RUMUNIA I BAŁKANY - 2008




XVI dzień - Przeł. Goles - Pec - Kanion Rugovo - Kuciste



DST 91,8 km - AVS 19,4 km/h - MAX 54,2 km/h - ALT 1144 m

Rano pogoda dalej kiepska, nawet leciutko popadywało, ciągle zimno. Ale za to mamy niezły wiatr, więc jedziemy szybko, trasa lekko pagórowata, ruch ciągle duży. Po ok. 10km mijamy wielką kolumnę pancerną wojsk KFOR-u, przejechało chyba z 50 wozów opancerzonych i wiele innych - takie niecodzienne obrazki w Europie można chyba tylko w Kosowie zobaczyć. Po ponad 30km pogoda powoli się poprawia, gdy zaliczamy większy zjazd na 380m jest już 15-16'C więc całkiem przyzwoicie. Zjazd kończy się na skrzyżowaniu z drogą na Prizren i od tego miejsca ruch samochodowy, dotąd bardzo dotkliwy wyraźnie się zmniejsza. Do Pecu łagodnie podjeżdżamy, miasto jest malowniczo położone u stóp wielkiego masywu górskiego w który dziś będziemy wjeżdżać. DunajSamo miasto wygląda niespecjalnie (choć mi przypadło do gustu bardziej niż Prisztina), w centrum jest niebrzydki deptak, gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek, a Tomek jako miłośnik lokalnych potraw funduje sobie kebab, zdecydowanie różniący się od tego co podają pod tą nazwą w Polsce. Z miasta wyjeżdżamy drogą na przełęcz Cakor, która na naszych mapach zaznaczona jest na biało, więc liczymy się z tym że może być szutrowa. Na rogatkach Pecu znajduje się baza wojsk NATO, po rozmowie z włoskimi żołnierzami dowiadujemy się, że droga za kanionem jest bardzo kiepska, że nie ma tu przejścia granicznego, mówią że jechać możemy na własne ryzyko, oni do Czarnogóry zalecają główną drogę przez przełęcz Kula. Ale to pozbawiłoby naszą trasę jednej z głównych atrakcji, więc decydujemy się zaryzykować przejazd przez Cakor. Kanion Rugovo zaczyna się kawałek za bazą i robi naprawdę duże wrażenie, może nie aż tak piękny jak Bicaz (bo trochę szerszy), ale porównywalnej klasy, niesamowite są szczególnie skalne tunele o fantazyjnych kształtach. W wąwozie zaczyna się też ostrzejszy podjazd, szybko zyskujemy wysokość, jazda po serpentynach pozwala na jeszcze piękniejsze widoki na kanion. Na ok. 800m wyjeżdżamy z kanionu i zaczyna się jazda w górę niebrzydkiej doliny. Szybko się ochładza, temperatura spada poniżej 10'C, przybywa też sporo ciemnych chmur. Za Kuciste na ok. 1100m kończy się asfalt i zaczyna szutrówka kiepskiej jakości z dużą ilością żwiru, chwilami wygląda jak polna dróżka, nie międzynarodowa szosa, zastanawiamy się czy na pewno dobrze robimy pchając się tędy do góry. Ale z drugiej strony za dużo już podjechaliśmy by teraz zawracać. Jedziemy jeszcze ze 2-3km i jako że trafia się niezłe miejsce na nocleg nad rzeką - postanawiamy się rozbić, bo pogoda u góry jest coraz gorsza, jest też dość późno i nie było dziś sensu próbować pchać się przez Cakor, bo przed zmrokiem na pewno nie dalibyśmy rady.

XVII dzień - Kuciste - [MN] - Przeł. Cakor (1849m) - Andrijevica - Tresnjavik (1570m) - Matesevo



DST 91 km - AVS 15,7 km/h - MAX 41,8 km/h - ALT 1649 m

Rano jest bardzo zimno, gdy ruszamy zaledwie 5'C i sporo chmur, dobrze że od razu mamy do góry, więc szybko można się rozgrzać. Droga dalej bardzo kiepska, cały czas dziurawa szutrówka. Po paru km dojeżdżamy do czarnogórskiej granicy, gdzie wita nas zapora przeciwsamochodowa - ale co to dla roweru :). Jest tylko informacja dla KFOR-u że to koniec Kosowa i dalej nie mogą wjeżdżać, żadnej tablicy że zaczyna się Czarnogóra nie ma. Raz kozie śmierć - jedziemy!Droga międzynarodowa :) Powoli wznosimy się, las coraz rzadszy - i o dziwo robi się coraz cieplej, porządnie się przejaśnia i na ok. 1500m wreszcie mamy prawdziwą pogodę i niemal pełne słońce. Sam podjazd nie jest specjalnie ostry, nachylenie oscyluje w granicach 3-7%, ale nawierzchnia robi swoje i za szybko się nie jedzie. O dziwo u góry na ok. 1700m trafiamy na dwie zamieszkałe chałupy, nawet mija nas samochód - bo odkąd wczoraj wjechaliśmy na szutrówkę nie spotkaliśmy żywej duszy. Końcówka bardzo ładna, soczyście zielone zbocza górskie fantastycznie prezentują się w słońcu, w taką pogodę aż chce się jechać. Sama przełęcz - położona malowniczo, choć trochę zeszpecona przez parę baraczków, a na stojącym tu przystanku (sic!) są ślady od kul. Jest też pomnik z czerwoną gwiazdą i nazwiskami poległych żołnierzy zarówno z I jak i II wojny światowej, widać że ta droga od dawna miała ważne strategiczne znaczenie. Z przełęczy roztacza się bardzo szeroka panorama na wschód, widać nawet charakterystyczny wapienny masyw Durmitoru - najwyższych gór Czarnogóry. Po dłuższym odpoczynku ruszamy w dół, na szutrowym zjeździe nie ma mowy o puszczaniu hamulców, po paru km droga zbiera swoje żniwo - Tomek łapie gumę, gdy ją naprawiamy zauważamy że na górskiej łące tuż koło nas (na wysokości ok. 1700m) pasą się...świnie (autentyczne!). W czasie naprawy z dołu nadjechała gazikiem policja czarnogórska, byliśmy niemal pewni że się do nas czepią, a jak źle pójdzie to i zawiną - ale nie robili najmniejszych problemów, mimo że powiedzieliśmy że jedziemy z Kosowa (bo i innej możliwości nie było). Tak więc de facto przejechaliśmy przez zieloną granicę jednego z bardziej zmilitaryzowanych krajów Europy! Jednak w Czarnogórze zupełnie inaczej się do ludzi podchodzi, w Serbii za taki numer byłyby surowe konsekwencje. Po zmianie dętki kontynuujemy zjazd, po tej stronie szutrówka jest krótsza, już na 1300m wraca asfalt, do Murino docieramy bardzo szybko, na dole od razu się przebieramy, po raz pierwszy od jazdy nad Dunajem zakładam krótkie spodenki, bo temperatura dochodzi do 20'C, choć wieje zimny wiatr. Po szutrowej przeprawie przez Cakor na którą starciliśmy kupę czasu postanawiamy zrezygnować z jazdy przez przełęcz Tresnjavik (która na mapie również jest na biało) i jechać przez Berane w stronę Mojkovaca. Pierwszy widok na DurmitorDo Andrijevicy jedzie się bardzo fajnie, prawie cały czas w dół doliny, większość z wiatrem w plecy, po pięknej widokowo trasie, pojawia się sporo górek z charakterystycznymi dla byłej Jugosławii wapiennymi skałkami. Za Andrijevicą zauważamy duże drogowskazy na Podgoricę kierujące na drogę przez Tresnjavik, więc dochodzimy do wniosku, że droga przez przełęcz musi być wyasfaltowana - i postanawiamy wrócić do pierwotnego planu. Na początku podjazdu (startujemy z 760m) biorę się za montaż przedniej przerzutki, którą od czasów szosy transfogarskiej mam zdjętą. Straciłem na to z godzinę i za diabła nie mogłem jej dobrze ustawić, myślałem że rozwaliła się i przednia manetka, założyłem więc zakupioną w Belgradzie przednią manetkę LX, ale manetki MTB nie do końca są kompatybilne z przednimi przerzutkami szosowymi i działa tylko mały i średni bieg. A montując nowe manetki już po powrocie do Warszawy przekonałem się, że najprawdopodobniej źle ustawiłem samą przerzutkę. Po tej zabawie szybko ruszamy w górę, bo jest już późno, na naprawy i Cakor straciliśmy dziś masę czasu. Podjazd na Tresnjavik dość łagodny, nachyleń powyżej 7-8% właściwie nie ma (w ogóle podjazdy w byłej Jugosławii rozczarowują, przed wyjazdem spodziewałem się czegoś znacznie gorszego, bo na mapie na Tresnjaviku jest informacja o 20%, na Cakorze 15% - a nic takiego tu nie ma). Cały podjazd psuje mi jednak bolące ścięgno Achillesa, mimo kilku zmian ustawienia siodełka jest coraz gorzej, kontuzja ta odbija mi się do dzisiaj. Większość podjazdu w lesie, dzień powoli się już kończy, robi się coraz zimniej, gdy po 18 docieramy na szczyt są zaledwie 3 stopnie. Przebieramy się w grube ciuchy (zakładam kurtkę windstoperową) i szybko ruszamy w dół. Pod koniec zjazdu łapie nas zmierzch, zakładamy lampki i kontynuujemy jazdę, trzeba uważać, bo jest sporo dziur, trafia się też dłuższy kawałek szutru. W Matesevie nabieramy wodę, wyjeżdżamy kawałek dalej w stronę Kolasina i rozglądamy się za miejscem na rozbicie namiotu. Trochę się w tych ciemnościach naszukaliśmy, w końcu rozbijamy się za pustym domem, niedaleko od szosy. Zdrowo mnie ta kontuzja nogi wkurzyła, wieczorem achilles boli porządnie, postanawiam jutro jechać tylko do Żabljaka, by dojechać do Splitu mam jeszcze dużo czasu w zapasie, nie ma więc sensu robić bardzo długich dystansów ryzykując poważną kontuzję. Tomek, któremu kończy się urlop chce pociągnąć kawałek dalej, dlatego postanawia jutro ruszyć już o 7 rano, ja z kolei nie mam co się spieszyć, nie chce mi się wstawać tak wcześnie, gdy jest zimno jak diabli.

XVIII dzień - Matesevo - Kolasin - Mojkovac - Kanion Tary - Żabljak - Durmitor



DST 109,2 km - AVS 17 km/h - MAX 48,1 km/h - ALT 1644 m

W nocy było bardzo zimno, temperatura w namiocie spadła do 5 stopni. Tomek mimo tego twardo realizował swój plan i wstał jeszcze nocą ok. 5 rano, choć na przygotowania do trasy zeszło mu się trochę czasu i w efekcie rusza ok.8 (gdy ja dopiero zaczynam robić śniadanie), nadal jest zimno jak cholera. Żegnamy się dziękując sobie za wspólną trasę. Ja zebrałem się w miarę szybko, po 9.30 jestem już na trasie, temperatura już trochę wzrosła, jest 8'C i tak jak wczoraj słońce. Szybko docieram do niebrzydkiego Kolasina, gdzie robię zakupy. Za Kolasinem zaczyna się fajna trasa doliną Tary, jeszcze nie w kanionie, ale nie brakuje pięknych widoków, rzeka ma turkusowy kolor, wije się wśród wapiennych skał. Do Mojkovaca jedzie się bardzo szybko, jest generalnie w dół. W Mojkovacu postanawiam jechać non-stop do końca kanionu, pogoda jest fantastyczna, temperatura dochodzi do 20'C. Kawałek za Mojkovacem zaczyna się długi, ponad 150m podjazd, widać doskonale ile droga wznosi się nad poziom doliny. Widoki robią się coraz piękniejsze, wysokie skały kanionu zwężają się coraz bardziej. Droga odbija od rzeki w lewo zjeżdżając prawie na poziom doliny, jadąc widać drogę, którą za chwilę trzeba będzie podjeżdżać na skały znowu ze 100m. Na szczycie od razu w dół, jeszcze dłuższy kawałek - i zaczyna się chyba najpiękniejszy kawałek trasy przez kanion Tary z licznymi przewężeniami, tunelami, fantastycznymi widokami na skały i turkusową rzekę na dole. Kanion jest tak głęboki, że GPS notorycznie gubi sygnał, co dotąd ani razu na powietrzu mu się nie zdarzyło. Powoli zjeżdżam coraz niżej, aż droga w końcu zrównuje się z poziomem rzeki. Jedzie się fantastycznie, ale jak to niestety często na wyprawach bywa - za piękne to było żeby mogło długo potrwać. W niemal najniższym punkcie drogi, już poniżej 700m na jednym ze zjazdów nagle coś gwałtownie zaczyna przycierać w tylnym kole, błyskawicznie mnie wyhamowując. Z początku myślałem że to tylko guma lub zaklinowany hamulec, ale awaria okazuje się dużo poważniejsza - pękła tylna obręcz, jej fragment wygiął się w bok i przycierał o hamulec. Kanion TaryPodłamało mnie to nieźle, bo miejsce było takie, że miałem 30-40km w każdą ze stron do miejsca, gdzie od biedy mogłem złapać transport do Podgoricy, gdzie ewentualnie dałoby się kupić nowe koło. Postanawiam napompować leciutko koło, naprawdę minimalnie (poniżej 1atm), ale nawet tak i opona i dętka zaczynają wyłazić. Ujechałem w ten sposób może ze 2km - i dętka pęka. Kolejnej nie było sensu zakładać, więc kontynuuję jazdę z oponą w ogóle bez powietrza. O dziwo okazuje się, że pomimo 30kg bagażu daje się w ten sposób jechać! Po paru km takiej jazdy docieram do najbardziej widokowego miejsca kanionu - czyli wspaniałego, bardzo charakterystycznego mostu na Tarze. Zaraz za mostem zaczyna się długi podjazd do Żabljaka, usuwam dziurawą dętkę (której wcześniej nie zdjąłem), bo ciągle wyłaziła, sama opona na szczęście ułożyła się dobrze na obręczy, co pozwoliło na w miarę sprawną jazdę nawet bez powietrza, jedzie się ze 2-3km/h wolniej niż normalnie, choć z pewnością dużo większym wysiłkiem, bo oczywiście opory w takiej kombinacji są dużo większe. Niemniej podjazd pokonuję całkiem sprawnie, na ok. 1350m osiągam granicę lasu i zaliczam 50m w dół wyciągając na zjeździe 40m/h! (dźwięki z roweru niezapomniane!). Później jest spory kawałek w miarę płaski - na horyzoncie pojawia się wspaniały wapienny masyw Durmitoru. Krajobraz iście preriowy - długie równiny i wapienne skałki, trochę lasu, takie pejzaże można trafić w wielu miejscach byłej Jugosławii. Powoli dojeżdżam do Żabljaka, samo miasteczko to takie czarnogóskie mini-Zakopane, z dużą ilością hoteli i infrastruktury turystycznej, sporo się tu także buduje. Obręcz tak trzeszczy na asflacie, że krowy pasące się przy drodze uciekają z popłochem na te niecodzienne odgłosy. Zaliczam jeszcze ze 100m podjazdu do centrum Żabljaka, gdzie ku wielkiemu zdziwieniu spotykam Tomka! Czekał tu na trójkę Ukrainców, których spotkał na trasie, ale że ja spotkałem ich zjeżdżających już do hotelu - idziemy więc na zakupy i jedziemy dalej, bo jest już dość późno i robi się coraz zimniej. Na pagórkowatej i dziurawej drodze za Żabljakiem mam spore problemy z kołem, bo opona przestaje trzymać się obręczy, co chwilę trzeba ją poprawiać, co bardzo utrudnia jazdę. Kilka km za Żabljakiem żegnamy się kolejny raz z Tomkiem, bo on jedzie w stronę Podgoricy, ja natomiast chcę zaliczyć Durmitor. Zaraz za rozjazdem zaczyna się podjazd, wjeżdżam na ponad 1500m i orientuję się że minąłem wszystkie chałupy i nie mam gdzie nabrać wody, zjeżdżam więc po trawie skrótem do wioski, ale tak się pechowo złożyło że były to tylko domki letniskowe, obecnie puste, więc w sumie musiałem zjechać na sam dół do szosy i jeszcze raz to podjechać. Rozbijam się nad wioską, w ładnie osłoniętym drzewami miejscu, parę minut przed zmrokiem.

XIX dzień - Durmitor - Przełęcz Sedlo (1908m) - [autobus] - Podgorica



DST 8,3 km - AVS 9,1 km/h - MAX 21,4 km/h - ALT 425 m

W nocy było jeszcze zminiej niż wczoraj, w namiocie miałem 3'C, gdy się zacząłem zwijać popadywała śniegowa mżawka, po wczorajszej pogodzie nie zostało śladu, wszędzie chmury. Długo się zastanawiałem czy w tych warunkach jest sens pakować się w górę z rozwalonym rowerem, ale chciałem mieć tą satysfakcję i wjechać na najwyższą przełęcz Durmitoru. Gdy ruszam w górę jest zaledwie 1'C, ale szybko się rozgrzewam, bo pod górę jest niemal cały czas, nawet musiałem zdjąć kurtkę windstoperową, bo było w niej za gorąco. Na ok. 1650m wjeżdżam w gęste chmury, widoczność na 20-30m. Taka jazda miałaby swój urok, gdyby nie ciągłe problemy z rowerem, opona jest już mocno zniszczona i zupełnie nie trzyma się obręczy, trzeba ją co chwilę poprawiać, widzę że w ten sposób to daleko nie zajadę. Na szczęście przełęcz mam stosunkowo blisko, zaledwie 8km, więc powoli pnę się do góry. Na 1800m trochę się przejaśnia, gęsta mgła przechodzi, jest też minimalnie cieplej (4'C) za to zrywa się mocny wiatr. Niedaleko przed szczytem mija mnie van z grupką austriackich rowerzystów, widząc moje problemy z rowerem proponują mi podwiezienie.Przez Durmitor Jako że z rowerem jest coraz gorzej i nie wyobrażam sobie jazdy w ten sposób 40km po górach (a tyle jest mniej więcej do Plużinje) - więc postanawiam skorzystać z propozycji, poprosiłem ich by zaczekali na mnie na przełęczy, by dociągnąć rowerem na szczyt. Na przełęczy strasznie wiało, dogoniłem tu trójkę Ukrainców, którzy wczoraj jechali z Tomkiem. Wiatr momentalnie wyziębiał, więc błyskawicznie pakujemy rower do busika (w tym pośpiechu nawet zapomniałem zrobić zdjęcie na szczycie). Dalsza trasa widokowo była przepiękna, bardzo żałowałem że nie mogę tu jechać na rowerze, niesamowity był szczególnie ostatni zjazd do Plużinje, gdzie droga prowadziła przez całą serię wspaniałych skalnych tuneli, w których droga zakręcała o 180 stopni! W Plużinje żegnam się z uprzejmymi Austriakami, dziękując im za podwiezienie (dalej jechali w stronę Bośni). Na kolejny autobus do Niksica musiałem czekać dobrych parę godzin. Był to taki większy busik na 15-20 osób, na szczęście kierowca zgodził się na zabranie roweru. Po ponad godzinie jazdy "preriową" górską drogą docieramy do Niksica - tu przesiadka ułożyła się idealnie, po 15min jadę już do Podgoricy. Jako że byłem już bardzo zniechęcony całą serią awarii i fatalną pogodą postanawiam zakończyć wyprawę, rezygnując z ostatniego już nie aż tak ciekawego kawałka do Splitu. Była to sobota - nie wiadomo czy jutro udałoby mi się dostać koło, nie chciało mi się już z tym bujać, a jadąc dziś z Podgoricy podróżowałbym pociągami wspólnie z Tomkiem. Na dworcu jestem ok. 1,5h przed odjazdem pociągu do Suboticy, po ok. 45min dociera Tomek, który dziś miał ciężką przeprawę przez góry, wpakował się jakąś boczną drogę, gdzie była taka nawierzchnia, że w ogóle nie dało się jechać rowerem.


Powrót

Kupujemy bilety na pociąg do Suboticy w Serbii, Tomek składa rower do torby transportowej, ja będę musiał kombinować. Pociąg jedzie tu z Baru, w Podgoricy wsiada masa osób i niestety nie udało się zająć miejsca w przedziale. Rower wstawiam do pomieszczenia z umywalką, trochę wystaje, musiałem za jego przewóz zapłacić 5E łapówki Czarnogórcom i 300 dinarów Serbom (to już oficjalna cena za przewóz roweru w serbskimi kolejami). Ze 2h jechaliśmy na korytarzu, później trochę ludzi wysiadło i udało się usiąść. Już nad ranem w Nowym Sadzie trzeba było zmienić wagon bo nasz do Suboticy nie jechał. Zmęczeni całonocną podróżą po 7 docieramy do Suboticy, wydajemy ostatnie dinary na pleskavicę i ruszamy na ponad 20km do Kelebii na Węgrzech (w ten sposób wychodzi sporo taniej za pociąg do Budapesztu). Jako, że opona już w ogóle nie trzyma się koła zdejmuję ją i cały ten dystans pokonuję na samej obręczy :)). Wbrew moim obawom jedzie się całkiem przyzwoicie 18-20km/h, choć obładowany rower wydaje przeraźliwe dźwięki jakby to przejeżdżał niemal czołg :). Do Kelebii dojeżdżamy bez problemów, później ok. 3h pociągiem do Budapesztu, skąd wieczorem mamy pociąg do Warszawy. Tomek jedzie na zwiedzanie miasta, ja tylko przejeżdżam na dworzec Keleti (skąd odjeżdżają pociągi do Warszawy), idę do McDonalda, pod wieczór jeszcze przejechałem się z dworca nad Dunaj by rzucić okiem na centrum pięknego Budapesztu, budząc przy tym niemałe zainteresowanie mijanych ludzi, z powodu niecodziennych dźwięków wydawanych przez mój pojazd. W ekspresie do Warszawy udało się fajnie ustawić rower za siedzeniami, że kontrolerzy nawet go nie zauważyli, więc nic dodatkowo nie musiałem płacić. Zmęczeni docieramy do Warszawy (Tomek w dodatku już po paru godzinach musi iść do pracy), tym razem już ostatni raz się żegnamy, po czym metrem dojeżdżam do domu.

Podsumowanie

W sumie przejchałem 1676,9km, prędkość maksymalna to 66,4km/h (z szosy transfogarskiej), najdłuższy odcinek dzienny to 208,7km (już pierwszego dnia), największa dzienna suma podjazdów to aż 2650m (mój rekord z pełnym bagażem, również na szosie transfogarskiej).
Dawno już tak pokręconej wyprawy nie miałem, zawirowań była cała masa; w pierwszej części spowodowanych trochę za ambitnym szczególnie jak na wrzesień (krótkie dni) zaplanowaniem trasy i też zbyt łatwym wymięknięciem po pierwszym długim dniu. W drugiej części, już w Serbii prześladowały mnie awarie i fatalna pogoda, co w efekcie doprowadziło do skrócenia trasy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - dzięki temu, że do Suczawy dotarłem autokarem miałem okazję podróżować przez 3 dni z grupką fajnych sakwiarzy z Leszna, w zupełnie innym stylu niż dotąd samotnie.
Sprzętowo, w przeciwieństwie do majowej wyprawy w Alpy - zupełna porażka, przytrafiły się zupełnie nieoczekiwane awarie, nie do naprawienia na trasie, jak zepsuta tylna manetka (i to sam Dura-Ace!) czy pęknięta obręcz Alexrims Ace-18 (zupełna tandeta, nie używałem jej nawet roku); nie były to też awarie częściowo na własne życzenie, jak na Nordkappie, gdzie za bardzo oszczędziłem na napędzie i bagażnikach. Awarie poważnie odbiły się na kształcie trasy i w zestawieniu z dziadowską pogodą skutecznie zniechęciły mnie do dalszej jazdy i skłoniły do powrotu parę dni wcześniej niż to miałem w planach. Ale zobaczyłem też niemało - Rumunię niemal w całości przejechałem zgodnie z planem i bardzo mile wspominam ten kraj, godny polecenia każdemu rowezyście, w Serbii widziałem piękny przełom Dunaju, odwiedziłem Kosowo i Czarnogórę. Oczywiście pozostało sporo niedosytu, na Bałkanach jest jeszcze masę atrakcji do zobaczenia - tak więc jest materiał (i chęci!) na co najmniej jeszcze jedną wyprawę.