TRANSALP 2012




Wstęp

Po szosowej alpejskiej wyprawie w 2011 zdecydowałem się na zakup roweru górskiego - tak by być w stanie jeździć również po górskich trasach niedostępnych dla trekingów. Pojeździłem trochę w ten sposób po Polsce - ale nasze szlaki dają zdecydowanie za mało satysfakcji z takiej jazdy; tak więc wyjazd w teren w Alpy był tylko kwestią czasu. Na wyjazd jedziemy wspólnie z Rafałem, który jest prawdziwym ekspertem od podróżowania w stylu UltraLight, koniecznym do samowystarczalnej jazdy terenowej. Zdecydowaliśmy się na jazdę w lipcu licząc na to, że deszcz nie będzie nas mocno męczyć (lipiec średnio wypada tu gorzej od sierpnia), a za to mając do dyspozycji bardzo długie lipcowe dni.

I dzień - [PL] - Kostrzyn - [D] - Seelow - Muncheberg - Neuenhagen



DST 83,9 km - AVS 23,5 km/h - MAX 40,4 km/h - ALT 298 m


Spotykamy się przed 8 w hali dworca Centralnego - tutaj wsiadamy w pociąg jadący pod naszą zachodnią granicę, z jedną przesiadką docieramy po 15 do Kostrzyna. Jeszcze ostatnie zakupy w Biedronce - i mostem na Odrze opuszczamy Polskę. Trasa w stronę Berlina raczej mało ciekawa, w rejonach większych miast trzeba było opuszczać główną szosę, która przechodziła w ekspresówkę. Było też trochę zielonych terenów - ale generalnie był to tylko typowy odcinek dojazdowy, jechaliśmy do Berlina ze względu na wygodne i tanie połączenia kolejowe w Alpy. Koło 20 docieramy na przedmieścia Berlina i rozkładamy się na nocleg na skraju lasku w okolicy jakiegoś toru wyścigów konnych.

II dzień - Neuenhagen - Berlin - [pociąg] - Garmish-Partenkirchen



DST 30,8 km - AVS 19,3 km/h - MAX 33,6 km/h - ALT 67 m

Pobudka wcześnie rano - niestety poranek mamy wilgotny, mocno nie pada, niemniej ulice są mokre. Ale nie ma co przeczekiwać - musimy być na dworcu w okolicach 8, by bez nerwów załatwić wszystkie formalności. Wjazd do Berlina mało ciekawy, zresztą jechałem tą samą drogą na tegorocznej trasie Warszawa-Berlin. Sprawnie wjeżdżamy do centrum, robimy zakupy na drogę - i kierujemy się na dworzec oglądając przy okazji centrum Berlina - m.in. Bramę Brandeburską i Reichstag, także i futurystyczny budynek dworca (HauptBahnhof) robi wrażenie. Na dworcu poszło wszystko bardzo elegancko - bilety kupujemy w automacie, za całą podróż aż do Garmish zapłaciliśmy tylko ok. 30E na głowę.
Podróż pociągami bezproblemowa - ale oczywiście też nużąca, jechaliśmy od rana do wieczora, przesiadając się wiele razy. Niemniej - nie było problemów, pociągi eleganckie, nie było żadnych kłopotów ze spóźnieniami. W środku dnia nawet ładnie się rozjaśniło, niestety im bliżej Monachium - tym gorzej z tym było, a gdy docieraliśmy do samego Garmish, ostrząc sobie zęby na widoki Alp - czekało nas spore rozczarowanie, bo widoczność była żadna, a za oknem lało. Z pociągu wychodzimy po 21, trochę się pokręciliśmy po miasteczku w poszukiwaniu wody - i wyjechaliśmy w kierunku zachodnim, szybko trafiając na niezłą miejscówkę na nocleg na alpejskiej łące.

III dzień - Garmish-Partenkirchen - [A] - Ehrwald - Fernpass (1268m) - Imst - Landeck - St. Anton - Konstanzer Hutte (1688m)



DST 118,3 km - AVS 17,6 km/h - MAX 49,6 km/h - ALT 1860 m


Rano - zupełna zmiana pogody; po wczorajszym spodziewaliśmy się jazdy w deszczu - a tymczasem mamy wspaniałe słońce i piękne widoki na otaczające Garmish szczyty, z najwyższą górą Niemiec Zugspitze na czele. Sprawnie zwijamy obozowisko - i z dużą chęcią ruszamy w góry, czując że właśnie teraz zaczyna się prawdziwy TransAlp!
Pierwsze kilometry to głównie jazda ścieżkami rowerowymi wzdłuż szosy, częściowo asfaltowymi, częściowo szutrowymi; ostry podjazd zaczyna się dopiero za Ehrwaldem - i od razu widać, że jazda terenem w Alpach różni się od jazdy szosą znacznie, przede wszystkim nachylenia są dużo większe. O ile podjazd na Fernpass szosą (który pokonywałem już 2 razy) to dość łatwa górka - to w terenie daje już nieźle popalić, są ściany po 15%, są długie odcinki powyżej 10%, a to nachylenie jest tym czynnikiem, który najbardziej męczy; sama suma podjazdów jeśli chodzi o jazdę w terenie jest parametrem dość mylącym. Szutrowy szlak na Fernpass przyzwoity, mimo takich nachyleń podjeżdżalny, w większości w lesie, ze szczytu (po przejściu krótkiego kawałeczka) jest ładny widok na jeziora przy drodze. Pierwsza część zjazdu - szybko po szutrze, dalej natomiast zaczyna się nasz pierwszy singiel na wyprawie. Od razu sporo ciężej, są duże kamienie, korzenie, nie brakuje nachyleń - ale generalnie jedzie się przyzwoicie, choć jest parę miejsc gdzie prowadzimy rowery.
Po zakończeniu singla wjeżdżamy na szosę, by nie tracić czasu na ścieżki rowerowe, sprawnie dojeżdżając do Imst, gdzie robimy zakupy i postój; ceny w dużych sklepach całkiem przyzwoite. Natomiast odcinek z Imst do Landecku jedziemy ścieżkami, trochę to ciekawsza jazda niż szosą, niemniej czasu traci się więcej - za to częściej mamy okazję popodziwiać dolinę Innu. W Landecku okazuje się, że ślad GPS (map papierowych nie używaliśmy), którym dysponowaliśmy (a którego dobrze nie sprawdziłem) - nie obejmuje najbliższych dwóch dni naszej trasy; na szczęście pamiętałem planowaną trasę na tyle dobrze, że otworzyłem ją w pamięci i znalazłem właściwie drogi na dokładnych mapach GPS, które mieliśmy. Powoli zaczęła się psuć pogoda - przy wyjeździe z Landecku łapie nas krótki, dość silny deszcz; dalej pniemy się dłuższy kawałek asfaltem do St. Anton. Podjazd dość długo się ciągnął, po odpoczynku kawałek za St. Anton opuszczamy szosę i zaczynamy porządniejszy podjazd - początkowo ścieżką rowerową, następnie już terenem po szutrowej drodze. Widoczki ciekawe, były niebrzydkie jeziorka, podjazd nie za ostry, więc jechało się przyjemnie. Ale tylko do czasu - wkrótce dopada nas deszcz, który w miarę jak wyżej wjeżdżamy zaczyna przechodzić w ulewę. Zaskoczył nas mocno stan drogi - mimo strug lejącego się deszczu na drodze właściwie nie było błota, nie ma tu porównania z jazdą w większości polskich gór, które po takim deszczu przez parę dni nie nadają się do jazdy; dlatego właśnie warto jeździć w Alpy ;)) Niemniej gdy docieramy do schroniska Konstanzer Hutte - jesteśmy już solidnie przeczesani, a cały czas leje jak z cebra, rozstawianie namiotów w takich warunkach, zdejmowanie mokrych ciuchów itd do przyjemności nie należy. Postanawiamy więc pozwolić sobie na odrobinę luksusu i nocujemy w schronisku, jak na tutejsze warunki cena była jeszcze sensowna.
Przeglądając przemoczony sprzęt szacujemy straty, a te niestety są znaczące, bo zalało mi telefon (był w rzekomo wodoodpornej torbie), który następnego dnia ostatecznie zakończył żywot - ale jak to mawiają "gdzie drwa rąbią tam wióry lecą" :))

IV dzień - Konstanzer Hutte - Heilbronner Hutte (2323m) - Galtur - Ischgl - Bodenalpe - [CH] - Fimberpass (2610m) - Sur-En



DST 72,6 km - AVS 11,2 km/h - MAX 71,4 km/h - ALT 2069 m


Po wczorajszym deszczu rano nie zostało już śladu, więc z pełnym optymizmem ruszamy w góry by zmierzyć się z naszym pierwszym terenowym dwutysięcznikiem. Pierwsza część podjazdu to ciekawa szutrówka przez coraz bardziej dzikie tereny, spotykamy tutaj pierwsze świstaki na naszej trasie (na całej wyprawie widzieliśmy ich pewnie ponad setkę!). Docieramy w ten sposób na poziom 2000m, tu zaczyna się już singiel, pierwsza dość płaska część jest z grubsza przejezdna; aczkolwiek wymagająca, bo fragmentami szlaku płynie woda. Natomiast po przekroczeniu malowniczego mostku nad rwącym strumieniem nie ma już mowy o jeździe, zbocze jest na tyle ostre, że ledwo dajemy radę wciągnąć tu obładowane rowery. Po pokonaniu tej ściany znacznie się wypłaszcza - i tutaj już fragmentami można jechać, a końcówka podjazdu pod Heilbronner jest bardzo widowiskowa, schronisko widać już z daleka, jest dużo śniegu (a co za tym idzie też i wody na szlaku) - po takie właśnie widoki warto wjeżdżać w teren w Alpy, nie ma to żadnego porównania z polskimi górami, to co u nas w Beskidach uchodzi za piękne widoki - to w Alpach jest całkowitą normą, natomiast to co w Alpach jest piękne - zostawia polskie góry daleko w tyle.
Pod schroniskiem na przełęczy robimy krótki postój delektując się wspaniałą panoramą na 2 alpejskie doliny, rozmawiamy tez z dwójką rowerzystów jadących TransAlp w sposób klasyczny - czyli jedynie z plecakami, nocując i jedząc w hotelach i schroniskach. Jedzie się w ten sposób oczywiście wygodniej, ale wymaga to za to bardzo grubego portfela ;))
Zjazd z Heilbronner wspaniały - leciało się szutrówką aż miło, prędkości dochodziły niemal do 50km/h, kilka krótkich ścianek w rejonie Kops, przejazd nad samą taflą malowniczego jeziorka zaporowego; następnie bardzo szybki (prawie 70km/h) zjazd asfaltem - i meldujemy się w Galtur. Dalej częściowo drogą, częściowo szutrową ścieżką docieramy do Ischgl, gdzie po zakupach robimy dłuższy popas. Na postoju lekko zaniepokoił nas widok pionowej ściany w stronę której mieliśmy jechać - aż się wierzyć nie chciało, że jest tam droga. No i podjazd rzeczywiście dał nam ostro w kość, niemal cały czas trzymał koło 15%, do tego pokonywaliśmy go na mocno palącym słońcu. Ale dzięki temu podjazd w drugiej części jest już łagodniejszy, w rejonie Bodenalpe asfaltowa rowerówka przechodzi w szuter. Podjazd stopniowo wspina się coraz wyżej, trochę powyżej 2000m wjeżdżamy do Szwajcarii - granica w terenie to po prostu zwykła tabliczka w stylu retro, zero formalności (mimo, że Szwajcaria nie jest w UE i ma normalne kontrole na granicach). Dobrze jechało się aż do wysokości 2300m, droga bardzo urozmaicona, trzeba było forsować sporo strumieni. Powyżej 2300m - to już długie i ciężkie podejście na pierwszego alpejskiego giganta (czyli szczyt powyżej 2500m) na naszej trasie, a do tego w samej końcóweczce jest piekielnie ostre zbocze na którym już ledwo wyrabiamy z ciężkimi rowerami; do tego mocno niepokoiła nas pogoda, bo kilka razy podjeżdżały burzowe chmury i już zaczynało padać, a burza na tej wysokości to nie przelewki. Z dużą ulgą meldujemy się na majestatycznej przełęczy, niestety singiel w dół jest za ostry jak na nasze umiejętności techniczne oraz sprzęt jakim dysponujemy, więc większość musimy sprowadzać, jedynie fragmentami daje się jechać, niemniej oczywiście w dół idzie się o wiele łatwiej niż pod górę. Ta wielogodzinna mordęga skończyła się dopiero na wysokości ok. 2000m, tam zaczyna się szutrowa droga, którą wreszcie daje się normalnie jechać. Z pogodą ułożyło się nam akurat - właśnie gdy docieramy do pierwszej wioseczki mocno lunęło; tak więc gwałtowną burzę przeczekujemy pod parasolem w barku.
Chwilkę po ulewie ruszamy dalej - droga w perfekcyjnym stanie, asfalt pojawia się dopiero spory kawałek dalej. Zjazd szosą bardzo szybki, rozpędzając się ponad 70km/h nieco przeszarżowałem i juz niewiele brakowało, żebym się wpakował na samochód, skończyło się jedynie na strachu; lepiej jednak zachowywać na zjazdach tradycyjną ostrożność... Zjeżdżamy na sam dół doliny Innu, przejeżdżamy rzekę, w rejonie Sur-En udało się znaleźć bardzo fajną miejscówkę na noc - w lesie, nad rwącym strumieniem.

V dzień - Sur-En - Scuol - Pas da Constainas (2251m) - Tschierv - Doss Radond (2234m) - Psso Val Mora (1934m) - [I] - Arnoga - Passo Verva (2303m) - Grosio



DST 117,4 km - AVS 13,6 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 2658 m


Kolejnego dnia naszej alpejskiej wyprawy - mamy zmianę pogody, koniec słońca, od rana pochmurnie, a gdy ruszamy na trasę prawym brzegiem Innu w stronę Scuol już pada; gdy zaczynamy podjazd opuszczając Scuol pada już solidnie. W deszczu pokonujemy wymagający podjazd asfaltem w stronę S-charl, szosa jest do wysokości ok. 1550m, tam przechodzi w gładki szuterek, odpuszcza też deszcz - co ciekawe tą drogą jeżdżą normalne autobusy, zresztą nie ma się co dziwić, bo jest to szuter naprawdę wysokiej jakości. Dolina ma swój urok, podjazd jest dość łagodny i długo się ciągnie, mi przypadł do gustu, natomiast Rafał narzekał na jego długość. Taka wygodna droga doprowadza aż do turystycznej miejscowości S-Charl, stąd wyżej prowadzi już bardziej wymagający szuter. Bardzo wysoko jest tutaj granica lasu, dopiero w okolicach 2000m zaczynają się szersze widoki, końcowe 150m to już singiel - tym razem wreszcie przejezdny, nie trzeba nic wpychać, taką jazdę terenową to rozumiemy! Przełęcz Constainas ma 2251m, a że pogoda cały czas jest pod psem, na granicy deszczu - na szczycie łapie nas gęsta mgła, chwilami widać dosłownie na 20m.
Zjazd w tych warunkach emocjonujący, jest to szuter, ale chwilami potężnie nachylony i kamienisty, są ścianki ponad 20%, co w zestawieniu z tą mgłą wyzwala sporo adrenaliny. Dość chłodno, temperatura spada nawet poniżej 10'C; na odpoczynek zatrzymujemy się w Tschiervie; stąd kierujemy się szlakiem w stronę Santa Maria, wymagającym trawersem skrajem lasu i w lesie, sporo tu interwałów, właściwy podjazd zaczyna się kawałek dalej, gdy ostrzej odbijamy na południe. Podjazd wymagający, nachylenie cały czas w okolicach 8-10%, czasem nawet więcej, niewiele odcinków odpoczynkowych. Podjazd raczej mało atrakcyjny, do wysokości 2000m głównie w lesie, ale za to powyżej tej granicy - prawdziwa krajobrazowa uczta, chmury się akurat przejaśniły, wyszło słońce - i możemy podziwiać wspaniałe masywy w rejonie przełęczy Doss Radond, zarówno przed nami, jak i po bokach; kolejny raz ciężki podjazd odpłaca się nam za włożony wysiłek wspaniałymi krajobrazami, o jakie w jeździe terenowej jednak wyraźnie łatwiej niż na szosie. Zjazd - po prostu cud, miód, malina - zasuwało się wspaniale, krajobrazy cały czas boskie, na okolicznych halach pasie się mnóstwo krów, niektóre nie mają oporów by wchodzić na drogę, w czasie robienia zdjęć nawet dokładnie wylizały kierownice roweru Rafała ;))
W drugiej części zjazdu szuter przechodzi w wymagający techniczny singielek, chwilami bardzo widowiskowy i mocno interwałowy (jest też trochę ostrych pił pod górę), spory kawałek prowadzi trawersem bardzo ostrego zbocza. Ale w większej części jest przejeżdżalny, wpychać trzeba tylko krótkimi fragmentami. Na końcu tej drogi docieramy do włoskiej granicy, stad droga jest już lepszej jakości; niemniej znowu psuje się pogoda i zaczyna popadywać; warunki są dziś bardzo zmienne, przebieraliśmy się w sumie chyba z 10 razy. Za przełęczą Val Mora docieramy nad wielkie zaporowe jezioro Lago Cancano, jechaliśmy nad nim dobre 10km, po czym droga odbiła bardziej na południe. Tutaj jechaliśmy w stronę Arnogi długi kawałek wysoko położonym trawersem (ok. 1800m), aczkolwiek zupełnie płaskim.
Dalej trzeba było zjechać aż ok. 100m w dół i z powrotem to podjechać po bardzo ostrej ścianie dochodzącej do 20%, ja jeszcze miałem ochotę by z tym walczyć, Rafał wolał podprowadzić - prędkość niewiele mniejsza, a oszczędza się sporo sił. A ta ostatnia przełęcz - Passo Verva dała nam zdrowo popalić, nie była ostrzejsza od pierwszych dwóch, ale była to już trzecia przełęcz tego dnia. W środku podjazdu dopada nas jeszcze gwałtowny deszcz, widząc zagrodę w której mieszkała rodzina pasterzy (na wysokości ok. 2100m!) - zajeżdżamy tam, właściciel pozwala nam przeczekać ulewę w szopie. Deszcz był gwałtowny, ale krótki - więc szybko ruszamy w górę by wykorzystać okno pogodowe. Końcówka ciężka, sporo po 10-12%, a włoskie szutry to wymagająca jazda po kamieniach, a nie dość gładkie drogi jak w Szwajcarii. Na przełęczy meldujemy się z ogromną ulgą, że wytrzymaliśmy, przejeżdżając aż 3 terenowe dwutysięczniki jednego dnia. Zjazd na wysokość ok. 1700m to bardzo kamienisty szuter, tutaj uwydatnia się przewaga mojego roweru, na fullu jednak łatwiej zjechać po takim terenie, można zaryzykować nieco szybszą jazdę, do tego na tak długich zjazdach wygoda hamulców hydraulicznych też jest zauważalna, ręce nie drętwieją od ciągłego ciśnięcia klamek. Druga część zjazdu to już wąska droga asfaltowa, którą zjeżdżamy aż na poziom Grosio, na zaledwie 700m jest dużo cieplej niż u góry. Jako, że było już po 19 i wszystkie sklepy pozamykane, a jadąc cały dzień po bezdrożach i malusieńkich wioseczkach nie mieliśmy możliwości zakupu jedzenia - na obiad idziemy do pizzeri, trafiliśmy akurat jakąś promocję i wielką i bardzo smaczną włoską pizzę dostaliśmy po 5E. Na nocleg rozbijamy się już o zmroku, koło Grosio, nad rzeką.

DALEJ >>>