TRANSALP - 2014




XI dzień - Locarno - [I] - Omegna - Varallo - Alagna Valsesia



DST 142,2 km - AVS 16,6 km/h - MAX 52,5 km/h - ALT 2618 m


Dzisiaj dzień głównie po asfalcie, omijam wysoką (aż 2734m) Colle Turlo, z mapy wyglądającą na zupełnie niepodjeżdżalną. Niestety układ gór i dróg w tym rejonie był taki, że wymagało to nadłożenia mnóstwa kilometrów, musiałem przejechać niemal 150km do Alagna Valsesia, terenem byłoby dużo krócej. Ale była to dobra decyzja, Turlo próbował sforsować jakiś tydzień po mnie Rysiek i jako, że trafił akurat na załamanie pogody i spore deszcze - musiał się wycofać, bo szlak nie dość, że był nieprzejezdny to jeszcze po deszczu zrobiło się na tyle ślisko, że nawet iść z rowerem się nie dało. Na tej górze Rysiek zakończył terenową część wyjazdu, przez Mediolan dojeżdżając do Bergamo z którego wracaliśmy.
Po zwinięciu biwaku szybko dojeżdżam do Locarno, ładna trasa przed miasto nad pięknym Lago Maggiore, pogoda świetna, rano jeszcze przyjemny chłodek. Wzdłuż jeziora Maggiore jadę ok.50km, droga dość ruchliwa, ale widoki na jezioro pierwsza klasa. Za Omegną zaczyna się większy podjazd, na początku mam widoki na Lago d'Orta, później droga odbija w głąb lądu w sumie na poziom ok. 900m; po drodze odpoczywam przy ładnym wiejskim kościółku; we Włoszech nawet w bardzo małych wioseczkach nie brakuje zabytków. Po zjeździe do Varallo zaczyna się żmudna jazda w górę doliny nad rzeką Sesia, dolina bardzo długa, niemal 80km. Niestety jadę pod wiatr, w pierwszej części doliny, gdzie nachylenie nie było duże dawał solidnie popalić, dalej było już lepiej. Szczyty wokół drogi robią się coraz wyższe, przed samą Alagną zza chmur (pogoda pod koniec dnia trochę siadła) od czasu do czasu przeglądają już lodowce.
W Alagnii (bardzo przyjemne miasteczko) zaczyna się już ostry podjazd, asfaltowa rzeźnia ponad 20%. Wg mapy asfalt miał docierać aż na poziom 1700-1800m, a tymczasem już koło 1400m zaczął się mocno kamienisty szuter. A jako, że nachylenie było dalej bardzo solidne - jechało się na granicy podjeżdżalności, znowu (jak zawsze na takich nachyleniach) przeszkadzają SPD, bo jadąc koło 5km/h wystarczy lekki skręt kierownicy i można polecieć na bok. Tak mnie to zniechęciło (miałem już koło 150km w nogach), że siadła mi psychika i widząc jadące wagoniki kolejki gondolowej z Alagni na górę - postanawiam zjechać na dół do miasteczka i na górę wjechać kolejką. Błyskawicznie więc zjeżdżam na dół - a tam niezły numer, bo w międzyczasie kolejka zakończyła na dziś pracę ;)). Nawet mnie to specjalnie nie wkurzyło, uznałem to za słuszną karę za moje wymięknięcie - i pokornie po raz drugi ruszyłem na tę rzeźnicką ścianę. Na szutrowym odcinku część musiałem prowadzić bo było już za ostro, docieram na poziom ok. 1700m i tam rozkładam się na biwak przy samej drodze, z ładnym widokiem na góry.

XII dzień - Alagna Valsesia - Passo Salati (2980m) - Tschaval - Colle Bettaforca (2724m) - Frachey - Col de Joux (1640m) - Aosta - Courmayeur - Enteves



DST 132,7 km - AVS 15,3 km/h - MAX 58,7 km/h - ALT 2613 m


Od rana piękna słoneczna pogoda, więc jeden z najatrakcyjniejszych rejonów trasy zapowiada się kapitalnie. Kontynuuję podjazd pod Passo Salati (aż 2980m), droga pół na pół, trochę się jedzie, trochę pcha. Na 2000m jest większe wypłaszczenie, szeroka alpejska hala, tutaj znajduje się pośrednia stacja kolejki na przełęcz. Jako, że z tego miejsca wyraźnie widać, że nie ma mowy o jeździe na przełęcz, trzeba by wpychać niemal kilometr w pionie - postanawiam skorzystać z kolejki. Cena solidna, koło 15E, ale w 15min jestem na górze. Widoki genialne, u góry widać mnóstwo ośnieżonych szczytów i lodowców, a na pierwszym planie drugi co do wysokości szczyt Alp - czyli ogromny masyw Monte Rosa (4634m). Dopiero na przełęczy okazuje się jak dobrym pomysłem było skorzystanie z kolejki, bo dopiero tutaj widać, ze część szlaku pieszego jest pod śniegiem, pchanie roweru na tym kawałku byłoby srogą mordęgą, a kto wie czy w ogóle byłoby wykonalne.
A tak jak panisko - ruszam na rowerze w dół. Zjazd kamienistą szutrówką bardzo nachylony, są kawałki powyżej 30%, ale daje się całość przejechać, widokowo to prawdziwa uczta, kontrast soczyście zielonych hal ze śniegiem u góry to coś za co Alpy tak się kocha! Ale piękny zjazd do Tschaval szybko przeleciał i trzeba było ruszać na kolejną przełęcz - Colle Bettaforca (2724m). Nachylenie znowu solidne, więc prawie całość podjazdu podprowadzam, część z tego dałoby się podjechać, ale czasowo zajęłoby by to dużo więcej czasu niż podejście, bo trzeba by dużo więcej odpoczywać po wielkim wysiłku jakiego wymaga jazda z bagażem pod takie nachylenie. Na podejściu kapitalne widoki m.in. na Lyskamm (4527m), ten dzień to jeden z moich najpiękniejszych w Alpach, miałem to szczęście, że na bardzo atrakcyjny widokowo dzień trafiłem doskonałą pogodę. Z przełęczy znowu szybki zjazd do Frachey, tam już wjeżdżam na szosę, parę kilometrów zjeżdżam w dół doliny, po czym zaliczam krótki podjazd na Col de Joux (1640m) oddzielającą mnie od wielkiej doliny Aosty. Długi zjazd na poziom niecałych 600m, na dole w Chatillonie słońce praży już bardzo solidnie, grubo ponad 35 stopni.
Końcówka dnia - to długi i dość nudny przejazd doliną Aosty, główną drogą z solidnym ruchem, którą w dodatku już miałem okazję parę razy jechać, upał zaczynał się dawać we znaki, na szczęście za aglomeracją Aosty pojawiło się trochę chmur, które przysłoniły słońce. W końcówce sporo podjazdów, ciągnąłem aż do końca doliny pod masyw Mont Blanc, który był moim jutrzejszym celem. Za Courmayeur musiałem jeszcze pojechać kilka kilometrów by znaleźć miejsce na nocleg, udało mi się dopiero za Enteves na poziomie 1400m.

XIII dzień - Enteves - Riffugio Elena (2061m) - Courmayeur - Passo Chavannes (2600m) - La Thulie - Valsavarenche



DST 107,1 km - AVS 14 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 2803 m


Na starcie dzisiejszego dnia od razu do góry - jadę długim szlakiem u stóp Mont Blanc. Pogoda wyśmienita, więc zapowiada się kolejny bardzo widokowy odcinek. Pierwszy odcinek asfaltowy, w pierwszym napotkanym lesie zrzucam większość bagażu, bo wracać będę tą samą drogą. Asfalt (wąska droga) jest mniej więcej do poziomu 1700m, wyżej już szutrówka. Jadę dość wąską doliną, im wyżej tym węższą. Pod koniec na wysokości koło 2000m dojeżdża się pod lodowiec Pre de Bard. Droga kończy się na wysokości 2061m przy Riffugio Elena, gdzie chwilkę posiedziałem. Ale to był niejako północny biegun szlaku pod Mont Blanc, a czekał mnie jeszcze atrakcyjniejszy południowy spod którego dobrze widać najwyższą górę Europy (Elbrus to już dla mnie Azja). Wracam więc po moje bagaże, zjeżdżam do Courmayeur, skąd zaczyna się od razu podjazd, z początku solidnie nachylony. Asfalt był dość długo, do poziomu ok. 1800m, droga piękna, trochę lasów i coraz szersze widoki na Mont Blanc i inne bardzo widowiskowe, ośnieżone szczyty. Szlak terenowy pierwsza klasa, na ok. 2000m jest duże wypłaszczenie z którego roztacza się szeroki widok na całą okolicę, są jeziorka lodowcowe, jest wartki strumień i oczywiście lodowce. Po wypłaszczeniu zaczyna się ostra ściana na ok. 2150m, na której szczycie (koło kolejnego riffugio) robię sobie długi postój, słoneczko tak przyjemnie grzało, że w ogóle nie chciało się dalej jechać. Ale czekała mnie jeszcze przełęcz Chavannes (2600m). Pierwszy kawałek na przełaj po zielonej trawie, następnie trzeba było sforsować dość wartki i szeroki strumień z wodą po kolana, po którym zaczęło się już pchanie roweru ostrym zboczem na przełęcz. Podejście długie, ale widoki na okolicę powalające, z poziomu ok. 2400m Blanca widać doskonale. Końcówka podejścia to już wredny trawers mocno nachyloną ścianą, ścieżka była na tyle wąska, że trzeba było bardzo uważać, żeby się nie ześlizgnąć z rowerem, szczególnie na krótkiej plamie śniegu, którą przechodziłem dobre 10 minut.
Ale za to na przełęczy czeka mnie nagroda - długi zjazd do La Thuile jest w całości przejezdny, większość to kamienista szutrówka. Szlak puściuteńki, jedną osobę zaledwie spotkałem; całe góry mam tylko dla siebie, a jest tu co pooglądać. W La Thuile wracam na asfalt, kończę zjazd do Aosty i w Pre-Saint Didier wjeżdżam na pokonywaną wczoraj główna drogę do Aosty. Tym razem pojechałem nią tylko kawałek, odbijając w bok w dolinę Valsavarenche prowadzącą w stronę masywu Gran Paradiso. Podjechałem z poziomu ok. 700m na 1450m, tam rozłożyłem się na nocleg przy rzece, wieczorem jeszcze zaatakowało mnie stado krów wracających z pastwiska, niby to niegroźne stworzenia, ale masę to jednak mają, a już się klika zaczęło dobierać do namiotu, na szczęście pojawił się pastuch i je skutecznie odgonił.
Dzień ciężki (trzeci raz z rzędu powyżej 2500m podjazdów) , ale bardzo udany, opłaciło się ominąć asfaltem część podjazdów terenowych - bo dzięki temu najatrakcyjniejszą część trasy mogłem zobaczyć w idealnych warunkach, a rejon Mont Blanc robi duże wrażenie, a szlaki są tu w całkiem sensownym stanie

XIV dzień - Valsavarenche - Colle del Nivolet (2612m) - Locana - Cuorgne - Front



DST 113,7 km - AVS 14,7 km/h - MAX 65,4 km/h - ALT 2078 m


Na starcie dzisiejszego dnia kontynuuję podjazd do Pont, na wysokości 1960m kończy się asfalt i zaczyna ciężkie podejście w stronę przełęczy Nivolet. Ten odcinek (ale w przeciwnym kierunku) pokonywałem już w 2011 roku, więc wiedziałem czego się można spodziewać i byłem przygotowany na wymagające podejście. Chwilami szlak bardzo nachylony, więc wciąganie roweru wymagało dużo wysiłku. Ostre podejście kończy się na ok. 2400m, przy krzyżu, z którego widać doskonale Pont z którego szlak się zaczynał. Dalej jest już łagodniejszy odcinek w stronę Nivolet, w pierwszej części po skałkach, w drugiej kapitalną, bardzo szeroką zieloną halą, po której daje się już jechać rowerem. Widoki pierwsza klasa, bo pogoda się ustabilizowała i od paru dni jest piękne słońce. Przed samym Nivoletem pojawia się asfalt i krótki odcinek na przełęcz jedzie się już szosą. Tam odpoczywam i rozpoczynam zjazd na drugą stronę. Pierwsza część to ekstraklasa widokowa, Nivolet to jedna z najładniejszych szos w Alpach, z góry serpentyny drogi widać jak na dłoni, wraz z jeziorami i wielką tamą (na której użytek zbudowano drogę na przełęcz) robi to spore wrażenie. Ciekawie jest tak do Ceresole Reale (ok. 1700m), dalej to już długi zjazd w dół doliny. Wraz ze spadkiem wysokości robi się coraz upalniej, na dole w Locanie to już prawdziwy piekarnik powyżej 35 stopni.
Z Locany (zaledwie 600m) miałem jechać na drugą stronę masywu przez przełęcz Perascritta. Pierwszy odcinek to wąziutki asfalt, podjazd solidnie nachylony, sporo kawałków ponad 10%, upał zdrowo daje w kość, pot leje się strumieniami. Wyżej droga stopniowo zaczyna się psuć, myślałem że będzie to wygodny szuter, ale szybko przeszła w kamienisty szuter z nachyleniami po 12-15%, na którym jazda była bardzo ciężka lub trzeba było pchać. Za serią małych wiosek droga powoli zaczęła zanikać, ślad który miałem prowadził na bezdroża, a droga od niego lekko odbijała, by kawałek dalej zamienić się w zwykłą ścieżkę. W tych warunkach uznałem, ze dalsza jazda tędy sensu nie ma, bo przeprawa mogłaby wymagać wielu godzin, nie miałem dobrej mapy tego rejonu (moje mapy gps nie miały tej drogi), ślad był błędny, więc nie chciałem ryzykować długiego podejścia, by u góry przekonać się, ze to nie ta droga. A i przełęcz do specjalnie atrakcyjnych nie należała.
Niestety wiązało się to z koniecznością okrążania długiego masywu szosą, więc musiałem zjechać z powrotem do Locany i dalej w dół doliny do Cuorgne. Na dole upał dawał się już ostro we znaki, nawet nie sama temperatura, a przede wszystkim straszna duchota. Na nocleg rozłożyłem się kawałek za Front.

XV dzień - Front - Turyn - Susa - Bardonecchia



DST 114,6 km - AVS 19,2 km/h - MAX 53,9 km/h - ALT 1477 m


Dzisiejszy dzień w całości asfaltowy - długi dojazd do Bardonecchii, przez to, że wczoraj nie przebiłem się terenem, dziś musiałem sporo okrążać, zaczynając podjazd od samego Turynu. Pierwszy odcinek nieciekawy, miejskie tereny Turynu, dalej zaczął się długi podjazd doliną Susy, który ciągnął się niemal 100km i polegał przede wszystkim na zmaganiu się z upałem. O ile rano temperatura była przyjemna, to wraz z upływem czasu robi się coraz cieplej. Jako, że dzień był pochmurny, temperatura zatrzymała się na poziomie 34-35'C, ale podobnie jak wczoraj wieczorem strasznie dawała się we znaki duchota, powietrze było tak parne, że ciężko było oddychać, pierwszy raz coś takiego trafiłem, możliwe, że w dość wąskiej dolinie górskiej parne powietrze tak się kumulowało, a że wiatr miałem głównie w plecy - w powietrzu siekierę można było zawiesić. Za Susą, gdy zaczął się odcinek solidniejszego podjazdu było już tak duszno, że aż zdjąłem kask, no i ulga jednak była zauważalna, kask na upały to na pewno nie jest dobry pomysł, teorie o świetnej wentylacji można między bajki włożyć, czapka daje tu sporą przewagę, z gołą głową jechać się nie dało, bo pot natychmiast zalewał oczy.
Podjazd ciągnął się w nieskończoność, generalnie do Susy był bardzo łagodny, za miastem spory odcinek solidnego nachylenia wyprowadzającego na poziom ok. 1000m i później trochę łagodniej w stronę Bardonechii. Musiałem jeszcze podjechać kawałek za miasto by znaleźć miejscówkę już na podjeździe pod Sommeiller.

DALEJ >>>