RZYM 1999




XVI dzień - Cateż - Kostanjevica - Novo Mesto - Dolenjske Toplice

DST 57,4 km - AVS 20,1 km/h - MAX 45,9 km/h - ALT 438 m

Rano okazuje się że cena, którą wczoraj usłyszeliśmy jest za jedną osobę choć wyraźnie pytaliśmy się o całkowity koszt. Poza tym po przeliczeniu na tolary wyszło sporo więcej niż 20DM - ok.55zł na głowę, co za spanie w swoim własnym namiocie jest czystym złodziejstwem, jeszcze bardziej wkurza sposób w jaki wyciągnięto od nas pieniądze - gdyby recepcjonista nie wcisnął nam kitu, to spalibyśmy na dziko. Niestety teraz nie mamy wyjścia i musimy zabulić. Wizyta w pobliskim sklepie pogłębia naszą niechęć do Słowenii - ceny zdecydowanie wyższe niż na Węgrzech. Do tego pogorszyła się pogoda - wiszą nad nami chmury, ale jakoś udało się przejechać na sucho. Dzisiejszy dzień jest nieco ulgowy, wczoraj nadrobiliśmy prawie 40km w stosunku do naszego planu. Zwiedzamy śreniowieczną Kostanjevicę na Krki po czym przez małe hopki dojeżdżamy do Novego Mesta i dalej do Dolenjskich Toplic gdzie nocujemy na znacznie tańszym niż Cateż kempingu przyhotelowym.

XVII dzień - Dolenjske Toplice - Krka - Grosuplje - Ljubljana

DST 80,1 km - AVS 19,1 km/h - MAX 51,8 km/h - ALT 787 m

Dzisiaj mamy półmetek naszego wyjazdu i Marcin przejmuje ode mnie namiot. Brak tych 4kg daje się wyraźnie odczuć szczególnie przy przyspieszaniu. Do miasteczka Krka jest w miarę płasko za nim rozpoczyna się ok.150m podjazdu w lesie szutrową drogą. Niestety moje dość wąskie opony (Michelin 622-32) nie są przystosowane do takiej nawierzchni i na samym szczycie łapię gumę. Kawałek dalej powraca asfalt po którym kontynuujemy zjazd do Grosuplje a stąd też w większości w dół do stolicy Słowenii - Ljubljany. Zwiedzamy śliczne barokowe centrum, z trudem zdobywamy wysokie wzgórze zamkowe, po czym udajemy się na kemping. Marcin, który jest miłośnikiem małych państw i o Ljubljanie mówił przez pół wyjazdu jest lekko rozczarowany miastem, natomiast mnie pokpiwającemu z tych zachwytów przypadło do gustu.

XVIII dzień - Ljubljana - Vrhnika - Logatec - Postojna

DST 86,5 km - AVS 19,4 km/h - MAX 47 km/h - ALT 1014 m

Wyjeżdżając z Ljubljany jeszcze raz przejeżdżamy przez centrum. W najbardziej charakterystycznym punkcie miasta - pod pomnikiem słoweńskiego Mickiewicza - France Preserena przypadkowy "fachowiec" robi nam zdjęcie za które powinno się od razu stawiać bez sądu pod murem. Do Vrhniki jedziemy po płaskim, następnie rozpoczyna się ponad 100m podjazd. Tuż obok biegnie linia kolejowa w głębokim wąwozie, z poziomu szosy ledwo widoczna, ukryta wśród licznych tu wapiennych skałek. W Logatecu przed Mercatorem (główna sieć słoweńskich supermarketów) zatrzymujemy się na postój. Ok. 10km przed Postojną jest kolejna seria podjazdów (wjeżdża się na ok.600m) bardzo ładna widokowo (m.in. przejazd przez piękny wąwóz). Nieoczekiwanie im więcej gór tym stan mojego kolana polepsza się, bólu już praktycznie nie odczuwam. Do Postojny docieramy w dobrej formie i dość wcześnie. Bilety do słynnych jaskiń są strasznie drogie (65-70zł). Z bólem serca płacę, natomiast Marcin nie przepadający za jaskiniami zostaje na zewnątrz z rowerami. Postonjska Jama robi na mnie duże wrażenie - jaskinię zwiedza się m.in. podróżując podziemnym pociągiem; jest też kilka wspaniałych i ogromnych grot (po kilkanście metrów wysokości). Po wyjściu jedziemy na pobliski kemping, ale cena okazuje się za wysoka - 35zł od osoby. Rozbijamy się więc "na gospodarza" koło pobliskiej zagrody. Wieczorem na luzie jedziemy zobaczyć Predjamski Grad - droga jest dość górzysta (w tę i z powrotem 300m podjazdów). Zameczek jest fantastyczny, wręcz nieprawdopodobnie wpasowany w otaczające go skały; widzimy go już nocą - odpowiednie podświetlenie jeszcze dodaje uroku (choć ze zdjęć niewiele wyszło) - jak dla mnie to najpiękniejszy zabytek Słowenii. Po naszym powrocie w namiocie przekonuję się że po drodze zgubiłem bluzę, kiepsko przyczepioną do bagażnika.

XIX dzień - Postojna - Sezana - [I] - Triest



DST 85,4 km - AVS 20,2 km/h - MAX 51,4 km/h - ALT 904 m

Z samego rana jadę jeszcze raz do Predjamskiego Gradu w poszukiwaniu bluzy - po zaliczeniu całej trasy w tę i z powrotem znajduję ją w miejscu zjazdu z szosy do naszego namiotu - to się nazywa pech, na darmo dymałem prawie 30km po górach. Z Postojny w stronę Triestu z początku jest sporo podjazdów, dopada nas też krótki deszcz który przeczekujemy pod wiaduktem. Za rozjazdem w Senożece jest już głównie w dół. Na przejściu granicznym Marcin wymienia pozostałe tolary na włoskie liry, ja natomiast licząc na lepszy kurs w Trieście wstrzymałem się, co okazało się być błędem. Po kilku km wyłania się przed nami niesamowity widok na Adriatyk (z wysokiej na 300m skarpy). Lazurowe morze, cały Triest widoczny jest jak na dłoni - dla takich chwil warto było się męczyć przez tyle kilometrów! Zatrzymujemy się na kempingu w Villa Opicina (na skarpie) po czym już bez bagażu zjeżdżamy 300m niżej. W Trieście oglądamy sporo monumentalnych budowli, bardziej charakterystycznych dla architektury niemieckiej czy austriackiej niż włoskiej, widać że Habsburgowie długo władali tym miastem. Kupujemy na jutro bilety kolejowe do Wenecji (w planach mieliśmy płynąć promem ale uznaliśmy to za za bardzo kłopotliwe). Gdy rozpoczynamy powrót na kemping Marcina zatrzymuje włoska policjantka za jazdę pasem dla autobusów (tylko taki był na tym odcinku). Kończy się na napomnieniu, ponadto skierowani zostaliśmy do specjalnego tramwaju linowego jadącego po niesamowitym nachyleniu na właśnie naszą skarpę. W ten sposób bez wysiłku docieramy na kemping.

XX dzień - Triest - [pociąg] - Mestre - Wenecja - Mestre

DST 43,3 km - AVS 22,2 km/h - MAX 60,8 km/h - ALT 160 m

Dzień zaczynamy zjazdem do Triestu który o mało co nie zakończyłby się tragicznie. Otóż Marcin zapomniał zapiąć linki od hamulców (na noc chowając rowery do namiotu zdejmujemy koła) zobaczył to w ostatniej chwili już ruszając, a na naszej drodze od razu zaczyna się zjazd aż do samego centrum. Jadąc w dół w pewnym momencie otrzymuję silny podmuch wiatru w plecy i momentalnie przyśpieszam z 40 do 60km/h. Bez problemów ładujemy się z rowerami do pociągu i po 2h jesteśmy w Mestre. Jedziemy kilka km na wschód na kemping po czym już bez bagażu ruszamy długą pięcio-kilometrową groblą do Wenecji. Tam płyniemy z rowerami tramwajem wodnym na Plac Św. Marka. Gdy na placu próbujemy dosiąść rowerów momentalnie zawija nas policja, na szczęście obyło się bez żadnych konsekwencji. Marcin kupuje plan miasta i postanawiamy "na sucho" przejść całą Wenecję co jest nie lada sztuką i wymaga niezłego lawirowania z nosem w mapie i ciągłego przenoszenia rowerów przez niezliczone mosty. Ponieważ już powoli zmierzcha, w mieście nie ma takich tłumów jak w biały dzień, natomiast na dobre zaczynają urzędować przeliczne restauracje (większość ma stoliki na powietrzu) co nadaje Wenecji tego niesamowitego klimatu, którego przy standartowym zwiedzaniu nie sposób doświadczyć (byliśmy tu 2 lata temu z wycieczką autokarową). Po przejściu całego miasta już nocą docieramy na kemping.

DALEJ >>>