RZYM 1999




XI i XII dzień - odpoczynek


Nad Balatonem planowaliśmy dzień odpoczynku, ponadto decydujemy się na wykorzystanie tu dnia rezerwowego - liczę że przez dwa dni bez roweru stan kolana się nieco poprawi. Ale te dwa dni do przyjemnych z pewnością nie należały. Pobyt na kempingu "River" wymaga sporej odporności psychicznej - miejsce jest strasznie zapchane - nie ma gdzie szpilki wetknąć, ponadto większość stanowią Niemcy, bez przerwy rozwalający muzykę na cały regulator co uważam za szczyt chamstwa. Przy porannym myciu wydaje nam się że jesteśmy w Niemczech - jeden z wchodzących do umywalni klientów tubalnym głosem krzyczy "Morgen" na co równie głośno odpowiada mu z 10 osób; nie mamy nic do Niemców ale co za dużo to niezdrowo!

XIII dzień - Siofok - Fonyod - Zalakomar - Nagykanizsa

DST 104,3 km - AVS 19,8 km/h - MAX 35,6 km/h - ALT 494 m

Pierwsza część dzisiejszego dnia to przejazd wzdłuż całego wschodniego brzegu Balatonu (ok.50km) - droga raczej mało ciekawa, ponieważ jezioro jest zabudowane infrastrukturą dla wczasowiczów wprost niemiłosiernie, non-stop ciągną się lokalne kurorty z mnóstwem ludzi, taflę Balatonu widzi się sporadycznie. Znad jeziora do Nagykanizsa są lekkie pagórki ale generalnie nic ciekawego. Tego dnia jadę za Marcinem jego tempem (z reguły jestem trochę z przodu i co jakiś czas czekam) starając się w miarę możliwości oszczędzać kolano. Pod koniec Nagykanizsa przy głównej drodze trafiamy na dość kameralny i niebrzydki kemping, gdzie zatrzymujemy się na noc.

XIV dzień - Nagykanizsa - Letenye - [HR] - Cakovec - Varażdin - Turcin



DST 75,1 km - AVS 17,7 km/h - MAX 46,8 km/h - ALT 494 m

Droga z Nagykanizsa do przejścia granicznego w Letenye daje się nam trochę we znaki - drobne pagórki ale co gorsza większość szosy jest w remoncie i ruch najczęściej odbywa się w sposób wahadłowy na jednym pasie; zdarza się że rowerami nie wyrabiamy się w cyklu świateł obliczonym dla samochodów i trzeba schodzić z drogi przepuszczając pojazdy jadące z naprzeciwka. Po przekroczeniu granicy chorwackiej trzeba przejechać ok.1km autostradą z której jest zjazd na Cakovec. Przez 25km do tego miasta strasznie się mordujemy z przeciwnym wiatrem, momentami trzeba jechać ok.15km/h - przez to tego dnia mamy najniższą średnią całej wyprawy. W Nedelisce niemal cudem udaje nam się dokonać zakupów (jest niedziela i wszystkie sklepy w przeciwieństwie do Polski, Słowacji czy Węgier są tu pozamykane). W Varażdinie oglądamy jedynie przedmieścia, śpieszymy się bo przez ten wiatr straciliśmy sporo czasu. Kawałek za miastem jest seria krótkich ale ostrych podjazdów (wg. znaków nawet do 10%). Okazuje się, że kempingu na który liczyliśmy już nie ma, więc decydujemy się na nocleg na dziko w pobliżu jednej z przydrożnych wiosek. Niestety namiot rozbiliśmy fatalnie na rżysku po ściętym zbożu (to był jedyny w miarę płaski kawałek w okolicy) i do tego jescze na pochyłości mocno utrudniającej spanie.

XV dzień - Turcin - Zelina - Sesvete - Zagrzeb - Brdovec - [SLO] - Cateż



DST 121,3 km - AVS 19,2 km/h - MAX 49,7 km/h - ALT 550 m

Pogodę ciągle mamy dobrą więc rano aż chce się jechać. Odcinek do Sesvete jest całkiem niezły - trochę pagórków, a w okolicy Breznickiego Humu zaczyna się autostrada na którą kieruje się gros samochodów jadących na Zagrzeb. Za Sesvete to już typowo wielkomiejska jazda. W Zagrzebiu zwiedzamy Kaptol i katedrę św. Stefana, po czym niepotrzebnie uparłem się by pojechać na kemping (miał być położony nad Sawą) i już na luzie zwiedzić miasto o co Marcin miał do mnie słuszne pretensje. Okazało się bowiem że kempingu nie ma a następny w naszym zasięgu jest aż w Słowenii. Ponieważ było już dość późno ruszamy w stronę granicy, przez moją głupotę, bez zwiedzenia całego centrum Zagrzebia . Na domiar złego na kawałku do granicy trochę pobłądziliśmy tracąc z 5km, skutkiem czego na przejściu jesteśmy już po zmroku. Dociekliwy celnik słoweński koniecznie chce zobaczyć jakim budżetem dysponujemy, uważa że na drogę do Włoch to stanowczo za mało, ale na wjazd jednak zezwala. Kilka km dalej przepływamy promem przez Sawę, po czym w zupełnych ciemnościach polną dróżką dojeżdżamy na kemping Cateż. Ponieważ brakuje cennika usług pytamy się o cenę recepcjonisty - ok.20DM (40zł) nie najtaniej ale ujdzie. Kemping jest bardzo luksusowy można skorzystać m.in. z kompleksu basenów termalnych. Po kolacji Marcin wymienia jeszcze pękniętą wczoraj szprychę w tylnim kole (przez dzień jazdy bez niej koło zdąrzyło się nieźle rozcentrować), po czym kładziemy się na zasłużony odpoczynek.

DALEJ >>>