ŚRÓDZIEMNOMORSKA WIOSNA 2011




Wstęp

Fatalna pogoda w Polsce na początku tego roku, przeciągająca się zima, brak prawdziwej wiosny zdecydowały o tym, że postanowiłem się wybrać na taką prawdziwie wiosenną wyprawę w przyjaźniejszy dla rowerzysty klimat od naszego. Jako cel takiego wyjazdu - niejako naturalnie narzucała się Korsyka, przez wielu rowerzystów bardzo chwalona i polecana. W trakcie przygotowań do wyjazdu plany powoli ewoluowały - aż w końcu postanowiłem zaliczyć trzy wielkie wyspy Morza Śródziemnego - Korsykę, Sardynię i Sycylię. Wszystkie te wyspy wiosną prezentują się inaczej niż latem, gdy słońce pali bezlitośnie a na urlopy przyjeżdżają miliony turystów.

I dzień - [I] - Bergamo - Crema - Piacenza - Castell 'Arquato - Passo Pellizoli (1030m) - Bardi



DST 159,2 km - AVS 20,7 km/h - MAX 51,9 km/h - ALT 1348 m


Start wyprawy zaplanowałem z Bergamo, które posiada korzystne połączenie lotnicze z Warszawą. Lot przebiegł bezproblemowo, w końcówce obfitował w piękne widoki na Alpy w chmurach, oświetlone zachodzącym słońcem. Rower dotarł bez żadnych uszkodzeń (a tego się obawiałem, bo poważniejsza awaria mogłaby nawet przedwcześnie zakończyć wyprawę). Skręcenie sprzętu i przygotowanie całego bagażu do jazdy zajęło sporo czasu, tak więc z lotniska ruszam już ciemną nocą, po 22. Ale jako, że wracałem z Bergamo z wyprawy w Alpy w 2010, nocując właśnie pod samym lotniskiem, więc miałem pewną miejscówkę na rozbicie namiotu, nie musiałem tracić czasu na znalezienie czegoś nowego.
Rano szybko sie zbieram i po 8 ruszam na trasę. Warunki pogodowe - takie sobie, nie za ciepło (jakieś 12-13'C) ale z początku dość słonecznie. Pierwsze kilometry, tak jak się tego spodziewałem - bardzo nieciekawe, przejazd przez dolinę Padu, silnie zurbanizowaną, z wielkim ruchem na drogach i bez jakichkolwiek ciekawszych widoków. Po ok. 40km docieram do Cremy, zrobiłem sobie krótką rundkę po tym niebrzydkim mieście; od pewnego czasu zbierały się coraz ciemniejsze chmury, w mieście dopada mnie gwałtowny deszcz. Jako, że nie wyglądało to na długi opad - postanowiłem go przeczekać. Ruszam po półgodzinie, pada juz zdecydowanie mniej, a i to po paru kilometrach się kończy, dodatkowo ku mojej radości bardzo szybko się rozjaśnia i do Piacenzy docieram już w pełnym słońcu. Po mieście krótka rundka, w centrum masa przeróżnych straganów ustawianych bez ładu i składu (głownie prowadzonych przez Chińczyków) - psuje to bardzo "odbiór" danego miasta i widoki na co ładniejsze budynki.
Ale nie żeby zwiedzać miasta tu przyjechałem, więc z chęcią wyjeżdżam z Piacenzy, za którą zaczynają się Apeniny i kończy dotkliwy ruch na drogach.. W Carpaneto robię sobie zasłużony postój, temperatura optymalna - ok. 20-22'C. Po paru kolejnych kilometrach docieram do Castell 'Arquato, sam "castell" jest juz widoczny z daleka, jak to klasyczny zamek - ulokowany na wysokim wzgórzu. Jako, że plan na dziś nie był specjalnie napięty postanowiłem pod niego podjechać. Tak jak się spodziewałem - łatwo nie było, na wąskich uliczkach wielu małych miasteczek można trafić na piekielnie ostre ścianki (tu w granicach 15%), ale takie miasteczka niemal zawsze mają swój klimat, by go poczuć warto włożyć trochę wysiłku.
Za Castell 'Arquato zaczyna się pierwszy poważny podjazd na tej wyprawie - Passo Pellizoli (1030m), na ponad 1000m musze podjechać z niecałych 200m. Mimo, że nie był specjalnie mocno nachylony to w kość trochę mi dał - ale przecież po to się jeździ na rowerze! Tutaj już czuję że to prawdziwa wyprawa, nie takie nudne kilometry i masa samochodów jak w dolinie Padu. Apeniny to oczywiście nie Alpy, nie ma tu aż tak spektakularnych widoków, zdecydowana większość szczytów zalesiona, wyglądają mniej więcej jak nasze Beskidy - ale to zawsze góry, widoki nieporównywalne z uprzemysłowionym odcinkiem do Piacenzy. Z przełęczy zjeżdżam do Bardi, tutaj zachciało mi się robić skrót przez miasteczko (wspaniały zamek na ostrej skale) do głównej drogi i GPS tak mnie wmanewrował, że musiałem zawracać zaliczając dwie krótkie i piekielnie ostre ścianki po 20 i 22% (zaczynało mi już odrywać przednie koło). Na nocleg rozkładam się kawałek za Bardi, na polance przy drodze; z pierwszego dnia jestem bardzo zadowolony; nie ma to jak słoneczna Italia!

II dzień - Bardi - Borgo - Passo Cento Croci (1060m) - Varese - Levanto - Riomaggiore



DST 119,6 km - AVS 18,8 km/h - MAX 46,9 km/h - ALT 2190 m


Na starcie czeka mnie od razu podjazd na przełęcz ok. 950m, w porównaniu do wczoraj pogoda się zepsuła, jest zachmurzenie i zimno, na szczycie zaledwie 5'C i do tego zaczyna padać. W lekkim deszczu zjeżdżam do Borgo, tutaj na dużo niższej wysokości już nie pada. Kawałek jadę doliną, po czym odbijam na Cento Croci, pierwsza część podjazdu ostrzejsza, później kilka wypłaszczeń i w końcóweczce znowu troszkę ostrzej (ale bez jakiś fajerwerków). Jedzie mi się wyraźnie lepiej niż wczoraj na Pellizoli, niestety ciągle pogoda zawodzi, na Cento Croci są zaledwie 4 stopnie, do tego też dużo mgły z nisko wiszących chmur.
Z przełęczy rozpoczynają się długie zjazdy w stronę Morza Śródziemnego, zbliża się też główna atrakcja dzisiejszego dnia - czyli przejazd bardzo malowniczym wybrzeżem Cinque Terre. Gdy docieram nad wybrzeże (wyjeżdżając z długiego tunelu) pogoda pozostawia bardzo wiele do życzenia, sporo zastanawiałem się nad wyborem dalszej trasy przez wybrzeże, w końcu zjeżdżam na sam dół do Levanto, by jechać możliwie najbliżej morza, bo nad okolicznymi górami wiszą deszczowe chmury. Zaraz za Levanto zaczynają się ostre podjazdy, wybrzeże rzeczywiście bardzo malownicze - masa małych miasteczek rozrzuconych po okolicznych wzgórzach, widoki na morze; niestety wiele się naoglądałem bo porządnie lunęło. Z początku liczyłem, że szybko przejdzie i czekałem w tunelu (w okolicach którego złapał mnie deszcz) - ale nic się nie poprawiło, więc chcąc nie chcąc ruszam dalej. Jechało się do niczego - ciężki podjazd w pełnym gore-texie, widoki w tych warunkach żadne, do tego zimno, jednym słowem całą wizytę na Cinque Terre można było spisać na straty. Do tego gdy wjechałem na szczyt (ponad 500m) i zaczęły się zjazdy - okazało się, że obręcze ceramiczne wcale nie są doskonałe na deszczu, chwilami klocki mokrej obręczy niemal w ogóle nie łapały (generalnie wyglądało to tak, że hamowały tym gorzej im dłuższa była przerwa od ostatniego hamowania). Dociągnąłem w ten sposób do planowanego Riomaggiore, miejscówkę na namiot udało mi znaleźć bardzo malowniczą - na samym skraju wysokiego na dobre 200m klifu spadającego prosto do morza; ale w tych warunkach takie widoki niespecjalnie pocieszały, rozkładanie obozu w padającym deszczu do przyjemności nie należało. Dzisiejszego wieczora tekst o słonecznej Italii brzmiał już tylko jak kiepski dowcip...

III dzień - Riomaggiore - La Spezia - Viareggio - Piza - Empoli - Florencja - Ambrogiana



DST 205,8 km - AVS 21,6 km/h - MAX 41,8 km/h - ALT 517 m


Padało przez większość nocy, pada i rano - nie takich warunków się tu spodziewałem :( Ale chmury wiszą głównie nad górami, co daje jednak nadzieję, jako że dzisiaj trasa ma być zdecydowanie płaska. Zaliczam więc jedyny poważniejszy dziś podjeździk, po czym zjeżdżam na poziom morza do La Spezii, stojącej właśnie w porannym korku. Przebijam się przez ruchliwe miasto i wyjeżdżam na nadmorską trasę w stronę Pizy. Przestaje padać, ale dalej jest dość zimno i pochmurnie. Kolejne kilometry to monotonna jazda przez nadmorskie kurorty, w taką pogodę prezentujące się ponuro. Przed Viareggio zaczyna mocniej wiać, na razie jest to wiatr sprzyjający. Ostatni odcinek do Pizy nieprzyjemny, trzeba tu zjechać z nadmorskiej, nieco mniej ruchliwej na drogę nr 1 czyli słynną Via Aurelia. A ta jest bardzo ruchliwa, brakuje pobocza; więc z ulgą skręcam po ok. 15km na Pizę.
Tam oczywiście wjeżdżam do centrum by obejrzeć słynną krzywą wieżę, trzeba przyznać, że robi wrażenie, chwilami trudno uwierzyć, że tak wysoka budowla utrzymuje się z takim odchyleniem od pionu. Duże wrażenie robi całe Campo dei Miracolo (Pole Cudów), gdzie oprócz krzywej wieży znajduje się też piękna katedra, a cały zespół położony jest na dużym placu z wspaniałą zieloną trawą. Miejsce typowo turystyczne - co daje się ocenić po wyjątkowo bezczelnej postawie miejscowych gołębi - tylko położyłem na trawie słodką bułeczkę a już gołąb go dziabnął (mimo ze był w hermetycznej folii), obrazu tego dopełnia masa czarnych jak heban natrętnych Murzynów sprzedających totalny kicz (to coraz częstszy widok we włoskich miastach, spotykałem ich nieraz). Niestety wiatr już zaczyna pokazywać różki, na wszystkich nieosłoniętych miejscach mocno wywiewa, a wiatr jest dziś bardzo zimny. Wyjeżdżając z Pizy orientuję się, że by dotrzeć do Florencji będę musiał jechać niemal 80km równo pod wiatr (bo wieje właśnie równo ze wschodu). Nie uśmiechało mi się to zupełnie, zastanawiałem się czy na pewno ma to sens (zaplanowanie trasy do Florencji wynikało tylko z układu promów). - ale z drugiej strony wkurzyła mnie ta włoska pogoda zupełnie nie pasująca do naszych wyobrażeń o tym kraju i jakby na przekór postanowiłem, że tak łatwo to tu nie wymięknę.
Cała trasa do Empoli to ciężka walka z wiatrem, ale na moje szczęście był to teren w sporej części zabudowany, wiele mniejszych i większych miasteczek, w których można było znaleźć trochę osłony przed wiatrem, normalnie taki teren na rowerze przeszkadza; dziś był moim sprzymierzeńcem; sumarycznie bardzo pomogło to w zmaganiach z wiatrem. Za Empoli zaczęło się jechać trochę lepiej droga jest tu przyklejona do rzeki Arno, są maleńkie wąwoziki, parę symbolicznych podjazdów, lasy itd., do tego zdecydowanie poprawiła się pogoda, wyszło słońce. Za to wjazd do aglomeracji Florencji po prostu fatalny - tysiące samochodów na wąskich dróżkach, wielkie korki. Dopiero teraz dociera do mnie jak wielka we Włoszech jest gęstość zaludnienia - to kraj wielkości Polski, a przecież samych makaronów mieszka tu aż 60mln (nie wliczając licznej rzeszy imigrantów) - a warto pamiętać, że znacząca część tego kraju to góry; więc w żyznych, zupełnie płaskich rejonach (jak dolina Padu czy tutaj rejon Florencji z doliną Arno) owo zagęszczenie jest ogromne. A typowy makaron - bez samochodu nie istnieje, nawet większość tutejszych rowerzystów jeździ na zasadzie - dojeżdżam samochodem do celu i tam dopiero wsiadam na rower (sakwiarza włoskiego niełatwo uświadczyć) dlatego ruch na co główniejszych drogach jest potężny.
W takich warunkach do tej Florencji dotarłem już zupełnie zniechęcony, bez specjalnej ochoty na zwiedzanie. Objechałem tylko przepiękne centrum; rzeka Arno wspaniale wkomponowana w pejzaż miejski, most Ponte Vecchio, zobaczyłem słynny posąg Dawida autorstwa samego Michała Anioła. Jako, że miałem juz w nogach masę kilometrów uznałem, że za wygraną walkę z tym wiatrem należy mi się jakiś porządniejszy posiłek, chciałem zjeść jakąś pizzę, ale ceny mnie szybko zniechęciły (pod 10E za kawałeczki dobre dla młodej panienki na diecie, nie głodnego faceta po 160km); skończyło się więc tradycyjnie - na McDonaldzie, jakość jedzenia może nie ta, ale bądźmy szczerzy - na wyprawie liczy się przede wszystkim ilość!:))
Powrót w stronę Empoli tą samą drogą okazał się wyraźnie łatwiejszy, przede wszystkim zmalał nieco ruch, no i teraz oczywiście miałem wiatr w plecy, przejechałem jeszcze jakieś 30km w stronę Empoli i na nocleg rozbiłem się w okolicach wioski Ambrogiana.

IV dzień - Ambrogiana - Empoli - Livorno - [prom] - [F] - Bastia - Macinaggio



DST 101,4 km - AVS 23,6 km/h - MAX 39,6 km/h - ALT 387 m


Od wczoraj warunki nic się nie zmieniły - dalej jest pełne słońce i dalej mocno wieje ze wschodu. Ale tym razem mam nagrodę za odwaloną wczoraj "czarną robotę" - do samego Livorno cały czas z wiatrem. Trasa niespecjalna - w większości to powrót wczorajszą płaską jak stół drogą wzdłuż Arno, ale idzie to już wiele sprawniej niż wczoraj bo już nie kołuję w wielu małych miasteczkach obfitujących w jednokierunkowe ulice. W rejonie Castelfranco spotykam jakiś wyścig kolarski, zatrzymałem się by obserwować przejazd peletonu i cyknąć parę fotek. W rejonie Casciny przejeżdżam na lewy brzeg Arno i trasą przez zielone łąki kieruję się na Livorno. Jako, że wyjechałem z dużym zapasem, a średnią miałem wysoką - zrobiłem sobie tutaj półgodzinny postój. Wjazd do samego Livorno niespecjalny, przejeżdżałem tylko przez brzydkie portowe dzielnice. W porcie byłem z dużym zapasem czasowym, a do tego jeszcze okazało się, że prom dotarł spóźniony, tak więc czekałem tu ponad 2h, nieźle zmarzłem bo cały czas mocno wiało.
Prom wypływa z godzinnym opóźnieniem, podróż schodzi bez historii, dopiero pod koniec rejsu pojawiają się widoki na Korsykę i okoliczne, mniejsze wysepki. Jako, że rower miałem z przodu promu, więc wyjeżdżam na ląd na samym początku, bez czekania na wyładunek setek samochodów. Pierwsze co zauważam - to to, że wreszcie przestał wiać ten cholerny zimny wiatr, co momentalnie usposabia mnie do Korsyki bardzo pozytywnie. Po doświadczeniach ze zwiedzaniem Florencji i Pizy - miast mam serdecznie dosyć, więc Bastii nie oglądam w ogóle; po prostu wyjeżdżam kierując się na południe. Jako, że prom dopłynął z ponad godzinnym opóźnieniem, dopiero o 19 oznaczało to, że do planowanego na dziś miejsca noclegu nie mam szans dojechać za dnia.
Pierwsze kilometry idą fantastycznie, wyspa momentalnie wprawia mnie w zachwyt - wąska droga wschodnim wybrzeżem półwyspu Cap Corse to serie łagodnych podjazdów na 30-50m, piękne widoki na morze oraz wysokie góry schodzące wprost do morza, wspaniały kawałek na rowerową rozgrzewkę. Pogoda wprost idealna, jakieś 20-22 stopnie, symboliczny wiaterek. Po jakiś 10km kończą się wioseczki "podpięte" do Bastii, zastępują je charakterystyczne dla tych okolic zarośla "maquis" i jedzie się jeszcze lepiej. Po 20km zachodzi słońce, końcówkę pokonuję już po ciemku, z księżycem fantastycznie odbijającym się w morzu. Uznałem, że nie ma sensu zaliczania Korsyki nocą, szkoda tracić tyle widoków (a że prom się spóźnił i jeszcze pomyliłem się w planach - to dziś miałem zrobić jeszcze niemal 50km więcej); lepiej jutro ruszyć wcześniej i przejechać trochę więcej. Miejscówkę (mimo, że po ciemku) trafiłem świetną, tuż przy drodze (ale doskonale osłoniętą), na klifie nad samym morzem.

V dzień - Macinaggio - Col de la Serra (366m) - Nonza - Saint Florent - Bocca di Vezzu (311m) - L'ille Rousse - Bocca di Salvi (509m) - Calenzana - Calvi - San Quilico



DST 185,5 km - AVS 20,4 km/h - MAX 65,2 km/h - ALT 2676 m


Na trasę ruszam krótko po pięknym wschodzie słońca, jako że pogoda jest doskonała - jadę z pieśnią na ustach, obiecując sobie wspaniałą ucztę z niesamowitych krajobrazów. Pierwszy kawałek to podjazd na Col de Serra, dość typową korsykańską przełęcz (wysokość ok. 300-400m, nachylenie 4-5%). Co się daje zauważyć - to praktycznie zerowy ruch samochodowy, niewiele jest już takich miejsc w Europie. Podjazd zaliczam sprawnie rozkoszując się pięknymi widokami na morze opływające tu Korsykę od północy. Nad samą przełęczą króluje malowniczy wiatrak (trzeba do niego podejść kawałek w górę). Za przełęczą znacząco pogorszył się asfalt, ale wiele to nie przeszkadzało - bo dopiero teraz to się zaczęły wspaniałe widoki! Zachodnie wybrzeże Cap Corse jest o wiele bardziej postrzępione od wschodniego, wysokie na ponad 1000m góry schodzą tu wprost do morza, a droga najczęściej jest poprowadzona skalnymi półkami przyklejonymi do zboczy gór. Podjazdów jest sporo więcej niż na wschodzie, z reguły po ok. 100m w górę i w dół - ale właśnie dzięki temu możemy podziwiać niesamowite krajobrazy. A gdy po jakiś 10-15km powrócił świetny asfalt - jechało się już po prostu bosko, upajając się wspaniałymi widokami. Zjazdy co prawda do za szybkich nie należały (ok. 40km/h), ale za to na bardzo krętych drogach można było sobie poćwiczyć wchodzenie w zakręty, wykorzystać świetny grip jaki dają opony Schwalbe z wyższej półki; raz udało mi się nawet zaliczyć "sto osiemdziesiątkę" bez hamowania przy ok. 40km/h :)). W rejonie Nonzy pojawiają się czarne plaże, samo miasteczko jest pięknie ulokowane na wysokim wzgórzu, z zameczkiem panującym nad okolicą.
Ten przepiękny kawałek kończy się kawałek przed Saint Florent; tutaj robię zakupy (ceny nawet nie tak fatalne jak się obawiałem) i postój w porcie. Za miastem zmienia się krajobraz - wjeżdżam w pustkowia Desert des Agriates; sporo zielonych łąk i wapiennych skał. Na tym odcinku spotykam prawdziwą powódź sakwiarzy - mijałem chyba 4 czy 5 osób, widać że Korsyka przyciąga wielu miłośników dwóch kółek - bo są ku temu powody! Z przełęczy Bocca di Vezzu (od mojej strony na przełęcz dociera się zjazdem) roztacza się wspaniały widok na najwyższe pasmo gór Korsyki. Z przełęczy do L'ille Rousse juz głównie w dół, jedynie przed samym miastem, już nad morzem jest ostra ścianka, a z niej równie ostro w dół tu wykręcam (jak się później okazało) największą prędkość wyprawy. Miasto szybko przejechałem, chwilę zastanawiałem się nad wyborem dalszej drogi (do Calvi można stąd jechać albo główną drogą nad morzem, albo dużo dłuższą i cięższą przez góry) - ale jako, że jechało mi się dziś doskonale ruszam w góry. Szybko nabieram wysokości, w ładnie położonym na ok. 200m miasteczku Corbara robię sobie postój przy kraniku z wodą (pod tym względem na Korsyce jest jak w Alpach, żadnych problemów, kraników z pitną woda jest mnóstwo).
Dalsza droga - to cały czas podjazd, zagłębiam się coraz bardziej w głąb wyspy, postanowiłem tez odbić do miasteczka Sant Antonio wspaniale ulokowanego na szczycie wysokiego wzniesienia, dzięki temu widocznemu z bardzo daleka. Ale, gdy dotarłem do miasteczka (podjeżdżając niemal 200m od drogi) potwierdziła się stara prawda, że niektóre rzeczy lepiej wyglądają z daleka :)). Zjeżdżam więc wąziutką dróżką z powrotem do szosy i znowu zaczynam się wspinać na przełęcz Bocca di Salvi, z której roztacza się bardzo szeroki widok na równinne tereny w rejonie Calvi. Na przełęczy niecodzienne zdarzenie - przyjechał samochodem jakiś gość i ni z tego ni z owego zaczął grać na saksofonie muzyczkę z "Różowej Pantery"; co kto lubi :))
Za przełęczą trochę się pogorszył asfalt, ale zaczęła się piękna górska trasa z widokami na dwutysięczne szczyty i liczne małe miasteczka fantastycznie ulokowane na ostrych zboczach górach (szczególnie Montemaggiore zrobiło na mnie duże wrażenie). W głębi wyspy zaczęło tez porządnie wiać, na szczęście na tym kawałku było głównie w dół, więc nie było problemów. Przejeżdżam przez Mekkę turystów pieszych Calenzanę (tu rozpoczyna się słynny szlak pieszy przez najwyższe góry Korsyki); chwilkę poobserwowałem tez Francuzów grających w boule, po czym poprułem do Calvi. To juz spore miasto, nad którym króluje wielka cytadela, w której znajdują się m.in. koszary słynnej Legii Cudzoziemskiej (właśnie w Calvi stacjonuje najbardziej elitarny spadochronowy regiment Legii). Podczas wizyty w sklepie spotykam dwóch legionistów ubranych we wspaniałe wyjściowe mundury, jak się okazało - Polaków (wielu naszych rodaków tu służy), ale zanim pomyślałem o fotce z nimi - gdzieś znikli, a ja plułem sobie w brodę, że straciłem okazję na tak niecodzienną pamiątkę.
Ostatni odcinek dzisiejszego dnia - to znowu piękny kawałek nad wybrzeżem, duże wrażenie robią widoki na półwysep Revellata i wspaniałe widoki na morze oświetlone zachodzącym słońcem. Trasa znowu mocno pagórkowata, stówka w górę, stówka w dół :)). Pod koniec mocniej zepsuł się asfalt, droga też trochę odbiła znad wybrzeża w głąb lądu prowadząc głównie przez rolnicze tereny przeznaczone na wypas owiec i kóz. Tutaj też postanowiłem przenocować.
Dzień niesamowity, bez wątpienia najpiękniejszy na wyprawie, dzisiaj byłem jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"- nie do zatrzymania :)). Przejechałem ponad 180km po górach (ponad 2600m podjazdów) a w sumie nawet nie byłem jakoś mocno zmęczony, chłonąłem niesamowite korsykańskie pejzaże pełną piersią - ciągle naprzód; ciągle coś nowego; tym wspaniałym odcinkiem zrekompensowałem sobie z nawiązką mniej udaną włoską część wyprawy. Uprzedzając tych co zaraz zaczną jęczeć "a co to za zwiedzanie jak się jedzie 180km na dzień" - taki styl jazdy po Korsyce właśnie mi najbardziej odpowiadał, ciągle do przodu, ciągle w ruchu, na każdym zakręcie można było liczyć że się wyłoni jakiś kolejny niesamowity widok, więc i tych zakrętów zaliczałem jak najwięcej!
Uwaga techniczna - ślady GPS z 5 dni wyjazdu (5,6,9,10 i 14 ) to tylko trasy na mapie, wytyczone już po powrocie, w przeciwieństwie do śladów - nie zawierają jakichkolwiek innych danych (jak profile wysokościowe bezpośrednio z urządzenia czy prędkości i czas jazdy) - niestety GPS z niewiadomych przyczyn mi ich nie zarejestrował.

DALEJ >>>