RZYM 1999




Wstęp

Po sukcesie poprzedniej wyprawy, w 1999 roku postawiliśmy sobie znacznie ambitniejszy cel - Rzym i to bez żadnego handicapu - ruszamy z samej Warszawy, bez wykorzystywania kolei do dojazdu pod granicę. Znacznie dłuższa trasa wymagała pewnych modyfikacji naszego ekwipunku - obaj zakupiliśmy przednie sakwy montowane na bagażniku typu low-rider; nowy był także namiot - model Haiti firmy Marabut, idealny na dwie osoby (co prawda nie najlżejszy-4kg, ale za to z dużym przedsionkiem, w którym po odczepieniu kół można w nocy trzymać rowery) - przez pierwszą część trasy miałem go wieść ja, drugą Marcin. Ponadto kupiłem dość drogi, ale bardzo przydatny w górach licznik rowerowy z wysokościomierzem firmy CatEye (model CC-AT 100).

I dzień - [PL] - Warszawa - Warka - Brzóza - Radom

DST 102,9 km - AVS 20,6 km/h - MAX 43,6 km/h - ALT 454 m

Z Marcinem spotykamy się przy skrzyżowaniu ul Klimczaka z powsińską rowerówką i ruszamy doskonale nam znaną drogą do Góry Kalwarii. Za Górą w krajobrazie zaczynają dominować sady jabłkowe - tak jest praktycznie aż do Warki. Po przejechaniu przez Pilicę zatrzymujemy się na półgodzinny postój nad rzeką. Następny odcinek do Brzózy to sporo lasów, pogoda idealna (słoneczne 26'C), ruch na drodze znikomy - więc jedzie się świetnie. W Głowaczowie nabieramy wodę do 5l karnistra i po przejechaniu mostu na Radomce gotujemy obiad. Ostatni fragment dzisiejszego dnia Brzóza - Radom jest mniej ciekawy, szczególnie przed samym Radomiem (przez kilka km jedzie się wzdłuż mało estetycznego rurociągu). Przed schroniskiem młodzieżowym ulokowanym w szkole podstawowej jesteśmy ok. 16 i przez godzinę musimy czekać na jego otwarcie.

II dzień - Radom - Wąchock - Nowa Słupia - Łagów

DST 83,4 km - AVS 20,2 km/h - MAX 55,7 km/h - ALT 763 m

Z Radomia wyruszamy ok.9 jadąc drogą na Wierzbicę. Powoli na horyzoncie pojawia się masyw Gór Świętokrzyskich przez które dzisiaj będziemy przejeżdżać. Pierwszy porządny podjazd zaliczamy za Mircem, po którym następuje piękny fragment lasu, zakończony zjazdem do Wąchocka, gdzie zatrzymujemy się na dłuższy postój. Kolejny odcinek do Starachowic jest za to mało przyjemny, ze sporym ruchem, dopiero po skręcie na Nową Słupię robi się w miarę pusto. Droga ze Starachowic do Nowej Słupii to ciągłe góra-dół, w miasteczku robimy 1,5h popas na obiad, po czym ruszamy na ostatni dziś, trochę lżejszy kawałek do Łagowa, gdzie nocujemy w schronisku. W Górach Świętokrzyskich nie ma może naprawdę ciężkich podjazdów (poza 300m wjazdem na Łysą Górę), niemniej dają trochę w kość - dzisiejsza suma podjazdów-763m jest zupełnie przyzwoita.

III dzień - Łagów - Szydłów - Pacanów - Dąbrowa Tarnowska - Tarnów

DST 107,7 km - AVS 21,1 km/h - MAX 56,6 km/h - ALT 660 m

Odcinek Łagów - Szydłów przypomina nieco jazdę z wczorajszego dnia, choć za Rakowem powoli zaczyna się wypłaszczać. W samym Szydłowie jest krótka, ale bardzo ostra ścianka na której wyciągam 56,6km/h; za miastem jest już zupełnie płasko, więc jedzie się dosyć szybko. W Stopnicy zatrzymujemy się na lody, a dłuższy postój robimy w słynnym z książek Kornela Makuszyńskiego Pacanowie. Ponieważ dalsza droga prowadzi główną szosą do Tarnowa ruch samochodowy wyraźnie rośnie, szczególnie w okolicy mostu na Wiśle, tutaj dużo węższej niż w Warszawie. Obiad gotujemy w ładnym parku w Dąbrowie Tarnowskiej i zostaje nam już jedynie ostatni, trochę pagórkowaty odcinek do Tarnowa. W mieście decydujemy się na nocleg w schronisku młodzieżowym (w planach był kemping) - w sumie zbliżona cena, a warunki sporo lepsze. Dopóki jesteśmy w Polsce można sobie pozwolić na odrobinę luksusu, za granicą zostanie już tylko namiot (polskie schroniska młodzieżowe są absolutnie bezkonkurencyjne cenowo - zdarzało mi się płacić za noc sumy rzędu 5zł).

IV dzień - Tarnów - Pilzno - Jasło - Bóbrka

DST 91,1 km - AVS 20,6 km/h - MAX 48,5 km/h - ALT 610 m

Pogoda ciągle nam dopisuje - od Warszawy cały czas mamy słońce. Na początek dnia jedziemy z Tarnowa do Pilzna ruchliwą drogą międzynarodową Kraków-Rzeszów (ku naszej uldze jest pobocze). Po krótkim odpoczynku w Pilźnie skręcamy na Jasło; 33km bocznej drogi łączącej te miejscowości nieoczekiwanie okazało się strasznie ruchliwe (i to głównie ciężkie i przestarzałe ciężarówki!), a szosa była bardzo wąska, ponadto sporo było na niej krótkich, ale treściwych podjazdów (przecinaliśmy Pogórze Ciężkowickie). Tak więc tablicę z napisem Jasło przyjęliśmy z dużą ulgą. Na postoju stwierdzam, iż na jednej szybce moich okularów przeciwsłonecznych starła się posrebrzana warstwa. Ponieważ szkoda mi pieniędzy na nowe okulary jadę w nich dalej; dla używalności nie ma to większego znaczenia, aczkolwiek wyglądam w nich dość komicznie. Do Bóbrki dojechaliśmy drogą przez Jedlicz, na zaliczanie Krosna nie mielieśmy już ochoty. Po krótkim poszukiwaniu osoby posiadającej klucze do schroniska (mieszczącego się w podstawówce) meldujemy się jako jedyni dzisiejsi klienci i po krótkim odpoczynku i kolacji kładziemy się spać.

V dzień - Bóbrka - Dukla - Przeł. Dukielska (500m) -[SK] - Svidnik - Hanusovce



DST 98,5 km - AVS 20,6 km/h - MAX 42,3 km/h - ALT 706 m

Poranek jest wyjątkowo nieciekawy - okazuje się, że w mojej tylnej sakwie zerwał się jeden z dwóch nitów, którymi był przymocowany jeden z haków, na których torba trzyma się na bagażniku. Na szczęście Marcin wpadł na pomysł zastąpienia nitu grubym sznurowadłem, który nieoczekiwanie zdał w pełni egzamin - sakwa wytrzymała na nim do końca wyjazdu (i jeszcze 3 kolejne lata użytkowania !). Patrząc przez okno widzimy zachmurzone niebo, a gdy ruszamy zaczyna lekko siąpić. Z tego powodu rezygnujemy ze zwiedzania leżącego na otwartym terenie Muzeum Przemysłu Naftowego w Bóbrce (miałem okazję je oglądać kilka lat wcześniej) i kierujemy się prosto do Dukli. W czasie drogi na przejście graniczne w Barwinku pogoda się polepsza; na Przełęczy Dukielskiej przebieramy się krótkie spodenki i koszulki z krótkimi rękawkami; sam podjazd pod przełęcz lekko rozczarowuje, nachylenie niewielkie. Po przekroczeniu granicy słowackiej oglądamy cmentarz żołnierzy radzieckich oraz czechosłowackiego korpusu; o strategiczną przełęcz toczyły się w okresie II w.ś. bardzo krwawe walki z Niemcami. Cmentarz jest w stylu mocno socrealistycznym, choć jak dla mnie do cmentarza wojskowego ta trochę pompatyczna architektura naprawdę się nadaje. Z granicy do Svidnika prowadzą nas głównie zjazdy; na postoju w tym mieście Marcin, który twierdził że Polak ze Słowakiem dogada się bez żadnego problemu próbuje rozmowy z przechodzącą babcią, a ta ku mojej uciesze (byłem mocno sceptyczny wobec tej teorii) ni w ząb nie rozumie o co chodzi. W Giraltovcach skręcamy na Hanusovce, gdzie według naszej mapy miał być kemping, ale okazuje się, że te dość ciężkie 15km przejechaliśmy na darmo - kemping jest w rozbiórce. W centrum Hanusovec opada nas gromada cygańskich dzieci, bezceremonialnie próbujących zdjąć z rowerów fragmenty naszego bagażu, więc ruszamy czym prędzej. W tym rejonie Słowacji Cyganów jest sporo, dorośli nie stanowią większego problemu, natomiast dzieci potrafią być bezczelne i przy większej grupie lepiej się nie zatrzymywać - bardzo łatwo stracić np. lampkę lub bidon. Trudno je nawet za to potępiać - tak są od małego wychowywane, jednak dla ludzi spoza ich kręgu takie spotkanie potrafi być stresujące - nie wiadomo nawet jak reagować wobec faktu "pożyczenia" jakiegoś drobnego przedmiotu, trochę głupio stosować przemoc wobec grupki 12-latków. Nocleg w końcu udaje nam się znaleźć w zadaszonej altance jednego z uprzejmych gospodarzy w Hanusovcach.

DALEJ >>>