STOLICE NADDUNAJSKIE 1998




Wstęp

Po wielu przygotowaniach wsiadamy w Warszawie do pociągu do Pragi. Odjazdowi towarzyszy małe zamieszanie; okazało się, że na dworcu Warszawa-Wschodnia nie można kupić biletów bagażowych na przejazd międzynarodowy. Na szczęście odwoził nas samochodem mój tata, mieliśmy też trochę czasu w zapasie - pojechaliśmy więc na Centralny. Ale i tam bilety bagażowe można było kupić jedynie do Zebrzydowic- nie ma to jak PKP ! W Zebrzydowicach (ostatnia stacja po polskiej stronie) kolejarz bezczelnie wymusił na nas łapówkę po 20 zł za rower za przejechanie 2km odcinka do pierwszej czeskiej stacji, gdzie można było kupić bilety na rowery do Pragi. Za te 2km więcej zapłaciliśmy niż za odcinek od granicy do Pragi. Żeby oficjalnie przejechać granicę koleją z rowerem trzeba by go odpowiednio wcześniej nadać na Centralnym i też bez 100% pewności, że na miejscu się z rowerem nie rozminie (czytałem o takich przypadkach) - a zostać ze strasznie nieporęcznym do noszenia bagażem rowerowym bez roweru w centrum dużego miasta to nic przyjemnego.

I dzień - zwiedzanie Pragi

DST 55,3 km - AVS 15,4 km/h - MAX 36,7 km/h

       Rano dotarliśmy do Pragi, po odebraniu rowerów załadowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy na poszukiwanie schroniska młodzieżowego, w którym mieliśmy zamiar nocować. Już sam praski dworzec - Hlavni Nadrażi dobrze usposabia do zwiedzania, w porównaniu z naszym Centralnym - czysty, brak bezdomnych i wszechobecnego zapachu moczu; z zewnątrz to stylowy budynek prezentujący się o niebo lepiej od Centralnego. W miarę odkrywania Praga robi na nas kolosalne wrażenie (obaj jesteśmy tu po raz pierwszy), przy całym szacunku dla naszej stolicy, to miasto przerasta ją o głowę, z pewnością można je uznać za jedno z najpiękniejszych w całej Europie, w zestawieniu z takimi "perłami" jak Rzym, Wiedeń czy też Paryż. Zwiedzamy Stare Miasto ze słynnym Vaclavskim Namesti, dzielnicę żydowską Josefov, urokliwą Malą Stranę, wjechaliśmy na Hradczany, z których można obejrzeć wspaniałą panoramę miasta; byliśmy w katedrze św. Wita i na kameralnej Złotej Uliczce. W czasie przejażdżki nad Wełtawą z roweru Marcina odpadł pedał, sytuacja wyglądała nieciekawie - pierwszy dzień i już taka awaria! Gwint na pedale był zjechany, a co gorsza ten w korbie również; nie najlepiej zapowiadało się też ewentualne zdjęcie całej korby - gwint pod ściągacz też był "ruszony" podczas wcześniejszego odkręcania śrub. Jakoś udało się dojechać do sklepu rowerowego (stosując m.in. patyk w otworze korby i jazdę na jedną nogę), gdzie Marcin kupił nowe pedały. Ku mojemu zdziwieniu jakimś cudem udało się je dokręcić (stosując klasyczną metodę "na chama") , co oszczędziło dalszych kłopotów z wymianą korby i wkładu suportowego (gdyby korby nie dało się zdjąć to trzeba by przepiłować oś suportową). Nocleg znależliśmy w "pseudo" schronisku młodzieżowym w dzielnicy Holesovice (aż po ok. 45 zł od osoby); z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że najlepszym rozwiązaniem na tani nocleg w Pradze jest jeden z wielu przydomowych kempingów (10-20zł).

II dzień - Praga - Kutna Hora - Zbysov

DST 98 km - AVS 18,8 km/h - MAX 56,1 km/h

Ponieważ Holesovice są położone w północnej części Pragi, a my mieliśmy zamiar wyjechać z miasta drogą prowadzącą na płd.-wsch. (na Ricany) - przebijamy się więc przez prawie całą stolicę Czech - a wschodnie dzielnice to już nic ciekawego, za to samochodów prawdziwe zatrzęsienie, trafiajš się też spore kawałki niewygodnej do jazdy z bagażem kostki. Tak naprawdę ruch "normalnej klasy" zaczyna się dopiero za Ricanami. Trasa za miastem od razu robi się mocno pagórkowata i choć nie są to duże przewyższenia to jednak dają w kość. Szczególnie zapadła nam w pamięć krótka ścianka przed Vyżlovką - wjeżdżając do wioski trzeba się naprawdę "wyżyłować". Małe miasteczka w tym rejonie wyglądają sporo lepiej niż w Polsce, przede wszystkim jest znacznie czyściej; klimatu dodaje stylowa kostka, którą się co jakiś czas napotyka (choć jazdy nie ułatwia). Dojeżdżając do Kutnej Hory byliśmy już trochę podmęczeni licznymi hopkami i na zwiedzanie nie mieliśmy specjalnej ochoty. Kilkanaście kilometrów dalej przejeżdżamy przez swoisty relikt minionej epoki - wioskę Strampouch, choć niewielką, za to w całości pokrytą siecią głośników i to nadających cały czas dość głośno. W końcu docieramy na ładnie położony (w lesie) kemping w Zbysovie, gdzie po raz pierwszy rozbijamy nasze namioty (Marcin ma specjalny namiot rowerowy, gdzie za maszt robi sam rower; plusem takiego rozwiązania jest bardzo niska waga (ok. 1kg), minusem natomiast kiepska wentylacja i brud w środku po ewentualnej jeździe w deszczu).

III dzień - Zbysov - Chotebor - Tre Studne

DST 75,2 km - AVS 18,6 km/h - MAX 51,4 km/h

Pogodę cały czas mamy wyśmienitą, pełne słońce non-stop; jest również bardzo gorąco (32-34'C) co przy wyczerpującej jeździe po górach już takie dobre nie jest. Na początek dnia mamy zjazd do Golcuv-Jenikov, następnie jakieś 150m podjazdu do Vilemova - i tak właściwie cały dzień góra-dół, odcinków płaskich praktycznie nie ma. W Choteborze zatrzymujemy się na wyśmienite lody, w dodatku bardzo tanie (4 korony za kulkę, a kulki ze dwa razy takie jak u nas). Dzień kończy porządny podjazd (ok. 250m) pod Tre Studnie. Kemping w wiosce ulokowany jest przepięknie w lesie tuż nad brzegiem małego górskiego jeziorka i jak większość kempingów w Czechach tani (średnia cena to 10-15zł).

IV dzień - Tre Studne - Novo Mesto - Boskovice - Suchy

DST 73,6 km - AVS 17,9 km/h - MAX 62,4 km/h

Dzień rozpoczyna się od wspaniałego zjadu do Novego Mesta n.Morave; mój licznik dochodzi do 62,4km/h po czym przestaje kontaktować, a mogło być pod 70km/h! Przed wyjazdem podkusiło mnie do zakupu bezprzewodowego zestawu do licznika Sigma (ponieważ zdarzało mi się wcześniej zrywać kabelki), który okazał się bardzo kiepskim rozwiązaniem. Wieczne problemy z kontaktowaniem odbiornika na kierownicy z nadajnikiem na widelcu koła, strasznie szybko wyczerpujące się baterie w obu tych urządzeniach - jednym słowem szkoda zachodu, lepiej kupić zapasowe kabelki, wyjdzie to sporo taniej, a komfort nieporównanie większy. Może obecnie produkowane tego typu urządzenia odznaczają się lepszą precyzją, ale te na rok 1998 były guzik warte. Za Novym Mestem zaczęła się najcięższa przeprawa jaką mieliśmy na tym wyjeździe - coraz cięższe i dłuższe podjazdy Cesko-Moravskiej Vrchoviny, do tego niesamowity upał do 36'C w cieniu. Do Boskovic docieramy zdrowo zmordowani; w mieście Marcin wprawia mnie w niezłe zdumienie, kupując (i natychmiast konsumując) przy tym upale 20dkg kiełbasy (ja marzyłem o lodach i zmrożonej coli) - tylko podziwiać! Na podjeżdzie za Boskovicami obaj porządnie "siadamy" i decydujemy się na skrócenie dzisiejszego etapu (mieliśmy dojechać aż do Brna, co było zupełnie nierealne) zatrzymując się na nocleg na kempingu w pobliskich Suchach.

V dzień - Suchy - Sloup - Macocha - Brno

DST 64,9 km - AVS 19,1 km/h - MAX 55,4 km/h

Kolejny dzień zaczyna się dość malowniczą drogą w kierunku słynnej morawskiej jaskini - Macochy. Niestety na miejscu okazało się, że najbliższe do dostania bilety są dopiero na godz. 15-16, a aż tyle czasu nie mieliśmy ochoty czekać, ponadto byłby problem z pozostawieniem rowerów z bagażem na przynajmniej 1,5h (jaskinie zwiedzałem już kilka lat wcześniej, gdy byłem na koloniach na Słowacji - duże wrażenie robi szczególnie kurs łódką po podziemnych grotach). Zdecydowaliśmy się więc jechać do Brna; z jaskiń do tego miasta droga prowadzi generalnie w dół, nie jest też już tak gorąco jak przez ostatnich kilka dni, więc jedzie się całkiem przyjemnie. Samo Brno na kolana raczej nie rzuca, aczkolwiek ciekawy jest widok na miasto z otaczających je wzgórz (z których właśnie przybyliśmy). Nocleg znaleźliśmy w tanim hotelu robotniczym.

DALEJ >>>