TRANSALP - 2012




XVI dzień - St. Martin - Alp Nova (2078m) - Lumbrein - Vals - Tomulpass (2414m) - Safien Platz



DST 72,4 km - AVS 10,9 km/h - MAX 56,5 km/h - ALT 2501 m


Na samym starcie od razu ruszamy pod górę, na przełęcz Alp Nova - początkowo jest jeszcze trochę asfaltu, po czym droga przechodzi w niezły szuter - więc jazda idzie bardzo sprawnie. Przełęcz zupełnie inna od wczorajszego skalistego Maighelsu - tutaj jedziemy pięknymi, zielonymi łąkami alpejskimi, choć oczywiście w tle widać wiele szczytów. Na ok. 2000m kończy się droga i krótki kawałek jedzie się po prostu trawą po łące, po symbolicznym singlu, niestety trawa jest nieźle rozmoknięta i zrobiło się trochę błota, które znacznie utrudniało jazdę. Niemniej był to tylko krótki kawałek, jeszcze przed przełęczą wraca szutrówka, która prowadzi nas też w dół. Zjazd nieco kombinowany, było też trochę podjazdu i singielków by przerzucić się do drugiej części doliny, gdzie leżało Lumbrein. A miasteczko bardzo ciekawie położone - na skraju wysokiego klifu, robimy sobie tutaj pod małym sklepikiem dłuższy postój.
Z Lumbrein zjazd na sam dół doliny, później jeszcze znowu ostry podjazd w dół i wreszcie dłuższy zjazd (sporo lasu) do Uors. Tutaj Rafałowi zaczęły mocniej szwankować hamulce, które trudno było poprawnie ustawić i miały tendencję do regularnego przycierania o koło, upierdliwie się to ustawia. Z Uors jedziemy asfaltem do ładnego miasteczka Vals, którego znakiem firmowy są dachy większości budynków - niemal wszystkie pokryte charakterystycznym kamiennym gontem. Doskonale to widać z terenowych serpentyn podjazdu na Tomulepass, którymi się wkrótce wspinamy. Podjazd wymagający, duże nachylenia, dało się jechać tak do jakiś 1950m, wyżej już głównie z buta, niemniej były fragmenty, gdzie dało się wsiąść na rower. To nasz kolejny piękny podjazd, powyżej 2000m jest większe wypłaszczenie, mija się ładnie wkomponowane w góry jezioro. Niemniej wysokość robi swoje - ponad 2400m i ze 400m wpychania daje nieźle w kość, na przełęczy meldujemy się z dużą ulgą. Specjalnych złudzeń co do zjazdu nie mieliśmy, patrząc na ostro opadający profil wysokościowy było niemal pewne, że skończy się na sprowadzaniu; tymczasem miła niespodzianka - zjazd okazał się w całości przejezdny, co więcej był to chyba najciekawszy terenowy zjazd wyjazdu. Bardzo wymagający, z potężnymi nachyleniami (nawet powyżej 20%), nawierzchnia też niełatwa - sypkie kamienie, bloki skalne; jednym słowem - piękny kawałek terenu, do tego bardzo długi; hamulce tu nie próżnowały ;)). Zjazd (w końcówce już lepszymi drogami) doprowadza nas na dół doliny na ok. 1700m - i stąd już wygodną szutrową drogą (po której kursują autobusy) docieramy do Safien Platz, nocujemy w okolicach rzeki, kawałek za miasteczkiem.

XVII dzień - XVII dzień – Safien Platz – Glasspass (1845m) – Thusis – Tiefencastel – Julierpass (2284m) – Silvaplana



DST 76,9 km - AVS 13,7 km/h - MAX 78,9 km/h - ALT 2198 m


Z Safien Platz od razu ruszamy bardzo ostro w górę, na przełęcz Glasspass prowadzi wąziutka ścieżka, trawersując bardzo ostre zbocze (przechodzi się też przez spektakularną półkę skalną). O jeździe w górę nie ma tu mowy, nawet w dół nie jest to łatwe, niemniej w górnej części mijało nas paru rowerzystów zjeżdżających tą trasą. Podejście bardzo męczące ze względu na nachylenie - niemniej pokonywane na samym początku dnia, więc poszło bardzo sprawnie, na ok. 1750m można już normalnie jechać - i szybko wjeżdżamy na przełęcz. Na zjeździe się zgubiliśmy, w małym miasteczku robiłem jeszcze zdjęcie, Rafał myślał że już pojechałem więc ruszył w dół, ja z kolei nie wiedziałem czy jest u góry czy na dole. A jako, że mój telefon od niemal początku wyprawy był nieczynny, do tego telefon Rafała akurat dziś wymagał doładowania na konto - więc sytuacja groziła poważniejszym zagubieniem. Na szczęście na samym dole, w większym mieście Thusis odnajdujemy się. W Thusis udaje się też doładować telefon Rafała dzwoniąc z budki na monety (tak, tak - istnieją jeszcze takie i to w samej Szwajcarii!) do Polski, robimy też duże zakupy i ruszamy dalej.
Jako, że dalszy szlak terenowy w tym rejonie prowadził z grubsza wzdłuż szosy, nie zaliczając przy tym żadnej większej przełęczy, jedynie masę mniejszych górek - postanowiliśmy do Sankt Moritz pojechać szosą. Jak dobry był to pomysł przekonaliśmy się kawałek za Tiefencastel, gdy słońce zaczęło prażyć niemiłosiernie, temperatura wzrosła do 37'C, co na podjeździe o nachyleniu koło 8-10% dawało już nieźle popalić, w terenie by nas wymordowało niewąsko. Podjazd na Julierpass jest bardzo długi - i co za tym idzie w miarę łagodny, najostrzej jest na samym początku i oczywiście w końcówce, ma taką tarasową budowę z kilkoma parukilometrowymi wypłaszczeniami. Duży postój robimy za jeziorem zaporowym Marmorera w miejscowości Bivio, wcinając lody i zimne jogurty.
Z Bivio już ostrzejsza końcówka na przełęcz, ale to i druga część dnia - więc i prażyć już przestało, bez problemów docieramy na szczyt. Zjazd z Julierpass - niesamowity, najszybszy na wyprawie, spora część z wiatrem w plecy, wielokrotnie powyżej 60km/h, blisko nawet 80km/h. W Silvaplana kierujemy się nad jezioro Silvaplanersee, jezior w rejoie Sankt Moritz jest kilka, połączonych ze sobą, a otoczonych pięknymi szczytami. Nad jeziorem jest ścieżka rowerowa, my odbijamy od niej kawałek w bok po łące i rozbijamy się pod lasem, obserwując piękny zachód słońca nad jeziorem.

XVIII dzień - Silvaplana - Sankt Moritz - La Punt - Pass Chaschauna (2694m) - [I] - Livigno - [CH] - Punt la Drossa - Ofenpass (2149m) - Tschierv



DST 80,1 km - AVS 16,4 km/h - MAX 68,9 km/h - ALT 1640 m


Jako, że ciągle wahaliśmy się nad różnymi wariantami powrotu do Polski - postanawiamy korzystając z przejazdu przez większe miasto znaleźć dostęp do internetu i podjąć decyzję. Szybko dojeżdżamy do Sankt Moritz, znalezienie kafejki internetowej zajęło nam już trochę czasu (coraz z tym gorzej w czasach mobilnego internetu). Po dłuższym rozpatrywaniu rozmaitych wariantów - decydujemy się na zakup biletów na samolot z włoskiego Bergamo, wyszło drożej o jakieś 100-150zł, ale za to o niebo wygodniej od długiej podróży koleją.
Po tym krótka rundka po kurorcie Sankt Moritz - i ruszamy w dół doliny Innu do La Punt. Zasuwało się aż miło - z mocnym wiatrem w plecy, niemal cały czas powyżej 30km/h. Niemniej kawałek był dość krótki - w La Punt odbijamy w stronę ogromnej ściany gór, na którą będziemy się zaraz wspinać - bo czekał nas ostatni terenowy gigant na naszej trasie czyli Pass Chaschauna. Teren zaczyna się już na samym początku, leśną szutrową drogą wjeżdża się na wysokość 2200m, podjazd wymagający, szczególnie końcówka przed małym schroniskiem/domkiem alpejskim - ze ścianą pod 20% po sypkich kamyczkach. Tutaj robimy większy postój podziwiając szeroką panoramę tego co nas czeka - bo wycięte w zboczu serpentyny Chaschauny widać już z daleka; widok ten nie pozostawia złudzeń co do możliwości wjechania ;)) Ale dojazd pod ostatnią ścianę przejezdny i piękny - długi odcinek zupełnie pustymi alpejskimi łąkami.
Podejście mordercze - ściana w okolicach 30-35%, już nawet chwilami nogi się ślizgają, niemniej dzięki temu nachyleniu zdobywa się wysokość bardzo szybko. Na samej przełęczy spotykamy dwie francuskie rowerzystki, również na góralach z bagażami, robimy wspólne fotki - po czym ruszamy na wspaniały zjazd od Livigno. Pierwszy krótki kawałeczek to wymagający kamienisty singiel do położonego na ok. 2600m rifuggio, niżej jest już wygodniejsza szutrowa droga, ale potężnie nachylona, w górnej części rzadko poniżej 15% spada, na zjeździe trzeba było uważać, bo przy hamowaniu już nam rowerami obracało. Taki ostry zjazd jest na dół doliny, na ok. 2100m, dalej szlak jest już wygodniejszy i dużo łagodniejszy, szybko kierujemy się w stronę Livigno - jednego z najpopularniejszych miejsc do jazdy MTB, to jedno z nielicznych miejsc w Alpach, gdzie rowery MTB spotyka się dużo częściej od szosowych. Zadowoleni z pokonania ostatniej wielkiej terenowej góry wyjazdu robimy sobie tutaj większy postój, idziemy do kawiarni na lody, robimy też krótką rundkę po tym nastawionym na turystów (setki sklepów, strefa wolnocłowa) miasteczku.
Wyjeżdżamy z Livigno w stronę szwajcarskiej granicy, jadąc ładnych kilka km nad wielkim zaporowym jeziorem Lago di Livigno. Na granicy szwajcarsko-włoskiej jest tutaj długi tunel (3,5km) - bardzo nietypowy, bo tak wąski, że ruch jest tylko jednokierunkowy. Z tego powodu oczywiście obowiązuje zakaz jazdy rowerem, a że jest tu przy okazji posterunek graniczny (Szwajcaria nie jest w UE i na wielu granicach są normalne kontrole) - nie ma mowy by wjechać "na lewo". Musieliśmy więc czekać ponad godzinę na autobus, kosztowało nas to koło 30zł, ale zero problemów z zabraniem rowerów - kierowca od razu sam otwiera bagażnik, nic się nie czepiając. Po drugiej stronie tunelu leciutko zaczyna pokapywać, a na zachodzie widzimy zbierające się ciemne chmury. Więc szybko ruszamy w górę na Ofenpass, podjazd z tej strony łagodny, tak do wysokości ok. 2000m jechało się nadspodziewanie łatwo i szybko, dopiero końcówka nieco bardziej wymagająca. Na przełęczy długo nie zabawiliśmy - szybko zjeżdżamy do Tschiervu (od tej strony przełęcz sporo trudniejsza, co zaowocowało sporymi prędkościami na zjeździe), tam pod znajomym kościółkiem nabieramy wody (byliśmy już tutaj 5 dnia wyprawy) - i na skarpie w lesie rozstawiamy namioty, jak się okazało - burza przeleciała bokiem.

XIX dzień - Tschierv - Santa Maria - Umbrail Pass (2503m) - [I] - Passo dello Stelvio (2758m) - Riffugio Pirovano (3021m) - Prato - Merano - Ora - Egna



DST 160,5 km - AVS 19,1 km/h - MAX 63,2 km/h - ALT 2044 m


Choć terenową część wyprawy zakończyliśmy wczoraj - to na koniec czekał nas jeszcze jeden, bardzo mocny górski akcent - czyli podjazd na jedną z najsłynniejszych alpejskich przełęczy - legendarne Passo Stelvio. Na starcie - szybko zjeżdżamy z Tschiervu do urokliwego Santa Maria, tutaj krótkie zakupy w małym markecie - i rozpoczynamy podjazd. Jedziemy nietypowym "trzecim" wariantem podjazdu na Stelvio - czyli trasą od strony Umbrail. Podjazd od samego początku wymagający, długo trzyma tak 8-10%, dopiero nieco wyżej nieco łagodnieje. Właśnie w tej środkowej części podjazdu występuje rzadko spotykana na normalnych szosach ciekawostka - czyli parukilometrowy odcinek szutru. Ale jest to szuter bardzo gładki i Szwajcarzy naprawdę potrafią go utrzymywać w dobrym stanie, wiec jedzie się po tym niemal tak samo wygodnie jak po szosie. Szuter kończy się na ok. 1900m, tutaj powoli wyjeżdżamy nad granicę lasu - widać doskonale długą serię serpentyn prowadzącą na Umbrail, końcowa część podjazdu znowu nieźle daje w kość.
Na Umbrail robimy dłuższy postój, warunki są doskonałe - słonecznie, ale też i nie za ciepło; wjeżdżamy do Włoch, ostatecznie żegnając się z piękną Szwajcarią - i sprawnie pokonujemy końcowe kilometry podjazdu na Stelvio. W samej końcówce - zmieniono nieco drogę, gdy byłem tutaj w 2008 roku prowadziła pod samymi skałami wśród wysokich zwałów śniegu, teraz puszczono ją bardziej na południe, prawdopodobnie właśnie ze względu na to by uniknąć kłopotów z częstym zasypywaniem śniegiem.
Na przełęczy - istny jarmark, straganów i sklepów całe masy, podobnie jak i turystów, co chwilę dojeżdżają jacyś ludzie na rowerach, motorach, samochodami itd.; trochę to psuje wrażenia. Jako, że byłem na rowerze górskim - postanowiłem jeszcze podjechać kawałek wyżej terenem - do Riffugio Pirovano. Rafałowi już się nie chciało tam pchać, więc mogłem pod jego nadzorem zostawić bagaże i ruszyć w górę na lekko. Początek podjazdu bardzo ostry, jest ścianka zdrowo ponad 20%, tutaj od razu czuje się jak kluczową sprawą na wielkich nachyleniach jest waga, niby tylko te 7-8kg mniej, ale to już wyraźna różnica pozwalająca wjechać na takie nachylenie. Niemniej był krótki kawałeczek na którym musiałem podprowadzić. U góry natomiast wrogiem nie było nachylenie - tylko potężny wiatr, który dosłownie zmiatał z drogi, która w drugiej części prowadzi po grani. Pod riffugio warto pojechać także ze względu na widoki - leży u samych stóp lodowca, nawet byli na nim jeszcze narciarze. Ale ze względu na ten bardzo silny wiatr zabawiłem tu tylko chwilkę - i zjechałem z powrotem na Stelvio.
Z przełęczy zjeżdżamy przepięknym zjazdem w stronę Prato - to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych dróg w Alpach, ponad 50 "harpinów" na niesamowitych serpentynach - całą ową ścianę serpentyn widać jak na dłoni, do tego po wschodniej stronie mamy lodowiec spływający w dół doliny; tego nie da się dobrze opisać - to trzeba zobaczyć! Zjazd do tego bardzo długi, bo z 2700m na niecałe 1000m. Tutaj niestety kończą się dla nas dobre wiadomości - okazuje się, że doliną Adygi mocno wieje na zachód, a więc będziemy mieli wiatr prosto w twarz. Ponieważ podobnie było w 2008 i po paru kilometrach w dół doliny wiatr zmienił kierunek o 180 stopni - łudziłem się że może i teraz tak będzie, że w dolnych partiach doliny wieje inaczej; ale nic z tych pobożnych życzeń nie wyszło - całe ponad 40km do Merano jechaliśmy pod mocny wiatr, oczywiście jest tu też sporo w dół, co szczególnie w końcówce nam wyraźne pomagało. W pięknym Merano odpoczywamy w parku, po czym płaską drogą jedziemy do Bolzano, na tym kawałku na szczęście wiatr przycichł - by włączyć się znowu na samą końcówkę za Bolzano. Nocujemy kawałek za Orą, trafiła się elegancka miejscówka w sadzie jabłkowym ;)

XX dzień - Egna - Trydent - Riva del Garda - Salo - Brescia - Coccaglio - Bergamo



DST 212,8 km - AVS 23,1 km/h - MAX 59,5 km/h - ALT 939 m


Dzisiaj czekał nas już tylko długi dzień przerzutowy na lotnisko w Bergamo, ruszamy bardzo wcześnie rano, by zdążyć przed zmrokiem. Okazało się, że od wczoraj wiatr zmienił kierunek, więc na trasie do Trydentu nam wyraźnie pomagał. W pięknym centrum miasta, na reprezentacyjnym placu robimy dłuższy postój, w międzyczasie szybko psuje się pogoda, gdy wyjeżdżamy spod marketu w Rovereto - już porządnie leje. Jako, że mieliśmy do przejechania bardzo długi dystans - nie było czasu na przeczekiwanie i musimy jechać. Na odcinku nad Gardę lunęło potężnie, chwilami już zalewało oczy, a na szybkim zjeździe nad samo jezioro przy prędkości koło 50km/h krople deszczu siekły po twarzy jakby to był grad. Gdy pierwszy raz docieraliśmy do Riva del Garda mieliśmy wspaniałą pogodę - teraz docieramy tu mocno przemoczeni a widoki chowają się w chmurach.
Ale była to typowa burza - bardzo intensywna, więc i krótka, gdy wyjeżdżamy z Riva del Garda już wychodzi słońce. Droga z Rivy do Salo - to wielokilometrowy ciąg tuneli, którymi w sumie przejechaliśmy pewnie ponad 20km, pierwsze są z zakazem dla rowerów. Droga prowadzi tu nad samą taflą jeziora do którego opadają pionowe masywy skalne, więc nie sposób było jej inaczej poprowadzić. Podczas odpoczynku na nadmorskim deptaku w Salo - jest już gorąco, pod 30'C; tutaj ostatecznie żegnamy się z bardzo malowniczą Gardą.
Dalsza część trasy - mało atrakcyjna, po prostu długi odcinek na przejechanie, wiele po mocno zurbanizowanych terenach, z niesamowitą plątaniną dróg, z 10km przejechaliśmy w sumie autostradami, bo za dużo trzeba by nadkładać, a na naszych mapach autostrady niepłatne były zaznaczane jako zwykłe drogi. Nocleg - do niczego, spaliśmy tam gdzie już dwa razy w Bergamo spałem, ale o tej porze roku było tu goła ziemia (zebrane plony z pól), tuż koło autostrady i lotniska; do tego zaatakowały nas jeszcze setki krwiożerczych meszek ;))
Powrót przebiegł bezproblemowo - sprawnie zapakowaliśmy rowery, które doleciały bez przeszkód do Modlina; tam parę kilometrów na dworzec PKP i już pociągiem do Warszawy, bo roweru mieliśmy już lekki przesyt ;)

Podsumowanie

Wyprawa zdecydowanie bardzo udana - udało się zrealizować większość celów, przede wszystkim zobaczyć jak wyglądają realia jazdy terenowej w Alpach. A te do łatwych na pewno nie należą - była to chyba moja najcięższa wyprawa, jedynie Islandię można z nią porównywać; jazda w alpejskim terenie jest bardzo wymagająca, nachylenia w terenie dają w kość znacznie bardziej niż na szosie, a i na zjazdach czasem trzeba się sporo namęczyć. Sama suma podjazdów niewiele mówi (co ciekawe inaczej niż na szosie - w tym przypadku wyniki sumy podjazdów z licznika są mniejsze od sumy z gpsies, gdzie wgrywam ślady - aż o 200-300m). Przez 18 dni wyprawy (2 dni poświęciliśmy na dojazd) - zaliczyliśmy aż 18 dwutysięczników, w tym 12 terenowych, więc można powiedzieć że wyjazd był "nabity" górami, wręcz nimi przesycony, pod koniec wyprawy dawało się już to odczuć. Niemniej uważam, że trasę udało mi się zaplanować naprawdę bardzo ciekawą, zaliczyliśmy mnóstwo bardzo atrakcyjnych przełęczy, niesamowitych widokowo. Wymagało to oczywiście sporo pracy w planowaniu - ale opłaciło się na trasie.
Nasza wyprawa pokazała, że choć jest to bardzo ciężkie - da się w Alpach samowystarczalnie jeździć w czystym stylu transalpejskim, forsując terenem ogromne masywy górskie na rowerze, przebijając się przez z pozoru niedostępne przełęcze, nie ustępując nawet gdy na naszej drodze stają trzytysięczne lodowce. Wymagało to oczywiście odpowiedniego przygotowania, doświadczenia i co za tym idzie sprzętu. Bo klasyczna jazda transalpejska, dość popularna na zachodzie Europy - to jazda na lekko, bagaż ogranicza się do plecaka, natomiast dość "ciężki" musi być w tym wypadku portfel bo tacy rowerzyści nocują w schroniskach i hotelach, tam też się stołują, a to generuje już koszty nawet na poziomie 60-70E dziennie. My natomiast nocowaliśmy i gotowaliśmy we własnym zakresie, co pozwoliło zrealizować trzytygodniowy wyjazd (typowe Transalpy to z reguły tydzień) za o wiele mniejsze pieniądze. Jest w ten sposób oczywiście ciężej, bo dodatkowe kilogramy na potężnych nachyleniach często spotykanych w terenie "ważą" dużo więcej niż na łatwiejszych podjazdach szosowych - ale daje to też znacznie większą mobilność, nie jesteśmy uzależnieni od infrastruktury hotelowej, możemy nocować niemal wszędzie.
Wyprawa dostarczyła nam masę wrażeń i tysiące niezapomnianych widoków, zdjęcia oddają to jedynie w części - to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Jazda w terenie pod względem krajobrazów przebija zdecydowanie jazdę po szosie - można dotrzeć do przepięknych miejsc nieosiągalnych drogami. To co zachwyca to także zupełna pustka w czasie takiej jazdy, rowerzystów w terenie spotykaliśmy pojedynczych, całe góry mieliśmy dla siebie; podczas gdy wiele podjazdów szosowych jest już napchana do granic możliwości, szczególnie tych najpiękniejszych, porównywalnych widokami z najładniejszymi podjazdami terenowymi jak np. Stelvio, gdzie na szczycie jest już właściwie mini miasteczko, z którego komercha wręcz się wylewa. A na równie pięknych podjazdach terenowych - w tym czasie nie ma żywej duszy. Do tego Alpy są stworzone do jazdy terenowej, jest tu mnóstwo tras do wyboru, to co oferują w stosunku do polskich gór - to niebo i ziemia; to mniej więcej tak jakby porównywać jazdę na nartach w Polsce z jazdą na nartach w Alpach ;)) Widoki jakie w Polsce należą do wybitnych - w Alpach spotykamy właściwie na każdym kroku, na każdym podjeździe. Do tego sama jazda jest dużo przyjemniejsza - znacznie lepsze grunty, praktycznie nie ma błota tak psującego jazdę w Beskidzie Niskim czy Bieszczadach, znacznie więcej "podjeżdżalnych" tras, pchanie pojawia się dopiero w szczytowych partiach wielkich masywów, tego już ze względu na budowę gór trudno jest uniknąć.
Sprzęt sprawdził się nadspodziewanie dobrze, jedyną poważniejszą awarią była rozerwana opona w moim rowerze (po zjeździe bardzo kamienistą drogą), którą Rafał elegancko zszył. Z bagażami w stylu UltraLight dało się jechać nawet w bardzo trudnym terenie, to wiele lepsze rozwiązanie niż sakwy, choć wymaga oczywiście sporej odporności na niewygody, bo przy tak małej ilości bagażu nie ma mowy o prawdziwym komforcie; ale coś za coś; w górach za każdy dodatkowy kilogram na podjazdach płaci się natychmiast, dlatego podróżowanie tylko z plecakiem jest jednak wyraźnie łatwiejsze, choć znacznie bardziej kosztowne. Rafał jechał na typowym hardtailu (na ramie Accenta),do tego hamulce V-brake, ja natomiast na fullu z hamulcami tarczowymi. I Rafał doskonale udowodnił, że na takie wyjazdy wcale nie potrzeba super wypasionego sprzętu, wystarczy zwykły rower górski. Przewagę fulla widać głównie na zjazdach, po mocno kamienistej nawierzchni jedzie się łatwiej, szybciej i wygodniej; podobnie wygodniejsze są hamulce hydrauliczne, bo na długich alpejskich zjazdach nie trzeba ich tak kurczowo ściskać jak hamulców mechanicznych, od których nieraz potrafią zdrętwieć dłonie. Natomiast pod górę hardtail jako rower lżejszy - jest nieco szybszy; choć oceniając wszystkie wady i zalety wybrałbym na taki wyjazd rower z pełną amortyzacją, ale jeśli ktoś takim sprzętem nie dysponuje - to i na hardtailu jak najbardziej się da; tak naprawdę liczy się przede wszystkim nasza kolarska moc, determinacja i motywacja.
I na koniec wielkie podziękowania dla Rafała za towarzystwo na trasie, jechało nam się razem bardzo sprawnie, obaj byliśmy na niemal identycznym poziomie kolarskim (powiedziałbym, że Rafał nawet deczko mocniejszy), co bardzo usprawniło jazdę. Trasa była niesłychanie trudna, więc większe dysproporcje w formie pomiędzy uczestnikami znacznie by wpłynęły na komfort jazdy i realizację założonych celów. A my niemal cały czas podróżowaliśmy razem, niemal cały czas nawet na najtrudniejszych podjazdach mieliśmy się w zasięgu wzroku, nie traciliśmy w ogóle czasu na wzajemne oczekiwanie na szczycie.