ZIEMIA ŚWIĘTA 2010




Wstęp

Tym razem na wakacyjny wyjazd postanowiłem ruszyć pierwszy raz poza Europę, zobaczyć coś naprawdę nowego, spróbować jak "smakują" inne kultury, jak wyglądają kraje pozaeuropejskie. Czytałem oczywiście wiele relacji z wypraw tego typu, ale przeczytać - a zobaczyć i ocenić samemu to coś zupełnie innego - a o krajach islamskich jest w Polsce masa stereotypów. Cel narzucał się oczywisty - Ziemia Święta z jej stolicą, świętym miastem trzech wielkich religi Jerozolimą. Taki cel działa bardzo mocno na wyobraźnię, na trasie stanowi wielką motywację do jazdy, pozwala łatwiej pokonać wiele trudności, których siłą rzeczy na tak długiej trasie nie brakuje. Wybrałem dość nietypową drogę - przez Krym, tak by promem dotrzeć do Turcji i zobaczyć zdaniem wielu ciekawszą wschodnią część Turcji.

I dzień - [PL] - Warszawa - Góra Kalwaria - Stoczek - Łuków - Radzyń Podlaski - Parczew - Urszulin - Chutcze



DST 228,7 km - AVS 21,6 km/h - MAX 40 km/h - ALT 514 m


Pierwszego dnia czeka mnie bardzo długi, przelotowy odcinek przez Polskę. Ruszam wcześnie rano, trochę po 6 jestem już na trasie. O tej godzinie jest jeszcze dość chłodno, jakieś 12'C - ale im dalej tym robi się cieplej. Sprawnie docieram do Góry Kalwarii, następnie przez mazowieckie łąki kieruję się na Osieck i Pilawę (ładny leśny kawałek). Trasa na Łuków dobrze znana, niestety nie za ciekawa, więc na tym kawałku koncentruję się głównie na śledzeniu wskazań licznika :). Przed Stoczkiem kilka malutkich ścianek, wjeżdża się na jakieś 190m, następnie do Łukowa niemal całkiem po równym. Udało mi się dociągnąć na pierwszy postój aż do Łukowa (115km) - niestety by przejechać ponad 200km z bagażem pod koniec sierpnia trzeba postoje ograniczać do minimum, inaczej czeka nas jazda nocą, której wolałem uniknąć. Wiatr generalnie mam niekorzystny, ale na szczęście wieje dość słabo, wiele to nie przeszkadza, temperatura optymalna ok. 20'C. Za Łukowem dość ruchliwy kawałek do Radzynia, gdzie tradycyjnie robię zdjęcie pięknego pałacu i kieruję się na Parczew, gdzie zaczynają się nieco ciekawsze widoki (ładne szpalery drzew, zalew). W Parczewie robię zakupy, na drugi postój staję kawałek dalej w miasteczku o ciekawej nazwie - Dębowa Kłoda :). Następny odcinek już naprawdę fajny, piękny leśny kawałek przed Sosnowicą, następnie bocznymi drogami przez Poleski PN. Sam park może nie za ciekawy, ale wrażenie robi na mnie ciszą i pustką zielonych łąk otoczonych lasami. W Urszulinie już mocno odczuwam zmęczenie dystansem, robię tu krótki postój, na pozostałym kawałku trochę małych góreczek - ale generalnie dzisiejszy dzień jest zupełnie płaski, dzięki temu można było bez wielkiego "bólu" przejechać tak długi dystans. Na nocleg rozkładam się zgodnie z planem w rejonie wioseczki Chutcze, równo ze zmrokiem. Ale humor nie dopisuje, znałem prognozę pogody na jutro, zapowiadała się prawdziwa apokalipsa, miało spaść 20mm deszczu, do tego mocny przeciwny wiatr.

II dzień - Chutcze - Chełm - Raciborowice - Horodło - Zosin - [UA] - Włodzimierz Wołyński - Pawliwka - Gorochów



DST 161,7 km - AVS 18,4 km/h - MAX 36,4 km/h - ALT 812 m


Na początek dnia - miłe złego początki, jeszcze nie pada, choć wszędzie wiszą ciemne chmury. Po ok. 10km, za Sawinem koniec tego dobrego - muszę się przebrać w strój przeciwdeszczowy. Do Chełma jest jeszcze całkiem, całkiem, nawet zatrzymałem się na ślicznym rynku na fotki (w ogóle Chełm to ładne miasto, bardzo zadbane). Ale gdy wyjeżdżałem z miasta lekka mżawka zamieniła się w mocny deszcz, który tego dnia miał mi długo towarzyszyć. Na dość odkrytej drodze 844 zaczyna się także mocno dawać we wznaki silny wiatr ze wschodu, chwilami trzeba jechać pod kątem by nie wylecieć z drogi. Po jakiś 10-15km takiej jazdy muszę założyć pod kurtkę przeciwdeszczową polar, bo szybko zmarzłem (jest tylko 12'C). Przeglądając mapę w GPS znajduję skrót bocznymi drogami do Horodła, parę km zyskanych na dystansie w takich warunkach - to już bardzo dużo. Po skręcie muszę jechać równo na wschód, wiatr daje strasznie w kość, deszcz pada niemal poziomo. Z mozołem odliczałem kilometry pozotałe do Horodła (tam droga skręcała), liczyłem też że będzie tam gdzie odpocząć w cieple. Niestety miasteczko malusieńkie, typowa dziura, musiałem odpoczywać na przystanku, na całe szczęście zdecydowałem się zabrać spodnie przeciwdeszczowe, dzięki temu mam jeszcze suche stopy i nie marznę (jak byłoby w typowych długich spodniach kolarskich czy nogawkach). Pod odpoczynku już rzut beretem na granicę, w strugach deszczu docieram do Zosina i przejeżdżam most na Bugu.
Tam niestety kończy się zabawa i zaczyna mordęga, którą na tym wyjeździe niestety musiałem przerabiać wielokrotnie. Mimo fatalnych warunków stojący przy pierwszej budce ukraiński pogranicznik kategorycznie nie zezwala mi na przejazd rowerem, nic nie pomogły żadne tłumaczenia, że przejeżdżałem granicę Ukrainy w miejscach gdzie nie ma przejść pieszych (jak Hrebenne), czy opisy ludzi którzy robili to także w Zosinie. Niestety jak się trafi na taki "myślący czerep" jak ja - nic nie poradzisz, pozostaje jedynie przejazd samochodem. Na szczęście udało mi się załadować do małego busika, w środku się przynajmniej trochę ogrzałem, choć na całą granicę zeszła się chyba z godzina, bo kolejka dla samochodów ruszała się jak krew z nosa. Uprzejmy kierowca wysadził mnie z kilometr za granicą, szybko ruszam kierując się na Włodzimierz Wołyński. Ten kawałek po prostu tragiczny, równo pod wiatr, chwilami po 11-13km/h (jest lekko pod górkę), jednym slowem katorga, nie jazda. Liczyłem, że sytuacja poprawi się za Włodzimierzem (raczej brzydkie miasto, zresztą w tych warunkach koncentrowałem się by nie wpaść w zalane wodą dziury w jezdni, nie oglądaniu widoków), gdzie droga mocno skręcała na południe, ale różnica jest symboliczna, niemal całe 30km do Pawliwki to tragiczne warunki, najbardziej we znaki daje się zdecydowanie wiatr. Pojawia się też sporo malutkich góreczek, na które w tych warunkach ledwo się wjeżdża, turlając się po 6-8km/h. Dopiero w Pawliwce, po ponad 140km trochę się uspokoiło, przede wszystkim przestało wreszcie wiać, deszcz też trochę odpuścił. Że planu na dziś (Beresteczko) nie wykonam, było już od dawna oczywiste, udało mi się dociągnąć do Gorochowa (ładny widokowo kawałek). W tych warunkach przejechanie 160km i tak było to niesamowitym wyczynem, tak długo w tak mocnym deszczu jeszcze nigdy nie jechałem, do tego doszedł jeszcze bardziej wykańczający wiatr. Ale bardzo pomagała mi świadomość, że to najprawdopodobniej jednodniowe załamanie (na to wskazywały prognozy) - to powodowało, że mimo cholernie ciężkich warunków nie straciłem motywacji i cały czas prułem naprzód.

III dzień - Gorochów - Beresteczko - Krzemieniec - Wiśniowiec - Zbaraż - Skałat



DST 177,9 km - AVS 19 km/h - MAX 46,1 km/h - ALT 1218 m


Z samego rana oczywiście kluczową sprawą była pogoda, koło wschodu słońca jeszcze padało, zdecydowałem się przełożyć wyjazd o jakąś godzinę i było to dobre rozwiązanie, bo przez ten czas się nieco przejaśniło i na trasę ruszam bez deszczu. Przez dobre 30km do Beresteczka jeszcze to wyglądało nieciekawie, jechałem w mokrych po wczorajszej przeprawie ciuchach, ale w rejonie miasteczka wyszło słońce i zaczęło się porządniej rozpogadzać. Przejeżdżam tutaj mostem nad szeroko rozlanym Stryjem, Beresteczko słynne oczywiście z największej w historii pierwszej Rzeczypospolitej (a i chyba największej w całej historii XVIIw) trzydniowej bitwy z Kozakami w 1651. Przyciśnięta do ściany Rzeczpospolita potrafiła się zmobilizować do wystawienia niespotykanej w jej historii armii (ponad 80tys), mimo przewagi liczebnej Kozaków i Tatarów udało się odnieść wspaniałe i przygniatające zwycięstwo, niestety jak to nieraz w naszej historii bywało całkowicie niewykorzystane (gdyby Polacy potrafili wykorzystywać te zwycięstwa, gdyby w Kozakach widzieli coś więcej niż chłopów pańszczyźnianych, to pewnie dziś by niepodległej Ukrainy nie było). Kawałek za Beresteczkiem niestety bardzo zepsuła się droga (dotąd jak na Ukrainę nadspodziewanie dobra) - teraz za to są po prostu kocie łby, po których da się jechać jakies 12-13km/h. Ze świetnej relacji Bolo Pereza wiedziałem że są na tym kawałku takie niespodzianki, ale nie myślałem że będzie aż tak źle. W normalnych warunkach dałoby się jechać piaszczystym poboczem, ale po wczorajszej ulewie jest tak rozmięknięte, że nie wchodzi to w grę, trzeba się tłuc po tych fatalnych kamieniach. W sumie trwało to dobre 15km, straciłem na to masę czasu, perspektywa odrobienia wczorajszych strat na dystansie coraz bardziej się oddalała, a aż do samego Soczi trasę mam zaplanowaną bardzo ambitnie, dziennie średnio grubo ponad 150km.
Do szosy Równe-Lwów docieram jak na skazanie (tu się miał zacząć kolejny kiepski odcinek), ale od czasu wizyty Bolo Pereza (2006) minęło już 4 lata i teraz jest asfalt. Liczyłem, że tak będzie do samego Krzemieńca, ale szybko się rozczarowałem, po paru km droga przechodzi w zwykłą polną dróżkę, aż się musiałem pytać ludzi czy to rzeczywiście droga na Krzemieniec, człowiek który zaznaczył ją na samochodowej mapie 1:1mln miał dużą fantazję. Droga nawet ładna, sporo po lesie, ale mi nieźle popalić dały pozostałości wczorajszego deszczu, musiałem się przebijać przez dziesiątki kałuż, błota też nie brakowało, do asfaltu (na granicy tarnopolskiej obłaści) dotarłem z ogromną ulgą, w nagrodę dostałem piękny, szeroki widok na równinę Wołynia, na horyzoncie z górami otaczającymi Krzemieniec. Przejechałem przez miasto, nie korzystając z obwodnicy, był to niezły pomysł bo jest całkiem niebrzydkie jak na ukraińskie standardy, duże wrażenie robi wzgórze z ruinami zamku. Przy wyjeździe z miasta bardzo ostry (10%) 100m podjazd (pierwszy porządniejszy na tej wyprawie), następnie wjeżdżam na główną drogę do Tarnopola. Mimo dużo większego ruchu jestem zadowolony, bo tutaj przynajmniej można liczyć na w miarę ludzki asfalt, bo terenowych przepraw po drogach Ukrainy mam już dosyć, a główne drogi są z reguły na tyle szerokie, że samochody wiele nie przeszkadzają. Po drodze staję na postój, po czym szybko kieruję się na Zbaraż. Trasa trochę pagórkowata (ścianka koło Wiśniowca), więc używam trochę przerzutki, tylna na tyle kiepsko działa że zdecydowałem się na naprawę. Generalnie problemy powodował wskaźnik przełożeń przez który przechodziła linka, oryginalny pancerz był za krótki, więc musiałem przełożyć ten z przedniej, pozostając w efekcie bez przedniej przerzutki. Wkurzyłem się trochę, bo na robotę straciłem kupę czasu, a w sumie więcej na tym straciłem niż zyskałem; znalezienie na Ukrainie dobrego sklepu rowerowego nie jest proste.
Wizyta w Zbarażu (w 1649 wojska polskie pod dowództwem księcia Jeremiego Wiśniowieckiego zatrzymały tu kilkakrotnie liczniejszych Kozaków i Tatarów) nieco poprawiła mi humor, zamek nieźle zachowany, ładnie położony na wzgórzu, choć jako miłośnika Trylogii nieco rozczarowały mnie jego rozmiary. Krótka refleksja - tak naprawdę niestety cała ta Ukraina wygląda dużo gorzej niż w nazwijmy to "kresowych legendach". Przez pewien czas można sobie wmawiać, że fajne stepy, że przestrzenie, że tyle historii - ale rzeczywistość jest brutalna, kraj jest po prostu brzydki, miasta z reguły okropne, wszędzie bieda, drogi tragiczne. Są oczywiście chwile które wynagradzają trud podróży, ale takich chwil nie ma wielu.
Za Zbarażem przebijam się bocznymi drogami w kierunku Satanowa, do Romanowego Sedla jest to asfalt, dalej już niestety mocno dziurawa szutrówka, do tego sporo górek, za to widoczki (poza wioskami) całkiem przyjemne. Do drogi na Skałat docieram z dużą ulga, niestety powoli zaczyna już zmierzchać, tak więc z planów nadrobienia nieco straconego wczoraj dystansu nic nie wyszło, dalej jestem ponad 30km do tyłu. Naszukałem się długo wody na nocleg, w końcu zniechęcony po prostu kupiłem mineralną i rozbiłem się na poletku pod stacją benzynową przy wjeździe do Skałatu.

IV dzień - Skałat - Satanów -Kamieniec Podolski - Chocim - Mamałyga - [MD] - Lipcani



DST 195,4 km - AVS 20,2 km/h - MAX 44,2 km/h - ALT 1633 m


Wstaję jeszcze nocą z mocnym postanowieniem nadrobienia straty dystansu, bo w perspektywie kolejnych bardzo długich dni coraz bardziej nie dawało mi to spokoju. Niestety pogoda marniutka, dużo chmur, zimno (poniżej 10'C). Do Grymajłowa jedzie się sprawnie, za miastem jest ładna, rozległa równina zakończona 100m podjazdem w lesie (to już Podole); niestety na szczycie dopada mnie deszcz. Wkurzony przebieram się w przeciwdeszczowe ciuchy i ruszam dalej; oczywiście w ten sposób jazda traci sporo uroku. Padało przez jakieś 20-30km, zimno było cały czas, zaczęło też mocniej zawiewać. W Satanowie przejeżdżam most na Zbruczu, rzeka ta była o tyle istotna, że stanowiła przedwojenną granicę RP, rozdzielającą bolszewizm od europejskiej cywilizacji. Dalsza droga raczej nieciekawa, niemal cały czas szosa prowadzi w szerokim szpalerze bardzo gęstych zarośli i drzew, tak więc widoki są bardzo ograniczone. Połowę trasy z Satanowa do Kamieńca poświęcam na problemy z GPS-em, który notorycznie gubi sygnał, aż wreszcie przestaje w ogóle działać, co mnie mocno wkurzyło, bo się już do tego urządzenia bardzo przyzwycziłem i samotna jazda bez niego to niemal jak jazda bez ręki. A brak odczułem dość szybko, bo w Kamieńcu drogowskazów jest co kot napłakał, trochę zakołowałem i musiałem się rozpytywać o drogę, z GPS jedzie się jak po sznurku.
Zamek w Kamieńcu robi duże wrażenie, zachowany całkiem przyzwoicie, niewiele jest zabytków tej klasy na Ukrainie. Była to jedna z głównych twierdz Rzeczypospolitej (granica przebiegała wtedy na Dniestrze), rozsławił ją Henryk Sienkiewicz w "Panu Wołodyjowskim". I trzeba przyznać, że walory obronne ma rzeczywiście ogromne, położona jest nad głębokim jarem; nie dziwne że tak trudno było ją zdobyć (na twierdzy połamały sobie zęby m.in. wojska Chmielnickiego). Sułtan Osman gdy go zobaczył spytał kto go wybudował, a na odpowiedź że Pan Bóg - stwierdził "Niech więc Pan Bóg sobie go zdobywa":).
Wyjazd z Kamieńca nieprzyjemny - zerwał się bowiem bardzo mocny wiatr z zachodu, który na kilku podjazdach bardzo dawał w kość, z ulgą docieram do miejsca, gdzie droga skręca na południe. Po kilkunastu km dojeżdżam nad płynący głębokim jarem Dniestr. Rzeka robi ogromne wrażenie, tutaj to nie strumyczek (jaki miałem okazję oglądać w tym roku pod Drohobyczem) ale potężna rzeka, większa od Wisły, do tego kapitalnie wkomponowana w otoczenie (ów głeboki jar), nie dziwne, że tyle lat stanowiła granicę Rzeczypospolitej, bo walorów naturalnych jej ku temu nie brakuje. Zaraz za mostem rozpoczyna się długi podjazd do Chocimia, by obejrzeć zamek trzeba zboczyć jakiś kilometr na zachód od głównej szosy. Samo miasteczko Chocim brzydkie (jak prawie wszystkie na Ukrainie), ale zamek położony jest fantastycznie, niemal nad samą rzeką; w tym miejscu aż "pachnie" historią, w tym rejonie rozegrały się dwie wielkie bitwy z Turkami (1621 i 1673), na tych błoniach ważyły się losy Rzeczypospolitej, tutaj "usarze" hetmana Sobieskiego śmiałą szarżą zmiażdżyli Turków wjeżdżając do samego tureckiego obozu, odnosząc jedno z najwspanialszych zwycięstw w naszej historii; zwycięstwo które dało hetmanowi koronę.
Za Chocimiem zaczyna się przyjemniejsza jazda, widoki typowo "stepowe" szerokie łąki i zielone wzgórza; tak mniej więcej wyobrażałem sobie Ukrainę (choć historycznie to już tereny Mołdawii); wreszcie trochę cieplej, pojawia się też słońce, przeszkadza tylko ciągle ten mocny, wiejący z boku wiatr. Zdecydowanie poprawił mi się też humor, bo nagle ni z tego ni z owego GPS złapał satelity; wyglądało to po prostu tak jakby w rejonie Kamieńca były jakieś problemy z odbiorem sygnału bo na całej dalszej trasie (ani nigdy wcześniej) nie miałem już podobnych problemów. Po ok. 30km dość pagórkowatej trasy docieram do Mamałygi i wjeżdżam do Mołdawii. Na granicy duże zaskoczenie - zero problemów, żadnych karteczek imigracyjnych itd. (a bałem się że będzie kłopot bo w Zosinie takowej nie dostałem). Pierwsze kilometry po Mołdawii robią na mnie dobre wrażenie, jak dla mnie północny rejon tego kraju wygląda lepiej niż Ukraina, oczywiście jest tu bardzo biednie, ale wioseczki prezentują się ciekawiej od ukraińskich, dużo tu drewnianych domków i studni przed płotami domostw (nie trzeba chodzić prosić o wodę). Dotarłem do Lipcani, na podjeździe za miastem złapał mnie zmrok, więc rozbijam się na szczycie górki; mimo aż 195km nie odrobiłem nic z kilometrowych strat, niestety realny dystans wyszedł sporo dłuższy od tego wyliczonego z mapy.

V dzień - Lipcani - Briceni - Edinet - Bielce - Bravicea



DST 200,5 km - AVS 21 km/h - MAX 52,9 km/h - ALT 1641 m


Pogoda się od wczoraj poprawiła, jest całkiem ciepło, wiatr już znacznie łagodniejszy. Od pierwszych kilometrów zaczyna się typowa dla Mołdawii jazda - czyli małe, ale bezustanne górki. Nie ma tu tych fatalnych krzaków przy drogach (które są wszechobecne na Ukrainie) - więc widoki na okolicę mam bardzo szerokie, wszędzie dominują łagodne wzgórza, z reguły bezleśne; kraj jest typowo rolniczy, więc nie brakuje licznych upraw, a przy drodze oczywiście masa ludzi handlujących wszelakimi płodami rolnymi. Ruch dość duży (w końcu droga Bielce-Kiszyniów to jedna z głównych samochodowych arterii Mołdawii), ale szosa jest na tyle szeroka, że właściwie to nie przeszkadza, stan asfaltu także wyraźnie lepszy od ukraińskiej przeciętnej - jednym słowem po Mołdawii podróżuje mi się wyraźnie pzyjemniej niż po Ukrainie, po najbiedniejszym kraju Europy (choć wygląda na to, że niedługo Ukraina obejmie w tej niechlubnej klasyfikacji prowadzenie) spodziewałem się czegoś gorszego, jestem mile zaskoczony. Pierwsze większe miasto - Edrine różwnież robi niezłe wrażenie - dużo zieleni, nie ma śmieci, w miarę sensownie zaprojektowane; do tego wreszcie są sklepy samoobsługowe (bo zmorą Ukrainy jest ich niemal całkowity brak, bardzo utrudniający zakupy "innostrańcom").
Zdecydowałem się nawet wjechać do centrum Bielców (zamiast jechać obwodnicą) licząc, że i to miasto będzie niebrzydkie, ale srodze się rozczarowałem - jest dużo większe od Edinet i dużo brzydsze, w skrócie bloki i obskurne fabryki, do tego dziurawe jezdnie. Za to za Bielcami wyraźnie maleje ruch i jazda robi się sporo przyjemniejsza, jedynie górki dalej dopisują, dopiero gdzies po 170km się porządniej wypłaściło. Końcóweczka bardzo fajna - długa, szeroka dolina oświetlona zachodzącym słońcem, w tle ciemne chmury (nawet obawiałem się czy nie pokropi) i pustka na drodze (ten rejon jest znacznie słabiej zaludniony od północy kraju). Wyciągnąłem aż 200km, wreszcie udało mi się nadrobić straty z drugiego dnia, choć łatwo nie było, Mołdawia zaskoczyła mnie dużą ilością podjazdów (mimo że nie wjechałem na więcej niż 250m - zaliczyłem aż 1600m podjazdów!). Na nocleg rozkładam się na polu koło drogi, o zmierzchu pojawił się właściciel, ale bardzo przyjaźnie nastawiony, chwilę pogadaliśmy, okazało się za czasów służby w armii radzieckiej miał okazję być i w Polsce.

DALEJ >>>