RZYM 2014




Wstęp

Na trasę do Rzymu wyruszyłem już w maju, niestety awaria koła na Hochtorze zmusiła mnie do przedwczesnego zakończenia trasy. Ale po nieudanej wyprawie została mi ciekawa trasa do Rzymu, którą postanowiłem wykorzystać do kolejnej wyprawy. W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z Kotem (Marzeną), razem byliśmy na kilku wyjazdach. Razem ze swoim mężem Krzyśkiem nie mieli jeszcze specjalnie sprecyzowanych planów wakacyjnych - więc postanowiliśmy połączyć siły i wspólnie ruszyć na wymagającą trasę do Rzymu.

I dzień - [A] - Wiedeń - Hainfeld - Mariazell



DST 153,6 km - AVS 19,3 km/h - MAX 75,5 km/h - ALT 2496 m


Wyprawę rozpoczynamy z Wiednia, dokładnie tak samo jak Transalp sprzed miesiąca. Jazda z trzema rowerami autokarem do Wiednia to już lekkie ryzyko, bo tyle rowerów to może być dla kierowców za dużo, a w długie rejsy ludzie zwykle biorą sporo bagażu. Ale poza zwyczajowym kwękaniem nie było problemów, po lekkim rozkręceniu rowerów wszystko się zmieściło. Podróż mało komfortowa, nocą w niemal pełnym autokarze trudno się wyspać. Ale z drugiej strony po dojechaniu na miejsce początek dłuższej wyprawy zawsze daje solidny zastrzyk adrenaliny i brak snu nie jest tak odczuwalny.
Jako, że dojechaliśmy bardzo wcześnie i już po 6 rano jesteśmy gotowi do drogi - postanawiamy zrobić krótką rundkę po puściutkim jeszcze Wiedniu. Poranny chłodek, puste ulice nawet w centrum - zrobiliśmy typową rundkę wiedeńskim Ringiem dojeżdżając pod Hofburg, spod którego odbiliśmy wąskimi uliczkami starówki w stronę katedry świętego Stefana, przejeżdżając po drodze obok słynnej Kolumny Zarazy. Wracając ze starówki obejrzeliśmy jeszcze monumentalny budynek wiedeńskiej opery, po czym od razu zaczęliśmy wyjazd z miasta w kierunku zachodnim, by zdążyć wyjechać z metropolii zanim się zacznie solidny ruch.
Już na wyjeździe z miasta zaczął się łagodny podjazd, który ciągnął się dobre 20km, wyprowadzając nas na ok. 500m. Po drodze Marzenę złapała drobna kontuzja łydki, która po rozmasowaniu dość szybko ustąpiła. Dalsza część dzisiejszego dnia to mocno pagórkowata droga w stronę Mariazell. Ale jako, że pogodę mamy doskonałą jedzie się bardzo przyzwoicie, sprawnie zaliczamy górkę za górką. Krajobrazy jeszcze nie alpejskie, ale za to mamy dużo zieleni, kilka ładnych miasteczek też się trafiło. Ruch na drogach właściwie zerowy, jako, że jest niedziela - wiele miasteczek wygląda niemal jak wymarłe. Za Kernhofem kończy się ta sielankowa jazda, trafiła się pierwsza solidniejsza ściana, ponad 200m z nachyleniem 9-14%, z długim odcinkiem ponad 10%, w tym upale na szczycie pot się z nas solidnie lał ;). Za podjazdem bardzo fajny odcinek prowadzący wzdłuż Hubertussee w stronę Mariazell, a za jeziorem wąziutka, kręta droga w ciasnej dolince.
Stąd już jeden krótki podjeździk - i meldujemy się pod bazyliką w Mariazell, gdzie kupujemy wreszcie lody o których marzyliśmy całą trasę, niestety pechowo akurat teraz znacznie się ochłodziło, słońce zaszło, a w tle słychać grzmoty przechodzącej niedaleko burzy. Za Mariazell zaliczamy jeszcze ostry podjazd na przełęcz o wysokości 1100m, która stanowi granicę pomiędzy Styrią i Dolną Austrią. Po drugiej stronie od razu nachylenie ponad 10%, na którym łatwo daje się przekroczyć 70km/h, kawałek dalej znajdujemy elegancką miejscówkę, tuż pod sporymi skałami, akurat wyrabiając się z rozbiciem obozowiska przed zaczynającym się deszczem.

II dzień - Mariazell - Hieflau - Admont - Stein - Solkpass (1790m) - Baierdorf



DST 174,7 km - AVS 21,3 km/h - MAX 78,2 km/h - ALT 2398 m


W nocy sporo padało, rano dalej jest pochmurno, drogi trochę mokre, ale z nieba woda nie leci. Start elegancki - czyli większa część zjazdu z wczorajszej przełęczy, w tym jeden bardzo szybki odcinek, więc ruszając trzeba było się solidnie ubrać, kolejne kilometry na dole przebiegają więc pod kątem stopniowego rozbierania się, przy okazji jednego z takich postojów zainteresował się nami śliczny malutki kotek ;). Po 30km za Gostling pierwszy krótki podjazd, ale dopiero kilkanaście km dalej, kawałek przed Hieflau jest ściana, która dobrze zapada w pamięć, ciężkie 15%, które na szosowych przełożeniach wciąga się już z wielkim wysiłkiem, w nagrodę po drugiej równie ostro w dół, znowu 70km/h gości na liczniku. Między Hieflau a Admontem kapitalny odcinek, wąska dolina z wysokimi szczytami dookoła i misternie poprowadzoną linią kolejową przy drodze. Ten odcinek jechałem w maju, pogoda również była podobna, na skraju deszczu, chwilami lekko popadywało.
Na postój zatrzymujemy się dopiero po 90km w Admont, gdzie robimy większe zakupy, w międzyczasie pogoda powoli zaczyna się klarować, wychodzi nawet słońce. Korzystając z moich doświadczeń z maja - tym razem z Admont nie jedziemy główną, bardzo ruchliwą drogą na Liezen, tylko bocznymi drogami równoległymi do główniej. Wiązało się to z parukilometrowym odcinkiem po szutrze i ponad 100m dodatkowym podjazdem, ale droga było sporo przyjemniejsza niż główna, którą jechałem w maju. Drugi postój robimy w Stein, przed głównym daniem dzisiejszego dnia - czyli pierwszym wielkim podjazdem naszej wyprawy na przełęcz Solk (1788m). Układ dzisiejszej trasy był mało optymalny, najcięższy kawałek przypadł na sam koniec dnia, gdy mieliśmy już ponad 140km w nogach. Pierwsza część podjazdu w miarę łagodna, z dużą ilością wypłaszczeń, dopiero za St. Nikolai nachylenie zaczęło zauważalnie rosnąć. Podjazd przyjemny, droga zdecydowanie boczna, z symbolicznym ruchem, w okolicy sporo zielonych hal i lasów. Po zakręcie na poziomie 1400m robi się już solidna 13% rzeźnia, na którą powolutku się wtaczamy. Już do końca podjazd jest ciężki, dużo odcinków po 10% i więcej, w sam raz żeby dobić zmęczonych rowerzystów ;). Samo siodło przełęczy ciekawe, dość wąski przesmyk, nie szerokie rozpłaszczenie jak wiele drogowych przełęczy w Alpach; sporo uroku dodaje mały biały kościółek na szczycie.
Po obowiązkowej triumfalnej fotce na przełęczy szybko ruszamy w dół, bo już powoli zaczynało zmierzchać. Zjazd w pierwszej części dość wredny, droga bardzo wąska, z mnóstwem zakrętów, a nachylenia bardzo duże, nawet po 15-16%, więc trzeba było uważać, żeby się za bardzo nie rozpędzić. Od 1300m już się wypłaszcza, więc od razu rozpoczynamy poszukiwanie miejsca na nocleg, bo już się ciemno zaczynało robić. Musieliśmy co prawda przejechać parę kilometrów zanim się coś znalazło - ale warto było, bo trafiliśmy na takie specjalnie miejsce biwakowe przy samej drodze, z elegancką, równą, zieloną trawką, źródełkiem i nawet jeszcze toaletą obok.

III dzień - Baierdorf - Murau - Turracher Hoche (1783m) - Dobriach - Mallnitz - Taxenbach



DST 180,4 km - AVS 21,6 km/h - MAX 86,6 km/h - ALT 2210 m


Rano dość pochmurnie, ale pierwszy odcinek mamy w dół, więc szybko i sprawnie docieramy do Murau. Dalej trochę główniejszą szosą, jest tu odcinek remontowanej drogi na którym tworzą się małe zatory, kawałek trzeba też pokonać szutrem. Dopiero w Predlitz, gdzie zjeżdżamy na boczną drogę kończy się ruch. Pierwsza część podjazdu na Turracher to łagodne nachylenie po 2-3%, robimy krótki postój w Turrach, za miasteczkiem kończy się już łagodne nachylenie i zaczyna konkretna orka. Podjazd ciężki, sporo odcinków powyżej 10%, ale też nie tak długi, od Turrach ok. 500m w pionie. Sama przełęcz ma ponad kilometr długości, mieści się tu duży ośrodek narciarski; czyli zupełne przeciwieństwo kameralnej Solkpass. Po fotkach ruszamy na zjazd słynny z odcinka ponad 20%. Już na początku z łatwością przekracza się 60km/h, przy znaku z nachyleniem 23% strzelamy obowiązkowe fotki - i prujemy! Udało mi się ustanowić nowy rekord prędkości 86,6km/h, a Krzysiek jadący na bardziej aerodynamicznym rowerze z kierownicą jakieś 10-15cm niżej od mojej złamał nawet bardzo ekskluzywna granicę 90km/h! Natomiast Marzena tradycyjnie zjeżdżała w bardzo dostojny sposób i nie przekroczyła 60km/h, które na tym nachyleniu uzyskiwało się po krótkim puszczeniu hamulców ;)))
Po krótkiej ściance do Bad Kleinkirchheim długi zjazd do Dobriach - i meldujemy się nad jeziorem Millstatter. Wzdłuż jeziora jedziemy przeplatanką - raz drogą, raz prowadzącą przy niej rowerówką. I właśnie na rowerówce zatrzymujemy się na postój na przeznaczonych do tego celu ławeczkach. Ale, że było dość chłodno - za długo się nie nasiedzieliśmy, przed nami był jeszcze solidny odcinek. Aż do Obervellach generalnie płasko, ale jedzie się nie za specjalnie, sporo wieje, parę razy łapały nas też krótkie mżawki, co wymagało cyklicznego przebierania się. W Obervellach zaczyna się dłuższy podjazd do Mallnitz, który również pokonywałem w maju; dał nam popalić sporo bardziej niż Turracher, bo 140km w nogach robiło już swoje, do tego u góry zaczęło wiać już naprawdę mocno. A tempo trzeba było trzymać odpowiednie, bo pociąg pod górami z Mallnitz do Bockstein jeździł co godzinę, więc spóźnienie się kosztowało dodatkową godzinę, a za Bockstein jeszcze mieliśmy sporo do przejechania.
Ale wyrobiliśmy się spokojnie, w ciepłej poczekalni dworca w Mallnitz wreszcie można było się ogrzać, bo wiatr nieźle nas wychłodził. A sam pociąg - swoista ciekawostka, jedna z niewielu dróg w Alpach tego typu, gdzie szosa kończy się przed ścianą gór i na drugą stronę samochody przejeżdżają pociągiem wyposażonym w specjalne wagony do przewozu aut. Bilety na rower i przejazd kosztują w sumie 5E, po drugiej stronie niestety już lekko popaduje, tak więc ze zjazdu wielkiej frajdy nie ma, trzeba uważać na śliskiej i mokrej drodze, uspokoiło się dopiero kawałek dalej i na długiej prostej za Bad Gastein dało się już lecieć po 60km/h. Ale długo na sucho nie pojechaliśmy, przed skrzyżowaniem z drogą na Innsbruck dopadła nas solidniejsza ulewa, na szczęście dość krótkotrwała. Końcówka już po zmierzchu, długo się naszukaliśmy miejsca na namioty, bo droga prowadziła tu dość wąską doliną; w efekcie nocujemy na polu przy samej drodze, oddzieleni od niej jedynie wąskim paskiem zieleni.

IV dzień - Bruck - Fush - Edelweisspitze (2571m) - Hochtor (2505m) - Franz-Josefs Hohe (2369m) - Heiligenblunt - Iselsberpass (1204m) - Lienz - Hopfgarten



DST 146,8 km - AVS 18,5 km/h - MAX 72 km/h - ALT 3554 m


Dziś czeka nas cesarski (zważywszy na to, którędy prowadziła trasa ;)) etap wyprawy - czyli przejazd przez słynny Hochtor, jedną z najpiękniejszych szos w Alpach, do tego również jedną z najcięższych. Ruszamy więc wcześnie rano, pierwszy odcinek to lekkie pagóreczki do Bruck, gdzie robimy większe zakupy w sklepie, bo na samej Grossglockner Hochalpenstrasse już sklepów nie ma. Pogoda niespecjalna, jest sucho, ale pochmurno, tak więc grozi deszczem, nie jest tak pięknie, jak w maju, gdy na tym podjeździe zakończył się mój wyjazd; tym razem zamierzam wziąć srogi rewanż ;)). Pierwszy odcinek drogi płaski, łagodnie doliną do góry, na tym odcinku tasujemy się z inną grupką rowerzystów, która również na Hochtor wyruszyła, generalnie rowerzystów w tym rejonie jest wielu, przyciąga ich renoma i uroda tego podjazdu. Kawałek za Fush zaczyna się już solidny podjazd koło 10%, który doprowadza do wypłaszczenia na 1150m, na którym jest duży parking i bramki, gdzie pobierane są opłaty (droga jest płatna, ale rowerzyści jadą za darmo). Poczekałem tu chwilę na Marzenę i Krzyśka, pooglądaliśmy dokładne mapki czekającej nas drogi - i ruszamy. Podjazd bardzo ciężki, a początek najtrudniejszy, z odcinkami długo trzymającymi koło 12%. Ale że pogoda trochę się poprawiła i zaczyna przebłyskiwać słońce, jedzie się przyzwoicie, z drogi są coraz szersze widoki na okolicę; choć nie tak piękne jak w maju, gdy góry w okolicy były jeszcze solidnie zaśnieżone. Docieram na ładne miejsce postojowe na ok.1800m (po drodze wyprzedzony przez ok. 50 letnią babkę na rowerze elektrycznym ;), tutaj miałem czekać na małżeństwo Kotów. Czekam, czekam - a ich ciągle nie ma, już się zacząłem niepokoić, że coś się stało, gdy po ok.45min docierają. Z przyczyny tego opóźnienia nieźle się uśmialiśmy, okazało się, że Marzena zapomniała zmienić bieg z przodu i cały dolny odcinek, gdzie były największe nachylenia - przejechała na dużej zębatce 50T, co oczywiście strasznie ją zmęczyło i zmusiło do wielu odpoczynków. Abstrahując od tej niesamowitej pomyłki , przejechanie ze 200m w pionie na nachyleniu koło12% na tarczy 50 - to nie lada wyczyn ;)).
Jednak trochę czasu na to wszystko poleciało, więc stało się jasne, że jadąc tym tempem nie damy rady zaliczyć wszystkich gór planowanych na dziś, więc po krótkiej dyskusji postanowiliśmy się na fragment trasy rozdzielić, Marzena z Krzyśkiem pojadą prosto przez Hochtor, natomiast ja jadąc trochę szybciej pod górę zrobię jeszcze dodatkowo odbicia na Edelweisspitze i Franz-Josefs Hohe, szczególnie na tym drugim mi zależało, bo byłem na Hochtorze już dwa razy, a tam jeszcze nie miałem okazji podjeżdżać. Po krótkiej przerwie ruszamy więc do góry, jadę swoim tempem na Fusher Torl, u góry co rusz przechodziły chmury ograniczające widoczność, ale z drugiej strony fajnie to wyglądało jak z mgły nade mną wyłaniały się fragmenty drogi, przeszkadzał natomiast spory ruch na drodze, na szczęście tylko osobówki i motory. Z Fusher Torl (2437m), gdzie w maju zakończyła się moja trasa ruszam pod górę na Edelweisspitze (2571m), droga ma swój klimat, nachylenia do 14%, a jedzie się po bruku, dość równym, ale jednak bruku. Chmur coraz więcej, więc widoków za szerokich nie miałem, dopiero na zjeździe zaczęło się solidniej przejaśniać, gdy wróciłem na Fusher Torl, szczyt było już dobrze widać. Szybko zjeżdżam na poziom jeziora (ok.2200m), stąd trzeba zaliczyć kolejne 300m w górę do tunelu pod Hochtorem. Sam tunel fajny, dość długi, wąski, wyjeżdżając z niego od razu otwiera się przed nami szeroki widok na kolejną dolinę.
Zjazd z Hochtoru szybki, cały czas jest solidne nachylenie koło 10%. Przy skrzyżowaniu z drogą na Franz-Josefs zostawiam większość bagażu i na lekko jadę do góry. Jeśli myślałem ze wcześniej na drodze był spory ruch - to dopiero tutaj się przekonałem jak naprawdę wygląda duży ruch, jechał samochód za samochodem, w międzyczasie wyklarowała się pogoda, było słonecznie, wiec ludzie wykorzystywali dobre warunki, a sierpień to szczyt sezonu w tym rejonie. Sam podjazd łagodniejszy niż Hochtor, aczkolwiek jego średnie nachylenie jest mylące, bo ma sporo wypłaszczeń, po których następują ostre ściany, końcówka w długim półtunelu jest solidnie nachylona. W końcówce coraz więcej widoków na lodowiec, z samego Franz-Josefs Hohe widać go jak na dłoni, zza wiszących trochę wyżej chmur przebijał się Grossglockner (3798m) - najwyższy szczyt Austrii. Chwilkę tu posiedziałem, widoki piękne, niestety zepsute trochę prawdziwymi tłumami, które tu dotarły, tuż obok długiego tarasu widokowego jest ogromny wielopoziomowy parking samochodowy, zupełnie to nie pasuje do klimatu gór, niestety ta droga choć przepiękna jest bardzo skomercjalizowana, w lato przy ładnej pogodzie są tu prawdziwe tłumy; gdy byłem w maju było ich zdecydowanie mniej.
Z Franz-Josefs zjeżdżam z powrotem do skrzyżowania z drogą z Hochtoru, po drodze zakładając bagaż, tu mieliśmy się spotkać z Marzeną i Krzyśkiem, zakładałem że będą sporo szybciej niż ja, a tymczasem jeszcze nie dojechali. Okazało się bowiem, że podczas zjazdu z Hochtoru Marzenie skończyły się klocki hamulcowe i to w obu hamulcach, które hamowały symbolicznie i na takim nachyleniu nie dało się już zjeżdżać. Tak więc musiała część podjazdu sprowadzać, bo Krzysiek wiozący zapasowe klocki zjeżdżał jako pierwszy. Na szczęście nie robił całego zjazdu jednym ciągiem, wrócił kawałek i klocki udało się wymienić. Dalej już bez większych przygód kontynuujemy zjazd do Heiligenblunt, następnie jedziemy zieloną doliną do Winklern, po drodze jeszcze drobna awaria, bo poluzowała mi się kaseta i trzeba było ją dokręcić. Tam zaczyna się kolejny podjazd na przełęcz Iselsberg, krótki (ok.300m), ale za to soczysty. Na początku wyprzedza nas szosowiec, postanowiłem się z nim pościgać, co nie było za dobrym pomysłem. Utrzymałem jego tempo do szczytu, ale dało mi to w kość niewąsko, na przełęcz dojechałem solidnie wypruty ;). Z Iselsbergu - piękny zjazd do Lienz, na którym są głównie długie proste, więc dało się trzymać 60km/h na długich odcinkach; w mieście robimy wieczorne zakupy i postój pod marketem.
Następny odcinek to elegancka jazda ok. 20km do Huben, w górę doliny, ale z solidnym wiatrem w plecy, sama końcówka tego bardzo trudnego dnia znowu wymagająca, bo zaliczaliśmy pierwszą część podjazdu pod Staller Sattel i ok. 200m porządnej ściany trzeba było jeszcze wpompować. Na nocleg dojeżdżamy już po zmroku, po krótkich poszukiwaniach udało się znaleźć niezłą miejscówkę na polu przy wielkich belach z sianem. Dzień bardzo udany, przejechanie tak wymagającej trasy z bagażem było mocno problematyczne, a jednak z niewielką modyfikacją daliśmy radę.

V dzień - Hopfgarten - Staller Sattel (2052m) - [I] - Anterselva - Kronplatz (2275m) - Corvara - Passo Val Gardena (2121m) - Passo Sella (2240m) - Canazei - Passo Fedaia (2055m)



DST 153,8 km - AVS 16,7 km/h - MAX 72,9 km/h - ALT 4346 m


Wczoraj mieliśmy dzień cesarski, dzisiejszy można więc nazwać królewskim, bo podjazdów jeszcze więcej niż wczoraj - 5 dwutysięcznych przełęczy jednego dnia chyba pierwszy raz w życiu zaliczałem. Ze względu na tę dużą liczbę podjazdów mieliśmy poważne obawy czy damy radę przejechać całość zgodnie z planem; przeglądając mapę zauważyłem, że jeden z podjazdów, można całkiem sensownie ominąć, więc uznaliśmy, że rozsądniej będzie jak Marzena z Krzyśkiem pojadą doliną, ja natomiast przez Kronplatz. To podjazd nietypowy, bo częściowo szutrowy, z dużymi nachyleniami, a widokowo nie jakiś nadzwyczajny, więc specjalnie nie było czego żałować; a z sił wypompowałby strasznie.
Od początku dnia jadę więc samotnie (od razu było pod górę). Pierwszy odcinek to druga część rozpoczętego wczoraj podjazdu na Staller Sattel, droga zupełnie puściutka, podjazd nie jest specjalnie ciężki, nie brakuje tu wypłaszczeń, niemniej przewyższenie spore. Ale na początku dnia, ze świeżym zapasem sił idzie to bardzo sprawnie, końcówka trasy niebrzydka, ładne jezioro, w którym się odbijają okoliczne szczyty. Na szczycie granica włoska - i duża niespodzianka, mianowicie cały odcinek zjazdu do Anterselvy to wąziutka droga na której samochody nie mają możliwości mijania się i z tego powodu ruch jest regulowany światłami, w każdym kierunku można jechać co 20-30min. A że akurat było czerwone - to aż tyle mi się nie chciało czekać i ruszyłem w dół, może ze 2-3 samochody mijałem; długo jeżdżę po Alpach, ale takie rozwiązanie widziałem po raz pierwszy. W Anterselvie wraca szersza droga, zajrzałem też na stadion biathlonowy (to jeden z najbardziej znanych ośrodków biathlonowych, regularnie odbywają się tu Puchary Świata); zjazd w stronę Kronplatzu (który widać już z dużej odległości) szybki, z odcinkami długich prostych, na których można przekroczyć 70km/h.
W Valdaorze robię zakupy, za miasteczkiem zaczyna się podjazd na przełęcz Furcia (1759m), który jest jednocześnie pierwszą, asfaltową częścią podjazdu na Kronplatz. Podjazd wymagający, jest tu dłuższy odcinek nachylenia 12-14%, a to już się w nogach zdecydowanie czuje. Ale to było dopiero preludium do Kronplatzu, zaraz po wjeździe na Furcię skręciłem w boczną szutrową drogę, a tam przywitało mnie nachylenie 18-19%, które na dwurzędowym szosowym napędzie już niszczy. Pojechałem tak spory kawałek z bagażem zanim znalazłem odpowiednie miejsce do jego zrzucenia i już na lekko ruszyłem dalej. Środkowa część podjazdu łagodniejsza, ścian powyżej 12-13% tu nie ma, ale za to wyraźnie przeszkadza jakość nawierzchni. Myślałem, że będzie to bardzo gładki szuter, a tymczasem wcale nie jest tak równo, a kamyczków całkiem sporo. Oglądałem kiedyś w TV etap Giro d'Italia, czasówkę na tej górze, ale wtedy ta droga wyglądała dużo równiej, myślę, że przed samym etapem ją wygładzili jakimś walcem, bo teraz gładko wcale nie było. Każda agrafka podjazdu ma swojego patrona w postaci gwiazdy włoskiego kolarstwa, ostatniej przed szczytem patronuje Marco Pantani. No i za tym ostatnim zakrętem zaczyna się prawdziwa rzeźnia z której słynie Kronplatz, czyli ściana o nachyleniu 24%. Wciągnąłem ją końcówką sił, mocno przeszkadza jakość drogi przez którą nie da się stanąć na pedały, na kolejnej ścianie niewiele mniej, bo jakieś 20-22%, gdy już mi się wydawało, że ją "mam" jakieś 10m przed końcem zabuksowało mi koło i kawałeczek trzeba było podprowadzić. Ale poza tymi 10m całość podjechałem (a końcówka przed szczytem też bardzo ostra) - co dało mi sporo satysfakcji, bo sumarycznie podjazd jest bardzo wymagający, z tych na których rozgrywano szosowe etapy jeden z najcięższych, porównywalny z Zoncolanem czy Mortirolo. Ze szczytu (bardzo szeroki, są tu stacje wyciągów i bary dla turystów i narciarzy) widać już pierwsze masywy Dolomitów, zjazd niestety zupełnie do niczego, na sztywnym rowerze z szosowymi oponami 23mm po szutrowych drogach z kamieniami zjeżdża się beznadziejnie.
Na Furcii wraca już asfalt, szybko zjeżdżam na sam dół doliny (ok. 1050m), którą prowadzi główna droga do Corvary, którą Furcię omijali Marzena z Krzyśkiem. Droga niestety bardzo ruchliwa, Dolomity w szczycie letniego sezonu są oblężone turystami, tak więc do Corvary jechało się nie za ciekawie. W Corvarze zgodnie z planem spotykam się z Kotami, rozdzielenie się było dobrym pomysłem, bo Kronplatz był podjazdem bardzo ciężkim, dobrym jako wyzwanie, ale nie do turystycznej jazdy; dzięki temu mogliśmy w trójkę dużo atrakcyjniejsze widokowo przełęcze Dolomitów jechać na sensownym poziomie zmęczenia. Po odpoczynku w Corvarze już w trójkę ruszamy na Val Gardenę, którą zaledwie miesiąc temu miałem okazję podjeżdżać wraz z Ryśkiem na trasie Transalpu. Ale teraz na rowerze szosowym - to inna rozmowa niż na bujającym się fullu z pancernymi oponami; sama przyjemność, tym bardziej, że pogodę mamy przyzwoitą. Sprawnie docieramy na przełęcz, tutaj trochę postoju, bo miejsce jest bardzo urokliwe, Val Gardena to nawet jak na Dolomity piękna przełęcz, monumentalny masyw Gruppo del Sella widać jak na dłoni. Cały zjazd w stronę Selli to widokowa uczta, droga prowadzi tu długim trawersem tuż przy samych skałach masywu.
Zjeżdżamy na ok. 1850m, skąd zaczynamy dość krótki podjazd na Passo Sella, widoki równie piękne jak na zjeździe; nie ma to jak Dolomity! Na przełęczy zrobiło się już zimno, więc po zrobieniu fotek od razu ruszamy bardzo krętą w dół, do Canazei, na poziom 1400m. Tutaj, mimo, że było już po 19 załapaliśmy się jeszcze na zakupy w markecie, podczas których spadł intensywny, ale na szczęście dość krótki deszcz, ruszaliśmy dalej z piękną tęczą przed nami. Bo pomimo, że zaczynało już zmierzchać tego morderczego dnia mieliśmy do pokonania jeszcze jedną dużą przełęcz - Passo Fedaia. Na podjeździe zaczął mi lekko skakać łańcuch, okazało się, że pękł jeden z zębów w kółeczku do przerzutki; co było efektem robienia przez Shimano idiotycznych oszczędności wagowych rzędu 2-3 gram, czyli nawiercania plastikowych kółeczek przerzutki XTR. Końcówka podjazdu już nocą, ruch zerowy, minęło nas zaledwie kilka samochodów; taki nocny podjazd miał wiele uroku, choć zmęczenie w nogach już potężne, więc jechaliśmy spokojnym tempem. W samej końcówce długi, oświetlony tunel - i zdrowo skatowani meldujemy się na przełęczy. Na biwak postanowiliśmy się rozbić na samej przełęczy, udało się znaleźć trochę miejsca w sam raz na 3 namioty na bardzo wąziutkim progu skalnym przy samej tamie. Na takiej wysokości (2055m) oczywiście było zimno, zaledwie jakieś 4-5 stopni, tak więc Marzena z dużą chęcią skorzystała z zakupionej przeze mnie parę dni wcześniej "małpki" wódki ;))

DALEJ >>>