ZIEMIA ŚWIĘTA - 2010




VI dzień - Bravicea - Kiszyniów - Budesti - Tyraspol - [UA] - Kuczurpan



DST 175,3 km - AVS 20,1 km/h - MAX 51,6 km/h - ALT 1569 m


Na starcie zaliczam porządny podjazd, na ponad 300m (kto wie czy to nie najwyższa szosa w Mołdawii :)), następnie kontynuuję jazdę w stronę Kiszyniowa, pagórków nie brakuje, pojawia się coraz więcej winnic, w końcu mołdawskie wino to chyba jedyny produkt z tego kraju znany i poważany za granicą. Pogoda wreszcie się ustabilizowała, kilkaset km przejechanych na południe jednak zrobiło swoje. Do Kiszyniowa wjeżdżam długim zjazdem, samo miasto raczej nieciekawe, ciągnęło się strasznie, niestety sklepów rowerowych nie znalazłem (ciągle jadę bez przedniej przerzutki). W centrum staję na obiad w McDonaldzie, jest tu kilka budynków rządowych robiących jakie-takie wrażenie, kilka ładnych parków - ale generalnie niewiele tu ciekawego.
Miasto opuszczam jakąś boczną drogą, zaliczając bardzo ostrą ściankę na wyjeździe (12%), w ogóle już zaczynają mnie te mołdawskie górki irytować, jazda po tym kraju coraz bardziej przypomina Czechy ;). Po postoju na golenie się pod studnią koło Budesti ruszam główną drogą w kierunku wschodnim, po paru kilometrach droga robi się zupełnie pusta, widać że zbliża się Naddniestrze - czyli zbuntowana prowincja Mołdawii, de facto w pełni niezależna od rządu w Kiszyniowie (choć nieuznawana przez żadne państwo), egzystuje tylko dzięki intrygom Rosji, której armia dalej tu stacjonuje (bezczelnie łamiąc międzynarodowe umowy w tej sprawie); na fladze ma dalej sierp i młot. Kawałek przed granicą spotykam maszerujący drogą oddział mołdawskiego wojska, nie byłoby w tym nic specjalnie ciekawego, gdyby nie strój części żołnierzy, mianowicie dla kilkunastu nie starczyło butów i maszerowali w panterkach i ... białych adidasach; już się dziwię że z tym Naddniestrzem nie są sobie w stanie dać rady :).
Dla turysty ta bananowa republika - to niestety tylko poważne utrudnienie, granica wręcz słynąca z łapówkarstwa. Dlatego nieźle się zdziwiłem, gdy granicę na Dniestrze przejechałem bez jednego słowa - żołnierze po mołdawskiej stronie po prostu podnieśli szlaban, żadnych paszportów, żadnych karteczek; to samo Rosjanie (taka jest "niezależność" tego tworu) po drugiej stronie. W tym rejonie w 1990 toczyły się walki, nawet teraz są tu bunkierki i po każdej stronie stoi wóz opancerzony (co wygląda dość komicznie). Jakieś 15km za granicą wjeżdżam do naddniestrzańskiej stolicy - Tyraspola (brzydkie przemysłowe miasto), po czym kieruję się w stronę ukraińskiej granicy. Wreszcie zrobiło się zupełnie płasko - to miła odmiana po niemal trzech dniach ciągłych pagórków; widać że Morze Czarne coraz bliżej. Na granicy w Pierwomajskoje niestety juz tak gładko nie poszło - dowiedziałem się, że nie mam karteczki imigracyjnej, że w ogóle wjechałem tu nielegalnie (bo na owym moście na Dniestrze nie ma przejścia granicznego). Był to oczywiście wstęp do wymuszenia łapówki, jak tylko obejrzeli mój paszport i zobaczyli że nie jestem "lokalsem" skierowali mnie do innego okienka. Na początku zaśpiewali aż 50E, skończyło się na 20USD; niestety takie są realia tej złodziejskiej granicy. Po ukraińskiej stronie już bez niespodzianek, w Kuczurpanie robię jeszcze zakupy i kawałek za miastem rozbijam obozowisko.

VII dzień - Kuczurpan - Odessa - Jużne - Krasne - Neczajane



DST 171,4 km - AVS 21 km/h - MAX 43 km/h - ALT 821 m


Rano pogoda taka sobie, sporo chmur, temperatura jakieś 16-17'C. Odcinek do Odessy właściwie bez historii, droga niemal zupełnie płaska, jedynym większym urozmaiceniem było spotkanie faceta przewożącego żywą świnię w bagażniku samochodu osobowego (sic!). Przed samą Odessą pogoda wraca do normy, robi się wyraźnie cieplej i wychodzi słońce. Miasto niebrzydkie, nie ma tu tyle rozgardiaszu charakterystycznego dla wielu miast Ukrainy, a ścisłe centrum robi spore wrażenie, jest kilka pięknych bulwarów z platanami, wręcz monumentalny budynek dworca. Trochę się nakołowałem by trafić na sztandarowy zabytek Odessy - czyli słynne schody "potiomkinowskie". Miejsce naprawdę piękne, z góry można podziwiać szeroką panoramę portu z kilkoma ogromnymi promami na cumie (na dół skarpy można też zjechać kolejką linową). Trochę ten widok psują obecne tu tłumy i wielu ulicznych handlarzy; ale pogoda zachęcała do dłuższego postoju. A jako, że udało mi się wreszcie znaleźć sklep rowerowy - zabrałem się na montaż przedniej przerzutki, co poszło mi nad wyraz szybko (z reguły przednią ustawia się bardzo wrednie).
Z Odessy wyjeżdżam boczniejszą, nadmorską drogą, niestety była tak poprowadzona, że morza widać było na lekarstwo, właściwie jedynie w rejonie limanów, czyli bardzo szerokich zatok powstałych przy ujściach rzek, bardzo charakterystycznych dla czarnomorskiego wybrzeża. Liman w rejonie Koblewa robi duże wrażenie, droga prowadzi tu groblą, ma się wrażenie jazdy przez jezioro. Za Koblewem droga odbija od wybrzeża, jazda dość nudna, szosy w tym rejonie Ukrainy sa lepsze niż na północnym zachodzie, choć do polskiego poziomu im daleko, zdecydowanie za często niezłe drogi zamieniają się nagle w dziadowskie. W Neczajane (potworna dziura) nabieram wody na nocleg i kawałek dalej rozkładam namiot w pobliżu drogi.

VIII dzień - Neczajane - Mikołajów - Chersoń - Stawki



DST 209,3 km - AVS 22,4 km/h - MAX 41,8 km/h - ALT 458 m


Wstaję bardzo wcześnie, tak by ruszyć jeszcze po ciemku, bo dziś czeka mnie bardzo długi odcinek przerzutowy na Krym (aż 220km). Plany wcześniejszego startu niestety spaliły na panewce, bowiem po złożeniu namiotu okazało się, że w obu kołach nie ma powietrza. Dziurki znalazłem mikroskopijne, jedna od środka - generalnie był to efekt stosowania dętek ExtraLight (z pewnością była to ostatnia wyprawa na której tak się załatwiłem). Zyski rzędu 30-40g na dętce są nieporównywalne z kłopotami (znacznie częstsze przebicia, często od środka, do tego bardzo niewygodne w naprawie, bo przebicia najczęścej są minimalne, powietrze potrafi też schodzić przez powierzchnię dętki); każdemu odradzam takie rozwiązanie. Po długiej naprawie ruszam w trasę, odcinek do Mikołajowa w większości pod wiatr, ale jego kierunek (generalnie północny) daje dużo nadziei na kolejne kilometry. Przed limanem Bohu orientuję się że w tylnym kole nie mam już prawie powietrza, więc czeka mnie kolejna naprawa, tym razem wymieniam dętkę na normalną, niestety zapasową miałem tylko jedną. Przejazd przez liman Bohu oświetlony porannym słońcem obfituje we wspaniałe widoki, sam Mikołajów też niebrzydki, bardzo tu dużo zieleni.
Za miastem zaczyna się okropna droga na Chersoń - bez pobocza, z ogromnym ruchem, a skraj jezdni po którym muszę jechać jest strasznie dziurawy. Męczyłem się tak ze 25km, potem nieoczekiwanie zaczęła się dwujezdniowa szosa z idealnym asfaltem, a że miałem mocny wiatr w plecy zaczęła się naprawdę elegancka jazda. Widokowo trasa nieciekawa - właściwie tylko stepowa równina, powoli zaczynająca przechodzić w tereny półpustynne. Przy wjeździe do Chersonia skończyła się dobra jezdnia, a niemal całą obwodnicę Chersonia musiałem walczyć z przeciwnym wiatrem, z wielką ulgą skręciłem na drogę prowadzącą nad Dniepr. Rzeka przeogromna, specjalnie zmierzyłem jej szerokość licznikiem - wyszło aż 970m! A jest to szerokość samej rzeki, nie limanu! Tak więc Dniepr nie zawiódł, wygląda rzeczywiście na miarę "kresowej legendy", niewiele jest tak ładnych widoków na Ukrainie. Za to odcinek za rzeką brzydki, długi kawał obskurnych zarośli, dalej ciąg przemysłowych miasteczek. Po rozjeździe z drogą M14 (ja jadę M17) zupełnie zmienia się krajobraz - zaczynają się lasy, coraz więcej piachu. Jest wreszcie co pooglądać, niestety wrażenia psuje bardzo duży ruch na drodze (to jedna z głównych dróg prowadzących na Krym); w ogóle ruch na południowej Ukrainie jest zdecydowanie większy niż na Wołyniu czy Podolu. Po kolejnych kilkunastu km docieram nad kanał krymski i krajobraz "stabilizuje się" na wiele km - po lewej stronie pas drzew i zarośli nad kanałem, po prawej linia telefoniczna i płaski jak stół coraz bardziej pustynny step. Wygląda to całkiem fajnie, te ogromne puste przestrzenie po dość zaludnionym rejonie Odessy to miła odmiana. Mimo korzystnego wiatru do planowanego Armiańska nie dałem rady dociągnąć, nie chciałem już jechać nocą, zaważył tu czas stracony na naprawy dętek, wrzesień to już niestety nie lipiec, słońce zachodzi przed 19.

IX dzień - Stawki - Armiańsk - Krasnoperekopsk - Symferopol - Bachczysaraj - Zalizniczne



DST 198,2 km - AVS 22,7 km/h - MAX 50,1 km/h - ALT 744 m


Pogoda gorsza niż wczoraj, sporo chłodniej, poniżej 15'C, do tego zimny wiatr, na szczęście dalej północny. Szybko docieram do Armiańska, wjeżdżając już oficjalnie na teren Autonomicznej Republiki Krymskiej, niedaleko od tego miasta leżał słynny tatarski Perekop - czyli strategiczna (położona na wąskim przesmyku) twierdza strzegąca wejścia na teren Krymu. Po kilkunastu kilometrach przejeżdżam przez obskurny, przemysłowy Krasnoperekopsk, zatrzymując się tu na zakupy. Kolejne kilkadziesiąt km - to bardzo monotonna jazda krymskim stepem, trochę daje się we znaki kiepska nawierzchnia, co chwilę zmieniająca swój stan, momentami pojawia się dobry asfalt i gdy się liczy na to, że wreszcie koniec szarpaniny po dziurach - owe dziury po kilometrze wracają ;). Krajobrazy półpustynne, trochę upraw (są nawet takie specjalne, wielkie machiny do nawadniania pól) - ale widać, że rolnictwo nie bardzo tu idzie. Sprawdza się to co czytałem o półwyspie - a mianowicie, że lubi tutaj wiać. Na całe szczęście jest to wiatr w plecy, ale gdybym musiał jechać w przeciwnym kierunku byłaby to niezła mordęga, bo tereny są niemal zupełnie odkryte, drzew niewiele. Krajobraz pustynny utrzymuje się aż do Gwardijskiego, dalej są juz tereny bardziej zielone i co za tym idzie znaczniej gęściej zaludnione; długim ciągiem wiosek docieram do Symferopola. Samo miasto mnie rozczarowało, co prawda zwiedzać go nie zwiedzałem, ale przejechałem przez samo centrum (gdzie Lenin ciągle ma się dobrze) - i marnie to wyglądało.
W samym mieście już się sporo podjeżdża, na wyjeździe jest górka na 300m - i tutaj tak naprawdę zaczyna się Krym przez duże K. Po setkach kilometrów płaskiego stepu góry robią duże wrażenie, do tego te tereny są znacznie bardziej zasobne w wodę i co za tym idzie - zielone; jednym słowem aż chce się jechać dalej! Po zaliczeniu tej 300m góry jest jeszcze trochę pagóreczków, po czym zaczyna się długi zjazd w kotlinę, w której leży Bachczysaraj. Spotykam tutaj nawet pierwszych sakwiarzy na tej wyprawie, widać że wreszcie wjechałem do rejonu Ukrainy, któremu turystyka nie jest obca. Do samego pałacu chańskiego w Bachczysaraju trzeba odbić z 1,5km na wschód od drogi (i pod górę) - ale z pewnością warto, bo położony jest fantastycznie, w dość wąskiej skalnej dolince. Do kompleksu można wejść za darmo, dopiero zwiedzanie budynków wewnątrz jest płatne - co było mi bardzo na rękę (nie bardzo mi się uśmiechało zostawienie roweru). Kompleks piękny, na dziedzińcu malowniczy ogród otoczony orientalnymi budynkami pałacu, może stosunkowo niewielki (jak na wyobrażenie o tatarskiej potędze, która Rzeczypospolitej sporo krwi napsuła) - ale bardzo gustowny. W ogrodzie zrobiłem sobie dłuższy postój, przyjemnie było tu sobie chwilę posiedzieć (bo i pogoda od Symferopola zdecydowanie się poprawiła), wśród zwiedzających nie brakowało Polaków.
Chciałem tu też nabrać wody na nocleg, ale już dobre 15m od toalety babcia kiblowa (a siedziały tam dwie, oczywiście grube i okropne baby) tubalnym męskim głosem stwierdziła "Tualjet nie rabotajet!". Jednym słowem - ukraińskie dziadostwo w pigułce - zabytek światowej klasy bez czynnej toalety. Wkurzyły mnie te leniwe baby, więc na głos powiedziałem kpiąco "Ukraina" i poszedłem w swoją stronę, nie słuchając bluzgów jakimi mnie nie omieszkały pożegnać. Wyjeżdżam kawałek za Bachczysaraj, tam nabieram wody w jednej wiosek, a na noc rozbijam się na wzgórzu z pięknym widokiem na masyw Gór Krymskich, był to jeden z ładniejszych noclegów na tej wyprawie.

X dzień - Zalizniczne - Kujbyszewe - (1200m) - Jałta - Ałuszta - Rybacze



DST 152,7 km - AVS 17,8 km/h - MAX 55,8 km/h - ALT 2953 m


Dzisiaj czekają mnie wreszcie pierwsze wyższe góry na tej wyprawie, bo dotąd wyżej niż na 400m nie wjechałem. Wstaję tradycyjnie w ten sposób by ruszyć mniej więcej o świcie, o tej godzinie jest jeszcze bardzo chłodno, do tego wilgotno, u podnóża wzgórza na którym mam namiot morze mgły, wygląda to bardzo malowniczo. Rozgrzewam się już w czasie jazdy, kawałek po zjeździe z głównej drogi (na Jałtę) zaczynają się coraz piękniejsze widoki, mija się całą serię skałek (przejazd przez przewężenie doliny), spotykam tutaj grupkę rosyjskich sakwiarzy. Ale jechali sporo za wolno jak na moje tempo, więc wspólnie pojechaliśmy tylko kawałek. Droga podjeżdża z początku bardzo łagodnie, mija się całą serię wioseczek, wyglądających zauważalnie lepiej niż w innych rejonach Ukrainy. Ostrzejszy podjazd zaczyna się za Sokołyne - generalnie trzyma cały czas na poziomie 5-6%, więc podjeżdża się sprawnie. Niemal cały podjazd jest w lesie, tak więc widoki umiarkowane, droga bardzo kręta, odbywa się tu akurat jakiś samochodowy rajd na orientację, więc nie brakuje szarżujących kierowców. Podjazd nie taki ciężki, ale za to bardzo długi, w sumie ponad 1000m przewyższenia, dopiero powyżej 1000m zaczynają się ładniejsze widoki. Na szczyt (1200m) docieram w dobrej formie, u góry nie ma już lasu, za to zaczyna się kilkukilometrowy płaskowyż, nad którym królują szczyty z kilkoma obserwatoriami astronomicznymi, to jak dotąd zdecydowanie najładniejszy dzień wyprawy (bo dotąd to widokowo było niestety raczej mizernie). Na końcu płaskowyżu jakaś obskurna "turystyczna" wioseczka, niestety widoków na Morze Czarne nie uświadczyłem, bo pojawiło się sporo chmur, w których pokonuję połowę zjazdu (mocno dziurawa nawierzchnia, pod koniec nieźle już bolą ręce od hamowania). W molochu jałtańskim wjeżdżam na obwodnicę, ruch jest bardzo duży, a droga ciężka, cały czas są jakieś podjazdy. Sama Jałta wydała mi się mocno przereklamowana, z drogi widać ją jak na dłoni, uznałem że nie ma większego sensu zjeżdżać na sam dół.
Droga do Ałuszty bardzo ruchliwa, ciekawostką jest tu linia trolejbusowa łącząca te dwa miasta, najdłuższa na świecie (prowadzi aż do Symferopola - niemal 100km!); po drodze mijam też słynny za czasów Sojuza obóz pionierski "Artek". Wjeżdża się w sumie na ponad 300m, po czym jest długi zjazd do Ałuszty niemal na poziom morza. Tam skręcam na boczniejszą drogę do Teodozji, ruch maleje niemal do zera. Droga za Ałusztą jest piękna, prowadzi wzdłuż wybrzeża, wspaniałych widoków nie brakuje (m.in. charakterystyczna cerkiew poświęcona katastrofom morskim i ich ofiarom). Ale to że widoki są tak piękne - powodują niekończące się podjazdy i zjazdy, co rusz wjeżdża się na 200-300m i od razu sru w dół :)). Przez pierwsze kilkanaście kilometrów jeszcze to sprawia przyjemność, później już tylko męczy, bo podjazdy są bardzo wymagające, nachylenia na poziomie 7-8% są normą, a często dochodzą do 9-10%. Miałem dociągnąć do Priwitnego, ale jako, że byłem już bardzo zmęczony (niemal 3000m podjazdów!) i w dodatku zaczęło padać rozłożyłem obozowisko parę kilometrów wcześniej.

DALEJ >>>