RZYM 1999




XXI dzień - Mestre - Cavarzere - Adria - Codigoro - Porto Galibardi

DST 134,3 km - AVS 21 km/h - MAX 39,3 km/h - ALT 319 m

Rano idziemy na mszę (jest niedziela), po czym ruszamy na południe drogą na Cavarzere. Początkowo mamy świetny wiatr - na pierwszych 50km osiągam średnią 26km/h. Przejazd przez Nizinę Padańską jest wyjątkowo nudny, porównywalny chyba jedynie z węgierską pusztą. Drobne urozmaicenia stanowią liczne kanały z wodą i dość wysokie wiadukty, którymi szosa je pokonuje. Duże wrażenie robi na nas przejazd nad Padem - rzeka jest tu znacznie szersza niż Wisła w Warszawie, mimo że jest przecież stosunkowo krótka, ma mniej niż 400km. Po całym dniu takiej nieciekawej jazdy docieramy już mocno zmęczeni do położonego nad Adriatykiem Porto Galibardi, gdzie po krótkim błądzeniu znajdujemy kemping.

XXII dzień - Porto Galibardi - Ravenna - Rimini - Riccione

DST 112,5 km - AVS 20,2 km/h - MAX 34,4 km/h - ALT 305 m

Dość szybko pokonujemy 30km dzielące nas od Ravenny (mijamy m.in. parę rowerzystów na wzorowo zapakowanym tandemie). Początkowo szukamy słynnego pomniku Oktawiana Augusta, który wg. Marcina miał się w tym mieście znajdować (Ravenna była przez pewien okres stolicą Cesarstwa Rzymskiego), ale bez rezultatów: albo go tu w ogóle nie było, albo kiepsko szukaliśmy. Zwiedzamy natomiast bazylikę chrześcijańską, pochodzącą jeszcze z późnorzymskiego okresu. Za Ravenną zauważam, że mój przedni bagażnik zaczyna lekko latać na boki. Okazuje się, że pękł w miejscu przykręcania śruby przytrzymującej pręt przechodzący nad kołem, odpowiedzialny za stabilizację bagażnika. Na szczęście nie jest to śruba na której trzyma się cały ciężar bagażu, usterka jest nie do naprawienia (trzeba by szukać warsztatu spawającego aluminium, a i spawanie w takim miejscu pewnie niewiele by dało). Poza lekkim chwianiem się bagażu nic innego się nie dzieje i jakoś udało mi się z tą awarią dociągnąć do Rzymu. Jakieś 20km za Ravenną zaczyna się ciąg nadmorskich kurortów i tak jedziemy następne 40km aż do Riccione, gdzie za aż 45tys lirów za osobę (90zł) zatrzymujemy się na 3 noce (dzień na San Marino + dzień odpoczynku) na ogromnym kempingu położonym tuż przy głównej drodze, na której ruch jest niesamowity, a na dodatek mamy miejsce tuż przy ogrodzeniu, tak więc hałas jest nieprawdopodobny i zasnąć jest bardzo trudno, bo ruch tu praktycznie nie zamiera.

XXIII dzień - Riccione - [RSA] - San Marino - [I] - Riccione



DST 75,1 km - AVS 21,6 km/h - MAX 57,3 km/h - ALT 831 m

Rano ruszam w stronę San Marino, w ostatniej chwili Marcin decyduje się do mnie dołączyć (zmęczony ostatnimi długimi 2 dniami obawiał się ciężkiego, ponad 500 metrowego podjazdu, ale w końcu uznał że nie może sobie darować odwiedzenia tego jednego z najmniejszych państw świata). Droga początkowo dość płaska już po przejechaniu granicy robi się coraz cięższa (podjazd rzędu 7-9%), ale bez bagażu jedzie się dość szybko, trochę tylko przeszkadza duży ruch, w końcowym fragmencie jest też spory kawałek po kostce. Po wjechaniu na szczyt idę do sklepu po czekoladę, licząc że do przyjazdu Marcina mam z 15 minut. Ale okazało się, że go mocno niedoceniłem i przyjechał dużo wcześniej niż zakładałem (cały podjazd zaliczył bez odpoczynków!) i nie mogąc mnie znaleźć ruszył na zwiedzanie miasta; spotkaliśmy się dopiero przypadkiem w sklepie w Rimini. Miasto San Marino jest niebrzydkie - położone na ostrych stokach góry, nie brakuje tu dużej ilości wąskich uliczek tworzących ten swoisty klimat charakterystyczny dla starych włoskich miasteczek. Aczkolwiek trzeba przyznać, że wizerunek ten psuje całkowita komercjalizacja - sklepy są tu dokładnie wszędzie (nawet prowadzone przez Polaków), ceny wysokie, a na ulicach w starszej części miasta wręcz trudno przejść - tylu tu turystów na wszechobecnych straganach. Pewnie gdybyśmy tu byli wieczorem, podobnie jak w Wenecji, wrażenie byłoby zupełnie inne. Przebijając się przez tłum docieram na szczyt Monte Titano, gdzie dochodzi z dołu kolejka linowa; obserwuję kilku lotniarzy, dla których to idealne miejsce do rozpoczęcia lotu. Powrót na kemping to prawie cały czas zjazd, w sporej części ponad 50km/h.

XXIV dzień - odpoczynek




XXV dzień - Riccione - Pesaro - Fano - Ancona - Portonovo

DST 102,5 km - AVS 19,7 km/h - MAX 54,2 km/h - ALT 700 m

Z dużą ulgą opuszczamy kemping w Riccione i jedziemy dalej główną drogą wzdłuż Adriatyku. Poza kurortami ruch nie jest specjalnie dotkliwy - równolegle biegnie tu autostrada, którą jedzie większość samochodów (szczególnie ciężarowych). Pierwszy odcinek do Fano jest dość falisty, stanowi to ciekawą odmianę w porównaniu do idealnie płaskiej trasy Wenecja-Riccione. Pogodę ciągle mamy dobrą (słońce, temperatura 28-29'C) nie ma takich upałów jak na Węgrzech, czego się obawialiśmy. W Anconie przejeżdżamy przez centrum i brzydką portową dzielnicę, po czym zaliczamy ostry podjazd, ponad 100m, chwilę później za wysiłek jesteśmy nagrodzeni niesamowitym widokiem ze skarpy na morze. Kilka km za Anconą opuszczamy główną drogę piekielnie ostrym zjazdem (podejrzewam, że miejscami 15-20%) niestety droga jest bardzo kręta i jedzie się tylko na hamulcach. Po chwili docieramy na przepięknie ulokowany kemping w Potrtonovo. Miejsce to otoczone jest z jednej strony wysokimi górami, z drugiej jest morze nad które schodzi się po wielkich, białych skałach - to zdecydowanie najładniej położony nocleg jaki mieliśmy na tym wyjeździe.

DALEJ >>>