RZYM 1999




XXVI dzień - Portonovo - Loreto - Civitanova - San Benedetto del Tronto - Alba Adriatica

DST 110,7 km - AVS 18,9 km/h - MAX 46,8 km/h - ALT 876 m

Na "dzień dobry" zaliczamy drogę po której wczoraj zjeżdżaliśmy. Podjazd to straszna piła, ale ma budowę tarasową - są krótkie wypłaszczenia na których można złapać oddech, no i nie jest aż tak długi - ok.130m. Jednak mimo to wjechanie bez podprowadzania rowerów wymaga skrajnego wysiłku. Na szczycie dopada nas deszcz, który po pół godzinnnym czekaniu przechodzi; jedziemy więc mocno pagórkowatą drogą do Loreto. Wjazd do centrum jest wybitnie parszywy - jedzie się 12-14km/h pod górę wyprzedzając dziesiątki samochodów stojących w pełnym spalin korku. Zwiedzamy bazylikę ze słynną cudowną figurką Matki Boskiej Loretańskiej (trzeba się przebrać w długie spodnie); po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Przez następne 50km zmagamy się z przeciwnym wiatrem - nie dość że jedzie się zaledwie 17-18km/h to w utrzymanie takiej prędkości trzeba wkładać tyle sił, co normalnie przy 25-27km/h. Po południu już porządnie zmordowani docieramy do San Benedetto del Tronto, gdzie pod lasem zatrzymujemy się na obiad. Po posiłku, już w lepszych humorach szykujemy się do dalszej jazdy (pod wieczór wiatr wyraźnie zdycha) i mamy nadzieję że na kemping w Roseto (zostało ok.25km) dojedziemy przed nocą. Niestety ku naszemu przerażeniu na północy (na postoju byliśmy od tej strony zasłonięci lasem) spostrzegamy wielką ławę szybko nadciągających, ciemnych chmur. Ledwo udaje nam się dojechać na stację benzynową przed burzą. Taki deszcz jakiego byliśmy świadkami widziałem chyba pierwszy raz w życiu - przez bite 3h była to niekończąca się ściana wody. Po 3h sytuacja nieco się poprawia (ale deszcz nadal jest porządny). Ponieważ jest już po 21 nie mamy specjalnego wyboru i ruszamy w drogę. Po 10min moja teoretycznie wodoodporna kurtka z Aquatexu jest zupełnie mokra i co gorsza lepi się do całego ciała - jednym słowem zupełna tandeta (dałem za nią 300zł); nie dość że woda się od niej nie odbija, to jeszcze w nią wsiąka. Marcin jedzie w klasycznym "żółtym płaszczu" - co prawda nie przemaka, ale i zupełnie nie oddycha powodując że po kilku km ubranie i tak jest całe mokre od potu. Kempingów jak na złość w pobliżu nie ma, choć i tak rozbijanie namiotu przy tej pogodzie specjalnie nam się nie uśmiecha. W desperacji pytamy się nawet o nocleg w hotelu, ale cena jest dla nas wyraźnie za wysoka (ok.120zł za osobę). W końcu zatrzymujemy się w Alba Adriatica na budowie domu, choć wszędzie było tu pełno pyłu i brudu, to przynajmniej mieliśmy sucho.

XXVII dzień - Alba Adriatica - Giulianova - Teramo - Montorio - Passo Capannelle (1283m) - L'Aquila

DST 109,5 km - AVS 18,5 km/h - MAX 55,6 km/h - ALT 2179 m

Rano szybko, by nikt się do nas nie przyczepił, ruszamy w drogę. Kabelek w moim liczniku (już wcześniej z rozerwaną izolacją) po wczorajszym deszczu przestaje kontaktować, a po kilku km i owinięcie przewodu sreberkiem z czekolady przestaje skutkować i zostaję tylko z wysokościomierzem, który działa niezależnie od funkcji czysto rowerowych. Niestety jak się później okazało bateria w liczniku zaczęła siadać i wysokościomierz trochę za bardzo skakał, stąd dzisiejsza suma podjazdów jest trochę zawyżona. Na dobre opuszczamy wybrzeże Adiatyku skręcając w głąb lądu. Droga do Terano jest lekko pagórkowata, samo miasto leży na 200m. Po postoju ruszamy dalej, po kilku km górek jest zjazd z ok.250m na niemal poziom morza do doliny rzeki Vomano - w ten sposób dzisiejszy podjazd na prawie 1300m musimy zaczynać od początku, z tego miejsca na przełęcz jest 40km cały czas pod górę. Ale dzięki temu, że podjazd jest tak długi, nachylenie jest dość łagodne i daje się utrzymać prędkość rzędu 13-15km/h. Po 20km zatrzymujemy się na obiad, po czym rozpoczynamy ostatni fragment wjazdu na Capannelle. Droga jest naprawdę piękna, ruchu praktycznie nie ma, poruszamy się cały czas wzdłuż dość wąskiej doliny, widoki są klasy alpejskiej (pasmo Abruzzów dochodzi w tym rejonie prawie do 3000m), a dla nas obu jest to rowerowy debiut w tak wysokich górach. Na Passo Capannelle (1283m wg. mapy, 1300m wg. tablicy na szczycie) docieramy ok. 19, niedaleko przed wierzchołkiem mijając duże stado brązowych krów z wielkimi dzwonkami na szyjach, dziarsko maszerujące całą szerokością drogi. Na szczycie dzielimy się wrażeniami - obaj uważamy ten dzień za zdecydowanie najpiękniejszy na całej wyprawie. Niestety podczas robienia zdjęć przestała kontaktować bateria w aparacie fotograficznym i film się nie przewinął, powodując, że dwa zdjęcia nałożyły się na siebie Ubieramy się ciepło i zjeżdżamy przez ok. 20km do L'Aquili (położonej na 650m). Przed miastem czekam 20min na Marcina, należącego do tej kategorii rowerzystów którzy i za Chiny Ludowe nie przekraczą 50km/h, a i 40 od wielkiego dzwonu - i o dziwo traci do mnie znacznie więcej na zjazdach niż na podjazdach, z którymi radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Ponieważ w L'Aquili nie ma kempingu zaznaczonego na mapie rozbijamy się na noc na wielkim opuszczonym placu na skraju miasta, który jak się rychło okazało był miejscem gdzie wieczorami młodzi Włosi (i to dość tłumnie) przyjeżdżali samochodami na miłosne igraszki, z lekkim zażenowaniem obserwując nasz namiot.

XXVIII dzień - L'Aquila - Gran Sasso (2100m) - L'Aquila

DST 89,9 km - AVS 20,2 km/h - MAX 71,6 km/h - ALT 2608 m

Rano samotnie (Marcin postanowił wykorzystać ten dzień na odpoczynek) wyruszam na Gran Sasso - mój pierwszy dwutysięcznik na rowerze. Jedzie się bardzo przyjemnie, z początku nachylenie nie jest dość ciężkie, nawet udaje mi się utrzymać tempo jadącego tu kolarza na szosówce. W Fonte Cerreto (ok.1100m) zatrzymuję się na odpoczynek; na Gran Sasso można stąd dojechać kolejką linową - wielu turystów wybiera ten wariant zamiast jazdę samochodem. Za miasteczkiem nachylenie robi się coraz ostrzejsze, ale dzięki temu szybko zyskuje się na wysokości. Na 1750m nieoczekiwanie zaczyna się 100m zjazd - no i trochę wysiłku poszło na marne. Pod koniec zjazdu na skrzyżowaniu skręcam w lewo, powoli oczom zaczyna się ukazywać cała dolina. Widok jest naprawdę szeroki (nie ma tu już lasu), wspaniale prezentuje się przebijając zza chmur najwyższy szczyt Apenin - Corno Grande (2912m). Przez kilka km od skrzyżowania droga jest nachylona minimalnie, ale jedzie się fatalnie ze względu na mocny przeciwny wiatr, który na tak odkrytym terenie obciąga ze zdwojoną mocą. Ten dojazd do ostatniej ściany bardziej dał mi w kość niż cała wcześniejsza jazda z L'Aquili. Finałowa wspinaczka jest naprawdę ciężka, profil nie do końca to oddaje, są fragmenty gdzie jest po 10%; mimo że jechałem z bagażem rzędu 4-5kg po raz pierwszy na wyjeździe musiałem wrzucić najmniejszą tarczę z przodu. Samą końcówkę jadę już na miękkich nogach, na przełożeniu 22przód - 24tył z prędkością rzędu 8km/h. Niepotrzebnie nie zatrzymałem się przed ostatnią ścianą na postój po walce z tym morderczym wiatrem ( całą trasę z L'Aquili jadę z jedną 20min przerwą). Na szczycie jest wielki parking i hotel, z którego w 1943 niemieccy komandosi Otta Skorzennego odbili Mussoliniego. Rozpoczyna się tu także szlak prowadzący w stronę Corno Grande. Zjadam strasznie pokruszone w czasie drogi ciasto, specjalnie zakupione na tą okazję i po półgodzinnym odpoczynku i pamiątkowej fotce (którą zrobili mi spotkani tu Polacy) ruszam w dół. Pierwsza faza zjazdu jest najostrzejsza, udaje mi się wykręcić największą prędkość całego wyjazdu - 71,6km/h. Jak na mój pierwszy podjazd tej klasy jechało mi się bardzo dobrze (pomijając może samą końcówkę), a średnia jak na tak górzystą trasę (jak na mnie) jest wyśmienita - 20,2km/h. Suma podjazdów - wg. licznika (Marcin pożyczył mi swój kabelek) - 2608m jest mocno przeszacowana (ze względu na kiepską baterię) faktycznie było to ok.1900-2000m - wynik zbliżony do wczorajszego.Trasa jest piękna widokowo, szczególne wrażenie zrobił na mnie wapienny masyw Corno Grande. Do naszego namiotu docieram na krótko przed porządną burzą, która wyrywa nam śledzie trzymające tropik namiotu, zmuszając do wyjścia i naprawy w czasie największego deszczu.

XXIX dzień - L'Aquila - Sella di Corno (1005m) - Antrodoco - Rieti

DST 69,1 km - AVS 19,8 km/h - MAX 55,1 km/h - ALT 945 m

Na sam początek, tuż po wyjeździe z L'Aquili mamy podjazd na przełęcz Sella di Corno (1005m). Wjeżdżamy na nią niepewni co do dalszej drogi - na dole były informacje o objazdach ze względu na remont szosy. Na szczęście okazuje się, że miejsce remontu można objechać, w kilku miejscach ten objazd jest piekielnie nachylony (ponad 25%), gdybyśmy go musieli pokonywać w przeciwny kierunku skończyłoby się na podprowadzaniu. Za Antrodoco robi się już płasko i szybko osiągamy Rieti., gdzie mamy sporo kłopotów ze znalezieniem noclegu. Kilku ludzi, których prosiliśmy o pozwolenie na rozbicie namiotu odmawia, szczególnie zapadł nam w pamięć jeden, ochrzczony przez nas jako "dziad" - wściekły, że chcieliśmy postawić namiot dobre 50m od jego domu na końcu ślepej uliczki, w pobliżu zarośniętych, starych torów kolejowych, w okolicy co najmniej trzeciorzędnej. W końcu nocujemy na placu przed domem w budowie (później pojawia się właściciel, ale zezwala nam na pozostanie) - mając pod samym nosem bieżącą wodę, co przy noclegu na dziko nieczęsto się trafia.

XXX dzień - Rieti - Rzym (Via Salaria)

DST 92,3 km - AVS 22,3 km/h - MAX 54,8 km/h - ALT 654 m

Z Rieti do Rzymu jedziemy dość górzystą (szczególnie w pierwszej części), ale piękną widokowo drogą Via Salaria (wysuszone słońcem wzgórza, pojawia się już roślinność o wyraźnie południowym charakterze, nie brakuje też winnic). Przed samym Rzymem dominują już zjazdy i naprawdę szybko docieramy do Wiecznego Miasta. Ku naszemu ubolewaniu od tej strony nie ma tabliczki z nazwą miasta, a tak chcieliśmy mieć zdjęcie pod napisem Roma! Kempingu, który miał być na płn. obrzeżach miasta nie udaje nam się znaleźć, więc decydujemy się na wjazd do centrum i niedługo naszym oczom ukazują się wspaniałe zabytki z Bazyliką Św. Piotra na czele. Z Watykanu jedziemy ok.5km na zach. drogą Via Aurelia, gdzie znajdujemy wreszcie kemping.

DALEJ >>>