ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XXI dzień - Gerede - Akyarma (1550m) - Kizilcahamam - Kazan - Ankara - Golbasi - Yaglipinar



DST 174,8 km - AVS 21,2 km/h - MAX 63 km/h - ALT 1583 m


Gdy wstaję jest bardzo chłodno, zaledwie 7'C - to najzimniejszy poranek na tej wyprawie, wysokość robi swoje (spałem na ok. 1200m). Pierwsze kilometry to kawałek płaskiego, po czym zaczyna się długi podjad na przełęcz Akyarma (ok.1550m). Nachylenie raczej łagodne, do tego o tej godzinie ruch minimalny, więc jedzie się bardzo fajnie, po ok 30km od startu sprawnie docieram na szczyt. Zjazd ostry (63km/h) i widokowo ciekawszy, spory kawałek jedzie się wąską dolinką, powoli zauważalnie zmienia się krajobraz - coraz mniej zalesionych szczytów, coraz bardziej wysuszone tereny - widoczny znak, że wjeżdżam do Anatolii. Do Kizilcahamam (nieźle położone na wzgórzach) jest cały czas w dół, za miastem trzeba podjechać spory kawałek, po czym do Kazanu już raczej w dół. Droga omija to miasto, ale ja musiałem zrobić większe zakupy więc wjechałem do centrum, ceny w Turcji umiarkowane, duży wybór towarów (bardzo tanie ciasta). O tej godzinie (koło 11-12) zaczyna już zdrowo prażyć, temperatura osiąga poziom mniej więcej 35-37'C i trzyma tak do 16-18, więc oczywiście trzeba dużo pić.
Za Kazanem raczej nieciekawy kawałek, przed Ankarą ruch znacząco rośnie, sama stolica Turcji bardzo rozciągnięta, od pierwszych zabudowań do centrum jest ponad 20km, po drodze bardzo dużo terenów wojskowych i rozmaitych baz. Widać, że turecka armia jest w przyzwoitym stanie, budynki wojskowe bardzo zadbane, przy wejściu do każdej bazy jest stanowisko stylizowane na okop (obłożony workami z piaskiem); tutaj o żołnierzach w adidasach (jak w Mołdawii) nie ma mowy. W samej Ankarze za wiele ciekawego nie ma, ale za to miasto jest sensownie zaprojektowane, znacznie mniej tutaj chaosu typowego dla wielu wschodnich miast, pewnie dlatego, że nowe dzielnice wybudowano dopiero w XX wieku, gdy miasto stało się stolicą Turcji. W centrum w parku zrobiłem sobie długi postój, wyjazd z miasta nieoczekiwanie wiązał się z całą serią długich podjazdów, między innym bardzo ostry ulicą (na 100m średnio z 11%) przy której położonych było wiele ambasad, następnie przejazd przez jakąś naprawdę bogatą dzielnicę mieszkaniową, wyglądającą zupełnie jak w zamożnym mieście na Zachodzie - tym Ankara zdecydowanie się wyróżnia spośród innych miast tureckich. Za miastem, z poziomu ok.1200m rozpoczyna się zjazd do Golbasi, dalej wreszcie jest odkryta przestrzeń (bo przez aglomerację Ankary tłukłem się niemal 50km). Zastanawiłem się którą wybrać drogę na dojazd do Kapadocji - czy jechać główną, czy też nieco krótszą przez Kirsehir. Zdecydowała jednak wygoda - jakość nawierzchni na głównej była właściwie w idealnym stanie, cały czas dwie jezdnie (niemal na całym kawałku ze Stambułu, najczęściej z poboczem, więc nawet duży ruch na drodze specjalnie nie przeszkadzał, bałem się że na boczniejszej drodze może już nie być tak dobrze.
Wyjechałem jeszcze z 10km za Golbasi, na nocleg rozłożyłem się na piaczystym wzgórzu, powoli zaczynają się już problemy z wbijanem szpilek namiotu w twardą jak kamień pustynną ziemię.

XXII dzień - Yaglipinar - Sereflikochisar - Aksaray - Agzikarahan



DST 204,4 km - AVS 22 km/h - MAX 45,9 km/h - ALT 1043 m


Jako, że dzisiaj zapowiadała się dość płaska prasa planowałem przejechać aż ok. 200km. Na początek czeka mnie jednak kilka górek, ale pogoda jest naprawdę fajna, o wczesnym świcie temperatura ok. 20'C - więc jedzie się elegancko. Krajobrazy coraz bardziej pustynne. Po ok. 50km docieram nad wielkie słone jezioro Tuz, tam już jest niemal zupełna pustynia. Jezioro to trochę za dużo powiedziane, bowiem wody tam jest co kot napłakał, natomiast połacie soli ciągną się długimi kilometrami. Ale po kilkunastu km jazda zaczyna się robić monotonna, taki sam krajobraz bez zmian, zupełnie bezludny, upał tez robi swoje, temperatura dochodzi chwilami nawet do 38'C. Na chwilę zatrzymuję się w takim mikroskopijnym turystycznym miasteczku, gdzie jest kilka sklepów z wyrobami z soli (głównie kosmetyki do kąpieli, ale też rzeżby), można też sobie pochodzić po samym "jeziorze". Po kilku zdjęciach ruszam dalej, na postój dałem radę dociągnąć aż do bardzo brzydkiego miasta Sereflikochisar (ponad 100km) - czas był ku temu najwyższy bo upał robił się już nieznośny, zakupy w klimatyzowanym sklepie stanowiły prawdziwą ulgę. Kawałek dalej staję prawie na godzinę w cieniu pod stacją benzynową, gdy ruszam dalej jest już nieco chłodniej, bo pojawiło się kilka drobnych chmurek nieco skrywających słońce. Generalnie całą trasę mam dobry wiatr (choć nie wieje mocno), na tak długim dystansie bardzo to pomaga. Jazdę urozmica spotkanie z dwójką Brytyjczyków jadących aż do Indii, chwilkę pogadaliśmy, ale oni upał raczej przeczekwali. Po paru kilometrach droga wraca nad słone jezioro, w tym rejonie jest wreszcie nieco wody, górki nad brzegiem jeziora malowniczo odbijają sie w tafli wody. Gdy droga na dobre żegna Tuz Golu - od razyu zaczynają się bardziej zaludnione tereny, jest trochę wiosek, są uprawy rolnicze (na wyjałowionej "posolonej" ziemi bardzo trudno cokolwiek wyhodować).
Po kolejnym postoju docieram do wielkiego miasta Aksaray, ale do samego centrum nie wjeżdżam, bowiem droga do Kapadocji odbija na wschód na przedmieściach miasta. Bałem się, że dalej mogą być problemy ze zdobyciem wody, więc "zatankowałem" na stacji benzynowej w Aksaray, niestety za miastem zaczął się długi podjazd, na którym te dodatkowe kilogramy poczułem (doszło też oczywiście już duże zmęczenie całym dniem jazdy). W sumie podjechałem ponad 200m, krajobraz za Aksaray jest dużo bardziej urozmaicony, mam piekne widoki na okoliczne szczyty z trzysięcznym Hasan Dagi na czele. Trochę się naszukałem miejsca na nocleg, bo teren jest tu zupełnie odkryty, nie ma żadnych lasów czy zarośli, a nie chciałem być widoczny bezpośrednio z drogi, w końcu rozstawiam namiot na piaszczystym wzgórzu ze sporą ilością kolczastych roślin.

XXIII dzień - Agzikarahan - Nevsehir - Goreme - Urgup - przeł. Topuzagi (1535m) - Develi



DST 152,2 km - AVS 18,9 km/h - MAX 52 km/h - ALT 1642 m


Pierwsze kilometry dzisiejszego dnia to piękna droga po anatolijskiej wyżynie, sporo górek i szerokie widoki na mocno już pustynne tereny - w ten mniej więcej sposób wyobrażałem sobie przed wyjazdem Turcję. Kilka podjazdów całkiem sporych, na fragmencie zerwana jezdnia, ze 2km trzeba jechać po szutrze. Im bliżej do Nevsehir - tym więcej zjazdów, w mieście staję na zakupy, mimo jeszcze wczesnej godziny zaczyna już mocno smażyć. Kawałek za miastem skręcam do słynnego Goreme - perły Kapadocji. Już pierwsze mijane miasteczko - Uchisar robi ogromne wrażenie, znajduje się tu doskonale widoczna z daleka skalna cytadela - cała wielka góra w której wydrążono dziesiątki jaskiń i przejść, wygląda to fantastycznie, droga okrąża górę od zachodu, docierając do jej stóp; więc cytadelę można obejrzeć bardzo dokładnie. Cała okolica też niezwykła - pojawiają się bardzo charakterystyczne dla Kapadocji skały tufowe o iście księżycowych kształtach. Ale Uchisar to dopiero przedsmak tego co czeka mnie w odległym o kilka km Goreme - jest to wielka dolina cała pokryta tymi niesamowitymi formami skalnymi, kiedyś w jaskiniach żyło wielu pustelników (już od IV wieku!), są też jedyne w swoim rodzaju skalne kościoły. Miejsce naprawdę niesamowite, nie dziw że przyciąga setki turystów, w tym rejonie spotkałem więcej sakwiarzy niż w całej Turcji - najpierw Niemca, później parę Koreańczyków (sic!), następnie jeszcze kilku na dole w Goreme. Niemiec był w grubym ubraniu, do tego w kamizelce odblaskowej, Koreańczy z kolei w maskach na twarzach (od pyłu) - przy 36-38'C - mozna tylko podziwiać :)).
Sama dolina Goreme bardzo skomercjalizowana, ale nie przeszkadza to specjalnie, niektóre hoteliki czy restauracje są bardzo klimatyczne, mieszczą się po prostu w skalnych grotach. Przy wyjeździe z doliny piekielna ścianka - aż 16% , po bardzo nierównej kostce, ledwo dałem radę podjechać. Po drodze do Urgupu także wspaniałe widoki, samo miasteczko również piękne, w przeciwieństwie do Goreme to normalne miasto, nie turystyczna osada - a nie brakuje tu domów w skałach, wąskich uliczek, miasto jest wręcz zrośnięte z otaczającym je krajobrazem. W ładnym zielonym parku w centrum zrobiłem sobie długi postój, wcinając litrowe lody; dalsza trasa to dość łagodny podjazd w górę doliny, wiele mijanych po drodze wiosek składa się z kamiennych domów wykutych w skałach, widokowo to z pewnością jak dotąd najładniejszy dzień wyprawy. Podjazd kończy się wysoką na 1535m przełęczą Topuzagi, z której roztacza sie fantastyczny widok na ogromny masyw wulkanu Erciyes Dagi - mierzący aż 3916m szczyt, wyrastający ponad 2500m nad otaczającą go równinę!
Z przełeczy zjazd szybki, więc i dużo krótszy niż od strony którą ją podjeżdżałem - na poziomie 1100m rozciąga się rozległa równina, której sercem jest wielkie słone jezioro; doskonale widoczne ze zjazdu. Spotykam tutaj jadącego do Goreme wegierskiego sakwiarza, okazało się, że wczoraj był na owym monumentalnym wulkanie wraz z grupką spotkanych w Turcji Polaków. Po rozmowie ruszam w stronę Develi - i zaczyna się ściana płaczu, spowodowana oczywiście przeciwnym wiatrem. Na tym płaskim jak stół terenie i zupełnie prostej drodze przeszkadzało to strasznie, chwilami robiły się już nawet spore solne tumany. Z trudem dociągnąłem do obskurnej wioski Soysali, tam kupuję zimne picie i kawałek za wioską zatrzymuję się na zasłużony odpoczynek. Dojazd do Develi idzie już łatwiej, powoli kończy się ta równina, do samego Develi jest już pod górę, a wyjazd z miasta to już pożądna ściana. Samo Develi dość duże, wyglada już bardziej po "albańsku", daje się zauważyć pewną różnicę w obyczajach i budownictwie wraz z przemieszczaniem się na wschód Turcji; w tym rejonie jest coraz więcej natarczywych dzieciaków non-stop wydzierających się do mnie "Elo!", trafił się nawet jeden z zasłyszanymm z opowieści ("Give me money!") :). Na krótką metę takie zainteresowanie jest nawet przyjemne, ale szybko zaczyna to denerwować. Na noc rozbijam się na piaszczystym polu po melonach z pięknym widokiem na Erciyes Dagi; dzień naprawdę udany - piękne góry, wspaniała Kapadocja, większośc trasy po bocznych, mniej uczęszczanych drogach.

XXIV dzień - Develi - Saraycik - przeł. Gezbeli (1990m) - Saymbeili - Feke - przeł. Uskiyen (920m)



DST 147 km - AVS 17,7 km/h - MAX 58,2 km/h - ALT 2190 m


Początek dnia pechowy - na ok. 10km łapię gumę z tyłu, tym razem to klasyczne przebicie (na tyle mam normalną detkę) na ostrym kolcu. Pierwsze kilometry to trochę górek, po czym sporo w dół. Nawierzchnia generalnie marna, poza głównymi drogami w Turcji dominuje asfalt wylewany z setek kamieni, na rowerze to jednak sporo przeszkadza, jedzie sie wolniej o jakieś 2km/h. Po kawałku asfalt się kończy i zaczyna się ok. 20km odcinek szutru. Droga jest tu w przebudowie, fragmentami więc muszę się przebijać przez głęboki piach czy przenosić rower na drugą stronę drogi, bardzo to było męczące. W przydrożnym warsztacie wulkanizacyjnym udało mi się dostać klej do łatek (bo moje zapasy były na ukończeniu), wolałem się ubezpieczyć na wypadek kolejnych gum. Powrót asfaltu przyjmuję z dużą ulgą, zaczyna się też mocniejszy podjazd, malownicza wąska droga doprowadza aż na 1700m. Ostatnia ścianka przed Saraycikiem bardzo ostra, 13-14%, ale dużo bardziej od nachylenia zaczyna się dawać we znaki mocny wiatr. W Sarayciku (do miasteczka zjazd) robię krótki postój, bo już mnie zmęczyły te góry. Dalej czeka mnie seria podjazdów na najwyższą przełęcz całej wyprawy - Gezbeli (1990m). To taka mała namiastka tego co miałem w planach - gdybym jechał z Trabzonu przez wschodnią Turcję zaliczałbym kilka dwutysięcznych przełęczy (najwyższa miała aż 2600m). Ale nie ma co narzekać - podjazd na Gezbeli okazał się w sumie bardzo wymagający, końcowa ścianka znowu koło 14%, widokowo trasa robi duże wrażenie, sama przełęcz to klasyczne wąskie górskie siodło wciśnięte pomiędzy góry, do tego droga jest niemal zupełnie pusta. Pierwsza część zjazdu bardzo ostra po 12-14%, ale ze względu na bardzo sypką nawierzchnię (droga robi się coraz gorsza) trzeba uważać. Po drugiej stronie przełęczy daje się zauważyć zmiany w krajobrazie - znacznie więcej zieleni, widać że po tej stronie gór pada znacznie częściej.
Kolejne kilometry pagórkowate, sporo krótkich ścianek i niestety coraz mocniej zaczyna wiać z południa, co bardzo dołująco działa na moją psychikę, bo wkrótce mam tam jechać. No i po skręcie na drogę D815 okazuje się, że było się czego bać - bo wieje naprawdę bardzo mocno; do tego droga (mimo że wjechałem na taką wyższej rangi) zauważalnie się pogorszyła, jest kilka kawałków zupełnie rozwalonych. Tak więc jedzie się mizerniutko, chwilami w granicach 10km/h. Na szczęście po ok. 15km kończy się ten koszmar, bo zaczyna się długi i bardzo malowniczy zjazd (jedzie się trawersem głebokiej skalnej doliny) do Saymbeili. W miasteczku (bardzo brzydkie) robię zakupy i kawałek dalej zatrzymuje się na długi i bardzo zasłużony postój. Następny kawałek to generalnie w dół doliny w stronę Feke, cały czas wieje mocno, ale teren jest bardziej zarośnięty, no i jest jednak w dół. Niestety kolejny raz psuje sie droga, zaczyna się wielokilometrowy remont, wiele razy trzeba było jechać po szutrze, liczne odcinki z wahadłowym ruchem, jak to na budowie - nie brakuje błota; jednym słowem koszmar. W pewnym momencie zniechęciłem się za długim czekaniem na jednym z wahadłowych odcinków - i ruszyłem, okazało się, że tym razem przerwa była jak najbardziej uzasadniona - na ostrym zboczu jakaś machina zrzucała z góry ogromne 2-3m kamienie! Tak więc wrażeń i emocji na tej drodze nie brakowało, ale powrót asfaltu na dobre (przed Feke) powitałem z wielką ulgą. Feke położone jest bardzo ładnie w głębokiej kotlinie otoczonej górami, przez miasto płynie głębokim skalnym kanionem rzeka. W mieście nieprzyjemnie, jakieś chamskie dzieciaki rzucały mi pod koła puszki, darły gęby niesamowicie - niestety im dalej na wschód tym łatwiej o takie sytuacje. Za Feke zaczyna się ostry 100m podjazd, po którym znowu wraca się na poziom rzeki, a raczej wielkiego zaporowego jeziora, które na niej utworzono. Z poziomu jeziora czeka mnie długi, niemal 400m podjazd, który muszę pokonać z ładunkiem wody na nocleg (po drodze nie widziałem wielu źródełek, więc wolałem nie ryzykować). Dał mi w kość porządnie, czuję już duże zmęczenie całym bardzo trudnym dniem. Okazało się, że na górze jest miasteczko w którym była i woda i sklep. Jako, że miasteczko leżało na ostrym zboczu i długo się ciągnęło - sporo się naszukałem miejsca na nocleg, dojechałem aż na przełęcz gdzie trafiła się niezła miejscówka w sosnowym lasku. Ślad GPS z tego dnia niepełny, nie zapisało mi pierwszej części trasy.

XXV dzień - przeł. Uskiyen - Kozan - Ceyhan - Dortyol - Payas



DST 169,2 km - AVS 21,1 km/h - MAX 72,2 km/h - ALT 814 m


Jako, że nocowałem na przełęczy - dzisiaj na starcie mam oczywiście w dół. 300m szybkiego zjazdu, po którym niestety trzeba wpompować się w górę ponad 100m. Ale że dziś jadę nad morze, więc mam spory "zapas" wysokości. Kolejny zjazd z poziomu 700m na ok. 300m okazuje się najszybszym na całej wyprawie - osiągam aż 72,2km/h w czym wydatnie pomógł wiatr. Kolejny odcinek to ładny kawałek nad dużym jeziorem Kozan, pięknie oświetlonym wschodzącym słońcem. Kawałek dalej wjeżdżam do samego Kozan - sporego miasta położonego u stóp dość charakterystycznej góry. Za Kozan zupełnie zmienia się krajobraz - góry kończą sie całkowicie, zaczyna się jazda przez płaskie jak stół pola. Szybko zaczyna się też potężny upał po 37-38'C, ale wolę to niż problemy z wiatrem. Po raz pierwszy w życiu mam okazję oglądać na żywo rosnącą bawełnę, jej plantacji w tym rejonie Turcji nie brakuje. Po drodze zatrzymuję się przy jednym z kanałów irygacyjnych na krótkie pranie, koszulkę rowerową oczywiście suszę na sobie, jest tak gorąco, że wysycha w jakieś 15min. Gdy docieram do kolejnego większego miasta - Ceyhan jest już 40'C, robię tu długi postój, litrowe lody w tych warunkach to "must have" :)). W mieście nadspodziewanie wielu ludzi przemieszcza się rowerami, większość to rozmaite wariacje na temat "gniotsia nie łamiotsia". Ale mimo takiego żaru - ludzi w krótkich spodenkach prawie się nie widuje, ja w stroju kolarskim od razu przyciągam wzrok wszystkich, czy to na trasie czy w sklepie :)).
Gdy po postoju ruszam dalej okazuje się że mam flaka z przodu, czeka mnie więc kolejna naprawa tej fatalnej dętki, w czasie której pomagała mi ekipa kosząca trawniki w parku, gdzie dokonywałem naprawy. Kawałek za Ceyhan droga skręca na wschód, co oznaczało kolejne problemy z wiatrem, na szczęście tak tragicznie nie było, bo trasa często zmieniała kierunek. Pojawiło się też sporo górek, w mijanych wioseczkach dzieciarnia wydzierała się na mnie niesamowicie, kolejny raz daje się zauważyć trochę inną mentalność ludzi na południu Turcji w porównaniu do rejonu Stambułu. Po kilku podjazdach osiągam wreszcie brzeg Morza Śródziemnego, od wschodu na jego straży stoi potężny masyw górski, ze szczytami przekraczającymi 2000m, niestety dziś widoki są trochę ograniczone, za mocno pali słońce. Do Dortyol skracam sobie trochę drogę przez plantacje pomarańczy, których tutaj jest prawdziwe zatrzęsienie. Końcówka dnia mizerna, w rejonie Payas zaczyna się brzydka, silnie przemysłowa zabudowa, która ciągnie się właściwie aż do Iskenderunu; sporo się naszukałem odpowiedniego miejsca pod namiot.

DALEJ >>>