TRANSALP - 2014




XVI dzień - Bardonecchia - Col de Sommeiller (3000m) - Bardonecchia - Susa - Bussoleno



DST 105,4 km - AVS 15,4 km/h - MAX 67,2 km/h - ALT 1960 m


Cały wczorajszy dzień był dojazdem pod przełęcz Sommeiller, o której wiedziałem, że jest przejezdna, a trzytysięczną przełęcz uznałem za taki dobry akcent na koniec wyprawy. Niestety akurat dziś zepsuła się pogoda i gdy ruszam pod górę (na lekko) ciemne chmury wiszą w powietrzu. Asfalt szybko się skończył (na 1600m) i dalej jechałem już terenem. Niestety szybko solidnie lunęło i w rejon zaporowego jeziora Rochemolles dojechałem już mokry i zniechęcony - bo podjazd był bardzo długi i w tych warunkach nie zapowiadał się dobrze, droga zaczynała już rozmiękać. Ale postanowiłem jeszcze kawałek dalej pociągnąć, na poziomie ok. 2200m znowu mocno lunęło, ale akurat trafiła mi się tu otwarta chatka przetrwalnikowa dla turystów, więc przez ok. 45min przeczekiwałem tu deszcz. Dalej zaczyna się długi odcinek serpentyn, po rozmiękniętej drodze jechało się ciężko, ale jednak jechało, nie pchało - a to najważniejsze. Widoki nawet nie takie złe, bo chmury wisiały dość wysoko, niemniej to już nie to samo co w słonecznych warunkach, po wczorajszych upałach śladu nie zostało, temperatura spadła poniżej 10 stopni.
Im wyżej tym droga robiła się bardziej kamienista, podjazd sam w sobie jakiś super ciężki nie jest, nachylenia w normie, natomiast wymęcza przede wszystkim długością, bo to aż 1400m terenem w pionie. Pod sam koniec, na ostatniej ścianie serpentyn pogoda zrąbała się już solidnie, przede wszystkim zaczęło mocno wiać, temperatura spadła do poziomu 3-4 stopni - ale uznałem, że teraz to się już nie wolno wycofać, za dużo mnie to wysiłku kosztowało. W samej końcówce przed jeziorem (tam jest przełęcz) leżał już śnieg i ze 20m w pionie trzeba było się ładować po rozmokłym śniegu. Na samej przełęczy wiatr głowę urywał, jezioro jeszcze w większej części zamarznięte, jednak wysokość 3000m swoje robi. Ale satysfakcja, że w takich warunkach jednak udało mi się tu wjechać spora. Ze względu na warunki od razu ruszyłem w dół, zjazd ciągnął się w nieskończoność, pod koniec czuło się już ręce od wibracji.
Wracając jeszcze się zastanawiałem, czy nie jechać przez Sestriere, ale jako, że cały czas było zimno i popadywało zdecydowałem się pojechać najkrótszą drogą do Turynu. Col du Sommeiller (3000m) była ostatnią terenową przełęczą tej wyprawy, pozostały mi jedynie 2 nudne dni przez Nizinę Padańską na samolot z Bergamo

XVII dzień - Bussoleno - Turyn - Chivasso - Trino - Mortara



DST 157,3 km - AVS 21,4 km/h - MAX 42,5 km/h - ALT 303 m


Dzisiejszy dzień to odcinek dojazdowy do Bergamo, ciekawy był tylko pierwszy odcinek, gdy jeszcze kończyłem zjazd doliną Susy, dalej zaczęła się długa aglomeracja Turynu, z której wyjechałem na Nizinę Padańską. To teren nieprawdopodobnie nudny, zupełnie płaski, jeden z najgorszych w Europie po jakich miałem (nie)przyjemność jeździć. Ruch duży, masa kanałów z zasyfioną wodą, mnóstwo podmokłych terenów z brzydką roślinnością. W skrócie typowy rejon rolniczo-przemysłowy, do jak najszybszego ominięcia. Pod koniec dnia miałem duże problemy ze znalezieniem miejscówki na nocleg, bo gleba w okolicy była solidnie podmokła, lasy rosły na podłożu gliniastym, komarów były całe roje - jednym słowem nic przyjemnego.

XVIII dzień - Mortara - Vigevano - Melegnano - Cassano d'Adda - Bergamo



DST 141,2 km - AVS 20,9 km/h - MAX 41,4 km/h - ALT 411 m


Dzień równie brzydki jak wczorajszy, jadąc do Bergamo trochę nadrobiłem by ominąć metropolię Mediolanu (w którym już kiedyś byłem). Włochy to generalnie świetny kraj na rower, bardzo ciekawy i urozmaicony, z masą gór - ale Nizina Padańska to zupełna porażka; na większości swoich tras po Włoszech przecinałem ją z północy na południe, wtedy jechało się po niej jakieś 100-150km, ale teraz musiałem jechać w osi wschód-zachód, w której się ciągnie na dużo dłuższym odcinku, do Bergamo dotarłem z dużą ulgą. Tutaj spotkałem się po ponad tygodniu z Ryśkiem, nocowaliśmy wspólnie pod lotniskiem. Rysiek jechał zgodnie ze śladem, który mieliśmy, za Bolzano zaliczył trzy duże przełęcze, które ja ominąłem szosą; ale jako, że pchania tam było sporo niestety przez to nie starczyło mu czasu by dotrzeć w rejon Monte Rosa, ale z kolei jego trasa nie była tak "szarpana" jak moja, większy jej odsetek był w terenie, choć nie tak atrakcyjnym jak ta końcówka.

Podsumowanie

Wyprawę oceniam z mieszanymi uczuciami, z jednej strony sporo ciekawych miejsc widziałem, udało się zaliczyć Dolomity, widziałem w pełnym słońcu lodowiec Monte Rosa, przejechałem piękny odcinek pod Mont Blanc, ładnych kilkaset km po terenie było - a alpejskie widoki w terenie to prawdziwa poezja. Z drugiej - asfaltu było jednak za dużo, przez konieczność omijania części podjazdów terenowych trzeba było robić duże pętle po asfalcie, a dwudniowy powrót przez Nizinę Padańską to była zupełna porażka, jazda na fullu z grubymi oponami po szosie to też nie jest wielka atrakcja. Ale z drugiej strony zdecydowanie wolałem jazdę po szosie niż konieczność pchania w terenie, dlatego w trakcie wyprawy widząc ile tego pchania wymaga wiele odcinków - na bieżąco zmieniałem trasę. Natomiast Rysiek wybrał inny wariant - konsekwentnie trzymał się śladu, jego trasa nie była tak szarpana jak moja, nie było długich przerzutów asfaltem - ale to wymagało poświęcenia sporo czasu w efekcie czego nie zdążył dotrzeć w bardzo atrakcyjny rejon Monte Rosa. Pytanie która opcja była lepsza jest dyskusyjne, zależy przede wszystkim od tego co subiektywnie nas bawi, ja już nieprzejezdnych odcinków miałem na tyle dość, że wolałem nadrabiać asfaltem.
Ta wyprawa niejako pokazała mi, że jazda z bagażem, nawet bagażem typu UL koło 10kg w takich górach jak Alpy zwyczajnie nie zdaje egzaminu. Za dużo trzeba wpychać, na zjazdach bagaż na kierownicy tez mocno ogranicza, jednym słowem jazda w terenie traci przez to za dużo frajd. Bagaż UL to dobre rozwiązanie na lekki teren typu szutrówki (jaki jest np. na Bałkanach), ale na trudnych kamienistych szlakach, często z bardzo dużym nachyleniem za bardzo ogranicza, jazda po Alpach da dużo więcej przyjemność jadąc zupełnie na lekko, nocując na kwaterach i stołując się w restauracjach - jak jeździ tam zdecydowana większość osób na trasach wielodniowych. Inna sprawa to kwestia długości trasy, ponad 2 tygodnie na czysto terenową jazdę - to jest za dużo, typowy Transalp to tydzień bardzo intensywnej jazdy i tyle jest w sam raz.
Wiele też zależy od wyboru trasy, niestety nasz ślad, pozornie bardzo atrakcyjny nie był strzałem w "10", zdecydowanie za dużo było tu odcinków pieszych, trasa w 2012 roku (choć też pchać trzeba było wiele) była jednak sporo lepsza pod tym kątem. Ale żeby zaplanować w dużym stopniu przejezdną trasę w stylu transaplejskim - trzeba Alpy doskonale znać, dysponować dużą ilością dokładnych map itd., w innym przypadku pozostaje zaufać opiniom ludzi, którzy takie trasy robili, a z tym różnie bywa, na tej trasie jednak się nacięliśmy, odsetek nieprzejezdnych kawałków był zdecydowanie za duży.

DALEJ >>>