TRANSALP - 2012




VI dzień - Grosio - Sondalo - Passo dell' Alpe (2461m) - Passo Gavia (2621m) - Pezzo



DST 56,4 km - AVS 10,7 km/h - MAX 60,6 km/h - ALT 2271 m


Podczas zwijania obozowiska nieprzyjemna wiadomość - okazuje się, że Rafałowi zginęły wszystkie pieniądze, karty i dokumenty! Gorączkowe poszukiwania nie dają rezultatu i zastanawiamy się co dalej z tym fantem zrobić. Podejrzenia padają na wczorajszą wizytę w pizzeri, gdzie Rafał miał saszetkę z dokumentami i pieniędzmi, niestety zrobił błąd trzymając wszystko w jednym miejscu, to może wygodne, ale w razie takiej sytuacji - traci się wszystko naraz. Rozważaliśmy przeróżne warianty, przede wszystkim trzeba było zaczekać na otwarcie pizzeri by tam się dowiedzieć. Gdy jedliśmy śniadanie na ryneczku w Grosio - akurat samochodem przejeżdżał właściciel pizzeri, który nas rozpoznał - i okazało się, że faktycznie u niego Rafał zostawił to wszystko. Rafał, który akurat dziś miał urodziny - uznał, że lepszego prezentu nigdy jeszcze nie otrzymał, bo gdyby zguba się nie znalazła pewnie musiałby zakończyć przedwcześnie wyjazd ;))
W dobrych humorach ruszamy więc w górę doliny, od rana jest gorąco, kawałek za Sondalo odbijamy z głównej drogi na Bormio w boczną dolinę, wjeżdżając wymagającą szosą na 1500m, po drodze jeszcze złapałem cudaczną gumę, jakieś przebicie od wewnątrz. Wyżej zaczyna się bardzo ostry podjazd po takim specyficznym bruku z wielkich płyt kamiennych, który wykańcza potężnym nachyleniem powyżej 15%, zaliczam tu też malowniczą wywrotkę spowodowaną pedałami SPD, fatalnymi do jazdy przy bardzo małych prędkościach pod ostre góry, takie wywrotki są bardzo groźne, bo łatwo w ten sposób złamać czy mocno zwichnąć nogę wpiętą w pedał. Tutaj jeszcze cały czas walczyłem starając się wszystko podjeżdżać, ale stopniowo z coraz mniejszą wolą walki, bo wysiłek podjechania 20kg rowerem tak ostrych ścianek jest ogromny; Rafał ze spokojem wolał podprowadzać najostrzejsze kawałki. W nagrodę za trud włożony w ten ciężki podjazd na ok. 1800-1900m zaczyna się długie wypłaszczenie i jazda przepiękną, szeroką doliną, mijamy też ślicznie wpasowany w górski krajobraz zabytkowy kościółek z bodajże XVII wieku (na takiej wysokości!).
Kolejna część podjazdu znowu ostra, tutaj już więcej wpycham, przyzwyczajając się bardziej do realiów jazdy MTB, tutaj pchanie to integralna część wyjazdu, podjechanie wszystkiego jak na szosie jest nierealne. Podjazd taki dość szarpany - trochę jazdy, trochę pchania, ale generalnie tak do prawie 2300m (na 2200m zaczyna się singiel) daje się większość jechać, wyżej już pchamy. Ale widoki u góry piękne, trasa prowadzi szerokimi zielonymi halami, pogoda jest wspaniała. Na szczyt docieramy w dobrej formie, obawialiśmy się czy zjazd (singlem) będzie przejezdny - ale był kapitalny do jazdy, kwintesencja jazdy MTB, a nie sprowadzanie roweru jak z Fimberpass, w końcówce już się nieźle zasuwało, szkoda że dość krótko. Wylatujemy na wysokości 2300m na szosę na Gavię i kontynuujemy nią jazdę na samą przełęcz. Kto kwęka na jeżdżenie asfaltem - z pewnością powinien zaliczyć tę drogę, widokami wcale nie ustępuje podjazdowi na dell' Alpe, widać lodowiec, a na samej przełęczy jest spore jezioro dodające uroku wysokogórskim krajobrazom. Przełęcz ma faktycznie 2621m - jak wg starych oznaczeń, nie wiem dlaczego parę lat "podniesiono" ją do 2658m.
Zjazd również piękny widokowo i bardzo szybki, bo droga jest mocno nachylona, główną drogę opuszczamy w Pezzo i obładowani paroma dodatkowymi kilogramami wody na biwak jedziemy w górę doliny, a tam jak na złość droga prowadzi trawersem po dość ostrych ścianach i nie ma się gdzie rozbić. Wreszcie trafiamy na kawałek płaskiego pod małą stacją meteorologiczną, wymagało to jednak wniesienia rowerów i bagażu po krótkim, ale bardzo ostrym zboczu, musieliśmy tę czynność rozbić na parę rat - ale w efekcie mieliśmy naprawdę fajny nocleg z ładnymi widokami na dolinę.

VII dzień - Pezzo - Case di Viso - Forcola Montozzo (2613m) - Dimaro - Malga Mondifra (1620m) - Madonna di Campiglio - Lago d'Agola



DST 74,2 km - AVS 11,1 km/h - MAX 58,3 km/h - ALT 2227 m


Po króciutkim kawałku docieramy do Case di Vigo - bardzo ciekawej górskiej wioski, w której niemal wszystkie domy są zbudowane z kamienia, co prezentuje się elegancko. Zaraz za wioską (ok. 1700-1800m) zaczyna się wymagający podjazd do Rifuggio Bozzi (2478m). Nachylenia z reguły powyżej 10%, a fragmentami i powyżej 15%, droga dość wymagająca - szuter, ale typowo włoski - czyli mocno kamienisty, a na takich nachyleniach jakie tu mamy koło potrafi już zabuzować. Niemniej podjazd pokonujemy na sam początek dnia, więc idzie bardzo sprawnie, praktycznie bez stawania. Droga najpierw wspina się serpentynami na zbocze, wyżej otwierają się szersze widoki na monumentalną dolinę, której niedostępność podkreśla zachmurzone dziś niebo. Schronisko widać już z daleka, tam w pięknym wysokogórskim otoczeniu robimy sobie większy postój na ławeczkach. Końcówka - już niestety zupełnie niepodjeżdżalna, najpierw podejście serpentynkami, a ostatnia ściana przekracza 40% nachylenia, do tego jest po bardzo sypkich kamieniach, więc nawet podprowadzenie tu obładowanego roweru to nie lada sztuka. Samo Montozzo - to taka urokliwa typowa górska szczerba, roztacza się z niej bardzo szeroki widok na dolinę, którą będziemy zjeżdżać.
Pierwszy odcinek łagodny - piękna jazda wąziutkim singielkiem trawersującym łagodnie w dół; niestety w drugiej części zjazd się mocno zepsuł i niemal w całości trzeba było rowery sprowadzać - zarówno ze względu na nachylenie jak i za duże dla nas trudności techniczne. Zmęczyło nas nieźle to długie zejście, dopiero nad Lago di Pian Palu można było jechać, jezioro okrąża elegancki szlak rowerowy, niżej trochę szutru, po czym wjeżdżamy na asfalt, którym kierujemy się aż do samego Dimaro, zjeżdżając aż na 800m. Tam robimy dłuższy postój, na dole w Dimaro słońce nieźle praży (33'C), co nie najlepiej wróży na czekający nas kolejny wielki podjazd do Madonny. Na szczęście okazuje się, że podjazd tylko pierwszy króciutki kawałek prowadzi odkrytym terenem, po zjeździe z szosy wjeżdżamy do lasu, którym droga prowadzi aż do końca. Podjazd chwilami wymagający, szczególnie w dolnej części, droga raczej przyzwoita, niewielkie kamienie - poleciało nam to całkiem sprawnie. Widoki pojawiają się dopiero w samej końcówce przed Madonną - a w tym rejonie są już bardzo widowiskowe wapienne skały, szczyty tego samego typu jak te w Dolomitach.
W Madonnie fundujemy sobie lody w kawiarni, udało się też znaleźć czynny sklep (w niedzielę w górach to duże wyzwanie) co pozwoliło nam uzupełnić zapasy, bo jadąc w stylu Ultralight ciągle brakuje miejsca na przewożenie jedzenia na dzień-dwa do przodu. Z Madonny dłuższy zjazd na ok. 1200m, jest tu fragment singla, który mija wspaniały, wielki wodospad. Końcówka dnia - to dłuższy podjazd do Lago d'Agola na poziom 1600m, wygodną szutrową drogą. Nad samym jeziorem - piękne widoki, otaczają je wspaniałe wapienne szczyty. Zastanawialiśmy się czy nie nocować nad samą taflą jeziora - ale że był to park narodowy uznaliśmy że lepiej jednak nie ryzykować i pojechaliśmy kawałek dalej, by rozbić się pod lasem.

VIII dzień - Lago d'Agola - Passo Bregn de l'Ors (1861m) - Stenica - Arco - Riva del Garda - Passo Tremalzo (1830m) - San Michele



DST 94,7 km - AVS 12,7 km/h - MAX 59,6 km/h - ALT 2334 m


Co do pierwszego kawałka naszej dzisiejszej trasy nie mieliśmy żadnych złudzeń - oglądając nachylenie wykresu wysokościowego na profilu było oczywiste, że będzie to pchanie. No i się nie rozczarowaliśmy ;)) Ostre podejście, na szczęście dość krótkie. Po tym jak dostaliśmy się na grań - dało się już jechać w stronę przełęczy Bregn de l'Ors - stąd nad Gardę mamy już tylko w dół! Zjazd elegancki, na poziom 1200m po szutrze, niżej asfalt., końcówka piękna - najpierw szosą nad głębokim kanionem, później wspaniały most, przypominający ten w kanionie Tary - a następnie serpentyny wśród wapiennych skał, wreszcie długi kawałek po płaskim wśród słynnych skał wspinaczkowych w rejonie Arco. Druga fantastyczna sprawa na tym zjeździe - to to jak na tym krótkim kawałku zupełnie się zmienił klimat. Na Bregn de l'Ors jest to klimat alpejski, który na tych 60km przechodzi w typowy klimat śródziemnomorski nad położoną na 65m taflą Gardy - wszędzie palmy i inna śródziemnomorska roślinność. Do tego sama Riva del Garda to piękne, zabytkowe miasteczko, z fantastycznym widokiem z portu na pionowe skały.
Ten cały zjazd - była to dla nas taka wspaniała nagroda za pokonanie klasycznego TransAlpu - czyli trasy z Garmish nad Gardę, robimy sobie oczywiście obowiązkową fotkę nad samą taflą jeziora, także tutaj w pięknym parku stajemy na długi postój wcinając m.in.litrowe opakowanie lodów (znowu jest bardzo gorąco)
Ale ukończenie klasycznej wersji TransAlpu - nie oznaczało oczywiście jeszcze końca naszej wyprawy, jeszcze wiele gór nas czekało - a pierwsza z nich to chyba najsłynniejszy podjazd nad Gardą - czyli Passo Tremalzo. Początek kapitalny - jedzie się trawersem po pionowych skałach, mnóstwo krótkich skalnych tuneli i fenomenalne widoki na jezioro. Tutaj widzimy jak na dłoni, że Garda to królestwo MTB, o ile na wcześniejszej trasie spotykaliśmy pojedynczych rowerzystów - to tutaj aż się od nich roi, a sprzęt mają taki, że oko bieleje - rowerów za >10tys spotykaliśmy na pęczki ;) Z tym, że 95% rowerzystów trasę którą my wspinamy się w górę pokonuje w przeciwnym kierunku; modnym rozwiązaniem jest tutaj zaliczanie dość łatwego podjazdu asfaltem by sobie poszaleć na terenowym zjeździe; my reprezentowaliśmy trochę inną filozofię. A podjazd należał do bardzo wymagających - asfaltu były śladowe ilości na ok. 400-500m, poza tym cały czas teren i to solidnie nachylony; do wysokości ok. 900m mimo upału jechało się bardzo sprawnie - w paru miejscach otwiera się wspaniały widok na wielkie jezioro i widać jak na dłoni ile już żeśmy w górę ujechali. Niestety środkowy kawałek to singiel, do zjechania jeszcze możliwy, ale pod górę już bez szans, musieliśmy pchać ok. 250m w górę; dopiero od poziomu ok. 1200m można było jechać. Mieliśmy tu spore problemy z wodą, dotąd w górach nie było z dostępem do niej żadnych problemów, więc nie nabraliśmy zapasów na podjazd - a tymczasem na podjeździe zupełna pustynia, zero wody; do tego zaznaczone na mapie GPS ujęcia wody okazały się wyschnięte. Gdy już zaczęliśmy racjonować wodę by starczyła do końca góry - na szczęście trafiliśmy na takie mini-schronisko, gdzie była butelkowana woda, dostępna co łaska (nawet zapłaciłem 1E).
Końcówka podjazdu - wspaniała wspinaczka serpentynami, wrzynającymi się w wapienne skały, szerokie widoki zarówno na jezioro jak i tą piękną drogę już pod nami. Widokowo to uczta, ale od strony kolarskiej - piekielna przeprawa, tego dnia już mieliśmy sporo w nogach, startując znad położonej na 65m Gardy musieliśmy się wspiąć na aż 1830m. Ta końcówka jest podjeżdżalna, niemniej jest to podjazd cholernie wymagający, w większości 10% i więcej, cały czas po sypkich kamyczkach, z malutkimi prędkościami (Rafał miał tu wywrotkę spowodowaną SPD). Dał nam nieprzeciętnie popalić, był to jeden z dwóch najcięższych dni wyprawy (na równi z piątym) - na szczyt docieramy z ogromną ulgą i satysfakcją, że jednak daliśmy radę. Nie bez powodu jest to szlak pokonywany z reguły w dół, taka wersja jest nieporównanie łatwiejsza, bo od drugiej strony terenowy jest tylko krótki kawałek.
Jako, że już powoli zbliżał się zmierzch - zjeżdżamy kawałek w dół znajdując wodę na nocleg i rozbijamy namioty (a raczej namiot i tarpa ;) na pobliskim polu na wysokości ok. 1450m

IX dzień - San Michele - Ponte Caffaro - Bagolino - Passo di Croce Domini (1892m) - (2030m) - Campolaro - Breno - Edolo



DST 122,3 km - AVS 16,7 km/h - MAX 53,2 km/h - ALT 2405 m


Dziś zaczynamy dłuższy asfaltowy przerzut w rejon Cervini, trochę odpoczynku od terenu przed znowu bardziej terenową drugą częścią wyprawy. Ale to bynajmniej nie oznacza ulgowej trasy - dalej są poważne góry, by je ominąć trzeba by pojechać płaską i silnie zurbanizowaną doliną Padu. Na starcie długi zjazd, pogoda niepewna - zanosi się na deszcz. Mieliśmy szczęście, bo burza uderzyła akurat, gdy byliśmy w markecie na zakupach w Ponte Caffaro i mogliśmy ją przeczekać pod dachem. A burza była krótka, ale za to bardzo gwałtowna - wiatr wyginał drzewa, a do tego mocno sypnęło gradem. Gdy po przejściu nawałnicy ruszamy dalej - w rowach przy drodze leży sporo pogradowego śniegu, a jezdnia szybko paruje.
Podjazd wymagający - z niecałych 400m na ponad 2000m, więc zabrał nam sporą część dnia, dłuższe odpoczynki zrobiliśmy dwa. U góry decydujemy się odbić z przełęczy Krzyża Pańskiego w bok na szutrową drogę, która wspina się lekko ponad 2000m, by zamiast asfaltem zjechać sobie terenem. Zjazd okazuje się wąską, bardzo kamienistą drogą, ciągnął się bardzo długo, bo zjeżdżaliśmy aż na 1400m, tam wracamy na asfalt, zjeżdżając do Breno. Tam podczas odpoczynku pod marketem okazuje się, że kamienisty zjazd kosztował mnie mocno rozciętą oponę w przednim kole z której wychodzi już spory pęcherz - wielkie szczęście, że koło nie eksplodowało na szybkim asfaltowym zjeździe, gdzie przekraczaliśmy 50km/h. Podklejenie opony łatką od wewnątrz nic nie dało - dętka dalej wyłaziła, ale na szczęście jechałem razem z Rafałem - prawdziwą "złotą rączką", który elegancko zszył oponę, tak że wytrzymała kolejny 1000km (w tym wiele po terenie) wymagającej trasy.
Końcówka dnia - to bardzo żmudny kawałek pod górę i pod wiatr po ruchliwej drodze do Edolo. Tam odpoczynek na lody, po czym wyjeżdżamy kawałek za miasto i nocujemy na miejscówce, którą znałem ze swojej marcowej wyprawy w Alpy w 2010.

X dzień - Edolo - Passo Aprica (1176m) - Sondrio - Gravedona - Porlezza - [CH] - Lugano - Purasca



DST 152 km - AVS 21 km/h - MAX 54,7 km/h - ALT 1174 m


Na samym starcie zaliczamy największy podjazd dnia - mało wymagającą Passo Aprica (1176m), stamtąd czeka nas długi zjazd na poziom doliny Sondrio. A tam na wysokości 300m - bardzo szybko zaczyna się robić gorąco. Właściwie cały kawałek nad jezioro Como to marna jazda nadspodziewanie ruchliwą drogą i do tego znowu pod wiatr. Odetchnąć można dopiero nad samym jeziorem - tam wreszcie zaczynają się piękne widoki. Droga interesująca, mijamy sporo ładnych małych miasteczek; choć nie aż tak widowiskowa jak ta po wschodniej stronie Como, którą również miałem okazję jechać.
Długi postój robimy w Musso po 100km, przyjemnie było sobie posiedzieć w cieniu po długiej jeździe w temperaturach ok. 33'C. Jezioro Como opuszczamy podjazdem za Menaggio, ale drogę mamy dalej malowniczą - małymi podjazdami przerzucamy się kolejno na Lago di Piano i wielkie Lago di Lugano. Tam w miejscowości Porlezza decyduję się na zmianę klocków hamulcowych, które w tylnym kole już blaszkami tarły o tarcze - w hamulcach hydraulicznych to zawsze większy problem niż w mechanicznich, były krótkotrwałe problemy z cofnięciem tłoków, ale na szczęście udało się to zrobić, przed wyjazdem miałem z tymi hamulcami niezłe problemy, tutaj odpukać zachowywały się niemal wzorowo. Nad Lago di Lugano w stronę szwajcarskiej granicy prowadzi bardzo wąska droga (tylko po jednym wąskim pasie w każdym kierunku) i akurat trafił się na niej wypadek, który spowodował wielokilometrowy korek, tak więc jechaliśmy mijając setki samochodów, do Lugano, gdzie droga się poszerzyła docieramy z ulgą. Krótka przerwa na parę fotek w tym bardzo ładnie wkomponowanym w góry i jezioro mieście - i ruszamy dalej. Wyjazd z miasta też fatalny - akurat to godziny szczytu i znowu wiele kilometrów jedziemy w korku, dopiero przed włoską granicą się uspokaja, my jedziemy po szwajcarskiej stronie i kawałek dalej rozbijamy się na polu pod lasem, czekając z utęsknieniem jak słońce schowa się za góry by trochę się ochłodziło ;))

DALEJ >>>