ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XVI dzień - Soczi



DST 20,1 km - AVS 16,1 km/h - MAX 35,8 km/h - ALT 223 m

W nocy sporo padało, podobnie jest też i w dzień, musiałem przymusowo siedzieć w namiocie, wariując już z nudów. Ale w końcu nadszedł czas na wyjazd, deszcz już sporadyczny, miasto mokre i nieprzyjemne. Zrobiłem duże zakupy, szczególnie sporo gotowych ciast, które tutaj są bardzo tanie, a dość kaloryczne i smaczne. Następnie udałem się do McDonalda, tak marnie prowadzonej restuaracji tej firmy jeszcze nie spotkałem, tłumy jak na odpuście, stojąc długo w kolejce dowiedziałem się, że tego ogonka akurat nie obsługują, następnie nie można było nigdzie usiąść, pojedynczy ludzie pozajmowali stoliki na kilka osób i nie pozwalali się dosiąść, w końcu zapakowałem jedzenie i mimo deszczu pojechałem do portu, bo już tego miałem powyżej uszu. W porcie zjadłem zakupione aż 6 hamburgerów.
Gdy podszedłem do okienka sprzedającego bilety - ku swojemu przerażeniu dowiedziałem się że rejs jest przełożony na kolejny dzień, co strasznie mnie załamało, bo już tego bezczynnego siedzenia w Soczi miałem totalnie dosyć. Opieprzyłem zdrowo babkę w kasie, ale po nich to spływa jak po kaczce (wciskają kit że jest sztorm na morzu, podczas gdy fale nie mają pół metra dla ogromnego promu samochodowego to zupełnie nic). Powoli zaczyna docierać do mnie smutna prawda - że nie ma najmniejszej gwarancji, że prom będzie jutro, złodzieje po prostu czekają aż im się zbierze dostateczna liczba ludzi, jednym słowem rozkład nie istnieje. Ale i wyjścia nie mam żadnego - muszę tu czekać dalej, pluję sobie w brodę że zdecydowałem się wjechać do takiego kraju jak Rosja - to jest państwa o zwyczajach i realiach azjatyckich, z solidnością europejską nie mającym nic wspólnego. A kosztowało to niemało (wiza ponad 300zł, prom 400zł; do tego dostałem tu potwornie w kość przez wiatr). Wracam więc po raz trzeci na swoją miejscówkę, licząc, że może jutro prom wreszcie raczy się zmaterializować.

XVII dzień - Soczi - Adler



DST 31,3 km - AVS 18,9 km/h - MAX 42,3 km/h - ALT 308 m


Już ok. 12 jestem w porcie - okazuje się że nic nie wiadomo, konkretniejsza informacja ma być ok.15, w międzyczasie pojawiają się jacyś Francuzi, babka w kasie oczywiście ani be ani me po angielsku - taki jest ruski profesjonalizm; wyjaśniłem im jak działa to wspaniałe przedsiębiorstwo. Dla mnie sytuacja zaczyna się robić coraz bardziej krytyczna, jest już bowiem 15 września, a wizę mam do 17 - a przecież wyjazd z Rosji inną drogą niż promem może zająć więcej czasu niż dobę. Odwiedziłem kafejkę internetową, by się zorientować jak tu można się z tego zakichanego kraju wreszcie wydostać; bardzo już blisko byłem decyzji by wracać do Polski, bo byłem przekonany że z promu nic nie będzie. Ale udało mi się znaleźć na jutro bilet lotniczy tureckich linii z Soczi do Stambułu; kosztował ponad 1000zł - ale była to jedyna szansa by jeszcze uratować wyprawę. O 15 wróciłem do portu, przełożenie na kolejny dzień promu już mnie w ogóle nie zaskoczyło (kolejny sztorm przy prawie 30'C :)); wracam więc do kafejki i kupuję bilet na jutro.
Lotnisko nie leży w samym Soczi, ale w Adlerze, ok. 30km w stronę Gruzji, postanawiam więc pojechać do tego miasta. Na trasie w Soczi łapię gumę na tej świeżo naprawionej dętce EL - po oglądzie okazuje się, że mam lekko rozerwaną z boku oponę, klocek hamulcowy trochę się przesunął i tarł o oponę. Do reszty mnie to wkurzyło, bo dostać tu czy w Turcji oponę nie będzie łatwo. Póki co załatałem dętkę, podkleiłem oponę i ruszyłem dalej, po ok. 10km sytuacja się powtarza, a ja przeklinam siebie za te cholerne dętki ExtraLight, które pękają na każdym paproszku. W Adlerze postanowiłem przenocować na kwaterze, mimo że to spory kurort naszukałem się zdrowo, bo właściciele byli bardzo wybreni - jedna osoba na jedną noc to dla nich żaden biznes, w końcu nocowałem w pokoju za 50zł, gdzie toaletą był klasyczny wychodek na dworzu! Ale przynajmniej był prysznic, podładowałem też komórkę - przy życiu trzymała mnie świadomość, że jutro może wreszcie się z tego błogosławionego kraju wydostanę, bo coraz bardziej czułem się tu jak w klatce.

XVIII dzień - Adler - [samolot] - [TR] - Stambuł



DST 12,5 km - AVS 18,7 km/h - MAX 32,6 km/h - ALT 77 m

Z kwatery na lotnisko mam rzut beretem - kilka km. Na lotnisku naczekałem się ładnych kilka godzin, sam terminal jest wysokiej klasy - ale obsługa to już rosyjska klasyka. Na tablicy odlotów nie było mojego lotu, więc próbowałem się dowiedzieć w informacji - tam babka po angielsku ledwo dukała, a nawet i po rusku nie umiała nic o moim locie powedzieć, w końcu dowiedziałem się od ciecia że lot jest zgodnie z planem. Z kolei w czasie odprawy padły komputery na niemal godzinę, o tyle mi się to przysłużyło, że później bardzo się z odprawą spieszyli i nie patrzyli na wagę, a moje bagaże z rowerem o parę kilo przekraczały limit. Kontrola paszportowo - bagażowa ciągnęła się w nieskończoność, na szczęście nie miałem żadnych problemów, o słynnym OWIRze nikt słowem nie wspomniał, jednak na lotnisku o łapówkarstwo (a temu ten przepis tak naprawdę służy) znacznie trudniej niż na lądowej granicy. Mimo, że byliśmy spóźnieni o ponad godzinę - wszystko musiało być 100% biurokratycznie - z budynku lotniska do samolotu było może 50m, ale my ten dystans pokonaliśmy autobusem (!), tracąc bez sensu czas na załadunek i wyładunek.
Lot przebiegł bezproblemowo, przy starcie specjalnie obserwowałem dobrze widoczny port w Soczi - promu nie było również i dzisiaj, ale co się dziwić skoro fale dochodziły do 10cm...W Stambule lądujemy przed zmierzchem, tutaj również wszelkie formalności (zakup wizy, odprawy) ciągnęły się bardzo długo, bo na lotnisku były prawdziwe tłumy. A przekrój społeczny niesamowity - Arabowie w turbanach, sporo zupełnie czarnych muzułmanów, Europejczycy, Żydzi, Amerykanie, jakaś duża grupa sportowców itd. Najbardziej bałem się o rower (leciał tylko w workach na śmieci) - ale dotarł bez żadnych uszkodzeń. Skręciłem więc sprzęt i już nocą wyjechałem na miasto. Jak to bywa z lotniskami - prowadziły do niego drogi klasy autostrady, na całe szczęscie miałem GPS, który bardzo pomógł w nawigacji (bo mapę tego rejonu Turcji to mam w skali 1:4mln :)). Chciałem jak najszybciej znaleźć miejsce do spania, o co w takim ogromnym molochu jak Stambuł nie jest łatwo. Najpierw zrobiłem większe zakupy w markecie (ceny całkiem ludzkie), no i wreszcie są normalne samoobsługowe sklepy! Po kilku km udało mi się znaleźć jakiś lasek czy park przy drodze, a że był zupełnie pusty, więc wiele się nie zastanawiając rozkładam tam namiot, postanawiając ruszyć przed świtem.

XIX dzień - Stambuł - Gebze - Izmit - Buyukesence



DST 170,3 km - AVS 21,2 km/h - MAX 54,1 km/h - ALT 1240 m


Wstaję jeszcze po ciemku, (po raz pierwszy na trasie przy śniadaniu towarzyszy mi głos muezina, bo pierwsza modlitwa jest bardzo wcześnie) ruszam gdy się zaczyna rozjaśniać. Na pierwszej stacji kupuję benzynę do kuchenki - i ruszam na podbój Stambułu :)). Miasto jest gigantyczne, ruch na ulicach to typowa wolna amerykanka - szczególnie upierdliwe dla rowerzysty są setki autobusów. Jako, że przez Turcję miałem zaplanowaną zupełnie inną trasę, setki kilometrów od Stambułu - miasto zwiedzam tylo o ile, koncentrując się na rejonie Bosforu. Jest tu kilka ładniejszych budynków, jakiś stary meczet - ale na mnie duże wrażene zrobiła przede wszystkim sama cieśnina. Próbowałem ją nawet przejechać wspaniałym wiszącym mostem - niestety droga która tam prowadzi to autostrada i policja mnie na nią nie wpuściła. Zawracam więc by przepłynąć cieśninę promem, których tutaj jest od groma, ruch przez sam Bosfor jak na Marszałkowskiej :)). Była to nawet lepsza opcja niż jazda mostem bo z wody widoki na cieśninę są piękne.
Po drugiej stronie nawiguję tak by wjechać na główną drogę do Ankary, do stolicy Turcji biegną ze Stambułu dwie drogi - jedna to autostrada, druga to stara droga (również dwupasmowa) - i tą postanawiam jechać. Rozglądałem się też za sklepem rowerowym by wymienić tą rozdartą oponę i fatalną dętkę, która cały czas puszcza (wymaga codziennego dopompowywania), ale znalazłem tylko jeden i to zamknięty; byłem też w kilku wielkich marketach typu Carrefour licząc że tam może się coś znajdzie, ale w Turcji asortymentu rowerowego w takich sklepach nie ma w ogóle. Wyjazd z miasta bardzo nieprzyjemny - teren zabudowany ciągnie się wręcz dziesiątki kilometrów, na drodze cały czas ogromny ruch, jest też trochę górek, tak naprawdę miasto ciągnie się aż do Gebze - do ok setnego kilometra dzisiejszej trasy!. Ale najważniejsze, że znów jadę, bo po przeprawie w Rosji niewiele brakowało bym musiał zakończyć całą wyprawę. Przed Izmitem wreszcie jest trochę widoczków, jedzie się nad samym Morzem Marmara. Kawałek za tym miastem mam poważną awarię - w czasie poprawiania siodełka puszcza gwint w obejmie sztycy, przez chwilę byłem już nieźle podłamany bo bez takiego drobnego gówienka jak ta obejma nie da się jechać. Na szczęście miałem kilka zapasowych śrub i nakrętek, znalazła się na tyle długa by ją złapać z drugiej strony nakrętką; teraz już wiem czym się różnią obejmy za 15zł od tych za 50zł :(. Na nocleg rozbijam się kawałek za dość obskurnym miastem Adapazari, dominują tutaj tereny rolnicze, więc z miejscem na rozstawienie namiotu nie ma większego problemu.

XX dzień - Buyukesence - Duzce - Bolu - Yenicaga - Gerede



DST 163,1 km - AVS 20,1 km/h - MAX 58,5 km/h - ALT 2002 m


Pogoda rano elegancka (na tej szerokości to już norma) - więc wstaję ze śpiewem na ustach, tym bardziej że dzisiejsza trasa zapowiada się bardzo ciekawie, wreszcie zaczną się poważniejsze góry. Pierwsze 60km do Duzce jeszcze w miarę płaskie, jest jedna górka na ok. 300m, ale później znowu się zjeżdża; po drodze trafiłem na warsztat rowerowy, ale była to typowa graciarnia bazarowego typu, na 28 cali facet miał opony, ale głównie przedpotopwe 630mm, na 622mm miał tylko jedną, ale mocno sparciałą, więc uznałem że nie ma to sensu, tym bardziej że moja Supreme z tym rozdarciem trzyma się nad podziw dobrze, dziura się nie powiększa, nie można tylko nabijać wysokiego ciśnienia.
Za Duzce droga zaczyna się łagodnie wznosić, od poziomu jakiś 300m jest to już ostrzejsza ściana po 6-7%; zaczyna się dawać we znaki mocne słońce (35'C), ruch na podjeździe też spory. W połowie stanąłem na dłuższy postój zjadając zakupione w Duzce winogrona, druga część podjazdu idzie dość sprawwnie, choć zaskoczyła mnie jego wysokość, bo w sumie wjeżdża się powyżej 900m. Z przełęczy do Bolu jest już w dół, od startu krajobraz zmienił się zupełnie - na dole były płaskie jak stół rolnicze tereny, tutaj jest niebrzydka wyżyna, na horyzoncie wysokie na niemal 2000m szczyty. Za Bolu jeszcze dość płasko, następnie zaczynają się kolejne podjazdy na ponad 1000m, dalej jest bardzo gorąco, na podjeździe kupuję na stacji zimną Mirindę, niestety przewożone picie szybko zamienia się w zupę. Za Yenicagą spotykam jadącego również w stronę Ankary sakwiarza (niemiecki Turek), chwilę pogadaliśmy - ale mimo małego bagażu jechał strasznie wolno, więc nie proponowałem mu wspólnej jazdy. Nieoczekiwanie za Yenicagą są kolejne góry, kilka naprawdę ostrych ścianek, do tego uaktywnił się też wiatr, wjeżdża się aż na 1350, czuję już trudy dzisiejszego dnia, bo zaczynałem z poziomu 30-40m :)). Przed Gerede nabieram wody w przydrożnym źródełku (w górach spotyka się tutaj takie co jakiś czas, dla rowerzysty to bardzo przydatna sprawa), przez samo miasto przelatuję szybkim zjazdem i kawałek dalej rozkładam się na noc, miejsce naprawdę fajne, za Gerede zaczyna się kawałek równiny, otoczony od południa przez wysokie pasmo gór, przez które będę jutro jechał do Ankary.

DALEJ >>>