STOLICE NADDUNAJSKIE 1998




XI dzień - Gyor - Pannonhalma - Zirc - Veszprem - Alsoors

DST 105,9 km - AVS 22,6 km/h - MAX 68,1 km/h

Po drodze z Gyoru nad Balaton postanawiamy zahaczyć o Pannonhalmę (wymaga to kilkukilometrowego zjazdu z głównej szosy) by obejrzeć opactwo benedyktyńskie ze słynną biblioteką, położone na wysokim wzgórzu i otoczone pięknym ogrodem. Zjazd z Pannonhalmy choć krótki, jest za to bardzo "treściwy", właśnie tu wykręcam największą prędkość całej wyprawy - 68,1km/h. Dalszą drogą w kierunku Veszprem jedzie się całkiem przyjemnie, pojawiają się też pierwsze od kilku dni górki, stanowiące przyjemną odmianę po kilku płaskich etapach. Na szczycie wzniesień mijamy malownicze ruiny zamku; na zjazdach do Zirc łapie nas po raz pierwszy na wyjeździe deszczyk - ale na szczęście dość szybko przechodzi. Na odcinku Zirc - Veszprem łapiemy wiatr w plecy, więc zbliżamy się nad Balaton naprawdę szybko. W Veszprem zatrzymujemy się na hamburgery, za miastem wiatr zrobił się jeszcze silniejszy - ostatni odcinek pokonujemy z prędkością ponad 30km/h. Jadąc nad "węgierskie morze" od tej strony zjeżdża się z wzgórz, dzięki temu mamy bardzo szeroką perspektywę, moment w którym ukazuje się szeroka połać jeziora zostaje nam w pamięci na długo. Patrząc na chmury za nami orientujemy się, że nadciąga burza (to dzięki niej tak nam wiało w plecy); szybko docieramy do Alsoors i błyskawicznie rozbijamy namioty, dodatkowo motywowani pierwszymi kroplami deszczu.

XII dzień - odpoczynek


Dzień spędzamy na odpoczynku i kąpieli w Balatonie, choć warunków na pływanie nie ma tu nadzwyczajnych (jezioro jest bardzo płytkie), ale za to na naszym kempingu są długie zjeżdżalnie i to one stanowią nasz główny punkt zainteresowania.

XIII dzień - Alsoors - Szekesfehervar - Gardony - Budapeszt

DST 127,8 km - AVS 22,4 km/h - MAX 52,7 km/h

Droga znad Balatonu do miasta o kapitalnej nawet jak na Węgry nazwie - Szekesfehervar przechodzi dość szybko, teren to głównie monotonne równiny, samo miasto, w którym zatrzymujemy się nad odpoczynek to nic ciekawego. Następnie niedaleko jeziora Velencei uciekamy przed krótką, ale obfitą ulewą na werandę pobliskiego domu (właścicieli nie było). Przymusowy postój wykorzystujemy na sporządzenie głównego menu naszej wyprawy - nieśmiertelnego makaronu z sosem ze słoika. Niebo się przejaśnia, więc ruszamy dalej; w okolicy miasteczka Gardony zaczyna mnie boleć lewe kolano - wcześniej miałem problemy z prawym, na którym musiałem jeździć z opaską. Był to początek kontuzji trwającej do dziś; o ile w prawym kolanie trochę się polepszyło - o tyle lewe co jakiś czas daje mi się we znaki. Wjazd do Budapesztu przez obskurną przemysłową dzielnicę Budafok jest wyjątkowo nieciekawy - duży ruch, dziurawy asfalt, a Dunaj ma zapach jeszcze lepszy niż Wisła w Warszawie. Ponieważ tego dnia wykręciliśmy największy dystans wyprawy i jesteśmy już porządnie zmęczeni zwiedzanie zostawiamy sobie na jutro. Nocujemy w hotelu "Universum", ale ta nazwa jest adekwatna jedynie do ceny - ponad 50zł za osobę.

XIV dzień - zwiedzanie Budapesztu

DST 58,2 km - AVS 17,7 km/h - MAX 56,6 km/h

Ponieważ tego dnia wieczorem mamy pociąg do Warszawy na zwiedzanie Budapesztu musimy udać się rowerami z sakwami co stanowi sporą niedogodność. Miasto jest piękne - monumentalnością architektury przypomina Wiedeń, natomiast świetnym wkomponowaniem rzeki w pejzaż miejski Pragę. Niesamowite wrażenie robi budynek węgierskiego parlamentu widziany z prawego brzegu Dunaju, natomiast z lewego świetnie prezentuje się wzgórze Gellerta. Byliśmy w katedrze św. Izydora, na wzgórzu zamkowym; niepotrzebnie uparłem się by wjechać na wzniesienia w zach. części Budapesztu (o co Marcin miał do mnie słuszne pretensje) - widoki na miasto dość nieciekawe, a podjazd nieprzyjemny (częściowo po kostce).
Z odpowiednim wyprzedzeniem docieramy na dworzec kolejowy i tu zaczyna się prawdziwa droga przez mękę. Okazało się, że nie można kupić biletu na rowery, trzeba je natomiast nadać na bagaż w kasie bagażowej. Człowiek obsługujący tę kasę zaliczał się do tego gatunku Węgrów, z którymi poza ojczystą mową ni w ząb nie pogadasz. W końcu załapał o co nam chodzi, ale okazało się, że musimy u niego zostawić same rowery, a bagaż zabrać ze sobą. Ponieważ z kasy na perony był spory kawałek, bagaże musieliśmy przenieść ręcznie - co wiązało się z pewnym ryzykiem, bo na jeden raz nie udało się nam wszystkiego zabrać (do takiej operacji potrzeba min.3 osób - jedna pilnuje w miejscu z którego bagaż się bierze, druga przenosi, a trzecia pilnuje w miejscu docelowym). Koniec końców udało nam się dotrzeć (bez strat w bagażu) do pociągu i załadować wszystkie rumple do wagonu; w pełni usatysfakcjonowani byliśmy, gdy udało nam się zobaczyć przez okno nasze rowery w wagonie bagażowym. Jedynym plusem takiego rozwiązania (nadawania rowerów) było to, że nie ma z nimi żadnych kłopotów na granicach - czegoś co przerabialiśmy w Zebrzydowicach. Z perspektywy czasu i doświadczeń w tej dziedzinie mogę stwierdzić, że znacznie wygodniejsze jest podróżowanie autokarem - co prawda człowiek przy załadunku jest na łasce kierowców, ale ci zwykle po uiszczeniu pewnego "bakszyszu"(ukrytego pod postacią opłaty za nadbagaż) zezwalają na zabranie roweru. Natomiast na kolei panuje niesamowita biurokracja, szczególnie jeśli chodzi o transport międzynarodowy; ponadto kolej w każdym kraju ma swoje własne przepisy co do przewozu bagażu, łatwo można zostać jak my z bagażem w ręku i bez rowerów, co jest sytuacją szalenie niewygodną.

Podsumowanie

W sumie na wyprawie Praga-Wiedeń-Bratysława-Budapeszt przejechaliśmy 1076,5km, prędkość maksymalna to 68,1km/h (z Pannonhalmy), najdłuższy odcinek dzienny - 127,8km (Alsoors-Budapeszt), liczba dni z odcinkami powyżej 100km - 4. Choć nasza trasa nie była może specjalnie ambitna to jednak na debiut, jeśli chodzi o samodzielne wyjazdy nadawała się doskonale, było wszystkiego po trochu - gór, nizin, pięknych miast i ich wspaniałych zabytków. Ponadto trafiliśmy na doskonałą pogodę, z deszczem zetknęliśmy się jedynie symbolicznie. Sukces wyprawy spowodował, że naprawdę przekonaliśmy się do tej formy spędzania wolnego czasu i już pod koniec tego wyjazdu rozpoczęliśmy planowanie kolejnego. tym razem cel miał być zdecydowanie ambitniejszy - Rzym.