ŚRÓDZIEMNOMORSKA WIOSNA - 2011




XI dzień - Lotzorai - Villaputzu - Cagliari



DST 126,3 km - AVS 20,1 km/h - MAX 61,5 km/h - ALT 1023 m


Padało niemal całą noc, ale podczas zwijania obozowiska się uspokoiło, niemniej pogoda od wczoraj wiele się nie zmieniła, o czym przekonuje się już po paru minutach, gdy po zakupach w Lotzorai znowu zaczęło lać. Do tego okazało się, że po wczorajszej deszczowej przeprawie awarii uległa tylna manetka, na szczęście jeszcze działa (i jakoś dociągnęła do końca wyjazdu), ale zrzucanie biegów na cięższe jest bardzo toporne, niestety widać już jasno, że manetki Dura-Ace 9s (sic!) są ewidentnie felerne, taką samą awarię miałem w 2008 roku na Bałkanach, wówczas myślałem że trafił mi się jakiś trefny egzemplarz, teraz widzę że to prostu spartolone rozwiązanie nie radzące sobie z deszczem (wówczas również mi padły po mocnych opadach). Przeklinając fatalną sardyńską pogodę zrezygnowany ruszam dalej, jedyne co mnie na duchu podtrzymuje - to fakt, że jutro przerzucam się daleko na południe, gdzie jak gdzie - ale na Sycylii pogoda musi być! Trasę do Cagliari zmodyfikowałem tak, by jechać jak najszybciej z możliwie najmniejszą ilością gór, bo chmury tak jak wczoraj wiszą bardzo nisko i w tych warunkach wjazd w gry nie miał żadnego sensu - zero widoków i jeszcze większe prawdopodobieństwo deszczu.
Na pierwszym odcinku okazuje się, że całkiem niedawno wybudowano nową drogę SS125, na wielu odcinkach przebiega inaczej niż stara, do tego jest na niej masa tuneli co oznacza mniejszą ilość gór i do tego zawsze kawałek suchej drogi :)) Przez 50km lało równo, potem chwilami przestawało padać, znowu zaczynało itd; natomiast bardziej przeszkadzał przeciwny wiatr, do tego deszczu zaczynałem się powoli przyzwyczajać. Oczywiście w takich warunkach jedzie się głównie po to by przejechać, nie by coś zobaczyć itd; choć akurat dziś w porównaniu do wczoraj za wiele nie straciłem, trasa do Cagliari i tak nie była jakoś specjalnie atrakcyjna, więc jazda główną drogą, ze świetnym asfaltem i mniejszymi górami była zwyczajnie opłacalna.. Po ok. 90km uspokoiło się na trochę dłużej, od tego momentu padało już sporadycznie. Zrobiłem sobie dłuższy postój pod wiaduktem, po czym ruszyłem na ostatnie, nadmorskie kilometry do Cagliari. Tutaj droga skręciła na zachód, więc i wiatr się zdecydowanie poprawił, na zjazdach dawało się nawet przekraczać 60km/h; w tym rejonie przejeżdżam tez przez 2 długie, niemal 3km tunele. Nocować postanowiłem kawałek przed samym Cagliari, tak by bez problemów wyrobić się na poranny prom na Sycylię, trafiłem nawet na całkiem przyzwoitą miejscówkę na wzgórzu.

XII dzień - Cagliari - [prom] - Trapani



DST 31,1 km - AVS 18,5 km/h - MAX 53,6 km/h - ALT 323 m


Wstaję bardzo wcześnie, koło 5, na trasę ruszam po 6. Do centrum Cagliari mam koło 25km, wreszcie jest sucho, więc jedzie się sprawnie; do tego dziś jest Wielkanoc, więc ruch na drogach symboliczny. Na prom do Trapani (pływa tylko raz w tygodniu) miałem wykupiony bilet przez pośrednika, więc liczyłem się z tym że mogą być pewne problemy - a tu wszystko poszło dość gładko. Prom jest ogromny, ma charakter przede wszystkim towarowy, ludzi przewozi niejako przy okazji, więcej jak 50 ich nie było. Za to wyładunek naczep tirów z promu trwał strasznie długo, przez co wypływamy z godzinnym opóźnieniem.
Rejs ciągnął się niemożebnie, płynęliśmy aż 11h, chwilami juz z nudów można było zwariować. Do Trapani dopływamy koło 22, tam od razu wstępuje we mnie życie - pogoda fenomenalna, właściwie bez wiatru (w Cagliari w porcie tradycyjnie bardzo mocno wiało) do tego nadspodziewanie ciepło jak na taką godzinę - ponad 20'C. Pewnym problemem (ze względu na porę) była kwestia noclegu, postanowiłem wyjechać kawałek za miasto (swoją drogą niebrzydkie, na ulicach mnóstwo osób świętujących Wielkanoc); ruszam więc na podjazd pod Erice, wjechałem na ok. 200m i tam rozbiłem się w gaju oliwnym.

XIII dzień - Trapani - Erice (750m) - Valdence - Calatafimi - Camporeale - Corleone - Prizzi - Filaga



DST 140,4 km - AVS 17,4 km/h - MAX 51,5 km/h - ALT 2662 m


Rano niestety okazuje się, że zaczęło mocno wiać ze wschodu co dla mnie jest tragiczną wiadomością (cała trasa na Sycylii prowadzi głównie na wschód); poza Korsyką zdecydowanie nie mam na tej wyprawie szczęścia do pogody. Ale nie było wyjścia - trzeba było ruszać. Od razu na starcie czeka mnie ostry podjazd (często 8-10%) do normańskiego miasta Erice (Normanom zawdzięcza obecny kształt, a osiedlano się tu już dużo wcześniej), bardzo malowniczo położonego na wysokiej górze panującej nad Trapani. Widokowo podjazd bardzo fajny, cały czas jest szeroka perspektywa na morze i położone niżej miasto. Samo miasteczko ciekawe, wąziuteńkie kamienne uliczki, a o tak wczesnej godzinie jeszcze puściutkie, pierwsi straganiarze dopiero zaczynają rozkładać swój ekwipunek. Zrobiłem krótką rundkę po Erice, po czym zacząłem zjazd na drugą stronę góry do Valdence. Tutaj już wiatr pokazuje co potrafi (na podjeździe osłaniała mnie góra) - dzisiejszy dzień nie zapowiada się ciekawie. W Valdence kupuję benzynę do kuchenki (butelka 885ml starcza mniej więcej na 2 tygodnie) i kontynuuje jazdę w stronę Palermo.
Po ok. 15km skręcam z głównej drogi na Segestę, tutaj okazuje się że z drogami na Sycylii są spore problemy - te zaznaczone na mapach (zarówno papierowych jak i GPS) jako asfaltowe okazują się szutrowymi szlakami, chwilami ze sporą ilością kamieni. Ale ta terenowa przeprawa nawet mi przypadła do gustu, w ten sposób można zobaczyć Sycylię nie z folderów, ale tą prawdziwą, gdzie bieda nierzadko zagląda w kąt. Okolice ładne - wzgórza głównie z winnicami, zaskakuje ilość zieleni; Sycylia zawsze mi się kojarzyła z ziemią wypaloną słońcem - a tymczasem jest tu bardziej zielono niż w Polsce; widać że jest tutaj duża różnica pomiędzy wiosną a latem. Asfalt powraca w wiosce Bruca, stąd już do Segesty niedaleko, najpierw długi zjazd do poziomu autostrady, a następnie krótki podjazd pod samą Segestę. Cały parking i budki z pamiątkami już okupują tabuny turystów, a jako że bilet kosztował aż 6euro dałem sobie spokój z oglądaniem słynnej doryckiej świątyni, po wizycie w Grecji za zabytkami antycznymi nie przepadam..
Z Segesty pagórkowatym terenem docieram do Calatafimi, tutaj udało mi się załapać jako jeden z ostatnich klientów przed sjestą w markecie, dzięki temu mogłem uzupełnić jedzenie. Pogoda od rana się znacznie poprawiła, robi się coraz cieplej, temperatura przekracza nawet 30'C, gdyby nie ten wiatr byłoby idealnie. Za Calatafimi jadę spory kawałek bocznymi drogami, zaskakuje ogromna ilość kwiatów przy drodze, chwilami oglądam nawet kwiatowe dywany - takie widoki pokazują, że wiosną warto tu było przyjechać. A mam te widoki tylko dla siebie, pustka jest totalna, samochód pojawia się raz na 10-20min, w pewnym momencie mało brakowało a najechałbym na wielkiego (co najmniej dwumetrowego) czarnego węża, który wylegiwał się na szosie! Niestety na odcinku przed Camporeale (w większości lekki podjazd) wiatr daje mi niezłą lekcję, chwilami ciągnie się po 13-15km/h. Co daje się zaobserwować na całej Sycylii - to ogromna liczba elektrowni wiatrowych, nigdzie jeszcze takiego ich nagromadzenia nie widziałem - a to pokazuje jasno, że tutaj regularnie wieje jak diabli, a kąt ustawienia owych wiatraków - że wieje głównie ze wschodu. W Camporeale robię zasłużony dłuższy postój, zakłócany niestety przez miejscowe szczeniaki, które wielokrotnie jeździły na motorze na najwyższych obrotach po głównej ulicy; wyło to niesamowicie, nigdy nie mogłem zrozumieć jak w ogóle można jeździć motorem z mocniejszym silnikiem, poziom hałasu jest przytłaczający.
Z Camporeale kontynuuję jazdę bocznymi drogami w stronę Corleone, wpakowałem się znowu na jakąś mocno kamienistą szutrówkę, na szczęście po jakiś 3km wrócił asfalt. A warto dodać że i na główniejszych drogach często spotyka się tu dziury w drogach, a raczej zapadnięte kawałki jezdni, nawet fragmenty żwirku czy piachu; jednym słowem jakość sycylijskich szos mocno odstaje od włoskiej przeciętnej. Już podmęczony niekończącymi się pagórkami docieram do słynnego Corleone - rozsławionego przez "Ojca Chrzestnego" matecznika sycylijskiej mafii. Wiele pamiątek po mafijnych korzeniach się tu nie uświadczy, niemniej na reklamy wina "Don Corleone" udało mi się trafić :))
Wyjeżdżając z Corleone musiałem zaliczyć serię ostrych podjazdów po wąskich uliczkach tego położonego na wzgórzu miasta, w sumie wjeżdża się dość wysoko, na prawie 700m, następnie pagórkowatą drogą jadę w stronę Prizzi. Tutaj temperatura szybko spada, musiałem się przebrać w windstoper, w samej końcówce jest już tylko 12'C. Położenie Prizzi robi spore wrażenie, wygląda jak takie prawdziwe mafijne gniazdo - niedostępne, położone wysoko nad drogą. Pojechałem jeszcze kawałek dalej i juz mocno zmęczony całym tym dniem (oprócz wiatru okazał się także dużo bardziej górzysty niż zakładałem) nocuję niedaleko rozjazdu dróg w Filadze.

XIV dzień - Filaga - Lercara - Alia - Caltavuturo - Colessano - Piano Battaglia (1602m) - Petralia Sottana - Gangi



DST 149,4 km - AVS 17,9 km/h - MAX 52,9 km/h - ALT 3246 m


Od rana dalej wieje, jest też znacznie zimniej i bardziej pochmurno niż wczoraj, tak więc ciągle siebie pytam - gdzie jest ta słoneczna Italia?! To właśnie fakt, że kiedyś dojadę na tą Sycylię był dla mnie największą otuchą w najtrudniejszych chwilach na wyprawie, a tymczasem - tu jest tak samo, albo i jeszcze gorzej... Na pierwszym odcinku do Lercary okazuje, że wiatr lekko przycichł, dalej jest oczywiście przeciwny, ale już tak jak wczoraj nie męczy. Z początku czeka mnie lekki podjazd na 900m, później sporo w dół do Lercary; kawałek za tym miastem niestety zaczyna mocno padać. Po skręcie na Alię na jednym z ostrzejszych zjazdów hamulce niemal w ogóle nie działają, musiałem już nawet hamować nogą o asfalt, rozdzierając przy okazji lekko ochraniacze przeciwdeszczowe. Wkurzyło mnie to nieźle, bo z takimi hamulcami już strach jechać, więc postanowiłem zmienić klocki z Shimano na KoolStopy, całą robotę wykonywałem na mocno lejącym deszczu, niestety wiele to nie dało - efekt niemal ten sam, po prostu taki już urok obręczy ceramicznych.
Przed Alią zaczynają się podjazdy, podobnie i w samym mieście, za nim zaczyna się wielokilometrowe pustkowie - typowo wiejskie obszary z minimalną ilością domostw, do tego droga teoretycznie jest zamknięta, bo jest na niej masa dziur, a raczej zapadnięć części jezdni. Dopiero teraz dociera do mnie jak często musi tu wiosną padać, bo za owe zapadnięcia jezdni bez wątpienia odpowiadają właśnie deszcze wymywające część terenu i podkładu spod asfaltu. W deszczu raz mocnym, raz nieco słabszym jechałem niemal do Caltavuturo, generalnie trasa mocno górzysta na poziomie 550-800m. Do samego Caltavuturo dłuższy zjazd, chwilowo trochę się przejaśniło i pojawiły się niebrzydkie widoki na góry. Zjeżdżam w sumie aż na 250m (tu mijam autostradę), dalej znowu jest pod górkę (przełęcz przed Colessano ma ok. 600m). Gdy już myślałem, że przejaśni się na dobre i główny podjazd dzisiejszego dnia będę miał okazję jechać w sprzyjających warunkach - znowu lunęło, do Colessano docieram na mokro, już nawet mnie to specjalnie nie zaskoczyło ;(. W tym ładnie położonym na zboczu górskim miasteczku robię dłuższy postój, sporo jem by przygotować się na czekający mnie bardzo długi podjazd na Piano Battaglia (z niecałych 500m aż na 1600m).
Ruszam w deszczu, pierwsza część to odcinek głównie leśny, widoki bardzo ograniczone, wkrótce wjeżdżam w chmury i zaczyna się jazda podobna do przeprawy przez góry Gennargentu na Sardynii. Dopiero na ok. 1100m nieco się uspokoiło, deszcz padał już mniejszy, chmury nieco się rozjaśniły, aczkolwiek widoki dalej były mocno ograniczone, do tego zimno (koło 10'C). W takich warunkach kontynuuję podjazd, poza jednym odcinkiem 10% generalnie jest w okolicach 5% więc jedzie się sprawnie; na Piano Battaglia docieram w przyzwoitej formie, ciepło się ubieram (na szczycie zaledwie 8'C, już się nawet nie próbuję pocieszać, że Sycylia to szerokość Afryki Północnej :)). Na zjeździe niezłe widoki, pogoda nieco się uspokoiła, można nawet zdjąć kurtkę przeciwdeszczową.
Końcówka dnia, od pięknego miasta Petralia Sottana też mocno pagórkowata, w sumie wyciągnąłem dziś ponad 3000m podjazdów, co z bagażem jest już cyfrą bardzo znaczącą, szczególnie w tych warunkach pogodowych. W Gangi robię jeszcze zakupy i wyjeżdżam kawałek za miasto, główna droga na tym kawałku jest zamknięta, liczyłem że przejadę, ale wkrótce okazało się, że deszcze dosłownie ją zmyły z ostrego zbocza na długości dobrych 100m, pozostało sprowadzanie roweru ponad 50m w dół do objazdu; ale dzięki temu u góry nikt nie jechał - więc miałem spokojną miejscówkę na nocleg.

XV dzień - Gangi - Nicosia - Troina - Paterno - Katania



DST 147,2 km - AVS 21,2 km/h - MAX 56,2 km/h - ALT 1368 m


Na dzień dobry czeka mnie sprowadzanie roweru bardzo ostrym zboczem, zejść do szosy nie było łatwo. Pierwsza część dzisiejszej trasy to dalej górska Sycylia - ciągle są podjazdy i zjazdy, płaskich odcinków właściwie nie ma, na pierwszych 50km zaliczam ponad 1000m podjazdów. Duże wrażenie robią pięknie ulokowane na zboczach miasta jak Nicosia (główna droga prowadzi tu wąziutkimi uliczkami przez samo centrum), podobnie wyglądają Cerami i Troina. Niestety kawałek za Cefalu znowu łapie mnie gwałtowna ulewa - już widać że do końca wyjazdu spokoju z pogodą nie będzie. Za Troiną kończy się ta bardziej męcząca część dzisiejszego dnia - a zaczyna długi zjazd w stronę Katanii, szybko zjeżdżam na poziom 300-400. Przez dobre 20-30km zupełna pustka, głównie łąki i pastwiska; z ciekawością obserwuję zwyczaje miejscowych psów pasterskich, zachowują się jak sumienni pracownicy, obszczekują rowerzystę tylko wtedy gdy się zbliża do stada, gdy odjedzie kawałek dalej - już ich nie interesuje.
Ta sielanka kończy się kawałek przed Paterno - po pierwsze znowu zaczyna lać, po drugie - zaczyna się już przemysłowa aglomeracja Katanii, dla osoby tyle czasu podróżującej zadupiami co ja na tej wyprawie - to dość bolesne doświadczenie, znowu tysiące samochodów. Wjazd do Katanii - po prostu obrzydliwy, najpierw długi zjazd szeroką dwupasmową drogą z ogromnym ruchem i w ulewnym deszczu, następnie przejazd obskurnymi południowymi dzielnicami Katanii, wyglądało to jak jakieś slumsy, sporo śmieci, do tego ponure miasto tuż po gwałtownym deszczu. Chciałem tego dnia przenocować na kempingu (by jutro móc zostawić bagaże) i możliwie najbliżej lotniska (wylatuję bardzo wcześnie). Ale okazało się, że na południowych obrzeżach miasta nie ma żadnego czynnego kempingu, w ogóle wszystkie ośrodki nad morzem pozamykane na głucho, masa śmieci itd - widać że sezon się jeszcze nie zaczął. Postanowiłem więc pojechać na północ Katanii, przez miasto przejechałem nad samym morzem (te dzielnice prezentowały się sporo lepiej niż to co widziałem wjeżdżając od strony Paterno). Udało mi się w końcu znaleźć czynny kemping i załatwić przechowanie bagaży na jutro, pierwszy prysznic od 2 tygodni też był miłym doświadczeniem :))

DALEJ >>>