RZYM - 2014




XI dzień - Barrea - Isernia - Benewent - Avellino - Celzi



DST 172,4 km - AVS 21,4 km/h - MAX 64,3 km/h - ALT 1911 m


Wstajemy bardzo wcześnie, już o 4, przed wschodem słońca jesteśmy na trasie. Jako, że nocowaliśmy na wysokości niemal 1000m o takiej porze jest jeszcze całkiem chłodno, ledwie 9'C. Ale na początek mamy podjazd przez położoną na zboczu Barreę, więc od razu można się było rozgrzać. Na zjeździe do Alfedeny piękne widoki na równinę przed nami oświetloną pierwszymi promieniami wschodzącego słońca; w samym miasteczku nabieramy wodę w niecodziennym kamiennym źródełku sprzed dwóch wieków (z 1816 roku). Za Alfedeną dłuższy odcinek równiny, który widzieliśmy z góry, następnie krótki podjazd - i zaczął się długi zjazd do Iserni. Jechaliśmy główniejsza drogą (o tej godzinie puściutką) składającą się z samych prostych, więc 50km/h nie schodziło z licznika. Za Isernią dłuższy podjazd na 750m na którym stajemy na krótki postój. W międzyczasie przejeżdżał tędy cały peleton miejscowych rowerzystów jadący w tym samym kierunku co my - Krzysiek postanowił się z nimi zabrać szybszym tempem.
My spokojnie kontynuowaliśmy jazdę w stronę Benewentu, odcinek nieciekawy, wyraźnie się wypłaściło, zaczął przeszkadzać przeciwny wiatr, no i oczywiście zaczął się już upał. Ciekawiej zrobiło się dopiero przed Benewentem, gdy nagle nasza droga zamieniła się w autostradę ;)). Niestety we Włoszech autostrady niepłatne na mapach często są zaznaczane tak samo jak zwykłe główne drogi, wiec można się naciąć. Jako, że nie było sensownej alternatywy, dojazd do miasta inną drogą wymagałby długiego objazdu, a przed nami był długi zjazd - zdecydowaliśmy się pojechać autostradą. I był to bardzo dobry pomysł, bo cały odcinek autostradowy pokonaliśmy szybkim zjazdem, więc długo to nie trwało, a oszczędziło nam długiego objazdu z górami. W samym Benewencie (ledwie 130m) był już piekarnik pod 40'C, więc najwyższa pora na sjestę. Zakupiliśmy w markecie litrowe lody i zatrzymaliśmy się w ładnym parku w centrum miasta. Tymczasem Krzysiek oszukał się na swoim przyspieszaniu za peletonem, musiał gdzieś na trasie przeoczyć naszą dwójkę jadącą w stronę Benewentu, miał też problemy nawigacyjne (mało rozsądnie zabrał ze sobą na wyprawę gps wyposażony jedynie w bardzo niedokładną mapę świata) i dopiero po ustaleniach telefonicznych trafił do parku, jakieś 2h godziny po nas, tracąc cały zysk ze sjesty pozwalającej ominąć największy upał ;).
Ruszamy dopiero o 16, gdy temperatura troszkę już opadać zaczęła (ale dalej sporo powyżej 30'C). Po 15km wjechaliśmy na boczną drogę, na której znowu pojawiły się bardzo ostre ściany koło 20%, na szczęście dużo krótsze niż pod Urbino, w sumie trzeba było wjechać na 600m. Powoli zaczynało się już włoskie południe, coraz głębiej wjeżdżaliśmy w Kampanię - rejon gęsto zaludniony i przede wszystkim bardzo brudny, coraz więcej śmieci się przy drodze pojawiało, coraz gorzej wyglądały zabudowania miast. Taki pierwszy przykład nieprzyjemnej miejskiej jazdy mieliśmy w Avellino, które bardzo długo się ciągnęło, z ulgą wyjechaliśmy z tego miasta. Nocujemy za Celzi, na początku zjazdu, jeszcze na poziomie 400m, bo woleliśmy spać wyżej, zawsze przyjemniejsza temperatura. Miejscówka niespecjalna, sad z leszczynami, ale sad w południowym stylu, czyli podłoże to sam piach.

XII dzień - Celzi - Mercato San Severino - Maiori - Positano - Sorrento - Torre del Greco



DST 143,5 km - AVS 18,2 km/h - MAX 54,8 km/h - ALT 1963 m


Pobudka tradycyjnie o 4, przed 6 jesteśmy na trasie. Na starcie od razu zjeżdżamy na poziom 100m, wjeżdżając do większego miasteczka Mercato San Severino. Tutaj syf włoskiego południa widać już jak na dłoni, o ile wczoraj mieliśmy jedynie takie delikatne preludium - to tu już tracimy złudzenia, miasto jest po prostu obskurne, brzydka zabudowa i mnóstwo śmieci, zarówno tych luźnych walających się po ulicach, jak i dziesiątki worków ze śmieciami stojącymi przy drodze i czekającymi na wywiezienie; a fiołkami oczywiście to wszystko nie pachniało, szczególnie przy tych temperaturach. Całe 30km dojazdu nad morze w ten sposób wyglądało - w skrócie brudne i brzydkie miasta.
Dopiero na wybrzeżu zaczęły się wiele ładniejsze krajobrazy, nadmorska droga przez Maiori i Positano do Sorento to widokowa ekstraklasa, co rusz góra-dół, miasteczka poprzyklejane do górskich zboczy, morze wdzierające się zatokami w skaliste wybrzeże - to robi wielkie wrażenie. Ale uczucia co do tej trasy miałem mieszane - z jednej strony krajobrazowo robi duże wrażenie, z drugiej ruch potężny, a śmieci przy drodze dalej kupy. O ile z taką sytuacją ze śmieciami (choć na pewno nie aż na takim poziomie) w większych miastach Kampanii się liczyłem - to sądziłem, że na atrakcyjnym wybrzeżu chcącym przyciągać masy turystów i z nich żyć, z problemem śmieciowym dla własnego, dobrze rozumianego interesu sobie poradzą, bo w takie miejsca turyści już raczej nie wrócą, znajomych też nie zachęcą. Tymczasem nie - nawet w takim typowo turystycznym rejonie śmieci dalej jest mnóstwo, liczne znaki drogowe proszące o wyrzucanie odpadów do śmietników nie dają żadnego rezultatu. I po tym gdzie te śmieci się pojawiają - widać, że to nie są jedynie problemy z wywozem zwykłych odpadów, a po prostu brak kultury Włochów, którzy mnóstwo rzeczy wyrzucają na drogę przez okna samochodów. Wygląda to fatalnie, w skrócie syf na poziomie Albanii czy krajów arabskich; tego we Włoszech się nie spodziewałem.
W Positano tworzy się potężny korek, wąska droga prowadząca przez wybrzeże w tym mieście ma ciasny zakręt, który korkuje ruch z jednej i z drugiej strony; tutaj akurat robiliśmy krótki postój obawiając się dalszej jazdy w korku. Ale na szczęście za Positano ruch się już wyraźnie uspokoił, za to zaczął się dłuższy podjazd na poziom 300m. Zrobiliśmy tu błąd, zamiast skrócić drogę przez Piano di Sorrento postanowiliśmy objechać cały półwysep, aż do Termini. Ale po tym rozjeździe dróg trasa wyraźnie straciła na atrakcyjności, a doszedł długi podjazd na niemal 500m, generalnie droga przez wybrzeże jest atrakcyjna tak do tego rozjazdu. Z Termini zjeżdżamy bocznymi drogami w dół do Sorrento, tu na placyku robimy sobie długi odpoczynek, choć dzisiaj aż tak gorąco jak ostatnimi dniami nie jest.
Za Sorrento bardzo nieciekawy odcinek - niekończące się miasteczka, co jedno się kończy to drugie zaczyna oraz potężny ruch, często odbywający się na zasadzie wolnej amerykanki. Ten odcinek bardzo zmęczył Marzenę, która nie cierpi ruchu i boi się jeździć po takich ulicach; ja choć regularnie jeżdżąc po Warszawie do ruchu jestem przyzwyczajony też miałem tego dość, bo jazda była okropna. Dlatego z wielką ulgą w Torre del Greco odbijamy w bok u stóp Wezuwiusza (dobrze widocznego już z dużego dystansu). Postanowiliśmy zanocować na zboczach wulkanu, tak by jutro rano móc zaliczyć górę na lekko. Ze znalezieniem miejscówki nie było tak łatwo, bo gdy skończyło się miasteczko przy drodze zaczęła się już porośnięta mchem lawa. Na szczęście trafił się lasek, w którym rozstawiliśmy namioty; niestety jak to w Kampanii - śmieci w nim nie brakowało ;)

XIII dzień - Torre del Greco - Wezuwiusz (1000m) - Neapol - Kapua - Monte Cassino - Arce



DST 173,2 km - AVS 20,4 km/h - MAX 57,8 km/h - ALT 1901 m


Jeszcze po ciemku ruszamy na Wezuwiusz, z podjazdu kapitalnie prezentował się pod nami oświetlony Neapol. Podjazd na wulkan wymagający, z reguły trzyma 8-9%, są też ostrzejsze kawałki. Widokowo jakiegoś wielkiego wrażenia nie robi, większość zboczy góry jest już porośnięta lasami, bo od czasów ostatniego wybuchu to już niemal 2000 lat minęło ;). Dopiero w końcówce lepiej widać stożek wulkanu, podjazd kończy się na wysokości ok. 1000m (końcówka solidnie zaśmiecona), wyżej jest już jedynie wulkaniczna droga dla turystów z płatnym wstępem, o tak wczesnej porze zamknięta i szczelnie zagrodzona. Ale ten punkt pobierania opłat na Wezuwiuszu wyglądał tak jakby się prosił o kolejną erupcję wulkanu - w skrócie smród, brud i ubóstwo, stała tu m.in. obskurna buda, częściowo rozwalona, obłożone to było obleśną czerwoną siatką; jednym słowem okropnie się prezentowało, nawet o takie miejsce, przeznaczone jedynie dla turystów Włosi nie umieli zadbać, wyglądało to jak stróżówka na budowie. Z końca podjazdu mamy niezły widok na Neapol, na tle którego robimy sobie pamiątkowe zdjęcie - po czym ruszamy szybkim zjazdem w dół.
Po zabraniu rzeczy z miejsca naszego noclegu zjeżdżamy do samego Neapolu, którego po wczorajszych przeprawach po miasteczkach wybrzeża mocno się obawialiśmy. Tymczasem okazało się, że mamy sporo szczęścia, bo akurat był 15 sierpnia, który również i we Włoszech jest świętem, dzięki czemu ruch w Neapolu był zdecydowanie mniejszy niż normalnie. Niemniej przejazd przez miasto tej wielkości oraz przyklejone do niego liczne miasteczka zajął nam niemal 40km. Miasto jak się tego po wczorajszych doświadczeniach spodziewaliśmy brzydkie (choć w samym centrum nie byliśmy), bardzo brudne i zaśmiecone, słynne powiedzenie "Zobaczyć Neapol i umrzeć" można teraz przerabiać dodając do niego tekst "...ze smrodu" :)).
Tak więc aglomerację opuszczamy z dużą ulgą, ale tak naprawdę dopiero za Kapuą kończą się tereny miejskie. Poza Wezuwiuszem generalnie mieliśmy dziś dość płaską trasę, sporo terenów rolniczych, dopiero w drugiej części dnia, przed Cassino zrobiło się ciekawiej, pojawiło się trochę zielonych gór przy drodze, zaliczaliśmy kilka mniejszych podjazdów. W Cassino robimy postój w McDonaldzie, po czym ruszamy na obowiązkowy punkt dzisiejszego dnia - czyli podjazd na Monte Cassino, gdzie mieści się słynny klasztor, po krwawych walkach zdobyty w 1944 roku przez polskie wojska. Gdy jechałem w maju harmonogram trasy miałem tak ułożony, by dotrzeć tutaj 18 maja, dokładnie w 70 rocznicę zdobycia klasztoru; niestety awaria pokrzyżowała mi plany, tym razem termin (choć nieplanowany) też trafił się symboliczny - 15 sierpnia, czyli Dzień Wojska Polskiego. Sam podjazd dość łatwy, bez większych nachyleń, więc po wszystkich górach, które na tej wyprawie zaliczaliśmy nie zrobił na nas większego wrażenia ;). Duże wrażenie robi natomiast położenie polskiego cmentarza oraz samego klasztoru. Cmentarz ulokowany jest na wzgórzu, które mała przełęcz którą idzie szosa oddziela od drugiego wzgórza na którym leży klasztor; pozycja niewątpliwie o dużych walorach obronnych, dlatego Niemcy tak długo się tu bronili i pokonanie ich wymagało tak wielu ofiar. Cmentarz dokładnie zwiedziliśmy, są tutaj pochowani również polscy dowódcy tej bitwy, zmarli już po wojnie - generałowie Władysław Anders oraz Bronisław Duch, którzy chcieli spoczywać razem ze swoimi żołnierzami.
Z Monte Cassino pociągnęliśmy jeszcze ok. 30km, rozkładając się w sadzie oliwkowym, kawałek za Arce.

XIV dzień - Arce - Frosinone - Colleferro - Castel Gandolfo - Rzym - Ciampino



DST 150 km - AVS 20,1 km/h - MAX 51,5 km/h - ALT 1370 m


Dzisiejszego dnia kulminacja naszej wyprawy, czyli dojazd do Rzymu. Odcinek dojazdowy nie za specjalny, pierwszy kawałek w rejonie Frosinone jeszcze ciekawy, później drogi się trochę zepsuły. Jako, ze dziś dystans nie taki duży, więc nie musimy się spieszyć, na większy postój stajemy w Colleferro pod dużym marketem w którym robiliśmy zakupy. Za miastem zaczyna się trochę górek i sporo brzydkich dróg, ze sporym ruchem, dużą ilością śmieci oraz tirówek na trasie, do tego jeszcze jadę z solidnie spuchniętą ręką, bo mnie coś nieźle dziabnęło w namiocie. Dopiero w rejonie Lago Albano robi się ciekawiej, nad samo jezioro docieramy zjazdem. Trafił się tu punkt widokowy na niebrzydkie jezioro, było trochę zieleni na której można się było położyć, więc postanowiliśmy tutaj zrobić długą sjesję, bo do Rzymu planowaliśmy wjeżdżać dopiero wieczorem tak by uniknąć dużego ruchu. Byczyliśmy się tu aż ponad 3h, dopiero po 16 ruszyliśmy w dalszą drogę. Zrobiliśmy sobie krótką rundkę po urokliwym, ale maciupeńkim Castel Gandolfo, następnie wjechaliśmy na Via Appia Nuova, którą jechaliśmy już do samego centrum Rzymu.
Jazda w miarę wygodna, bo droga prosto i bez komplikacji doprowadzała do samego centrum miasta, do tego jechaliśmy w dół i z wiatrem w plecy. Przejeżdżając koło lotniska Ciampino z którego mieliśmy jutro o świcie wracać znaleźliśmy sobie miejscówkę na nocleg, tak by w drodze powrotnej z Rzymu nie tracić czasu na szukanie po nocy. Pod tabliczką z napisem "Roma" oczywiście strzelamy sobie triumfalne zdjęcie; im bliżej centrum tym jazda robiła się mniej wygodna, więcej samochodów i świateł. W centrum trafiło się trochę bruku, zrobiliśmy sobie tutaj krótką pętelkę po rzymskich zabytkach, miasto robi wielkie wrażenie, absolutna czołówka europejska, zresztą kto był - temu nie trzeba reklamować. Nieźle trafiliśmy, bo była to sobota i część ulic w centrum była zamknięta dla samochodów, przede wszystkim szeroka Via dei Fori Imperiali prowadząca pod samo Koloseum. Pod Koloseum zatrzymaliśmy się w knajpce na pizzę, pogoda świetna, więc jedliśmy na stolikach na zewnątrz obserwując życie miasta. Już o zmierzchu zrobiliśmy jeszcze rundkę dookoła Koloseum i pojechaliśmy w kierunku Watykanu, przejeżdżając koło pięknie oświetlonego Zamku Świętego Anioła. Sama Bazylika Świętego Piotra była już zamknięta, zresztą i tak kościołów nie planowaliśmy zwiedzać, posiedzieliśmy więc sobie z godzinę na schodach monumentalnej watykańskiej kolumnady otaczającej plac Świętego Piotra, dumając nad sensem życia ;)
Nocą wracamy przez Rzym (wyjazd z centrum mimo, że było po 22 nadspodziewanie ruchliwy), w tę stronę już się tak gładko nie jechało - pod wiatr i pod górę, ale kawałek nie był taki długi. Dojeżdżamy do naszej miejscówki, rozstawiamy namioty i kładziemy się na króciutki sen, bo wstawaliśmy koło 3 by się wyrobić na samochód. A nasza ostatnia miejscówka to nie był jakiś ogryzek - bo spaliśmy na samej Via Appia Antica, czyli jednej z głównych dróg imperium rzymskiego, którą swego czasu niejeden cezar przejeżdżał i niejeden rzymski legion maszerował!
Rano po ciemku po raz ostatni na wyprawie składamy obozowisko - i ruszamy na położone 2km od nas lotnisko. Składanie rowerów i bagażu na lot standardowo upierdliwe, ale obeszło się bez problemów, lot przyjemny, po ponad 2h lądujemy w Modlinie, krótki kawałek na stację PKP i pociągiem wracamy do Warszawy, Marzenie i Krzyśkowi udało się wyrobić na pasujący im pociąg do Poznania - i tak zakończyła się nasza piękna wyprawa :)).

Podsumowanie

Wyprawa zdecydowanie udana (choć zgrzytu nie uniknęliśmy), udało nam się przejechać całą zakładaną trasę z Wiednia do Rzymu, jedynie na najbardziej górzystych dniach się rozdzielaliśmy, ale to nie wpłynęło na ciągłość trasy, bo udało się bardzo sensownie trasę przerabiać. Celem wyjazdu były przede wszystkim góry i tych zaliczyliśmy prawdziwe mnóstwo, najpierw w Austrii (z Hochtorem na czele), a następnie we Włoszech - zarówno w Alpach (Dolomity) jak i w Apeninach. Kwestie urlopowe wymusiły taki, nie inny termin wyjazdu, na środkowe Włochy nie najszczęśliwszy ze względu na duże upały w sierpniu. Ale przy odpowiedniej organizacji jazdy i bardzo wczesnym wstawaniu dało się ten wpływ zauważalnie zminimalizować. A z drugiej strony - deszczu mieliśmy symboliczne ilości, jeden trochę większy opad przez niecałą godzinę i kilka krótkich mżawek, jak na dwutygodniową wyprawę to rewelacyjny wynik.