TRANSALP - 2012




XI dzień - Purasca - [I] - Luino - Sesto Calende - Borgomanero - Biella - Ivrea



DST 155,7 km - AVS 21,3 km/h - MAX 55,4 km/h - ALT 1236 m


Rano szybko powracamy do Włoch zaliczając małą ściankę, po czym zjeżdżamy nad wielkie Laggo Maggiore, wzdłuż którego będziemy podróżować kolejne 50km. Jako, że pogoda dalej jest upalna robimy sobie postój na przepranie rzeczy. Jezioro ładne, ale tylko pierwszy kawałek jazdy jest widowiskowy, później droga coraz częściej odbija w głąb lądu, na większy postój stajemy dopiero na jego końcu w Sesto Calende. Tutaj kończymy przygodę z całą serią jezior charakterystycznych dla podnóża Alp i raczej nudnymi drogami kontynuujemy jazdę w kierunku Bielli. Jest troszkę górek, kawałek przejechaliśmy ekspresówką; w dość sporej Bielli robimy kolejny postój, już trochę zmęczeni upałem.
Za Biellą jedyny dzisiaj większy podjazd - wjeżdżamy na niewielki masyw między Biellą a Ivreą (niecałe 600m), jazda po południu (do tego podjazd w lesie) jest dużo przyjemniejsza niż w środku dnia, sprawnie wjeżdżamy na szczyt, na zjeździe można obserwować dość rozległe widoki, bo po tej stronie nie ma lasu, a przed nami długa równina, która zaczyna się za Ivreą stanowiącą taką swoistą bramę w Alpy. Szybko zjeżdżamy do miasta, na noc rozbijamy się w opuszczonym sadzie, kawałek na północ od Ivrei.

XII dzień - Ivrea - Chatillon - Breuil-Cervinia (2001m) - Bontadini (3041m)



DST 78,8 km - AVS 11,6 km/h - MAX 39,8 km/h - ALT 3000 m


Plan na dziś mamy już mocno ambitny - czyli dotarcie do Cervinii, a tam (w zależności od panujących warunków) dalej do góry. Startujemy z poziomu zaledwie ok. 200m, czeka nas więc cały dzień jazdy tylko w górę. Pierwsze kilometry to wjazd w malowniczą dolinę Aosty (na jej straży stoi wspaniała forteca w Bard), niestety silny przeciwny wiatr jazdy nam nie ułatwia. Po drodze tankuję jeszcze paliwo do kuchenki, zaliczamy dłuższy podjazd na ok. 550m, w Chatillonie robimy zakupy, ze względu na bardzo ograniczoną ilość wolnego miejsca musimy się nieźle nakombinować by załadować tyle jedzenia by nam starczyło na przynajmniej dwudniową przeprawę przez góry. Za Chatillonem rozpoczyna się już właściwy podjazd do Cervinii, który miałem okazję zaliczać w zeszłym roku. Jakiś super-ciężki nie jest, ale do łatwych też się nie zalicza, takie duże przewyższenie zawsze robi swoje. Wiatr w tej pobocznej dolinie już mamy korzystny, początkowo dobra pogoda zaczyna się niestety psuć w miarę jak coraz wyżej wjeżdżamy. Powyżej 1700m wisi już sporo ciemnych chmur i widać, że z przeprawą przez główną grań Alp mogą być spore problemy.
Do Cervinii docieramy już mocno zmęczeni, podczas odpoczynku popaduje mały deszcz, jest też coraz chłodniej. Decydujemy się ruszyć w górę, w razie załamania pogody postanawiamy się rozbić gdzieś na szlaku. Terenowy podjazd na Theodulpass jest bardzo ciężki, odcinków poniżej 10% co kot napłakał; jeszcze tak do 2500m walczymy podjeżdżając większość trasy, powyżej tej granicy zmęczenie całodziennym podjazdem bierze górę i głównie pchamy. Na owych 2500m, w okolicach większej stacji narciarskiej przeczekujemy gwałtowniejszy deszcz i już ciepło ubrani ruszamy w górę. W sumie teraz - jadąc na rowerze górskim podjechałem tej trasy sporo mniej niż w zeszłym roku na trekingu na oponach 28mm; to jednak pokazuje jak istotna jest waga roweru na tak ostrych nachyleniach z jakimi tutaj mamy do czynienia, różnica rzędu 8-10kg to już spora przepaść, a teraz przecież do góry ładujemy się z całym bagażem.
Wraz z większą wysokością warunki pogodowe robią się coraz trudniejsze, przede wszystkim zaczyna mocno wiać, temperatura poniżej 10'C, do tego na naszej trasie pojawia się kilka większych pól śniegu, przez które przeprawy wysysają z nas sporo sił. Już bardzo zmęczeni docieramy na wysokość 3040m, gdzie znajduje się narciarska restauracyjka i stacja wyciągu. Jasne staje się, że w tych warunkach dziś już na Theodull nie damy rady się dostać, a z kolei rozstawianie namiotów na wysokości 3000m, przy huraganowym wietrze i na kamieniach zupełnie nam się nie uśmiechało. Dokładnie sprawdzamy otaczający nas teren - i udaje nam się znaleźć otwarte drzwi do malutkiej kapliczki, gdzie trzymane jest obecnie wyposażenie do znakowania tras narciarskich; bardzo wąsko, ale za to nie ma wiatru. Kolejna faza poszukiwań daje pełny sukces - udało mi się znaleźć otwarte boczne drzwi do stacji wyciągu narciarskiego, dzięki czemu mamy do dyspozycji całą stację, jest nawet ciepła woda w kranie i oświetlenie, nawet i telewizor. Jedyne co nam przeszkadzało to zimno, nawet za grubymi murami jest 7-8'C, a na dworze temperatura oscyluje już koło 0-3'C, wieje jak diabli i jeszcze pada deszcz; więc prawdziwe szczęście że udało nam się znaleźć tak doskonałą miejscówkę. Wysokie góry pokazały, że z nimi żartów nie ma, nawet w lipcu można tu trafić na tak fatalne warunki.

XIII dzień - Bontadini - Theodulpass (3301m) - [CH] - Trockener Steg (2939m) - Schwarzee (2583m) - Zermatt - Tasch



DST 33,2 km - AVS 11 km/h - MAX 49,5 km/h - ALT 587 m


Rano niestety pogoda nic się nie poprawia, dalej wieje i leje, temperatura 3'C - i zaczynamy się poważnie zastanawiać czy w tych warunkach jest sens ryzykować przeprawę po lodowcu, nie mamy pojęcia w jakim stanie jest śnieg na lodowcu, czy nie trzeba będzie iść po kolana w śniegu. Ale rezygnacja z tej przeprawy oznaczałaby potężną stratę czasu, bo trzeba by pojechać przez Wielkiego Bernarda, nadrabiając prawie 300km i 2000m w pionie. Dlatego decydujemy się trochę poczekać na poprawę pogody. Znudzony odpalam komputer na stacji, który jak wczoraj sprawdziliśmy nie miał połączenia z internetem i przeglądając programy orientuję się, że działa w lokalnym intranecie, w którym jest dostęp do bardzo dokładnej, godzinowej prognozy pogody dla wszystkich miejsc w ogromnym kompleksie narciarskim Cervinia-Zermatt. I tutaj się pojawia nadzieja - w drugiej części dnia zapowiadają wyraźne przejaśnienia. To daje nam motywację do działania - momentalnie odżywamy i szykujemy się na trasę, ubierając wszystko co mamy na siebie, ja idę w kalesonach przeznaczonych na biwak i nogawkach jednocześnie, natomiast Rafał zrobił sobie ze znalezionego worka na śmieci ochraniacze przeciwwietrzne, które taśmą klejącą przymocował do nóg ;))
A wiało potężnie, z wielkim wysiłkiem pokonujemy bardzo ostre podejście pod Theodul, walcząc z 30% nachyleniem i licznymi płatami śniegu. Kawałek przed przełęczą jest ostra ściana ze śniegiem - zostawiamy rowery i idziemy na górę zobaczyć w jakim stanie jest lodowiec po szwajcarskiej stronie, czy jest sens męczyć się i wciągać rowery. Ku naszej wielkiej radości - lodowiec jest w doskonałym stanie, raki, które niepotrzebnie targaliśmy całą wyprawę - nie będą potrzebne; do tego zza chmur zaczyna przeglądać słońce, teraz już wierzymy, że uda nam się sforsować główną grań Alp. Co to jest wiatr - widać dopiero na samej przełęczy, powstawały tam tak mocne zawirowania wiatru, że z wielkim trudem byliśmy w stanie iść, a zrobienie triumfalnych fotek z podniesionym nad głową rowerem wymagało kilku prób, bo nie sposób było się utrzymać w pionie.
Myśleliśmy, że na znacznie lepiej osłoniętym lodowcu przestanie tak wiać - ale było niewiele lepiej, przez całą przeprawę wiało jak cholera. Niemniej zupełnie się przejaśniło, słońce oświetliło wspaniałe szczyty, a jako że rejon Zermatt należy do najpiękniejszych miejsc Alp - mieliśmy wspaniałą krajobrazową ucztę. Mały Matterhorn, Breithorn widzieliśmy jak na dłoni, a prawdziwą kulminacją było pojawienie się niesamowitej piramidy Matterhornu - jednej z najpiękniejszych gór świata, tak często schowanej w chmurach; a do tego my widzieliśmy ją z poziomu lodowca, w promieniach słońca odbijającego się od śniegu. Dla takich właśnie widoków - warto było się tak męczyć zdobywając Theodul, takie chwile zostają w pamięci na zawsze.
Lodowiec kończy się przy stacji Trockener Steg (2939m), która leży u jego stóp, jest tu wielki parking na którym stoi wiele nowoczesnych ratraków przeznaczonych do utrzymywania tras narciarskich, my dzięki temu mamy jaką-taką odsłonę przed wiatrem na zasłużonym postoju. po tej morderczej przeprawie. Z Trockener już można normalnie jechać, dochodzi tu kilka dróg. Ale w ich plątaninie ciężko się połapać, to zanikają, to przechodzą w kamieniste, nieprzejezdne single, często z góry wydaje się że droga będzie przejezdna, ale z bliska wygląda to już gorzej. Tak więc tak nieco lawirując i szukając dróg, w większości jadąc, chwilkami prowadząc przedostajemy się z Trockener do stacji Schwarzsee (2583m), zaliczając w końcówce ostry podjazd. Ale ze Schwarzsee jest już elegancki szlak rowerowy, po prostu fenomenalny widokowo - prowadzi u samych stóp Matterhornu, który cały czas widać jak na dłoni; ma do tego ładnych parę km, więc górę można obejrzeć nie tylko z tej najbardziej znanej strony, ale także i z południowego-zachodu. Do tego szlak wygodny, kamienisty szuter, w pełni przejezdny; bardzo przyjemny do jazdy. Zjazd bardzo długi, bo aż do samego Zermatt (na ok. 1800m przechodzi już w wąziutki asfalt) - wspaniała nagroda za to że nie wymiękliśmy przy fatalnych warunkach na Theodulu. W Zermatt fundujemy sobie porządny obiad w McDonaldzie; miasteczko, choć to klasyczny ekskluzywny kurort ciekawe - bo obowiązuje tu zakaz ruchu samochodów, jedynie nieliczni mają specjalne przepustki, a turyści chodzą pieszo lub jeżdżą elektrycznymi taksówkami lub powozami konnymi. My zjeżdżamy jeszcze kawałek do Tash (tu należy zostawiać samochody w drodze do Zermatt) i rozbijamy się na noc na skraju lasu.

XIV dzień - Tash - Visp - Brig - Gletsh - Furkapass (2436m) - Realp



DST 110,9 km - AVS 17,9 km/h - MAX 58,9 km/h - ALT 2063 m


Dziś czekają nas porządne góry - ale tym razem w wydaniu asfaltowym, naszym celem jest słynna przełęcz Furka. Początek elegancki - czyli długi zjazd doliną Zermatt. Podobnie jak w zeszłym roku, gdy tędy jechałem - wiatr zmienny, w górnej części doliny w plecy, a w dolnej - mocno w twarz. Niemniej nachylenie robi swoje - i sprawnie docieramy do Visp, tutaj ku naszej uldze okazuje się, że mocno wieje w górę doliny Rodanu, gdzie mamy jechać, a w tym rejonie Alp wiatr potrafi mocno dać popalić. Dziś niedziela - więc obawialiśmy co z zakupami, bo nasze zapasy po przeprawie lodowcem były na ukończeniu. Markety jak się tego obawialiśmy - wszystkie pozamykane, ale na szczęście udało nam się znaleźć dobrze zaopatrzoną stację, gdzie można było dostać nawet chleb czy makaron, choć oczywiście drożej.
Do góry jedzie się elegancko - ale tylko do czasu, na wysokości ok. 1200m powtarza się sytuacja z rana - i w górnej części doliny Rodanu zaczyna nam mocno wiać w twarz. Nie dość że spowalniało to mocno, to jeszcze był to zimny, bardzo nieprzyjemny wiatr. Naszarpaliśmy się nieźle do Ulrichen, gdzie stajemy na odpoczynek wśród charakterystycznych drewnianych domów, dalej na mniej odkrytym terenie było już nieco lepiej. W Oberwaldzie mamy okazję oglądać słynny Dampfbahn - kolejkę parową, która jedzie pod Furką starą, zębatą trasą kolejową (nowa wjeżdża w tunel już w Oberwaldzie, stara dopiero na ok. 2100m). Widok robi wrażenie, a każdego ekologa przyprawia o palpitacje, bo z komina ciuchci wydobywa się długi czarny dym, który długo wisi w powietrzu; do tego maszynista pary nie oszczędzał i co rusz gwizdał tak głośno że uszy można było zatykać;)) Ale pasażerów to zupełnie nie zraża, bo trasa kolejki jest wspaniała widokowo, Szwajcarzy są bez wątpienia największymi mistrzami w budowie niesamowitych linii kolejowych, aż się nie chce wierzyć, że kolej dociera tam, gdzie droga prowadzi po zboczu całą serią serpentyn.
Na pierwszej części podjazdu wyłania się przed nami ściana serpentyn prowadząca na Grimsel, której koniec tonie we mgle; gdy dojeżdżamy do Gletsh - mamy już wspaniały widok na całą doliną, co ciekawe na sporo wyższej od Grimsel Furce - mgły i chmur nie ma. Odpoczęliśmy sobie trochę, po czym ruszamy na przełęcz - wiatr zmienny, w zależności od kierunku serpentyny, ale tym razem więcej nam pomaga. Większy postój robimy jeszcze przy końcu podjazdu by obejrzeć sam lodowiec z którego wypływa Rodan serią wodospadów. Stamtąd mamy już rzut beretem na przełęcz, ciepło się ubieramy - i ruszamy w dół. Zjazd zdecydowanie nieprzyjemny, cały czas mocno wiało i trzeba było uważać, bo potrafiło porządnie rzucić rowerem, a droga z Furki często prowadzi nad samą przepaścią, nieraz bez barierek ;))
Na dole w Realp temperatura była niższa niż na samej przełęczy (zaledwie 7-8'C), na noc rozbijamy się na łące kawałek za miasteczkiem i szybko wskakujemy do śpiworów żeby się rozgrzać.

XV dzień - Realp - Andermatt - Pass Maighels (2422m) - Sedrun (1334m) - Uaul da Crestas (1631m) - Disentis - St. Martin



DST 80,3 km - AVS 11,8 km/h - MAX 63,6 km/h - ALT 2444 m


Po wczorajszym asfaltowym dniu - dziś koniec taryfy ulgowej, wracamy w teren i to od razu z grubej rury - na pierwszy ogień idzie podjazd na mierzącą 2422m przełęcz Maighels. Pogoda z rana - do niczego, zimno (7'C) i pada deszcz, chcąc, niechcąc ruszamy w trasę. W Andermatt wreszcie pierwszy od Chatillonu market w którym robimy większe zakupy. Czasu nie straciliśmy - bo w międzyczasie elegancko i bardzo szybko się przejaśniło, tak więc w teren wjeżdżamy już w słońcu. Podjazd wymagający, od razu łapie mocne nachylenie, niemniej przez pierwszą część trasy prowadzi wygodna szutrowa droga, w ten sposób docieramy na 2000m, tam niestety jazda się kończy - i już do końca trzeba wpychać.
Przełęcz bardzo ładna, wciśnięta między piękne, częściowo jeszcze ośnieżone szczyty, są tam też dodające uroku malownicze jeziorka. W dół po singlu w zdecydowanej większości dajemy radę jechać, zjazd również piękny - po soczyście zielonych alpejskich łąkach; i ta zupełna pustka w otoczeniu majestatycznych gór! Trzeba przecinać mnóstwo mniejszych i większych strumyczków, szutrówka pojawia się na ok. 2200m i dało się nią jechać naprawdę szybko, nawet pod 50km/h; na ok. 1700m na krótko wjeżdżamy na szosę zjeżdżającą z Oberalp, po czym odbijamy naszym szlakiem w bok, jadąc równolegle do szosy. Takie szlaki mają swoje plusy i minusy - z jednej strony dużo ładniejsze od szosy, ale z drugiej - mocno interwałowe, jest tu masa podjazdów, która powoduje że coś co jest w teorii zjazdem - wymaga jednak wiele wysiłku, w ten sposób jadąc do Disentis, musieliśmy zaliczyć całkiem spory podjazd aż na ponad 1600m. Zjazd z tej góry do Disentis niesłychanie urozmaicony - asfalt, szuter, jazda na przełaj po polu, wreszcie ciasny singielek w gęstym lesie, a przed samym Disentis jeszcze spory podjazd z poziomu rzeki do miasta.
Tam wreszcie zasłużony odpoczynek - a po nim znowu taki pseudo-zjazd w dół doliny, na którym pewnie ze 200m w górę musieliśmy zaliczyć, co pod koniec dnia robi się już irytujące. A pod koniec czekał nas jeszcze wymagający podjazd terenem do St. Martin, w większości szutrowymi serpentynami w lesie. Już nieźle zmordowani całodniowym "tyraniem" w górzystym terenie nabieramy w St. Martin wody i jedziemy jeszcze kawałek do góry, na ok. 1400m udaje nam się znaleźć elegancką miejscówkę, na równej trawce, przed taką klasyczną alpejską szopą, widok "z okna" mamy piękny.

DALEJ >>>