RZYM - 2014




VI dzień - Passo Fedaia - Caprile - Passo Staulanza (1773m) - Villanova - Vittorio Veneto - Treviso - Mestre - Lughetto



DST 188,7 km - AVS 24 km/h - MAX 86,4 km/h - ALT 1206 m


Rankiem oczywiście zimno, choć nocą nie zmarzliśmy, a ze względu, że nasza trasa zaczyna się od długiego i szybkiego zjazdu ubieramy się we wszystkie posiadane ciuchy. Początek piękny, przejazd wzdłuż długiego na ponad kilometr jeziora zaporowego na przełęczy, pogoda jest perfekcyjna, duża przejrzystość powietrza, bez jednej chmury, lodowiec Marmolady - najwyższy szczyt Dolomitów widać jak na dłoni, pięknie odbija się w czystych wodach jeziora. Z przełęczy kolejny atomowy zjazd, z odcinkiem prostej na której znowu pociągnąłem ponad 85km/h, a Krzysiek kolejny raz przekroczył 90km/h poprawiając lekko wynik z Turracher. W Malga Ciapella dłuższa regulacja roweru Marzeny, w trakcie której strasznie splątał się łańcuch, nieźle się naszarpaliśmy, żeby go poprowadzić poprawnie. Zjazd kończył się w Canazei na poziomie 1000m, gdzie od razu zaczynał się ostatni już podjazd w Dolomitach na Passo Staulanza. Generalnie góra dość łatwa, dużo wypłaszczeń, jedynie przed Selvą były odcinki przekraczające 10%. Widokowo niebrzydko, przełęcz jest położona w rejonie masywu Civetty, który szczególnie ze zjazdu robi duże wrażenie. Ze Staulanzy - czeka nas bardzo długi zjazd, którym opuszczamy Alpy na dobre, zjeżdżając w stronę Niziny Padańskiej. Wraz ze spadkiem wysokości szybko rośnie temperatura, gdy docieramy do szerokiej doliny Piave już wyraźnie przekracza 30'C; i to pod znakiem upałów przebiegała druga część naszej wyprawy do Rzymu, środkowe Włochy w sierpniu to nie jest optymalny termin na jazdę rowerem ;))
Dalsza część dzisiejszej trasy to łagodnie w dół w stronę Morza Adriatyckiego, jedynie nad jeziorem Lago di Santa Croce trafił się ok. 100m podjazd. Wrażenie zrobił na nas przejazd wąskimi uliczkami Vittorio Veneto, kawałek dalej zatrzymujemy się na solidną porcję lodów, które przy tej temperaturze były obowiązkowe ;). Przed mostem nad Piavą trochę się pogubliliśmy, najpierw ja zatrzymałem się, żeby się załatwić, później rozpocząłem gonienie, ale przez długi czas szybkiej jazdy nie zauważyłem Marzeny i Krzyśka, dopiero w Treviso doszedłem do wniosku, że musieli gdzieś stanąć po drodze - i tak było w rzeczywistości, podobno Krzysiek mnie widział jadącego, ale nie zawołał, a ja ich nie zauważyłem. Koniec końców spotykamy się w końcu w parku w Treviso, tu robimy długi postój, w tej temperaturze miło było poleżeć na trawie w cieniu, obok była tez pompa, którą można było wykorzystać do umycia się. Końcówka dnia niespecjalna, ruchliwe drogi przed Mestre, oraz przejazd przez to miasto, do Wenecji zdecydowaliśmy się nie zjeżdżać, zwiedzanie jej z rowerami to słaby pomysł, trzeba by je przenosić przez dziesiątki kanałów; poza tym dystans też już zrobiliśmy bardzo solidny. Za Mestre zaczęliśmy się więc rozglądać za miejscówką, której długo się naszukaliśmy, bo zaczęły się już rolnicze tereny Niziny Padańskiej, gdzie pełno było kanałów i ogrodzeń, dopiero po jakiś 10km rozbiliśmy się przy polu kukurydzy; jak tego można było oczekiwać - komarów były całe masy.

VII dzień - Lughetto - Cavarzere - Codigoro - Ravenna - Igea Marina - Calore



DST 191,5 km - AVS 24,1 km/h - MAX 45,5 km/h - ALT 406 m


Dziś czeka nas długi przerzutowy odcinek w rejon San Marino. Wyjeżdżamy bardzo wcześnie, już o 5 wstajemy, a przed 7 jesteśmy na rowerach bo o tej porze temperatura do jazdy jest sporo korzystniejsza niż w środku dnia. Po niecałych 15km opuszczamy główną, bardzo ruchliwą drogę do Ravenny i jedziemy boczniejszymi przez Cavarzere i Codigoro. Trasa zupełnie płaska, więc jedzie się bardzo sprawnie, w okolicach 25km/h. Za Adrią po przekroczeniu Padu (bardzo szerokiego w tym rejonie, dużo szerszemu niż Wisła w Warszawie) dłuższy postój na stacji benzynowej, gdzie Marzena ku swojej radości wreszcie mogła umyć włosy ;)). Dalej sporo bocznych dróg, powoli zaczyna się robić coraz upalniej, tak więc przed powrotem na główną drogę w Porto Garibaldi ma już zastosowanie zakładanie na siebie zmoczonych koszulek. W ładnym centrum Ravenny drugi postój na lody, kawałek za miastem zabawne wydarzenie - mijali nas z naprzeciwka sakwiarze, ja nie zwróciłem na nich uwagi, ale Krzysiek krzyknął, że to jechał Remigiusz z żoną. Postanowiliśmy więc wykorzystać taką niezwykłą okazję i zawrócić, ale że ciężko było przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy i trochę czasu się na to zeszło, więc pościg tempem ze 35km/h trwał parę kilometrów. No i niestety okazał się chybiony - bo było to co prawda małżeństwo Polaków, ale oczywiście nie Remigiusz, bo ten przecież na wyprawy zawsze jeździ z córką na co za późno wpadliśmy ;)).
Dalsza część dnia to nieciekawy odcinek wzdłuż bardzo ruchliwego wybrzeża, wkrótce trzeba było zjechać z głównej trasy, bo ta przeszła w autostradę, do tego przyplątał się przeciwny wiatr, który wyraźnie zaczął przeszkadzać, jedyny plus, że w końcu w Decathlonie udało mi się kupić zapasowe kółeczka do przerzutki. Po drodze przekraczamy też słynny z czasów rzymskich Rubikon, który zupełnie nie wygląda na miarę legend - w skrócie prezentuje się jak większy ściek... W Igea Martina zjeżdżamy nad samo morze, żeby mieć "zaliczony" Adriatyk, osobiście kurorty tego typu zupełnie mi nie przypadają do gustu, wszystkie są robione na jedno kopyto. Za Igeą odbijamy wreszcie w głąb lądu, zatrzymujemy się też na solidny obiad w pizzeri, bo wizyta we Włoszech bez pizzy zupełnie się nie liczy ;). Na sam koniec dnia, już po zmroku zaliczamy ostrą 100m ścianę z nachyleniem 15% i na zjeździe z niej rozstawiamy namioty na wzgórzu z pięknym widokiem na elegancko podświetlone San Marino.

VIII dzień - Lughetto - [RSM] - San Marino - [I] - Urbino - Gubbio



DST 132,8 km - AVS 18,5 km/h - MAX 63,5 km/h - ALT 2318 m


Pobudka wcześnie rano i od razu ruszamy do San Marino, po kilku km dojeżdżając do głównej drogi. O tej godzinie w niedzielę ruch był symboliczny, tak więc podjazd zaliczamy bardzo sprawnie, nie brakuje tu rowerzystów, mijają nas całe peletony szosowców. Przejechaliśmy przez dolną część miasta, na sam szczyt Monte Titano już się nie ładując, udało się też trafić parę czynnych sklepów, między innymi Marzenie udało się zakupić pamiątkowe magnesy na lodówkę, obowiązkowy przy zaliczaniu kolejnego państwa, też zacząłem je zbierać ;). Przy wyjeździe z San Marino pomyliłem drogę, co kosztowało nas z 80-100m dodatkowego podjazdu (pomyłki na zjazdach bywają bardzo bolesne :). Droga z San Marino do Urbino dała nam nieźle popalić, aż roi się tu od podjazdów, co chwilę wjeżdża się na wysokie wzgórze, by szybkim zjazdem dotrzeć na poziom rzek położonych nawet i 300-400m niżej. Do tego szybko zaczyna się robić coraz upalniej, temperatura dochodzi do 36-37'C, a to na podjazdach nieźle daje w kość, pot leje się strumieniami. Widokowo niebrzydko, sporo wzgórz na horyzoncie, choć przypuszczam, że wiele ładniej jest tu wiosną, gdy więcej tu soczystej zieleni, obecnie kolorystyka jest bardziej "wyschnięta".
Kawałek przed samym Urbino popełniliśmy spory błąd, zamiast pojechać główniejszą drogą zjechaliśmy w Schieti na boczną. Od razu na początku trafił się bardzo ostry zjazd koło 20% wąskimi krętymi uliczkami miasteczka, zaraz za nim przywitał nas znak drogowy informujący z kolei o podjeździe 20%. Prawdziwa ściana płaczu, faktycznie było aż 23%, ja jeszcze to wciągnąłem, ale dla Krzyśka i Marzeny było to już za dużo, musieli podprowadzać w tym strasznym upale, co Marzenę bardzo zmęczyło. A góra była bardzo długa, ze 300m w pionie, za tą piekielną ścianą nachylenie cały czas trzymało w okolicach 10%, co jakiś czas skacząc sporo wyżej. Tak wiec straciliśmy na ten cały podjazd kupę czasu i sił, bo ta skala nachylenia przy szosowych przełożeniach bardzo obciąża mięśnie, na dwóch tarczach da się jeszcze sensownie jechać koło 9-10%, więcej to już się zaczyna siłowe przepychanie, które szybko wysysa siły. Z wielką ulgą docieramy w końcu do głównej drogi na poziomie 400m, stąd już do Urbino jest łagodniej. Samo miasto robi wrażenie, dużo starych kamiennych budowli położonych na ostrym zboczu, po starym mieście jeździ się po bruku, a nie brakuje ścianek powyżej 10%, my na szczęście już tylko tu zjeżdżaliśmy. Zmęczeni upałem i tą piekielną ścianą robimy sobie długi postój pod kamienną kolumnadą; przy takim upale od razu docenia się prawdziwą jakość starego budownictwa, posiedzieć na marmurowej posadzce w taki gorąc to sama przyjemność ;))
Za Urbino zaliczamy jeszcze jedną większą górę, po czym dojeżdżamy do główniejszej drogi, którą dość sprawnie jechało się w górę doliny, Podjazd skończył się na poziomie ok. 630m ponad kilometrowym tunelem, z którego długim zjazdem dotarliśmy do Gubbio, gdzie zrobiliśmy zakupy na biwak. Wyjechaliśmy jeszcze kilka km za miasto, po drodze mieliśmy też okazję obserwować lokalny wyścig kolarski, peleton tylko nam gwizdnął lecąc ponad 50km/h; kawałek dalej rozbiliśmy się na sporej łące. Jako, że dziś przejechaliśmy sporo mniej niż w planach, które były zdecydowanie za ambitne - postanowiliśmy nieco skrócić dzienne dystanse trudne do osiągnięcia przy tej ilości gór i w tym upale, dzięki wykorzystaniu dnia rezerwowego przeznaczonego na zwiedzanie Rzymu. A jako, że zwiedzanie tak wielkiego miasta na rowerze średnio się sprawdza nie było czego żałować. A na jutrzejszy dzień uzgodniliśmy, że pojedziemy innymi trasami - Marzena z Krzyśkiem pojadą mniej górzystą trasą z Asyża do Rieti, ja natomiast pojadę górami.

IX dzień - Gubbio - Valfabbrica - Asyż - Foligno - Leonessa - Monte Terminillo (1884m) - Rieti



DST 186,2 km - AVS 18,1 km/h - MAX 63 km/h - ALT 3771 m


Od razu na starcie ruszam swoim tempem, bo trasa przez Terminillo była sporo dłuższa i trudniejsza, więc wymagała więcej czasu. Na samym początku dwa ładne podjazdy boczną drogą, ładne ze względu na pogodę, bo wcześnie rano było jeszcze dużo mgieł, które bardzo dodawały uroku okolicy. Po dojechaniu do głównej drogi zjazd do Valfabbrica, gdzie zaczęła się kolejna boczna droga, tym razem już piekielnie nachylona ze ścianami pod 20% i średnim nachyleniem grubo powyżej 10%. Na szczycie tej 300m góry wysłałem SMS-a do Marzeny, by się nie ładowała tą drogą i zamiast tego pojechała główną, niestety jak się obawiałem, gdy włączyła telefon było już za późno. Na zjeździe widać już było Bazylikę Świętego Franciszka w Asyżu, by do niej dojechać trzeba było jeszcze zaliczyć podjazd w samym Asyżu. Przejechałem się przez ładne Stare Miasto Asyża, oglądając m.in. charakterystyczną Bazylikę Świętej Klary oraz misternie wykonane religijne malowidła na chodnikach.
Za Asyżem zjeżdżam na poziom 200m, tu już zaczyna solidnie prażyć słońce. Za Foligno zaczął się długi podjazd na 830m, początek główną drogą, ale od poziomu 550m zjechałem na zupełnie boczne drogi, jak rzadko we Włoszech asfalt niespecjalny, dość chropowaty, sporo dziur. Po długim podjeździe na przełęczy robię sobie zasłużony postój. Cała dzisiejsza trasa to taki rollercoaster, to w górę, to w dół - po zjechaniu do Borgo Cerreto z niecałych 400m czekał mnie długi podjazd na niemal 1000m. Na początku tego podjazdu było aż 39'C, droga zupełnie odkryta, tak więc słońce operowało z pełną siłą, podjeżdżanie w takim piekarniku gór po 10% dawało popalić. A tereny z gatunku tych gdzie diabeł mówi dobranoc, po 10-15km bez żadnych miejscowości, ruch zerowy, na długich odcinkach nie było zasięgu sieci komórkowej (bo próbowałem się kontaktować z Marzeną), coraz więcej wyschniętej roślinności charakterystycznej dla południa Włoch o tej porze roku. Trasa bardzo wymagająca, bo kolejne górki wysysały ze mnie siły, a ta najcięższa - czyli Terminillo czekała na sam koniec dnia.
Podjazd na Terminillo sam w sobie jakiś specjalnie trudny nie jest, nachylenia rzadko poziom 8-10% przekraczają, ale długość już klasy alpejskiej - ponad 1000m w pionie, to jedna z najwyższych szos w Apeninach, wyżej jest chyba tylko na Gran Sasso. Ale dziś przede wszystkim swoje robiło zmęczenie tak długą i górską trasą. Do tego, gdy zaczynałem podjazd na dole przywitała mnie tablica z informacją, że przełęcz jest zamknięta, zaryzykowałem jazdę i słusznie, żadnych remontów nie było, pewnie nie zmienili tablicy po zimie. Na poziomie 1300m zrobiłem drugi tego dnia postój, końcówkę góry wjeżdżałem już powolutku, bardzo zmęczony, na mięciutkich nóżkach, zaczynały mnie już łapać skurcze mięśni. Sama końcówka podjazdu robi wrażenie (bo dotąd to widoki były niespecjalne), dużo wapiennych skał, wyglądało to tak trochę po chorwacku, tak jak "prerie" w Velebicie. Po wymęczeniu tej wielkiej góry (rewanż za 1999 rok, gdy jadąc do Rzymu mieliśmy ją w planach) w nagrodę czekał mnie bardzo długi zjazd, z poziomu niemal 1900m na zaledwie 400m. I jak rzadko na tak wysokich górach niemal całość z tego zjazdu była szybka, leciało się długimi odcinkami ponad 50km/h. Do Rieti dojeżdżam już o zmroku, jeszcze udało mi się załapać na otwarty market. Nieoczekiwanie okazało się że Marzeny i Krzyśka jeszcze w Rieti nie ma, pomimo że jechali 20km krótszą trasą ze znacznie mniejszą liczbą gór.
Dlatego parę słów wyjaśnienia o tym jak jechało się tego dnia Marzenie - bo jechało się bardzo nieciekawie. Otóż zaraz po tym jak się rozdzieliliśmy Krzysiek nie mówiąc słowa zostawił ją samą i całą trasę do Rieti musiała pokonać samotnie. Bardzo nieprzyjemnie mnie to zaskoczyło, bo w ogóle się tego nie spodziewałem, takiego pokazu buractwa nie widziałem już od dawna. Marzenę bardzo dotknęło, że najbliższa osoba mogła ją w ten sposób, bez słowa zostawić samą za granicą. Krzysiek usiłował udawać głupiego, gdy się spotkali w Spoleto po 90km dziecinnie tłumaczył, że to stało się przypadkiem (dobre 6h samotnej jazdy!) po czym...odjechał na kolejne 70km. Dzięki jego zachowaniu Marzena cały dzień jechała zapłakana, do tego miała jeszcze problemy techniczne z rowerem i nawigacyjne (jechała z moim gps, gdzie wprowadziłem nową trasę, ale nie do końca umiała go obsługiwać, poza tym na drogach było kilka objazdów), ze 2h jechała ciemną nocą, gdy w końcu spotkaliśmy się w Rieti była zupełnie rozbita. Nazywając rzeczy po imieniu - zachowanie bardzo płaskie, tylko burak w ten sposób wykorzystuje swoją przewagę nad kobietą; prawdziwy mężczyzna nawet jak miałby jakieś pretensje do kobiety - nigdy by jej nie zostawił w ten sposób, żeby udowodnić, że bez niego to nie tak łatwo. A gdyby nie chciał z nią jechać - wystarczyło o tym powiedzieć, gdy wieczorem ustalaliśmy szczegóły dzisiejszego dnia, wtedy sprawa byłaby jasna i zrezygnowałbym z jazdy przez Terminillo, bo takiego zachowania zupełnie się nie spodziewałem, tym bardziej że dotąd na wyprawie nic nie wskazywało, że rozdzielenie może się tak skończyć, bo przecież w Dolomitach rozdzielaliśmy się na pół dnia. Nie ma co ukrywać, że to wydarzenie zauważalnie skwasiło atmosferę na wyprawie, przez kolejne 2-3 dni Krzysiek prawie się nie odzywał, nam też się nie chciało udawać, że nic się nie stało; w normalny sposób rozmawiałem tylko ja z Marzeną.
Nocujemy pod samym Rieti, na polu przy drodze, zasypiamy oświetlani pięknym księżycem blisko pełni. Dla mnie osobiście był to najcięższy dzień wyprawy, cięższy od dni na Hochtorze i w Dolomitach, niemal 4000m podjazdów, bardzo długi dystans jak na takie góry i bardzo solidny upał dochodzący do 39'C, który zauważalnie zmniejsza wydolność nawet u osób które z upałami dają sobie przyzwoicie radę.

X dzień - Rieti - Lago del Salto - Avezzano - Ortucchio - Passo del Diavolo (1400m) - Barrea



DST 162,6 km - AVS 20,4 km/h - MAX 52,7 km/h - ALT 1500 m


Znowu bardzo wczesna pobudka, przy panujących tu upałach postanawiamy zmienić system jazdy na taki typowo włoski - czyli z długa sjestą w środku dnia, tak by przeczekać największy upał, w tych temperaturach takie rozwiązanie lepiej się sprawdzało, ale wymagało bardzo wczesnej pobudki koło 4-5. Tę pierwszą część dnia jechało się dzięki temu bardzo przyjemnie, temperatura koło 20 stopni, albo nawet i mniej, rześkie powietrze. Na początek łagodnie jedziemy w górę doliny, po czym zaliczamy długi odcinek nad jeziorem zaporowym Lago del Salto, niebrzydko wkomponowanym w okolicę. Za jeziorem wjeżdżamy na główną drogę, którą jechaliśmy aż do Avezzano wjeżdżając na ponad 800m. Jechało się całkiem wygodnie, bo droga była całkiem wygodna, a po tym jak pojawiła się obok autostrada na naszej ruch bardzo zmalał. Z drogi nieźle było widać najwyższy masyw Apeninów z Corno Grande. W Avezzano już się robi piekarnik koło 36'C, a gdy po 100km docieramy do Ortucchio jest koło 38'C. Tutaj nad małym jeziorkiem robimy długi postój, podczas którego przesuszyliśmy namioty mokre od rosy.
Po dwugodzinnej przerwie ruszyliśmy na główne danie dzisiejszego dnia - czyli przełęcz Diabła (Passo del Diavolo) nazwa jak najbardziej na czasie, bo gorąco było jak w piekle ;)). Podjazd łagodny, z reguły 5-6%, więc zaliczyliśmy go bardzo sprawnie na szczycie robiąc sobie krótki popas. Odcinek za przełęczą bardzo przypadł mi do gustu, jechaliśmy przez Park Narodowy Abruzzów, krajobrazy preriowe, zielone łąki, trochę wapiennych skałek w okolicy i zupełnie pusto. W Opi trafiliśmy na jakiś lokalny festyn, całe miasteczko było na ulicach, kawałek dalej nabraliśmy wody na stacji, a Marzenie udało się nawet wziąć prysznic ;). Końcówka wzdłuż Lago Barrea, a miejscówkę znaleźliśmy prima sort - miejsce biwakowe ze stoliczkami, z kapitalnym widokiem na położoną na końcu jeziora Barreę, zbudowaną na pochyłym wzgórzu, gdy zrobiło się ciemno mieliśmy piękną iluminację ze świateł miasteczka.

DALEJ >>>