaczone. W końcu rozstawiłem się w krzakach, kawałek przed Beit She'an. Nocleg fatalny - na ponad 200m depresji po prostu nie było powietrza, w namiocie niemal 30'C, byłem cały zlany potem, wiele w tych warunkach sobie nie pospałem.

XXX dzień - Ma'oz Haim - Tyberiada - Kfar Tavor - Góra Tabor (563m) - Afula - Nazaret - Shefar'am - Tamra



DST 134,2 km - AVS 17,9 km/h - MAX 53,7 km/h - ALT 1951 m


Od rana piękna słoneczna pogoda, na trasę ruszam "z pieśnią na ustach". Wreszcie nikt na mnie nie trąbi, nikt się nie wydziera, przy drodze nie ma w ogóle śmieci - po wielu dniach jazdy w krajach islamskich to bardzo przyjemna odmiana, Izrael to taka oaza kultury zachodnio-europejskiej na arabskiej pustyni Bliskiego Wschodu. Widać też sporą różnicę w krajobrazie, po izraelskiej stronie Jordanu jest znacznie więcej zieleni, po jordańskiej głównie piach; widać jaki wielki wysiłek tutaj włożono w budowę całego rolnictwa, Żydzi przez 100 lat historii swojego osadnictwa potrafili zmienić pustynie w przysłowiową krainę mlekiem i miodem płynącą. Droga 90 lekko pagórkowata, na trasie ładne widoki na góry po jordańskiej stronie. Po 40km docieram nad Jezioro Galilejskie, to już tereny doskonale znane z Pisma Świętego. Jezioro naprawde duże, to główne źródło słodkiej wody dla Izraela i z tego powodu teren o znaczeniu strategicznym. Nas może to bawić, ale na Bliskim Wschodzie dostęp do wody to być albo nie być, właśnie z tego powodu o Wzgórza Golan (dobrze widoczne z brzegu) Izrael stoczył dwie zwycięskie wojny z Syrią (ze wzgórz spływają do jeziora liczne rzeki, Syryjczycy próbowali zmieniac ich bieg by odciąć Żydów od wody). Jezioro piękne, do Tyberiady jadę jego brzegiem, nie brakuje palm i pieknych ogrodów nad wodą, wygląda to naprawdę dobrze. Sama Tyberiada to dość nowoczesne miasto, poza malowniczym położeniem niewiele tu ciekawego. Już w samym mieście rozpoczyna się ostry podjazd na jakieś 250m (ale z poziomu -200m!), w ostro palącym słońcu nieźle się zmęczyłem. U góry teren się nieco wypłaszcza, już z daleka widzę kolejny cel na mojej trasie - biblijną Górę Tabor, o bardzo charakterystycznym, symetrycznym kształcie.
Niestety po skręcie na drogę 65 rozpoczął się zjazd i starciłem ze 150m, u stóp góry jest zaledwie 70-80m, co oznacza, że na szczyt (563m) czeka mnie nielichy podjazd. W miasteczku Kfar Tavor robię pierwsze w Izraelu zakupy; tutaj wyraźnie dają się zauważyć minusy jazdy po bogatym kraju - ceny są masakryczne, butelka słodkiego napoju 1,5l kosztuje niemal 10zł! (dla porównania w Syrii 2,25l kosztowało 3zł) - widać od razu że trzeba będzie nieco "zacisnąć pasa". Podjazd na Tabor zaczyna się na wyjeździe z miasteczka, pierwsza część (przez miejscowość Shibi) już daje nieźle popalić (po 10%), ale prawdziwa ściana zaczyna się za parkingiem dla autokarów, po skręcie na boczną, krętą drogę na szczyt (turyści jeżdżą tu małymi busikami, bo duże autokary nie zmieściłyby się na wirażach licznych serpentyn). Nachylenia dochodzą do 13-14%, kawałków poniżej 10% niewiele, to w zestawieniu z palącym po 38-40'C słońcem czyni ten podjazd bardzo ciężkim. Ale na szczycie w nagrodę mam wspaniały widok na całą okolicę, piękny sosnowy las (droga w szpalerze drzew). Na Górze Tabor miało miejsce Przemienienie Pańskie (Pan Jezus ukazał się apostołom jako Bóg), wydarzenie to upamiętnia kościół franciszkanów. Na szczęście na szczycie była toaleta z wodą, można było się napić i nabrać wody do woli. Zwiedziłem kościół (trzeba się było przebrać w długie spodnie), akurat była tu grupa polskich turystów (których w Izraelu spotyka się całkiem sporo), trochę odpocząłem - po czym ostrożnie, na hamulcach zjechałem krętą drogą na dół w stronę Afuli. Afula - to już dość duże miasto, więc trafiłem tu na duży supermaket, w którym ceny były sporo korzystniejsze niz w mniejszym sklepie w Kfar Tavor.
Z Afuli ruszyłem na północ do Nazaretu, kawałek dał mi ostro w kość - 40'C upał i mocny czołowy wiatr, do którego doszedł kolejny długi podjazd na 400m (Nazaret leży na wzgórzach). W centrum, w parku zrobiłem sobie dłuższy odpoczynek, po czym udałem się na zwiedzanie Bazyliki Zwiastowania. Przed wejściem mam okazję podziwiać tolerancję religijną w wydaniu islamskim - wielki plakat z cytatem z Koranu informującym, że do nieba trafią tylko muzułmanie; w Nazarecie Arabowie stanowią większość, co od razu widać w chaotycznej zabudowie i napastliwym zachowaniu ludzi, trąbieniu, krzyczeniu itd. Centrum Bazyliki stanowi grota zwiastowania, na dziedzińcu kościoła są obrazy Madonn z wielu krajów (oczywiście także i z Polski). Przy wyjeździe z Nazaretu łapię gumę z tyłu - okazało się, że w oponę wbił się duży kawałek szkła. Po załataniu ruszam drogą 79 na Akkę, trasa pagórkowata (choc więcej w dół), wiatr ciągle sporo przeszkadza, daje się we znaki też wielki ruch (na kawałku drogi trwała budowa drugiej jezdni). Ale dzięki temu, że po Turcji i Syrii jechałem bardzo ostro, średnio wyraźnie ponad 150km - to w Izraelu nie muszę już tak zasuwać, jest czas na odpoczynek, jest czas na zwiedzanie - a nie tylko mozolne klepanie kilometrów; choć dzisiejszy dzień mimo nieco krótszego niż zwykle dystansu był jednak bardzo trudny ze względu na dużą liczbę gór i sporo przeciwnego wiatru. Wyjechałem kawałek za Shefar'am i w rejonie wioski Tamra rozbiłem się na polu pod majestatycznymi drzewami oliwnymi. Pod wieczór upał znacznie odpuścił, dzięki czemu w nocy można się było komfortowo wyspać.

DALEJ >>>