ŚRÓDZIEMNOMORSKA WIOSNA - 2011




VI dzień - San Quilico - Col de Palmarella (408m) - Porto - Calanche de Piana - Col de Lava (491m) - Sagone - Col de Sevi (1101m) - Cristinacce



DST 138,1 km - AVS 18 km/h - MAX 53,3 km/h - ALT 2635 m


Pogoda dalej jak drut - więc z chęcią ruszam na trasę ostrząc sobie zęby na kolejne wspaniałe wrażenia i jakem żyw - nie zawiodłem się :)). Aczkolwiek pierwszy odcinek mizerny, chwilami wręcz fatalny asfalt, trasa już nie tak widokowa jak wczoraj; ale zaskakuje wszechobecna cisza i spokój, na odcinku koło 20km minął mnie jeden samochód! Po dotarciu do doliny Fango, tutaj wraca już porządniejszy asfalt (choć dalej nie genialny); no i zaczyna się rezerwat biosfery UNESCO w dolinie Fango. Robi to spore wrażenie - rzeka żłobi tu skały tworząc wąski kanion, nie brakuje wspaniałych widoków; w okolicach pierwszego mostu genueńskiego schodzę po skałach na dno wąwozu by trochę pofotografować, wspaniale prezentują się w słońcu i krystalicznie czystej wodzie leżące na dnie rzeki kamienie we wszystkich kolorach tęczy. Przejechałem jeszcze parę kilometrów w górę doliny do drugiego mostu, ale ten już tak efektowny nie był, niemniej nie był to stracony czas, bo po drodze było parę miejsc z pięknymi widokami na kanion.
Za doliną Fango zaczyna się długi podjazd na przełęcz Palmarella (408m), sam szczyt widać juz z daleka, podjazd raczej dość łagodny, prowadzi głównie przez pola maquis i trochę skałek. Ale na szczycie dostajemy wspaniałą nagrodę za trudy podjazdu - w postaci niesamowitego widoku na skaliste zachodnie wybrzeże Korsyki. Od tej przełęczy zaczyna się bardzo efektowna jazda, przypominająca zachodnie wybrzeże Cap Corse, z tym że teraz jedziemy sporo wyżej przez co perspektywa jest szersza, do tego w tym rejonie wyspy dominują bardzo efektowne jasnobrązowe skały, a wybrzeże tworzy juz prawdziwe mini-fiordy. Cały odcinek do Porto jest bardzo atrakcyjny, do tego jadąc w tą stronę pokonujemy go w większości w dół, a na małej przełęczy Bocca a Croce pojawia się do tego świetny asfalt. Na drodze kilka razy pojawiają się duże stada kóz, które przed rowerem uciekają z popłochem, często wyskakując poza wąską drogę na ostre skałki. Przed samym Porto niesamowity kawałek, droga prowadzi tu wąską półką skalną nad 150m przepaścią, wykuta w tych kapitalnych brązowych skałach.
Na dole w Porto robię sobie dłuższy postój, niestety do sklepu się nie dostałem (w krajach śródziemnomorskich jest fatalny obyczaj sjesty, od 12 do 15,30-16 wszystko jest zamknięte na głucho). Zaraz za Porto zaczyna się podjazd na Col de Lava, głównie w lesie. Gwoździem programu na tym kawałku jest przejazd przez jedną z największych atrakcji turystycznych Korsyki - słynne skały Calanche de Piana. Zaczynają się mniej więcej na 400m, rzeczywiście robią niesamowite wrażenie swoim ogromem i fantazyjnymi, wystrzępionymi kształtami, drogę puszczono tu fantastycznie - często po samych skałach; ten kawałek to jedno z najefektowniejszych miejsc na wyspie. Za Calanche jeszcze trochę ciągnie się podjazd na przełęcz, która stanowi taką południową granicę najpiękniejszego kawałka wybrzeża - dalej wybrzeże powoli zaczyna się wypłaszczać, a efektowne skały zastępują zalesione górki. Dlatego na tym kawałku postanowiłem zakończyć jazdę wybrzeżem, druga część trasy po Korsyce - to przede wszystkim góry i wnętrze wyspy. Zjazd z przełęczy elegancki, niemal 500m jednym ciągiem w dół, po doskonałym asfalcie, można sobie poszaleć. Dalej jadę pagórkowatą drogą wzdłuż wybrzeża, na tym odcinku jest sporo zieleni i charakterystycznej dla tych szerokości geograficznych roślinności. Powoli zaczęło się też robić upalnie, temperatura przekracza nawet 25'C.
Do Sagone docieram już trochę podmęczony, w nogach mam 100km po górach - a przecież główny podjazd dzisiejszego dnia - Col de Sevi (1101m z poziomu morza) dopiero przede mną. W Sagone robię zakupy i ruszam na trasę, żegnając morze na dłużej. Początek podjazdu łagodny, dopiero po paru kilometrów zaczyna się klasyczna korsykańska 5-procentówka (na co liczyłem). Ale wkrótce stało się jasne, że mocno się przeliczyłem - bo Col de Sevi okazało się najcięższą korsykańską przełęczą jaką zaliczałem, do tego podjeżdżaną na sam koniec górzystego dnia. Lekko było do miasteczka Vico - tam pojawiły się znaki drogowe z informacją o otwarciu/zamknięciu przełęczy i zaraz za nimi piekielna długa 15% ścianka, za którą podjazd wyraźnie przybrał na "sile". Generalnie była to taka przeplatanka - ostre i dość płaskie odcinki na przemian. Tutaj pierwszy raz spotykam dzikie świnie, od których we wnętrzu wyspy aż się roi. Sama końcówka podjazdu - to już klasa alpejska, ostatnie 200m w pionie wyraźnie powyżej 10%, tak więc na szczyt docieram mocno zmordowany. Na zjeździe udało mi się znaleźć źródełko, więc z wodą na nocleg rozbijam się w pierwszym dostępnym miejscu (na Korsyce z noclegami na dziko nie ma żadnych problemów). W nocy miałem wizyty wielu tuczników szukających pożywienia, podchodziły pod sam namiot, "chrumkając" bezustannie :))

VII dzień - Cristanacce - Col de Vergio (1480m) - Corte - Vivario - Col de Sorba (1309m) - Ghisoni



DST 116,4 km - AVS 18,2 km/h - MAX 49,8 km/h - ALT 2426 m


Na starcie zaliczam krótki i szybki zjazd do Critanacce, już w samym miasteczku zaczyna się podjazd pod najwyższą przełęcz Korsyki - Col de Vergio (1480m). Ta przełęcz choć najwyższa - od wczorajszej Col de Sevi jest sporo łatwiejsza, trzyma nachylenie 5-6%, więc jedzie się sprawnie. Jak to w górach - poranki chłodne, temperatura ok.10'C, ale już widać, że zapowiada się kolejny słoneczny dzień. Podjazd w większości w lesie, z tym że w głębi wyspy są to już prawdziwe lasy z wysokimi drzewami, głównie iglastymi. Ale i malowniczych widoków nie brakuje, bo często są prześwity - widać wysokie dwutysięczne szczyty, widać nawet morze. Na szczycie szeroka panorama na najwyższe masywy Korsyki, na północno-zachodnich zboczach jeszcze leży dużo śniegu. Zjazd z przełęczy niestety bardzo marny, od tej strony nachylenie jest często minimalne, po 2-3%; jednym słowem najwyższa przełęcz Korsyki trochę rozczarowuje. Do tego jadę pod mocny przeciwny wiatr, który nieźle wychładza, nawet musiałem się przebierać. Taka jazda ciągnie się mniej więcej do poziomu 800m, tam droga dociera nad sztuczne jezioro Barrage de Calacucia, a już z oddali widać potężne skały zaczynającego się tu kanionu Scala di Santa Regina.
Ten kawałek bardzo mnie zaskoczył, nawet nie wiedziałem że jest tu taka atrakcja, tą drogę wybrałem bo był to jedyny zjazd z Col de Vergio w głąb wyspy. A tymczasem trafił się tu niesamowity kanion, przebijający ten z doliny Fango na głowę. Przede wszystkim - ogromny (rzeka na dole płynęła pewnie ze 100m albo i więcej poniżej drogi) i do tego bardzo długi (ciągnął się niemal 10km), widokowo niesamowity; kolejny raz wierzyć się nie chce, że w takim miejscu wybudowano szosę, droga jest jak przyklejona do skał, to kawałek równie piękny co skały Callanche de Piana. Zjeżdżam bardzo nisko, poniżej 400m, po drodze do Corte trzeba jeszcze zaliczyć mniejszą przełęcz na ok. 650m, z której roztacza się szeroki widok na zaśnieżone szczyty królujące nad głęboką doliną w której jest położone Corte. Samo miasteczko malownicze z królującym nad nim charakterystycznym zamkiem na szczycie wzgórza. Robię tu zakupy i kawałek za miastem większy postój.
Kolejne kilometry to jazda główną drogą do Vivario, trochę juz odwykłem od większego ruchu; aczkolwiek na Korsyce nawet na głównych drogach nie ma jakiejś tragedii w tej mierze. Góry są cały czas, zaliczam wjazd na ok. 750m (miasteczko Casanova, pięknie położone na wzgórzu), stąd znowu ostro w dół, na 400m i tu zaczyna się długi podjazd na Col de Sorba. Pierwsza część jeszcze na głównej drodze (w samym Vivario to na główną nie wygląda, wąsko przeciska się tu przez ciasną zabudowę miasteczka), trochę powyżej 800m skręcam już na boczną, gdzie wita mnie linka w poprzek szosy, zamykająca dostęp samochodom. Okazało się, że droga jest w przebudowie, ale jako ze konieczność objeżdżania tej przełęczy nieźle skomplikowałaby mi trasę - postanawiam jechać. Generalnie nie było tak źle - dziurawy asfalt w większej części pokryty warstwą szutru i piasku. Podjazd dość wymagający, szczególnie w końcówce, ale ze swoistym klimatem, na drodze jedynie pojazdy z budowy (a i tych niewiele), rejon sprawiający wrażenie dzikiego (ale jak najbardziej w tym pozytywnym sensie tego słowa). Końcowy kawałek to ścianki po 8-10%, częściowo w lesie, sama przełęcz również zalesiona. Połowa zjazdu jeszcze po rozwalonej drodze, druga część juz po nowiutkim asfalcie; od tej strony przełęcz już mniej widowiskowa.
Zjechałem na chwilę do sennego Ghisoni - miasteczko (jak wiele korsykańskich osad w górach) sprawia wrażenie jakby czas się tu zatrzymał wiele lat temu, a współczesny świat ze swoimi globalizacjami, internetami, uniami europejskimi i bajkami o globalnym ociepleniu nie miał tu wstępu. I oby tak dłużej, przyjemnie tak czasem się oderwać od tej osaczającej nas na każdym kroku komercji. Nocuję w lasku kilka kilometrów za Ghisoni.

VIII dzień - Ghisoni - Col de Verde (1300m) - Zicavo - Col de Vaccia (1193m) - Zonza - Bocca d'Illarata (991m) - l'Ospedale - Ponte Vecchio - Bonifacio - [prom] - [I] - Santa Teresa - Buoncammino



DST 147,9 km - AVS 20,7 km/h - MAX 52,9 km/h - ALT 1966 m


Dziś czeka mnie kolejny dzień "dzikiej" Korsyki, czyli przejazdu wnętrzem wyspy, słabo zurbanizowanymi terenami. Na starcie - leśny podjazd pod Col de Verde, po drodze podziwiam piękny spektakl barw jaki urządziły pierwsze promienie słońca wyglądające zza gór i przebijające się przez drzewa. Na szczycie przełęczy zimno, zaledwie 5'C, na zjazd trzeba się więc ciepło ubrać. Za przełęczą przejeżdżam przez szereg maleńkich miasteczek, widać, że ludzie żyją tu dość biednie; aczkolwiek miasteczka bardzo klimatyczne - wąskie uliczki, ładnie wpasowane w górski krajobraz. W największym z nich - Zicavo na podjeździe atakuje mnie pies, ale w przeciwieństwie do innych przedstawicieli swego gatunku ma bardzo oryginalną taktykę - gryzie nie w ciało a w sakwy :)). Parę razy uczepił mi się do tylnych kieszonek, aż musiałem zsiąść z roweru i go pogonić; wyglądało na to że chciał się po prostu zabawić, bo nie był agresywny.
Kawałek za Zicavo rozpoczyna się podjazd pod kolejną górę - Col de Vaccia. Powtarza się wczorajsza sytuacja z Sorby, droga jest rozryta, trwają prace nad budową nowej szosy, póki co jest tylko szuter, chwilami ze sporymi dziurami, stan wyraźnie gorszy niż na Sorbie. Ale z kolei podjazd sporo łatwiejszy, generalnie prowadzi długimi trawersami, widokowo atrakcyjny, bo spora część prowadzi odkrytym terenem. Po drodze pozdrawiają mnie robotnicy pracujący przy budowie drogi, widać, że sakwiarze nie za często tu docierają :). Asfalt wraca dopiero po drugiej stronie przełęczy, wreszcie można na zjeździe nieco się rozpędzić. Kolejny odcinek to górka-dołek w stronę Zonzy, znowu wiele malowniczych miasteczek, w jednym z nich jestem nawet świadkiem pogrzebu.
W Zonzy, na skałkach przy wyjeździe z miasteczka robię dłuższy odpoczynek, od tego miejsca wyraźniej zaczyna się zmieniać krajobraz, pojawia się więcej skał, na trasie na kolejną przełęcz Bocca d'Illarata towarzyszą mi wspaniałe sosnowe lasy, a sama przełęcz jest wręcz wciśnięta między jasne wapienne skały. Wdrapałem się nawet na skały przy drodze by zrobić fotkę z szerszym widokiem na okolicę; na zjeździe takich "pocztówkowych" widoczków mam całkiem sporo, skusiłem się nawet na krótki skok w bok by obejrzeć jakieś (podobno) atrakcyjne wodospady, niestety były nieprecyzyjnie oznakowane i okazało się że trzeba by tam iść szlakiem pieszym ze 45min, więc dałem sobie spokój. Nieco dalej jest większe wypłaszczenie, a droga prowadzi wzdłuż jeziora zaporowego Barrage de l'Ospedale. Niby jezioro sztuczne, ale robi duże wrażenie, niemal całe otoczone górami, z lasem schodzącym w samą wodę (kilka drzew nawet wręcz rośnie w wodzie). Kawałek dalej z wioski l'Ospedale zaczyna się mój najlepszy zjazd na Korsyce, z 950m aż na poziom morza, w sporej części przyzwoicie nachylony, do tego ze wspaniałymi i bardzo rozległymi widokami na morze i zatokę Ponte Vecchio do którego się kieruję. W mieście nie stawałem, zrobiłem sobie tylko krotką rundkę po centrum i nadmorskim bulwarze (niebrzydki port z ogromną ilością łodzi).
Ostatnie kilometry na Korsyce - odcinek do Bonifacio niestety marny, 25km główną i płaską drogą, ale szybko to zleciało bo wiatr w plecy z minuty na minutę robił się coraz silniejszy. Za to samo Bonifacio robi ogromne wrażenie - jest ulokowane na wysokim nabrzeżnym klifie, a port z którego wypływam na Sardynię mieści się w małym fiordzie; tak więc wypłynięcie na otwarte morze jest przeżyciem samym w sobie, mijamy wspaniałe klify niemal na wyciągnięcie ręki; jednym słowem Korsyka pożegnała mnie wspaniale, tą niezwykłą wyspę polecam każdemu w ciemno!
W czasie krótkiego rejsu wiało jak cholera, wieje także i na Sardynii. W Santa Teresie nabieram wody na nocleg, jadę jeszcze parę kilometrów i rozbijam się na noc przy samej drodze, niemal idealnie osłonięty od szosy szczelnym żywopłotem.

IX dzień - Buoncammino - Palau - Porto Cervo - Olbia - Monti - Budduso



DST 150,1 km - AVS 19,2 km/h - MAX 51,9 km/h - ALT 2194 m


Dalej jest słonecznie, ale od wczorajszego popołudnia wiatr nie ucichł - a pierwsza część mojej dzisiejszej trasy prowadzi na wschód, skąd właśnie wieje. Do Palau jadę główną drogą, w porównaniu do Korsyki - na Sardynii daje się zauważyć większa ilość zieleni. Za Palau 100m podjazdu, ze szczytu roztacza się szerszy widok na niebrzydkie skaliste wybrzeże. I w ten mniej więcej sposób (trochę w dół, trochę w górę, cały czas w bliskiej odległości od morza) wygląda pierwsza połowa dzisiejszego dnia. Na Cosa Smeralda wiać juz zaczęło bardzo dotkliwie, samo wybrzeże (przez wielu uznawane za unikatowe) jak dla mnie - przereklamowane, przede wszystkim skomercjalizowane niemal doskonale, wszędzie są jakieś zabudowania, hotele, sklepy, co za tym idzie tez mnóstwo samochodów - po puściutkiej w wielu miejscach Korsyce taka rzeczywistość już tak nie cieszy. Pomijając tą kwestię - pod względem samej urody też do Korsyki daleko; ot po prostu bardzo urokliwe wybrzeże, ale takie można spotkać w wielu rejonach. Trasa robi się coraz bardziej pagórkowata; wypłaszcza się dopiero w rejonie Olbii.
Ta rozczarowuje już mocno, zrobiłem pętlę po centrum, ale nie zauważyłem tu nic godnego uwagi, nawet jakiegoś rynku czy głównego placu nie było, za to labirynt wąskich, brudnych i jednokierunkowych uliczek. Tak więc miasto opuszczam z ulgą, kierując się na Monti; jako że zmieniłem kierunek na południowy-zachód mam teraz porządny wiatr w plecy i ok. 30km przejeżdżam bardzo sprawnie. W Monti zjeżdżam z głównej drogi i od razu zaczyna się seria długich podjazdów wyprowadzających w sumie na 500-600m; krajobraz zupełnie zmienia charakter - zaczynają się rozległe, zielone łąki wykorzystywane na pastwiska, przeplatane z wapiennymi skałkami, coraz więcej też korkowych gajów, bardzo charakterystycznych dla tej wyspy.. No i przede wszystkim wreszcie jest cisza i spokój, nie ma aż tak spektakularnych widoków jak na Cosa Smeralda, ale z pewnością jest co pooglądać. Trochę rozczarowują za to miasteczka, na pierwszy rzut oka nieco biedniejsze i mniej zadbane od korsykańskich, pewnym problemem jest za duża ilość śmieci (w niektórych rejonach Włoch są z tym spore problemy, np. w Neapolu to już wręcz plaga). Budduso ładnie położone na szczycie wysokiego płaskowyżu, widoczne jest juz z daleka, powoli zaczyna się też psuć pogoda, przez pierwszą część dnia było ciepło i słonecznie, obecnie zachmurzenie i temperatura koło 13-14'C. Wyjeżdżam spory kawałek za miasto (długo się ciągnęły ogrodzone pastwiska), ale warto było bo miejscówkę znalazłem pierwsza klasa - w korkowym gaju, pod ładnymi skałami.

X dzień - Budduso - Bitti - Lula - Dorgali - Genna Siliana (1017m) - Lotzorai



DST 130,1 km - AVS 18,6 km/h - MAX 48,7 km/h - ALT 1756 m


Rano pogoda do niczego - pochmurno i mocny, zimny wiatr; nie tego się spodziewałem - ale oczywiście trzeba jechać. Po 10km zepsuło się do reszty, bo zaczął tez padać deszcz, a chmury wiszące nisko nad górami nie dawały specjalnej nadziei na poprawę. W takich warunkach uznałem, że nie ma sensu jechać przez Nuoro nadkładając drogi, zamiast tego wybrałem krótszą trasę przez Onani i Lulę. W Bitti robię duże zakupy, powoli zaczynam się przygotowywać do Wielkanocy, okres świąteczny jest mi bardzo nie na rękę (a na dobitkę oczywiście jest tu jeszcze ta fatalna sjesta) - bo musiałem wozić ze sobą wielkie zapasy, co w zestawieniu z brakiem przednich sakw powodowało wielkie komplikacje, trzeba się było nieźle nagłowić by to wszystko upchać, troczyć część rzeczy na zewnątrz sakw itd; jednak na długie wyprawy nie ma to jak pełny bagaż!
W samym Bitti strasznie się nakołowałem, GPS wpakował mnie w jakieś zupełnie boczne i piekielnie ponachylane uliczki, niełatwo było z tego labiryntu wyjechać; takie miasteczka położone na zboczach gór bardzo fajnie wyglądają z daleka, od środka prezentują się już niestety w nieco odmienny sposób. Pagórkowatą drogą kieruję się na Onani i Lulę, tutaj po raz pierwszy pojawiają się murales - czyli takie specyficzne sardyńskie graffiti (raczej o motywach polityczno-społecznych, z wyraźnie lewicowym odchyłem). Pada cały czas; chwilami delikatnie, chwilami natomiast leje jak z cebra, po mocno pagórkowatej trasie w takich warunkach jedzie się niespecjalnie; do tego co i rusz pojawiają się jakieś potencjalne przejaśnienia, które po paru minutach szybko zanikają, zostawiając mnie z zawiedzioną nadzieją :)) Nad rzekę Sologo zjeżdżam bardzo nisko (koło 100m), od tego miejsca będzie już głównie w górę. Przed Dorgali ładny rejon nad jeziorem Cedrino, do samego miasta już poważniejszy podjazd. Tutaj staję pod marketem (wreszcie coś osłoniętego przed deszczem!), robię zakupy, orientuję się też że zeszło mi sporo powietrza z tylnego koła, co mnie nieźle wnerwiło bo znowu mi zapachniało problemami w stylu dętek UltraLight które mnie dręczyły na zeszłorocznej trasie do Ziemi Świętej (a teraz mam standardowe dętki). Dopompowałem koła i po odpoczynku zrezygnowany ruszyłem na górzystą trasę przez najwyższe pasmo górskie Sardynii - Gennargentu. Przez tragiczną pogodę dzień, który z założenia miał być najbardziej atrakcyjnym na tej wyspie - okazał się ciężką walką z fatalnymi warunkami. Już za Dorgali widoczność spadła do jakiś 30-50m - i tak jechałem właściwie całą dalszą trasę, lało cały czas porządnie; a podjazd ciągnął się bardzo długo, w sumie trzeba było wjechać na ponad 1000m.
Za główną przełęczą (Genna Silana 1017m) zaczęły się zjazdy, a wraz z nimi problemy z hamulcami, po dłuższych przerwach bez hamowania klocki nie łapały obręczy ceramicznej niemal w ogóle. Do tego powietrze kolejny raz zeszło, więc w tunelu przeciwśniegowym musiałem zmieniać dętkę, na szczęście okazało się że przebicie jednak było typowe - długi kolec, po prostu tkwił wbity w oponie, dlatego schodziło tak powoli; było tak mokro i zimno, że klej do łatek nie łapał i trzeba było założyć nową dętkę. Z tej strony gór chmury wisiały bardzo nisko, nawet na wysokości zaledwie 200m widoczność była w granicach 50m, dopiero na samym poziomie morza w rejonie Lotzorai wyjechałem z tych gęstych chmur. Rozbijam się w deszczu, w lasku nad rzeką.
Dzień po prostu fatalny, poza pierwszymi 10km jechałem cały czas w deszczu i nie jest to licentia poetica, lało bez sekundy przerwy przez bite 120km ciężkiej, górskiej trasy; po tej przeprawie byłem całkowicie zdegustowany Sardynią, tak fatalnych warunków się tu na pewno nie spodziewałem. Ale oceniając realnie po ilości zieleni na tej wyspie - tutaj po prostu leje wiosną bardzo regularnie, gadanie miejscowych starych dziadków, typu że to najgorsza pogoda od 50 lat (przewijające się w paru relacjach które czytałem) można między bajki włożyć, częste i obfite deszcze są tu po prostu normą.

DALEJ >>>