TRANSALP 2014




Wstęp

Po udanej wyprawie terenowej w Alpy w 2012 roku - smak na Alpy w podobnym stylu miałem spory, więc kolejny wyjazd w tym stylu był tylko kwestią czasu. W tym roku ruszam na trasę razem z Ryśkiem, w 2012 jechaliśmy z Rafałem głównie w osi północ-południe, tym razem planujemy jechać ze wschodu na zachód.

I dzień - [A] - Wiedeń - Wiener Neustadt - Gleisdorf - Kirchberg - Leibnitz



DST 207,6 km - AVS 22,6 km/h - MAX 66,9 km/h - ALT 1914 m


Wyprawę ze względu na wygodny dojazd zaczynamy w Wiedniu, pierwsze dwa dni to asfaltowy dojazd w góry. Dojazd nocnym autobusem do Wiednia przebiegł bezproblemowo, już przed 7 jesteśmy na rowerach. Ze względu na tak wczesną porę i weekend - na ulicach miasta zupełnie pusto, sprawnie więc wydostajemy się z wiedeńskiej aglomeracji. Pierwszy postój robimy po ok. 50km na rynku w Wiener Neustadt. Kawałek za Aspang Markt zaczynają się większe podjazdy, w sumie na trochę ponad 900m, to jedyna większa dziś góra. Generalnie dzień dojazdowy bez większej historii, rejony raczej mało ciekawe. Ale dystans wymagający, ponad 200km na obładowanych góralach z terenowymi oponami - to już sporo i pod koniec dnia czuć zmęczenie w nogach, tym bardziej że zarwaliśmy nockę w autokarze. Rozkładamy się na noc na łące za Leibnitz.

II dzień - Leibnitz - Koglereck (1347m) - Volkermarkt - Klagenfurt - Furnitz



DST 179,7 km - AVS 20,4 km/h - MAX 71,7 km/h - ALT 2232 m


Dziś drugi dzień asfaltowego wyjazdu, ale jest już sporo ciekawiej niż wczoraj. W pierwszej części dnia zaliczamy długi podjazd na przełęcz Koglereck (1347m), po drodze robiąc postój nad pięknie prezentującym się w słońcu jeziorze Stausee Soboth. Z przełęczy bardzo długi zjazd, niemal 1000m w dół do doliny Drawy, na zjeździe piękne widoki na położoną sporo niżej okolicę. W drugiej części dnia przejeżdżamy przez Klagenfurt, kawałek za miastem udało nam się wreszcie znaleźć otwarty market, w Austrii w niedzielę to nie lada wyczyn, nawet w tak dużym mieście jak Klagenfurt nic czynnego nie było, na szczęście nad jeziorem Worthersee był jeden czynny ze względu na całe rzesze turystów odpoczywających nad tym jeziorem.
Po zakupach kontynuujemy jazdę nad jeziorem, to najładniejszy kawałek dzisiejszego dnia, bo otoczone górami lazurowe jezioro robi spore wrażenie; niestety zabudowane jest niemal całkowicie, wszędzie tylko tablice "Privat", zwykli zjadacze chleba na dostęp do wody mogą liczyć zaledwie na kilku wąziutkich kawałkach na odległości dobrych 20km. Nocujemy za Furnitz z pięknym widokiem na ścianę Alp Karynckich

III dzień - Furnitz - Wurzenpass (1074m) - [SLO] - Podkoren - [I] - Tarvisio - [A] - Gerlitzen Alm



DST 67,6 km - AVS 10,5 km/h - MAX 63,6 km/h - ALT 2386 m


Dziś w końcu zaczynamy jazdę we właściwych Alpach, choć początek dnia jeszcze po asfalcie. Ale za to jakim! Podjazd pod niewysoką przełęcz Wurzenpass to jedna z najbardziej nachylonych szos w Alpach, długi odcinek na którym trzyma nachylenie 16-18%, dobrze że jechałem tu na góralu z szerokim zakresem biegów, bo na szosówce byłoby to wjechać już bardzo trudno. Ale nawet na góralu takie nachylenie daje solidnie w kość, a droga ciągnie się w nieskończoność, parę razy się wydaje, że to już koniec, ale zaraz nachylenie wraca. Na przełęczy jest granica słoweńska, a zdobywców wita stojący tam czołg, na którym nie omieszkaliśmy cyknąć sobie fotek.
W Słowenii byliśmy zaledwie kilkanaście km, bo kawałek dalej wjechaliśmy do Włoch. W Tarvisio robimy solidniejsze zakupy i kawałek za miastem wjeżdżamy wreszcie w teren. Niestety już pierwszy podjazd okazał się niewypałem, już asfaltowy początek był nachylony na poziomie 20%, gdy zaczął się szuter skoczyło jeszcze bardziej i jazda okazała się nierealna. Tak więc czekało nas bardzo długie wpychanie, z poziomu ok. 900m na mniej więcej 1600m, a że dziś był solidny upał to łatwo się nie podchodziło; nachylenie było takie, że chwilami ślizgały się już buty na szutrowej drodze. Ale, gdy weszliśmy na grzbiet wreszcie zaczęła się fajna jazda, las się skończył i mieliśmy szerokie widoki na okolicę. W barze na przełęczy robimy krótki popas i ruszamy na zjazd, który niestety szybko okazał się porażką. Przeszedł w niewyraźny singiel na którym co rusz trzeba było zsiadać z rowerów. Było parę wariantów naszej ścieżki (wszystkie ostro trawersowały zbocze), początkowo źle pojechaliśmy i w efekcie musieliśmy spory kawał wciągać rowery bardzo ostrym zboczem. Na dole już zaczęła się sensowniejsza jazda, ładne podjazdy, pierwsze forsowanie strumienia; następnie odcinek soczyście zielonych łąk, którym dojechaliśmy do małej wioski z fajnymi drewnianymi domami.
Kawałek dalej zaczął się szlak przez Gerlitzen Alm, zupełna porażka na rower, typowy szlak pieszy. Było kilka bardzo wrednych trawersów ostrych zbocz z masą luźnych kamieni, na jednym odgięło mi rower, który poleciał parę metrów w dół, mało i sam bym nie spadł. A kulminacją szlaku była skała z łańcuchem, na całe szczęście byliśmy we dwójkę i po zdjęciu bagaży z rowerów jakoś udało się je przetransportować na drugą stronę skały (jeden podawał, drugi przenosił); samemu byłoby to już bardzo ryzykowne do sforsowania. I po tym kawałku dało się już zauważyć, że wybór trasy tegorocznej wyprawy pozostawiał trochę do życzenia, autor śladu którym jechaliśmy miał duże zamiłowanie do wszelakich szlaków pieszych, bardziej go interesowało czysto terenowe forsowanie gór, niż jazda sensu stricte.
Na nocleg rozkładamy się kawałek dalej, z namiotów mamy piękne widoki na wapienne skały masywu Gerlitzen Alm.

IV dzień - Gerlitzen Alm - Kotschach-Mauthen - Plockenpass (1357m) - [I] - Val di Collina



DST 82,6 km - AVS 13,8 km/h - MAX 71,7 km/h - ALT 2133 m


W nocy zepsuła się pogoda, sporo padało, Rysiek w swoim jednopowłokowym namiocie rano już pływał; gdy ruszamy na trasę jest na skraju deszczu, ale wiele nie pada. Podjechaliśmy ok. 100m na poziom 1550m, po czym szlak przeszedł w nieprzejezdny singiel; pamiętni wczorajszych doświadczeń na pieszym szlaku postanowiliśmy go ominąć, bo na mapie mieliśmy dla niego alternatywę. Zjechaliśmy więc sporo w dół, ale tam okazało się, że zrobiliśmy spory błąd, mapa była niedokładna, a droga skończyła się głęboką rozpadliną którą płynął strumień, rozpadliną nie do sforsowania z rowerami. Jako, ze wariantów dróg na górę było kilka, próbowaliśmy innych opcji i w skrócie - kręciliśmy się po nich jak gówno w przeręblu (w międzyczasie jeszcze wracałem na miejsce noclegu w poszukiwaniu okularów, niestety musiałem je zgubić wczoraj na szlaku pieszym, całą resztę wyprawy przejechałem więc bez okularów). Skończyło się na tym, ze musieliśmy zjechać na sam dół na poziom ok. 1100m i stamtąd dopiero ruszyliśmy na Gerlitzen na ok. 1850m, tyle dobrego, że dzięki temu jechaliśmy porządną szutrówką i cały podjazd pokonaliśmy w siodłach. Kawałek przed przełęczą było piękne jezioro, zrobiłem tu błąd opierając rower o barierkę je otaczającą - bo okazało się, że była pod prądem. I nie było to 20V, ale co najmniej 50V, bo kopało silnie, nawet i wtedy gdy łapałem za gumowe gripy na kierownicy; zanim udało się rower odsunąć - dostałem prądem z 6-7 razy ;)
Kawałek za jeziorem zaliczamy przełęcz, niestety ze względu na coraz gęstszą mgłę widoków na piękny masyw Gerlitzen nie mieliśmy, zjechaliśmy na dół wygodną szutrówką na asfaltową przełęcz Nassfeld. Tutaj zrezygnowaliśmy z jazdy śladem i z przełęczy zjechaliśmy szosą, następnie wygodną drogą rowerową pojechaliśmy po płaskim ok. 25km do Kotschach-Mauthen. Pogoda była coraz gorsza, po zakupach w Kotschach zaczęło już solidniej padać, cały podjazd asfaltem na Plockenpass (1357m) jechaliśmy w deszczu. Podjazd brzydki, sporą część jedzie się w półtunelu, w którym nachylenie trzyma 10-12%. Z przełęczy zjeżdżamy na poziom 1100m i skręcamy w bok na terenowy podjazd pod Morareto. Leje równo, pierwsza część w lesie, droga się robi coraz bardziej rozmoknięta. Wyżej na poziomie ok.1300m przechodzi w beton - widomy znak tego, że będzie ostre nachylenie (beton na dużych nachyleniach trzyma się sporo lepiej niż asfalt). I rzeczywiście, ściana była nieprzeciętna, długi odcinek na którym nachylenia przekraczały 20%. Kawałek dalej na poziomie ok. 1550m decydujemy się na szukanie noclegu, wyżej w tych warunkach nie było sensu wjeżdżać, bo lało jak z cebra. W deszczu znajdujemy jakieś zabudowania pasterskie, otoczone kupą błota; Rysiek ze względu na słabiutki namiot zdecydował się nocować w środku, ja wolałem rozbić namiot na łące obok.

V dzień - Val di Collina - Forcola Morareto (2120m) - Forni Avoltri - Riffugio Sorgenti (1830m) - Passo Palombino (2035m) - Teren



DST 57,7 km - AVS 8,5 km/h - MAX 60,6 km/h - ALT 2488 m


Noc fatalna, najgorsza na wyjeździe. Miałem bardzo mały namiot UL, więc śpiwór którym się regularnie przyciera o ścianki namiotu znacznie namókł i słabo izolował; do tego noc była zimna z temperaturami koło 3-4'C. Rysiek też wypasów nie miał i też trochę zmarzł, bo od ziemi mocno ciągnęło zimnem. Rano pogoda niespecjalna, sporo chmur i chłodno - ale co najważniejsze nie pada! Kontynuujemy jazdę do góry, podjazd pod Morareto wymagający, odcinków poniżej 10% prawie nie ma, a takich koło 15% nie brakuje, więc to już na granicy podjeżdżalności z bagażem w terenie, wymagał solidnego wysiłku. Ale widokowo pięknie - długie zielone zbocza, przeglądające zza chmur ostre wapienne iglice, do tego zupełnie pusto, na całym podjeździe żywej duszy nie spotkaliśmy. Wjechać się dało aż na poziom 2000m, jedynie ostatnie 100m to była typowo piesza ścieżka. Na Forcola Morareto (2120m) krótko odpoczywamy, zjazd w dół w całości przejezdny, wygodne szutry, a później wąska szosa do urokliwego miasteczka Forni Avoltri, pięknie wciśniętego w góry; tu w miejscowej piekarni kupujemy smaczne kawałki pizzy.
Podjazd z miasteczka na Passo Avanza na mapie wyglądał na przejezdny, niestety srogo się rozczarowaliśmy, bo choć zaznaczony jako droga, nie szlak pieszy - w rzeczywistości okazał się nierównym brukiem, na nachyleniu ponad 10% bardzo męczącym do jazdy, tym bardziej po mokrych kamieniach (bo znowu zaczęło popadywać). Tak więc większą część musieliśmy wpychać, dopiero na poziomie ok. 1650m dało się jechać, a kawałek wyżej dojeżdżamy do asfaltowej drogi, która wyprowadza nas na samą przełęcz. Tu w riffugio robimy krótki postój - i ruszamy w dół. Pierwsza część zjazdu to kapitalny singielek z zakrętami, ale ta radość długo nie potrwała, bo singielek przeszedł w zupełnie nieprzejezdny szlak pieszy, najwredniejszy na całej wyprawie. Trzeba było ładować się przez zwalone drzewa, wysokie kamienie, a co najgorsze kilka razy przez szeroki górski strumień z bardzo żywym nurtem i ogromnymi kamieniami. Oczywiście żadnych kładek nie było, wiec trzeba było przenosić rowery w wodzie za kolana, a woda jak to w górskim potoku - zimna jak cholera, a na zewnątrz było poniżej 10 stopni i solidnie lał deszcz. I ten szlak ciągnął się tak długi kawał, w sumie przedzieraliśmy się przez niego z 1,5-2h, kosztowało to sporo sił i nerwów, a autora śladu którym jechaliśmy ochrzciłem jako "debila z Hiszpanii", bo szlak do jazdy za grosz się nie nadawał i zaczynałem go mieć coraz bardziej dość.
Kolejny podjazd na Passo Palombino (2035m) przejezdny był w zakresie od ok. 1300m do 1600m, wyżej to już było pchanie, w końcówce bardzo wymagające. Na przełęczy Rysiek regulował hamulce (bardzo awaryjne Avid Elixir, też mam ten szajs), a ja przekonałem się, że w moim aparacie fotograficznym padł wyświetlacz LCD, odtąd wszystkie zdjęcia musiałem robić na czuja, nie widząc czy to co fotografuję mieści się w kadrze ;(. Zjazd z Passo Palombino niemal w całości przejezdny (ale znowu sporo w deszczu), na poziomie 1400m rozkładamy się na nocleg koło opuszczonej chatki, najlepszym podsumowaniem dzisiejszego dnia było stwierdzenie Ryśka - "Jeśli dwóch takich harpaganów jak my zasuwając cały dzień od rana do wieczora jest w stanie zrobić 57km - to musiało być ciężko" ;))

DALEJ >>>