ŚRÓDZIEMNOMORSKA WIOSNA - 2011




XVI dzień - Katania - Zafferana - Rifugio Sapienza (1910m) - Etna (2935m) - Katania



DST 122,7 km - AVS 15,6 km/h - MAX 53,8 km/h - ALT 3286 m


Dzisiejszy dzień to największe wyzwanie tej wyprawy - podjazd na słynną Etnę z samego poziomu morza. Specjalnie tak zaplanowałem trasę by skończyć wyjazd w Katanii i całą wyprawę takim mocnym akcentem (co wiązało się m.in. z droższymi biletami lotniczymi, a na trasie kosztowało mnie masę wyrzeczeń, bo wiało tu głównie ze wschodu).
Kluczowa sprawa - pogoda, liczyłem że może na ten ostatni dzień się poprawi, rano nie jest tak źle, słońce przebłyskuje zza lekkich chmur, niestety cały ogromny masyw Etny w chmurach. Ruszam więc na trasę, jadę z bagażem ok. 5-6kg, reszta została na kempingu. Na początek zgrzyt z licznikiem, nawalający od dłuższego czasu guzik przestaje już niemal w ogóle działać, jakimś cudem doprowadziłem licznik do używalności, ale nie mogę przewijać żadnych funkcji (niestety guziki to notoryczny problem w licznikach VDO , wiele osób ma z tym problemy, tyle dobrego że w VDO na głównym ekranie są właściwie wszystkie najistotniejsze funkcje). Po wczorajszej przeprawie przez Katanię pod Etnę zdecydowałem się jechać nieco cięższym wariantem przez Zafferanę, nie przez Nicolosi - bo nie uśmiechała mi się wielokilometrowa przeprawa przez miasto. Od tej strony jest nieco lepiej - pierwsze 20km to jazda nadmorską drogą SS114, duży ruch, ale jazda bardzo sprawna, bez świateł i jednokierunkowych uliczek. Trochę trudniejszy nawigacyjnie był kawałek od tej drogi do Zafferany, tutaj już trzeba jechać z nosem w GPS, do tego zaczynają się porządne podjazdy (Zafferena leży na ok. 600m). W miasteczku kupuję jeszcze czekoladę i Coca-Colę, po czym ruszam na właściwy podjazd (za Zafferaną kończy się wreszcie aglomeracja Katanii).
Ale już na pierwszych serpentynach czeka mnie bardzo niemiła niespodzianka - z zagęszczających się z minuty na minutę coraz bardziej chmur znowu zaczęło lać, widoki niestety żadne. Wnerwiło mnie to oczywiście mocno, ale jeszcze mocniej zmobilizowało; postanowiłem żeby nawet było tu tornado do to Sapienzy (tam się kończy asfalt) dojadę. Podjazd w tych warunkach był ciężki, już samo nachylenie wymagające (poniżej 7% rzadko spada), niestety widoki na 100-200m. Już kawałek za Zafferaną zaczynają się rozległe pola lawy - efekt wielu wybuchów tego ogromnego wulkanu. Na tych starszych zaczyna się już gospodarować roślinność, świeższe bardziej przypominają krajobraz islandzki. Porządnie lało do poziomu jakiś 1600m, później deszcz zaczął się stopniowo uspokajać, za to wjechałem w gęstą mgłę; wkrótce okazało się, że przebiłem się przez górną granicę chmur wyjeżdżając nad deszczowy pułap - skutkiem czego, gdy osiągnąłem Rifugio Sapienza - pojawiły się wreszcie ciekawsze i szersze widoki na masyw Etny.
Samo Rifugio Sapienza (1915m) to już mała fabryka turystyczna - sklepiki, bary, restauracje, wyciągi, wycieczki na szczyt itd,; jednym słowem pełna komercja. Zrobiłem sobie tutaj dłuższy odpoczynek (od startu poza przebieraniem się i zakupami nie stawałem), zjadłem ciasto i zacząłem się zastanawiać nad dalszą częścią podjazdu, która mocno kusiła. Na szczyt prowadzi stąd szutrowa droga, bardzo mocno nachylona, a ja (ze względu na wąskie obręcze) miałem typowo szosowe opony zaledwie 28mm. Pierwsze serpentyny podjazdu są mało obiecujące - tylne koło co rusz się ryje w wulkanicznym żwirze, krótkimi fragmentami trzeba podprowadzać, wielokrotnie próbować ruszać na stromiźnie; podjazd jest bardzo ciężki, nierzadko dochodzi do 20%, profil (i tak już bardzo imponujący) nie wszystko mówi, bo nie brakuje tu krótkich wypłaszczeń, tak więc realne nachylenia na drodze są większe. Bliski byłem już decyzji o wycofaniu się, ale od poziomu mniej więcej 2100m zaczęło się jechać zauważalnie lepiej, coraz mniej było kawałków gdzie się ryłem; co znacząco wpłynęło na moją motywację. Krajobraz i pogoda zmieniały się błyskawicznie - to jechałem w mgle z widocznością 10m, to odsłaniały się szerokie widoki na zbocza wulkanu, to robiło się zimno (5-6'C) to temperatura w słońcu skakała do poziomu 12-13'C, to popadywał lekko deszcz; jednym słowem po prostu kwintesencja przysłowia "kwiecień-plecień". Im wyżej - tym więcej śniegu, od poziomu 2300-2400m zaczyna się już jazda śniegowymi tunelami, na szczęście droga jest odśnieżona dla licznych specjalnych ciężarówek wożących turystów. Na poziomie 2500m (tu już leży dużo śniegu) jest górna stacja wyciągu gondolowego, tu dojeżdżają turyści z Sapienzy i stąd na szczyt zabierają ich ciężarówki lub idą na piechotę. Od tego miejsca droga jest mocniej rozjeżdżona przez ciężkie i bardzo szerokie opony ciężarówek - więc i lepsza, na tym odcinku właściwie w ogóle się nie ryję.
Końcówka niezwykła - jazda głębokimi tunelami w krainie śniegu i lodu, takich warunków na Sycylii nawet tak wysoko to się na pewno nie spodziewałem. Nachylenia dalej potężne, aczkolwiek do poziomu jakiś 2800m jest nieco łatwiej niż wcześniej. U góry zaczęło mocniej wiać, temperatura spadła do 3'C, chwilami lekko popadywał nawet śnieg. Ostatnie metry podjazdu - mordercze, kilka zabójczych ścianek po 20-22%, wycięło mnie nieźle (czuję już w nogach trudy całego podjazdu, w końcu startowałem z samego poziomu morza). Podjazd kończy się na ok. 2935m (to mój rekord wysokości na rowerze!) część turystów idzie jeszcze kawałek dalej w rejon kraterów, ale na sam wierzchołek Etny chyba wejścia nie ma, a na pewno nie przy takiej pokrywie śnieżnej. Na szczycie niestety widoki nie dopisały, znowu podjechały gęstsze chmury. Szybko się przebrałem, spotkani na podjeździe Polacy strzelili mi triumfalną fotkę na wierzchołku - i ruszyłem w dół. Zjazd po żwirze i kamieniach do przyjemności nie należał, ale jakoś się przemordowałem, odcinek asfaltowy do Zafferany poszedł już dużo szybciej (na szczęście nie padało). Sprawnie docieram na kemping, tu odbieram bagaże i tą samą drogą co wczoraj pojechałem przez Katanię w rejon lotniska, było tu kilka niezłych miejscówek na nocleg.
Dzień niesamowity, bez wątpienia ten prawdziwie epicki podjazd na Etnę (ulewne deszcze, śniegi, piekielne nachylenia, fatalne nawierzchnie; mgła i wspaniałe widoki, rekordowa wysokość i przewyższenie) "uratował" w moich oczach trasę po Sycylii, satysfakcja z wjazdu na szczyt z samego poziomu morza - ogromna, wspaniała kulminacja całej wyprawy!

Powrót

Wstając rano wiedziałem, że są tylko dwie możliwości - albo będzie nieziemska burza, albo idealne słońce, trafiłem na tą drugą, bardziej bolesną opcję...Nawet spod lotniska ogromny masyw Etny dominujący nad Katanią widać było jak na dłoni, nie ma jednej chmurki; czemu nie mogło tak być wczoraj?
Wcześnie rano jadę na pobliskie lotnisko, załadunek do samolotu przebiega bez problemów, z samolotu zaraz po starcie ma piękne widoki na majestatyczny masyw Etny. Leciałem z przesiadką w Mediolanie, tutaj długo musiałem czekać na lot do Warszawy. Na Okęciu - spory zgrzyt, okazało się że mój rower nie przyleciał, a co bardziej irytujące - błąd popełniono już na pierwszym lotnisku w Katanii, lot z przesiadką (tu zawsze jest większa szansa na komplikacje) nie miał na to wpływu. Oczywiście, gdy się leci do domu, to starta roweru tak nie boli (przeżyje się jak dojedzie dzień-dwa później), ale ta sytuacja dała mi do myślenia, jeśli chodzi o planowanie przyszłych wypraw z wykorzystaniem samolotu; bo pozostanie bez roweru w obcym mieście oznacza wielkie problemy i koszta (taksówki, hotele). Teraz miałem o tyle szczęścia, że połączenia na trasach europejskich są częste - więc mój rower doleciał po 2h kolejnym rejsem z Mediolanu i z lotniska wróciłem jak na rowerzystę przystało - na dwóch kołach. :))

Podsumowanie

W sumie przejechałem 2 171,2 km, największa prędkość wyprawy mało oszałamiająca - 65,2 km/h, najdłuższym dniem był płaski odcinek (ale ze względu na wiatr bynajmniej łatwo nie było) do Florencji - 205,8km, natomiast najbardziej górzysty (tu niespodzianki nie było) - dzień z podjazdem pod Etnę z samego poziomu morza - aż 3286m podjazdów.
Wyprawa miała swoje cztery różne oblicza - Włochy kontynentalne, Korsyka, Sardynia i wreszcie Sycylia. Bez dwóch zdań Korsyka zostawiła całą resztę daleko z tyłu, wyspa jest przepiękna, do tego o tej porze roku praktycznie puściutka; wspaniałe wąskie, boczne drogi; niesamowite widoki, doskonała pogoda i wiosenna paleta barw - zarówno nad morzem jak i wysoko w górach, praktycznie zerowy ruch samochodowy. Jednym słowem - prawdziwy rowerowy raj; te 4 bardzo intensywne i pełne wrażeń dni na Korsyce wspominam z ogromną przyjemnością i z czystym sumieniem polecam tą wyspę każdemu amatorowi rowerowych wyprawy.
Sardynia i Sycylia też nie są brzydkie, ale że tak to ujmę - to jednak nie ta liga, do tego na moją ocenę niewątpliwie ma wpływ fatalna pogoda, która bardzo niemile mnie zaskoczyła na obu tych wyspach. Oczywiście liczyłem się z tym, że wiosna na wyspach Morza Śródziemnego to nie to samo co lato, gdy w ogóle nie pada - ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Spodziewałem się okazjonalnych opadów - parę godzinek co parę dni, a nie całodniowych opadów z temperaturami w okolicach 10'C. Generalnie można powiedzieć, że termin kwietniowy na te rejony - jest terminem ryzykownym, lepiej jechać tak w okolicach 10 maja, gdy w przyrodzie jeszcze panuje wiosna, a już znacznie mniej pada i jest cieplej. Nie ma co wierzyć w bajania z którymi się parę razy spotykałem - że to tylko w tym roku było tak źle, obserwując soczystą zieleń (z którą można się spotkać na wszystkich 3 wyspach), obserwując liczne osunięte drogi na Sycylii - widać, że musi lać tu mocno i regularnie. Ale muszę przyznać, że radziłem sobie z tym deszczem nadspodziewanie dobrze, kląłem na parszywą włoską pogodę na czym świat stoi, ale cały czas prułem naprzód, poza drugim dniem w ogóle nie bawiąc się w próby przeczekiwania deszczu; doskonałą inwestycją był bardzo drogi zakup rowerowej kurtki Gore-Bike z Gore-Texu Paclite, jednak kurtka typowo rowerowa wysokiej jakości zdecydowanie przebija cywilną jakiej dotąd używałem. Oczywiście o 100% wodoodporności nie ma mowy (jeśli ktoś Wam wciska takie bajki to widoczny znak, że nie ma pojęcia o jeździe na rowerze w poważnym deszczu) - ale poziom zabezpieczenia od deszczu jest satysfakcjonujący, kurtka bardzo szybko schnie i świetnie oddycha
Natomiast termin wiosenny - jest z pewnością dobrym pomysłem, na tych szerokościach geograficznych przyroda wiosną wygląda zupełnie inaczej niż latem, gdy np. Sycylia zamienia się niemal w pustynię, a z nieba leje się 40'C żar. Do tego lato oznacza tabuny turystów, dużo większy ruch na drogach, wyższe ceny itd. Warto też zdawać sobie sprawę, że w tym rejonie zdecydowanie dominują wiatry wschodnie (o czym boleśnie się przekonałem na Sycylii), a po niesamowitej liczbie elektrowni wiatrowych widać - że potrafi tu wiać naprawdę solidnie!