TRANSALP - 2014




VI dzień - Teren - Passo Silvella (2329m) - Dobiacco - Riffugio Sennes (2126m) - Riffugio Pederu (1560m)



DST 80,4 km - AVS 12,3 km/h - MAX 48,2 km/h - ALT 2257 m


Pogoda dalej mocno średnia, przez co widoki mamy ograniczone, ale nie pada; od samego rana podjeżdżamy pod Silvellę (2329m). Podjazd sensowny, jedna z nielicznych przełęczy terenowych całkowicie przejezdna, przez większość podjazdu jedziemy szutrówką, raz lepszej, raz gorszej jakości, w końcówce jest trochę kamieni. Na przełęczy zimno, czekając na Ryśka ok. 15min zdążyłem już zmarznąć, bo było ledwie 3 stopni. Zjazd z przełęczy też przejezdny, u góry singiel, niżej szutrówka, a zjazd naprawdę długi, więc fajnie się jechało. Na dłuższym wypłaszczeniu na poziomie ok. 1600-1700m wpakowaliśmy się na budowę infrastruktury narciarskiej na większą skalę (nawet śmigłowiec był w to zaangażowany dowożąc część materiałów), co skutkowało solidnym rozryciem drogi i błotem, którym rychło mieliśmy usyfione rowery. Do Innichen był jeszcze spory kawałek, głównie po lesie, droga ciekawa, sporo pagóreczków, po drodze trafił się też kranik, pod którym doprowadziliśmy rowery do jako-takiego stanu.
W Innichen wjeżdżamy na asfalt, a kawałek dalej w Dobbiaco robimy większe zakupy, a nad pięknym jeziorem Lago di Dobbiaco stajemy na długi postój. W miedzyczasie pogoda trochę się poprawiła, zrobiło się nieco cieplej, słońce co jakiś czas przebłyskiwało zza chmur. W stronę Cortiny jechaliśmy wygodnym szutrowym szlakiem rowerowym po lesie, z drogi fajnie widać wizytówkę Dolomitów - czyli słynny masyw Tre Cime di Lavaredo. Na przełęcz Cimabianche wjeżdżamy szutrem, krótki zjazd po asfalcie - i skręcamy w bok w stronę Riffugio Sennes. Pierwszy odcinek to wąziutki solidnie nachylony asfalt na ok. 1700m, tu korzystając ze słońca robimy postój na przesuszenie śpiworów i namiotów, które po wczorajszej nocy były solidnie podmoczone. Druga część podjazdu robi spore wrażenie - to szuter prowadzący w serce Dolomitów, przy drodze wiele pięknych gór, widać charakterystyczny masyw Tofany. Podjazd pod Senes rwany, były wypłaszczenia, ale była tez bardzo ostra ściana ponad 20%, na której kawałek musieliśmy podprowadzać, ale generalnie droga dobrej jakości, na lekko dałoby radę przejechać wszystko. U góry wjeżdżamy na alpejskie hale - wiele zieleni fajnie kontrastującej z wapiennymi skałami, a to wszystko oświetlone przebijającym co jakiś czas zza chmur słońcem.
W Riffugio Sennes (2126m) krótki postój, w środku mieli kapitalne stołki dla gości, w kształcie ludzkich nóg, największą furorę robiły damskie w szpilkach ;) Za Sennes zaczął się fantastyczny szlak do Pederu, widokowa ekstraliga nawet jak na Alpy, końcówka to bardzo ostry zjazd w okolicach 30-35%, już rowery na bok zaczynało przechylać, dobrze że nie musieliśmy tędy jechać w przeciwnym kierunku ;)). Riffugio Pederu (1560m) to dość ekskluzywny hotel, kawałek dalej rozbijamy się na nocleg, miejscówka kapitalna, w wąskiej dolinie otoczonej wysokimi górami, z namiotów widzimy tę niesamowitą 30% ścianę, którą zjeżdżając tu dotarliśmy.

VII dzień - Riffugio Pederu - San Cassiano - Corvara - Passo Val Gardena (2121m) - Sasso Piato (2300m) - Saltria



DST 80,2 km - AVS 11,8 km/h - MAX 58,7 km/h - ALT 2494 m


Od razu na starcie zaczynamy podjazd do Riffugio Fanes, niestety okazuje się, że mój przedni hamulec hydrauliczny przestał działać, pewnie to efekt wczorajszego bardzo ostrego zjazdu, niestety Avid Elixir to bardzo awaryjne hamulce, zdecydowanie za łatwo się zapowietrzają. A taka awaria na szlaku - to spore problemy, bo o ile na szosie z jednym hamulcem da się jechać bez większego problemu, to w terenie na solidnie nachylonym zjeździe taka jazda robi się mocno kulawa. Na szczęście nasza trasa prowadziła głównie pod górę, w sumie na ok. 2200-2300m, wyżej było spore wypłaszczenie i piękny odcinek alpejskich hal. A że pogoda się wyklarowała i mamy piękne słońce - widoki robiły duże wrażenie. Ale zjazd do San Cassiano to już był typowy szlak pieszy z ostrymi skałami, tak więc trzeba było sprowadzać rowery, co wcale do łatwych sztuk nie należało. W San Cassiano uśmiechnęło się do mnie szczęście, był tu porządny sklep rowerowy w którym za 18E odpowietrzyli mój hamulec i dalej mogłem pojechać już na sprawnym rowerze. Do Corvary pojechaliśmy szlakiem rowerowym, co było błędem, bo przez to ominęliśmy duży market, który był przy szosie. A w Corvarze marketu nie było i trzeba było czekać na koniec sjesty; ja ten czas wykorzystałem by zjechać jeszcze raz w dół 5km i tam znalazłem ten duży market. Rysiek planował dziś nocować pod dachem, więc zakupów nie musiał robić, spotykamy się na szczycie asfaltowego podjazdu pod Gardenę (2121m).
Jako, że coraz mniej realne stawało się dojechanie w czasie którym dysponowaliśmy w rejon Mont Blanc (który miał być jedną z głównych atrakcji wyjazdu) - postanowiłem poważnie zmienić przebieg wyprawy, ominąć 3 wielkie terenowe podjazdy przed Stelvio i zamiast tego pociągnąć asfaltem; do tego postanowiłem wybiórczo traktować ślad i omijać drogi, które na mapie miały dłuższe odcinki zaznaczone jako szlaki piesze; Rysiek natomiast wolał trzymać się ściśle śladu. Dziś rozdzieliliśmy się na noc, Rysiek nocował w schronisku na Passo Sella, ja natomiast pociągnąłem sporo dalej.
Na Sellę wjechałem asfaltem, dalej zaczął się ostry podjazd w stronę Col Rodela, ledwo żywy wciągnąłem ściankę koło 25%. Na dalszej drodze w stronę Riffugio Sasso Piato był zakaz dla rowerów, ale jako, że wielkiej jazdy i tak się nie spodziewałem - zdecydowałem się pojechać. Szlak przepiękny, długi zielony singielek trawersujący zbocze i co jakiś czas wrzynający się w skały. Wielkiej jazdy tu nie było, większość z buta, było też parę niebezpiecznych miejsc po skałach na których rower bardzo przeszkadzał. Pod Sasso Piato (2300m) miałem już tak dosyć tego typu przepraw, że zjechałem ze śladu i szutrówką zjechałem w dół do miejscowości Saltria (1750m), tam na łące przenocowałem.

VIII dzień - Saltria - Bolzano - Merano - Prato - Passo dello Stelvio (2757m) - Torrente Braulio



DST 164,5 km - AVS 18,4 km/h - MAX 67,7 km/h - ALT 2816 m


Rano dałem znać Ryśkowi, że rezygnuję z jazdy śladem i jadę szosą aż na Stelvio omijając 3 wielkie podjazdy terenowe za Bolzano; Rysiek wolał jechać jednak śladem, więc postanowiliśmy się rozdzielić i spotkać dopiero na lotnisku w Bergamo.
Zaliczam krótki podjazd do Compatsch na poziom ok. 1850m, skąd aż do Bolzano mam już tylko w dół, aż na 300m. Miasto szybko przejeżdżam kierując się na dobrze mi znaną drogę do Merano, prowadzącą dominującymi w tym rejonie jabłkowymi sadami. W Merano robię zakupy, do Prato postanowiłem tym razem pojechać nie ruchliwą szosą (jest tam sporo zakazów dla rowerów), a prowadzącą równolegle ścieżką rowerową. Był to dobry pomysł, ścieżka bardzo przyzwoita, oczywiście trochę kluczy, ale i jedzie się po niej sporo przyjemniej niż na szosie, w zdecydowanej większości asfaltowa, jedynie przed Prato było z 5km szutru. No i wreszcie się JEDZIE, bo po ostatnich dniach miałem już serdecznie dość ciągłych przepraw wymagających regularnego i długiego pchania roweru, bardzo przyjemna odmiana, a mnie jazda po asfalcie jak wielu terenowców wcale nie irytuje.
Do Prato docieram sprawnie, ale tutaj kończyła się ta lżejsza część dzisiejszego dnia i zaczynał jeden z najbardziej znanych podjazdów Europy - czyli Stelvio najklasyczniejszym wariantem, z poziomu 900m aż na 2757m. Podjazd zaczynam przy 120km w nogach i jak na taką górę bardzo późno, bo po 16. Ale jechało się całkiem sprawnie, szkoda tylko, że szybko zaczęła się psuć pogoda - znacznie się oziębiło (z ponad 20'C w Prato do 10'C na 2000m) i co rusz popadywało. Na podjeździe było jeszcze trochę szosowców, z jednym nawet spory kawałek jechałem, nie wyglądał na zachwyconego widząc jak go mija facet na obładowanym fullu ;) Po krótkim postoju na 2000m ruszam na ostatnią bardzo widowiskową część podjazdu - czyli ogromną ścianę serpentyn, znak firmowy Stelvio. Pogoda psuje się coraz bardziej, popaduje, wieje zimny watr, a temperatura w okolicach przełęczy spadła do zaledwie 4'C. Na podjeździe nie chciało mi się już przebierać, więc pobiłem swój temperaturowy rekord jazdy w krótkich spodenkach, ale nie był to dobry pomysł, bo na przełęczy byłem już za bardzo przemarznięty. Na zjazd założyłem wszystkie ubrania, które miałem, po drugiej stronie przełęczy leżało jeszcze sporo śniegu. Zjazd nieprzyjemny, cały czas w deszczu, i bardzo zimno, a trwał z godzinę. Na poziomie ok. 1500m zjeżdżam na szutrowy szlak w stronę Livigno, kawałek dalej trafiam na duże miejsce biwakowe (bez infrastruktury), więc bez wahania rozkładam obozowisko, z pobliskiego strumienia (Torrente Braulio) nabierając wodę na obiad.

IX dzień - Torrente Braulio - Passo Alpisella (2287m) - Livigno - Forcola Livigno (2315m) - [CH] - Passo Bernina (2327m) - Sankt Moritz - [I] - Chiavenna



DST 126,5 km - AVS 17,8 km/h - MAX 66,1 km/h - ALT 1959 m


Od razu na starcie zaczynam solidny podjazd w stronę Livigno, szlak na Alpisellę (2287m) bardzo przyjemny, kamienisty szuter, ale w całości podjeżdżalny. Na szlaku puściuteńko, co rusz mijam świstaki uciekające z drogi i gwizdaniem ostrzegające swoich towarzyszy. Zjazd z przełęczy już sporo ostrzejszy, singielek z nachyleniami koło 20%, tak więc na poziom Livigno (jednej z najwyżej położonych miejscowości w Alpach, ponad 1800m) - docieram bardzo szybko. W samym miasteczku robię większe zakupy (dziś niedziela, więc o otwarty market nie tak łatwo). Zastanawiałem się nad dalszą drogą do Sankt Moritz, ślad prowadził tu przez przełęcz Chaschauna, którą z Rafałem przejechaliśmy w 2012, postanowiłem więc pojechać szosą przez Forcolę di Livigno (2315m), na której jeszcze nie byłem, podczas wyprawy w 2008 roku drogę zablokował nam śnieg.
Podjazd wredny, bo w całości pod wiatr, który u góry już mocno przeszkadzał. Na przełęczy wjeżdżam na krótko do Szwajcarii, 200m w dół i kolejne 250m na Berninę (2327m). Z przełęczy postanowiłem część zjechać terenem, niestety było to błędem bo na metalowej kracie na singlu zaliczyłem nieprzyjemną wywrotkę mocno ścierając kolana i rękę, jak 90% wywrotek była spowodowana pedałami SPD i brakiem możliwości natychmiastowego zdjęcia nogi z pedału. Po tym upadku od razu przeszła mi chęć jazdy terenem i wróciłem na asfalt kończąc zjazd w stronę Sankt. Moritz. Do samego miasta wjeżdżam terenową ścieżką przez las (szosa do St. Moritz jest nieprzyjemna). Kawałek za miastem zepsuła się pogoda, temperatura spadła poniżej 10'C i zaczęło padać i wiać w twarz, ok. 15km do Maloi jechałem w deszczu, tak samo jak wczoraj na Stelvio - mocno lało też większą część długiego zjazdu. Pogoda wróciła do normy dopiero na dole, w Chiavennie wyszło już słońce. Nocuję kawałek za tym miastem na rozległych nadrzecznych łąkach.

X dzień - Chiavenna - Gravedona - San Batolomeo - Colle San Lucia (1541m) - [CH] - Locarno



DST 121,3 km - AVS 16,8 km/h - MAX 69,2 km/h - ALT 2177 m


Pierwsza część dnia to piękna droga okrążająca Lago di Como, a jako, że wróciła piękna słoneczna pogoda - było co pooglądać. Znad jeziora odbijam w górę do Carlazzo, a następnie bocznymi asfaltami do San Bartolomeo. Na trasie było kilka małych miasteczek kapitalnie przyklejonych do górskich zboczy, od razu przypomniała się wyprawa po Sycylii, bo tam podobnych miasteczek było sporo. Asfalt (fragmentami bardzo solidny podjazd) kończył się koło 1000m, wyżej zaczynał się już bardzo wymagający podjazd szutrowy ze ścianami pod 20%, w końcówce z coraz większymi kamieniami, ale całość na graniczną (znowu na krótko wjeżdżam do Szwajcarii) Colle San Lucia (1541m) dało się wjechać. Z przełęczy prowadził zjazd bardzo wąskim singlem w takim solidnym rowku, co rusz haczyło się pedałami o jego ścianki, więc po wczorajszej bolesnej wywrotce zdecydowałem się zrezygnować z jazdy tędy i zjechać sporo łatwiejszą szutrówką. Trochę żałuję, bo Rysiek, który tędy jechał parę dni po mnie bardzo ten kawałek zachwalał. Na poziomie koło 1000m wraca asfalt i wąskimi ścieżkami zjeżdżam do szosy łączącej Locarno z Lugano.
Kontynuuję jazdę w stronę Locarno, kawałek mało ciekawy, droga dość ruchliwa, są też podjazdy, które mnie zirytowały, bo myślałem, że do Locarno będzie już płasko. Ale za to zjazd do doliny Locarno - ekstraklasa, wiatr w plecy i pod 70km/h na liczniku. Jako, że nie chciałem wjeżdżać do większej aglomeracji Locarno, na nocleg rozbijam się kawałek przed tym miastem, na polach nad rzeką Ticino.

DALEJ >>>