STOLICE NADDUNAJSKIE 1998




VI dzień - Brno - Żidlichovice - Dolni Vestonice - Lednice

DST 68,8 km - AVS 20,1 km/h - MAX 48,2 km/h

Wyjazd z Brna należy do mało przyjemnych - jedzie się główną dwupasmową szosą, dopiero przed Rajhradem zjeżdżamy na boczną drogę do Żidlichovic. Temperatura zrobiła się znacznie znośniejsza, ok.25'C - idealna na rower. Na drodze do Dolnich Vestonic zaliczamy ciekawy przejazd groblą przez jezioro utworzone na rzece Dyje. Z Brna do Lednic praktycznie nie ma żadnych wzniesień, więc odcinek przejechaliśmy dość szybko i po krótkim poszukiwaniu kempingu (jest trochę za Lednicami) jazdę kończymy już ok.godz. 15.

VII dzień - Lednice - Mikulov - [A] - Poysdorf - Mistelbach - Wiedeń

DST 113,2 km - AVS 20,1 km/h - MAX 53,1 km/h

Z Lednic szybko pokonujemy odcinek do Mikulova zakończony efektownym zjazdem z pięknym widokiem na miasto. Po ostatnich zakupach przed "Zachodem" jedziemy na nasze pierwsze rowerowe przejście graniczne i bez problemów wjeżdżamy do Austrii. Kawałek za granicą przeżywamy zabawną sytuację, choć mogła skończyć się mniej ciekawie. Otóż jadąc na przedzie obróciłem się do Marcina zachwalając mu idealnie gładki austriacki asfalt; kierownicę trzymałem jedną ręką i rower lekko skręcił co wystarczyło bym dogłębniej zapoznał się z właściwościami produktu, który tak zachwalałem. Na szczęście poza drobnymi obtarciami i rozerwaną boczną kieszonką w sakwie nic mi się nie stało, ale gdyby Marcin na czas nie wyhamował mogło być sporo gorzej.Pierwsze miasteczko - Poysdorf robi bardzo przyjemne wrażenie - idealny "niemiecki" porządek i czystość; na oko widać znaczną różnicę w zarobkach pomiędzy Czechami i Austrią. Choć jak dla mnie austriackiemu budownictwu brakuje tej pewnej dozy fantazji i nieregularności charakteryzującej czeskie, wszystko jest tu dość podobne i po pewnym czasie lekko nudzi. Na drodze z Mikulova do Wiednia przeważają samochody z polskimi rejestracjami - to bardzo często wybierana przez naszych rodaków trasa do Austrii i dalej nad Adriatyk. Zbaczając z głównej szosy zwiedzamy Mistelbach, zaznaczony na mapie jako "ramkowy" (szczególnie ciekawy). Wjazd do Wiednia lekko przytłacza - jest to wielkie miasto i jeszcze większy ruch. Koncentrujemy się na znalezieniu noclegu, zwiedzanie zostawiając sobie na jutro. Ale nie jest z tym tak prosto, nawet w schroniskach młodzieżowych, ceny jak dla Polaków są bardzo wysokie (ponad 70zł na wieloosobowej sali). W końcu trafiamy do przykościelnego schroniska, prowadzonego przez księdza przy Lechnerstrasse, gdzie zapłaciliśmy ok.80zł, ale za dwie noce. Budynek schroniska jest wprost niesamowity - mieści się w wysokiej dzwonnicy, a nam przydzielono pokój na 9 piętrze. Nie lada kłopotem było wtarganie bagażu na tą wysokość (windy niestety nie ma), podczas której to czynności moja lampka, po upadku przez pół piętra kończy swój żywot.

VIII dzień - zwiedzanie Wiednia

DST 31,6 km - AVS 16,5 km/h - MAX 36,4 km/h

Wcześnie rano zbudził nas dźwięk dzwonów kościelnych, na 9 piętrze autentycznie było czuć jak budynek się lekko kołysze. Na zwiedzanie miasta wyruszyliśmy oczywiście rowerami, bez bagażu początkowo jedzie się nieco dziwnie i trochę zarzuca tyłem, szczególnie przy ruszaniu. Objechaliśmy tzw. ringiem całe centrum ze wspaniałymi parkami i pałacem Hofburg; następnie udaliśmy się do Schoenbrun, gdzie po zostawieniu przypiętych rowerów na zewnątrz udajemy się na zwiedzanie pałacu. Wiedeń, jeśli chodzi o klasę zabytków porównywalny jest z Pragą, tutejsza architektura jest bardziej monumentalna, trochę brakuje tej finezji, charakteryzującej stolicę Czech. Natomiast w centrum jest znacznie więcej zieleni, coś czego w Pradze zdecydowanie brakuje.

IX dzień - Wiedeń - Leopoldsdorf - Hainburg - [SK] - Bratysława

DST 113,1 km - AVS 20,4 km/h - MAX 51,4 km/h

Po opuszczeniu Wiednia zaczął się chyba najnudniejszy kawałek naszej trasy - przejazd przez Pola Marsowe, gdzie poza kukurydzą i zbożem nic innego nie ma, a na domiar złego powrócił ponad 30 stopniowy upał. Dunaj ponownie (pierwszy raz w Wiedniu) przekraczamy przed uroczym Hainburgiem, gdzie zatrzymujemy się na postój. Rzeka ma tu normalny kolor, w kontraście do tego idealnie turkusowego (aż się oczom nie chciało wierzyć) w Wiedniu, prawdopodobnie muszą tam czymś wykładać dno. Granicę słowacką przekroczyliśmy bez problemów i po kilku km wjeżdżamy do Bratysławy. Pierwsze wrażenie jest dość nieciekawe - przejeżdża się przez okropne blokowisko w dzielnicy Petżalka. Kapitalny jest natomiast charakterystyczny most na Dunaju - wizytówka Bratysławy, widok z niego na bratysławski Hrad też robi wrażenie. Podjechaliśmy pod sam zamek i ku naszemu zdziwieniu okazało się, że jego tylnej części po prostu nie ma! Dotarliśmy także na zaznaczone na mapie Stare Miasto, ale stare to jest jedynie z nazwy, nie ma tam absolutnie nic interesującego, nawet namiastki jakiegoś rynku. Ogólnie rzecz biorąc ścisłe centrum miasta jest niebrzydkie, ale poza tym niewiele jest tu godnego uwagi - i słowackiej stolicy na pewno nie da się porównywać z Pragą czy Wiedniem. Na nocleg zatrzymujemy się na położonym na płn-wsch. krańcu miasta wielkim kempingu Zlate Piesky. Wieczorem jeszcze raz pojechałem do centrum (Marcin któremu miasto mimo pewnych braków przypadło do gustu musiał zostać by pilnować suszącego się przepoconego od braku wentylacji w namiocie śpiwora) i trzeba przyznać, że "by night" Bratysława wygląda zdecydowanie lepiej.

X dzień - Bratysława - Gabcikovo - [H] - Gyor

DST 90,9 km - AVS 20,5 km/h - MAX 33,2 km/h

Kolejny dzień to trasa bez historii - większość trasy przebiega przez typowo nizinne tereny wzdłuż Dunaju, pogoda wciąż świetna (ok.30'C); jedynym urozmaiceniem był przejazd niedaleko słowackiej elektrowni atomowej w Gabcikovie. Na przejściu granicznym w drodze do Gyoru odprawa słowacka jest po jednej stronie Dunaju, węgierska po drugiej. Kawałek za przejściem na drodze pojawia się zakaz jazdy dla rowerów - prawdziwa zmora węgierskich szos, aczkolwiek trzeba przyznać praktycznie przez nikogo nie przestrzegany i również nie egzekwowany; nie mając żadnej alternatywy poza powrotem do Słowacji jedziemy i my. Sam Gyor to mało ciekawe miasto o raczej przemysłowym charakterze. Na miejscowym kempingu mieszka grupka Cyganów, których dzieci pożyczają od nas rowery na parę rundek, a od Marcina udaje im się wyciągnąć także i szampon.

DALEJ >>>