ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




XI dzień - Rybacze - Sudak - Teodozja - Lenine - [autobus] - Kercz - Port Krym - [prom] - [RUS] - Port Kaukaz



DST 150 km - AVS 18,3 km/h - MAX 54,8 km/h - ALT 1887 m

<
Od samego rana - powtórka z rozrywki, czyli dalszy ciąg morderczej drogi Ałuszta - Teodozja; podjazdy są niemal cały czas, widoki o świcie przepiękne (morze oświetlone przebijającym się zza chmur słońcem). Przejeżdżam też przez mini-kurorciki, niestety tu już widać wyraźnie, że to Ukraina, a nie francuska Riwiera - obskurne lokale gastronomiczne, masa brzydkich budynków, ale najgorsze są samochody na plaży - z połowa plażowiczów nie może się obejść bez swoich 4 kółek :(. W jednym z kurortów biorę kąpiel, zrobiłem też przepierkę (choć w zimnej wodzie idzie to opornie). Przed Sudakiem zaczyna się już psuć pogoda, jako że miałem jeszcze kawał do przejechania - do samego miasta nie wjeżdżałem, kawałek za nim zaczyna się kolejny długi podjazd kończący się w sumie aż na 400m; po drodze zatrzymałem się jeszcze na postój w tzw. "Słonecznej Dolinie" - gdzie można skosztować i zakupić miejscowe wina, ja natomiast wybrałem winogrona i tradycyjnie lody (lody miejscowej produkcji na Ukrainie i w Rosji są bardzo tanie). Po odpoczynku wjeżdżam na szczyt przełęczy i w lekkiej mżaweczce zjeżdżam w stronę Koktebelu, tutaj na szczęście większych gór już nie było - Góry Krymskie wreszcie się kończą. W Koktebelu akurat był jakiś festiwal muzyczny, była masa ludzi, część w hippisowskich strojach. Za miasteczkiem kolejna, już ostatnia większa ścianka, na której mocno we znaki zaczyna się dawać wiatr.
Dojeżdżając do głównej drogi Symferepol-Teodozja ku swojemu przerażeniu orientuję się że naprawdę mocno wieje ze wschodu - a tym kierunku mam przejechać zupełnie płaskie 100km, cały czas po półpustynnym stepie. Już do Teodozji jechało się bardzo ciężko (robię tam zakupy). Po odpoczynku 10km dalej w Primorskim ruszam jak na skazanie; jedzie się fatalnie, czasem nawet po 12-13km/h, równo pod wiatr, do tego jest jeszcze trochę minimalnie nachylonych podjazdów. Wiatr działa piekielnie dołująco także na psychikę, szybko zaczynam mieć tej jazdy dość - bo perspektywa jest tragiczna - jadę cały czas w tym samym kierunku; do tego dochodzi zmęczenie po pokonaniu 100km bardzo górzystej trasy do Teodozji. Dojechałem w rejon Lenine, coraz mocniej zastanawiając się nad podjechaniem koleją; w końcu wyprawa ma być przyjemnością nie katorgą i klepaniem kilometrów za wszelką ceną. Zjeżdżam więc w bok do bardzo zapuszczonego Lenine, kupuję bilet na pociąg (a dworzec o dziwo - pierwsza klasa). Do pociągu miałem ze 3h, ale w międzyczasie na dworzec zajrzał kierowca autobusu informując że zaraz jedzie do Kercza. Jako że zgodził się zabrać rower - więc oczywiście jadę (bilet na pociąg kosztował jakieś zupełne grosze). Rower był wstawiony na chama po prostu do środka autobusu, nawet bez zdejmowania bagażu, do tego opierał się całym ciężarem o tylne drzwi, które za solidnie nie wyglądały :)). To jest właśnie duży plus takich krajów jak Ukraina, tu nie ma jakiś oficjalnych przepisów i jechać z rowerem jest o wiele łatwiej niż na Zachodzie.
Autobus dojeżdża do centrum Kerczu, więc do granicy trzeba podjechać jeszcze z 15km. Większość jest w zabudowie miejskiej (Kercz nawet niebrzydki) - więc daje niezłą osłonę przed cały czas mocno wiejącym wiatrem. W Porcie Krym okazało się że następny prom będzie dopiero o 22, więc muszę czekać ze 3h. W czasie tego przymusowego odpoczynku trochę na duchu podniosła mnie relacja Bolo Pereza (którą sobie odczytałem na komórce) - on również musiał w tym rejonie skorzystać z transportu (kolej), jego również dobiły za ambitnie zaplanowane bardzo długie dystanse. Bo przy trasie ok. 100km dziennie można sobie dać radę nawet pod wiatr, przy 200km jest już to nierealne, szczególnie w dość krótki wrześniowy dzień; ale w moim przypadku - urlop nie jest z gumy, by dojechać na czas do Egiptu musiałem nieźle "cisnąć". Choć oczywiście skorzystanie z transportu zawsze jest porażką, gdybym wiedział że prom będzie aż tak późno, pewnie znalazłbym w sobie motywację do jazdy (choć oczywiście dojechałbym porządnie po zmroku).
Cała odprawa paszportowo - celna ciągnęła się w nieskończość, biurokracja w obu krajach jest ogromna; bardzo to przeszkadza w sprawnym podróżowaniu. Prom rusza koło północy (na tej granicy jest zmiana czasu, dodaje się kolejną godzinę - tak daleko na wschodzie jeszcze nigdy nie byłem), nocny rejs po nieźle wzburzonym morzu (cały czas wieje jak cholera, do tego jest zimno) ma swój urok. Po rosyjskiej stronie o dziwo poszło to sporo sprawniej - bo władowałem się do kolejki dla samochodów, nie pieszych. Wprawdzie kilka osób mnie ostrzegało że mnie tu nie puszczą - to o dziwo prowadzący odprawę gładko "łyknął" tekst że jestem "woditielem wiełosipieda" - jak widać cuda się zdarzają. Do tego bonusem było to, że w paszporcie wstawił mi pieczątkę z datą już na kolejny dzień (było po północy) - a to dawało mi jeden dzień więcej, sprawa dość kluczowa ze względu na obowiązek meldunkowy w Rosji (powyżej 3 dób), w trzy doby byłem w stanie dojechać do Soczi, więc nie musiałem się bawić w załatwianie tych niesłychanie upierdliwych formalności (Bolo Perez miał z tym ogromne problemy). Wyjeżdżam kawałek za zabudowania Portu Kaukaz i rozbijam się w krzakach tuż przy drodze.

XII dzień - Port Kaukaz - Dżiginka - Anapa - Noworosyjsk - Kabardinka



DST 161 km - AVS 17,8 km/h - MAX 60,5 km/h - ALT 1365 m


Długo nie pospałem, jako że dzisiaj znowu czekało mnie prawie 200km przejechania (niestety by ominąć OWIR trzeba było dociągnąć do Soczi w 3 dni). Od samego rana kluczową sprawą był przede wszystkim wiatr - niestety okazało, że nic a nic się od wczoraj nie zmieniło, nadal wieje jak diabli ze wschodu. O dziwo pierwszy kawałek (urokliwa wąska mierzeja pomiędzy morzem Azowskim i Czarnym) idzie bardzo sprawnie, daje się jechać 20km/h. Ale jak się okazało były to miłe złego początki - po prostu mierzeja była trochę osłonięta, było tu sporo krzaków i drzew blokujących wiatr. Od skrętu w głąb lądu (posterunek wojskowy, gdzie sprawdzają dokumenty) zaczyna się walka z wiatrem. Chwilami jest lepiej, chwilami beznadziejnie, wiele zależy od tego jak akurat biegnie sporo skręcająca droga, czy wiatr jest czołowy, czy więcej z boku itd. - ale generalnie jest to mordęga, bo tereny są niemal całkiem odkryte, jedyne co skutecznie blokuje wiatr - to lasy i gęste szpalery przy drodze, niestety w tym rejonie jest tego jak na lekarstwo. Trasa wbrew pozorom nie taka płaska, nie brakuje górek po 30-50m, na które pod wiatr ledwo się wjeżdża. Sama Rosja wygląda sporo lepiej niż Ukraina, wioseczki są zamożniejsze, samochody na drogach lepsze, śmieci niewiele, szosa całkiem niezła. Widokowo trasa też niebrzydka, mija się wiele jeziorek czy morskich zatok, dzięki góreczkom perspektywę mam całkiem szeroką; tylko niestety proza jazdy bierze górę - i stopniowo coraz mocniej wkurzam się i klnę na fatalny wiatr odbierający całkowicie przyjemność z jazdy. Jak naprawdę wiało mówi wiele prędkość maksymalna dzisiejszego dnia - 60,5km/h osiągnięta przed Anapą na jednym z nielicznych kawałków gdzie wiało w plecy, nachylenie na zjeździe było zaledwie 1%.
Anapa - całkiem niebrzydki kurort, bardzo zadbany, widać dużą różnicę w porównaniu z podobnymi miastami na Ukrainie, robię tu zakupy, wypłacam pieniądze z bankomatu (były z tym problemy, co najmniej kilka bankomatów nie akceptowało mojej karty, część była tylko po rosyjsku). Za Anapą jest bardzo ciężki odcinek - równo na wschód, strasznie mnie tu wiatr obciągnął, po kilkunastu km zaczynają się większe góry, wreszcie dojechałem do stóp Kaukazu. Przed Noworosyjskiem wjeżdża się w sumie aż na 300m, z przełęczy do miasta jest już tylko w dół. Na tym kawałku generalnie wiatr jest korzystny, ale trzeba bardzo uważać, bo jak to ostry wiatr - wieje gwałtownymi podmuchami, dlatego na zjeździe nie ma mowy o szarżowaniu, łatwo byłoby wylecieć z jezdni. Sam Noworosyjsk - ogromny, nie spodziewałem się tu aż tak wielkiego miasta, ciągnęło się to ze wszystkimi przedmieściami ponad 20km, do tego musiałem przejechać przez samo centrum w porze popołudniowego szczytu, w wielokilometrowych korkach. Za Noworosyjskiem droga prowadzi niemal nad samym morzem, u stóp gór, liczyłem więc że powinny zasłonić ten wiatr - no i okazało się, że potwornie się przeliczyłem! To właśnie na tym kawałku jest najgorzej - wiatr jest po prostu nieprawdopodobny, z tak silnym nie spotkałem się nigdy, nawet na Mageroi, czy Islandii. Droga jest poprowadzona wzdłuż morskich zatok, tak że co chwilę jedzie się raz w stronę lądu, raz w stronę morza. Na odcinkach w głąb lądu miałem sytuacje, gdy na zjeżdzie po 5-6% jechałem w granicach 10km/h, z kolei na tak samo nachylone kawałki w stronę morza podjeżdżałem niemal bez kręcenia prawie 20km/h. Wielokrotnie wypadałem z jezdni dostając potężne boczne podmuchy. Dojechałem w ten sposób jakieś 20km za Noworosyjsk i totalnie wykończony zarówno fizycznie jak i psychicznie rozbiłem się na nocleg w jednej z opadających do morza dolinek, bardzo starannie wyszukując osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie namiotu, z głębokim postanowieniem, że jeśli jutro warunki się utrzymają - wsiadam w autobus do Soczi.
Dzień niesłychanie ciężki, niewiele ustępujący temu drugiemu, przejechanie aż 160km w tych warunkach było nie lada wyczynem. Tym razem jeszcze jakoś dałem radę, ale psychicznie byłem już totalnie zniechęcony, w tym rejonie zupełnie nie spodziewałem się takich warunków - a tymczasem czarnomorski odcinek okazał się piekielnie trudnym (fatalne wiatry i masa gór).

XIII dzień - Kabardinka - Gelendżik - Dżubga - Nebug



DST 142,5 km - AVS 19,5 km/h - MAX 46,9 km/h - ALT 1666 m


Do rana wiatr nie zmienił się za grosz, więc postanawiam dojechać do Gelendżika i tam złapać autobus do Soczi. Jako, że nie było się co spieszyć pospałem sobie dłużej i w trasę ruszyłem dopiero po 8 (z reguły startowałem o 6-6.30). Ponad 20km do Gelendżika potworne, po prostu jechać się nie daje tak wieje, notorycznie wyrzuca mnie z drogi (wiatr jest głównie boczny); o ile wczoraj jeszcze walczyłem dzisiaj jestem już jak przebita dętka - wszystkiego mam dosyć; bez dwóch zdań - nie ma dla rowerzysty nic gorszego od wiatru. W Gelendżiku okazuje się jednak, że z autobusem wcale nie będzie tak łatwo jak mi się wydawało; tutaj właściwie nie ma prywatnych połączeń, wszystko strasznie zbiurokratyzowane, w ogóle nie ma kursów do Soczi, jedynie zatrzymują się tu 2-3 autobusy jadące do Soczi z bardziej odległych miast. Jeden akurat przyjechał - ale był nieźle zapchany, a kierowca w ogóle nie chciał słyszeć o zabraniu roweru. Nieźle mnie to zdołowało, bo totalnie nie chciało mi się jechać dalej w tym huraganie. Ale wyjścia niestety nie miałem, bo dostać się do tego Soczi musiałem. Postanawiam więc spróbować pociągnąć do kolejnego większego miasta i tam rozejrzeć się za transportem (od Tuapse do Soczi jest już kolej).
Pod górkę na główną drogę, równo pod wiatr ledwo się wpompowałem; ale gdy ruszyłem w stronę Soczi stał się prawdziwy cud, moje modlitwy zostały wysłuchane - i wiatr bardzo znacząco osłabł, wreszcie dawało się w miarę normalnie jechać. Momentalnie wstąpiło we mnie życie, w tych warunkach uznałem że nie ma co tłuc się autobusami, dalej jest szansa na osiągnięcie Soczi rowerem. Straciłem oczywiście masę czasu (dużo późniejszy start, długa wizyta na dworcu) - tak więc planowane na dziś Lazarewskoje było zupełnie nieosiągalne, ale ostatni dzień do Soczi miał być bardziej ulgowy (80km) - więc miałem jakieś pole manewru. Za Gelendżikiem zaczynają się góry, ale o niebo wolałem to od mordęgi z huraganem. Dość długim i łagodnym podjazdem wjechałem na Michajłowski Pieriewał (241m), przed Dżugbą była jeszcze jedna bardziej znacząca górka. Na kolejnych kilometrach droga coraz bardziej zaczynała przypominać krymski odcinek pomiędzy Ałusztą i Teodozją - coraz więcej coraz ostrzejszych ścianek. Widokowo trasa niebrzydka - ładne góry i widoki na morze, niestety ruch na drodze bardzo duży, nawierzchnia też w rozmaitym stanie - raz lepsza, raz gorsza. Za Dżubgą zaczęła się seria nadmorskich kurortów, a że zbliżał się już zachód słońca - miałem spore problemy ze znalezieniem miejsca na obóz, bo większość dostępnych miejsc była gęsto zabudowana, w końcu rozbiłem namiot w liściastym lesie w rejonie Nebuga; wieczorem miałem trochę urozmaicenia, bo niedaleko odpalano całe serie bardzo głośnych fajerwerków.

XIV dzień - Nebug - Tuapse - Lazarewskoje - Dagomys - Soczi



DST 143,2 km - AVS 18,1 km/h - MAX 56,6 km/h - ALT 2749 m


By wyrobić się do Soczi (ok.130km) o w miarę wczesnej godzinie (ze względu na zakup biletów na prom do Trabzonu) ruszam na trasę bardzo wcześnie - jeszcze nocą, o 4. Pierwszy podjazd na prawie 200m pokonuję zupełnie po ciemku, ale szybko zaczyna się rozwidniać, do Tuapse docieram już przy w miarę jasnym niebie. Miasto (i to nie byle jakie bo Tuapse to Gorod-Gieroj!) ładnie położone na wzgórzach, o brzasku prezentuje się bardzo sympatycznie. Ale, że leży na wzgórzach - oznacza to oczywiście wspinaczkę na kolejną ścianę. Po następnych kilkunastu km już wiem, że dziś na ulgową jazdę nie ma co liczyć, góry po prostu nie mają końca, płaskich odcinków nie ma w ogóle. Wysokości są co prawda żadne, 100m przekraczam nieczęsto - a mimo to podjazdy dają w kość nieprzeciętnie, przede wszystkim swoją ilością, nachylenia też niewąskie (7-9%). Miałem zrobić postój ok setnego kilometra, ale w tych warunkach okazało się to nierealne, stanąc musiałem już po 60km, za zatłoczonym kurortem Lazarewskoje (wreszcie parę kilometrów płaskiego!).
Ale już chwilę dalej droga wraca do normy - znowu niekończące się pagórki, a gdy godzina robi się już bardziej "ludzka" i zbliża się Soczi - zaczyna się też bardzo duży ruch; tak więc jazda tą drogą jest bardzo ciężka, wielokrotnie mijały mnie na podjazdach całe kolumny ogromnych ruskich "kamazopodobnych" złomów, potwornie rzężących i produkujących masę spalin. Jednym słowem - Soczi wyczekiwałem jak zbawienia, bo kawałek był potwornie męczący; musiałem jeszcze raz stanąć za Wardane na kilkunastominutowy postój. W Dagomysie na chwilę się wypłaściło, myślałem, że stąd do Soczi będzie już w miarę płasko - ale zdrowo się przeliczyłem, bo właśnie przed samym Soczi były największe podjazdy, do tego nachylone fragmentami powyżej 10%, a że dochodziła już 12 - słońce zaczynało zdrowo prażyć, temperatura osiągała 35'C. Jakiś kawałek przed Soczi jest rogatka, tam żołnierze z długą bronią sprawdzają udających się do Soczi, nad moim paszportem główkowali z 5min, w ogóle w Rosji pojazdy wszelakich służb mundurowych spotyka się co chwilę. Tak więc do Soczi dotarłem już naprawdę mocno zjechany, kawałek był po prostu piekielny, na ok. 130km miałem jakieś 2600m podjazdów, czyli wynik który i w Alpach jest wielką rzadkością, a najwyższe wzniesienie jakie zaliczyłem miało zaledwie 200m; tak górzystej drogi na wybrzeżu jeszcze nigdy nie spotkałem; Dalmacja czy Grecja słynące z podobnych tras z Kaukazem nie mają się co mierzyć.
W Soczi oczywiście przede wszystkim udałem się do portu, by sprawdzić jak się przedstawia sprawa z promem do Trabzonu; właśnie dlatego tak tu zasuwałem cały odcinek z Polski - licząc się z ewentualnymi problemami, bo niczego naprawdę konkretnego o tym połączeniu nie można się było dowiedzieć. No i okazało się, że sprawa wygląda bardzo kiepsko - prom będzie dopiero we wtorek (dziś jest niedziela). Niestety wyjścia nie miałem, musiałem tu czekać wykorzystując oba dni rezerwowe. Do tego bilet na prom był bardzo drogi ok.400zł, podobno jakiś tydzień temu podrożał o dobrą stówę (Bolo Perez w 2006 płacił niecałe 200zł) - jednym słowem pełne złodziejstwo, dużo bardziej komfortowe promy pływające przez Bałtyk nie kosztują 200zł. Ponadto wziął w łeb cały plan z ominięciem obowiązku meldunkowego, mimo tego że dałem radę przejechać ten ciężki kawałek w 3 dni, to będę musiał przebywać w Rosji powyżej 3 dób. Z Soczi pływał także prom do gruzińskiego Batumi (nad którym się zastanawiałem) - ale okazało się że mogą z niego korzystać tylko Rosjanie, dla innych nacji obowiązywał zakaz, także lądowa granica z Gruzją jest zamknięta - tak niestety wyglądają realia policyjnego kraju jakim bez wątpienia jest Rosja. W Soczi akurat odbywało się jakieś forum gospodarcze, milicji było w całym mieście po prostu zatrzęsienie, stali praktycznie na każdym skrzyżowaniu główniejszej drogi którą jechałem przez miasto. Samo miasto ładne, położone na wzgórzach, dużo zieleni, w centrum kilka naprawdę pięknych parków, masa luksusowych hoteli, niestety nie na moją kieszeń. Musiałem więc wyjechać spory kawałek na wschód, tam udało mi się znaleźć fajną miejscówkę - w zapuszczonym ogrodzie przy zrujnowanym domu, nieżle osłoniętą od drogi.

XV dzień - Soczi



DST 16,4 km - AVS 17,5 km/h - MAX 38,1 km/h - ALT 217 m

Dzień wypoczynkowy, w oczekiwaniu na prom. Na całe szczęście miałem ze sobą przewodnik po Ziemi Świętej - bo inaczej chyba bym się zanudził na śmierć. Zrobiłem tez rundkę do Soczi (zwijając obozowisko), by upewnić się w porcie co do promu. Posiedziałem sporo w parku, reperując m.in. ową dętkę ExtraLight, którą notorycznie trzeba było dopompowywać. Po południu powrót na tą samą miejscówkę

DALEJ >>>