RUMUNIA I BAŁKANY - 2008




XI dzień - Balcesti - Craiova - Filiasi - Strehaia - Drobeta Turnu Severin - [SRB] - Żelazna Brama Dunaju



DST 150,2 km - AVS 21,8 km/h - MAX 53,4 km/h - ALT 804 m

Ruszamy trochę po 10. Pierwsze 20km do Craiovej to powtórka z wczorajszej końcówki - czyli ostre górki po kilkadziesiąt metrów i już od ponad 60km dziurawa droga z betonowych płyt. Ze szczytu ostatniej górki roztacza się szeroka perspektywa na Craiovą. Samo miasto postanawiamy ominąć obwodnicą - to brzydkie przemysłowe miasto, więc nie było sensu pchać się do centrum, wreszcie wraca świetny asfalt.Dunaj Gdy obwodnica się kończy wjeżdżamy na bardzo ruchliwą E-70, którą będziemy jechać ponad 100km do Drobety. Cała dalsza trasa raczej bez historii - ot nieciekawy odcinek, który trzeba przejechać. Za Craiovą mijamy potężną fabrykę, ciągnęła się aż kilka km, południowa Rumunia jest znacznie bardziej uprzemysłowiona od północnej, rejon Pitesti to wielkie zagłębie naftowe, nawet i tutaj widzimy trochę małych szybów. W Filiasi stajemy na zakupy, a kawałek za miastem na większy odpoczynek. Za Filiasi jest rozgałęzienie drogi, większość samochodów skręca na Tirgu Jiu, na Drobetę ruch jest zdecydowanie mniejszy, Francuz łapie się "w cień" za ciężarówką, pociągnął tak ładnych parę km, wyciągając ponad 60km/h, ja bez przedniej przerzutki, nawet nie próbowałem (o przywiezienie zapasowego pancerza poprosiłem Tomka, póki co nie ma dużych gór, więc da się jechać na średniej zębatce). Za Strehaią zaczyna się seria łagodnych długich podjazdów, w sumie wjeżdżamy na 310m, zaczęło się chmurzyć, nawet przez chwilę kropiło. Zjazd do Drobety dość szybki, z pięknymi widokami na bardzo szeroki w tym miejscu Dunaj. W Drobecie robimy krótką rundkę po centrum (niespecjalne) i jedziemy na serbską granicę. Te 10km do granicy to okropna i cholernie ruchliwa wąska droga, gdzie kierowcy tirów jeżdżą jak wariaci (parę razy trzeba było uciekać na pobocze). Sama granica ulokowana jest niesamowicie - na potężnej tamie na Dunaju (kolejna tama na mojej trasie :)), obniżającą tą ogromną przecież rzekę o dobrych kilkanaście metrów; odprawa rumuńska jest na jednym brzegu, serbska na drugim. Różnice widać już podczas samej odprawy - Rumuni wesoło sobie żartowali, pytali o podróż itd., Serbowie z zaciętymi twarzami długo grzebali w komputerach, zanim bez słowa wstawili pieczątki. Trochę mnie wkurzyło to że na granicy po serbskiej stronie nie dało się wymienić rumuńskich lei, których mi sporo zostało, nie chciało mi się już zawracać i jeszcze raz przejeżdżać granicy. Jedziemy jeszcze ze 2km i skręcamy w boczną drogę nad dopływ Dunaju, gdzie rozbijamy się na noc. Po 4 dniach ostrej jazdy udało mi się w końcu nadrobić straty dystansowe - i na spotkanie z Tomkiem jadącym do Serbii pociągami z Polski powinienem się wyrobić.

XII dzień - Żelazna Brama Dunaju - Donji Milanovac - Golubac - Ljesnica



DST 131,8 km - AVS 19,5 km/h - MAX 44,4 km/h - ALT 1125 m

Rano ruszam przed 9, Francuz woli wstawać sporo później, więc żegnamy się dziękując sobie za 2 dni wspólnej jazdy (w Serbii miał być tylko jeden dzień, dalej jechał w stronę Bułgarii). Niestety kończy się pogoda - wszędzie pochmurno, temperatura poniżej 20'C, a szkoda bo zapowiada się piękna trasa! Przede mną słynna Żelazna Brama Dunaju (rozpoczyna się już właściwie od Drobety) - czyli przełom tej wielkiej rzeki, w czasach rzymskich ważne miejsce strategiczne (Drobetę założyli Rzymianie). Przez pierwszy odcinek do Tekiji "ścigam się" z dużym statkiem pasażerskim płynącym rzeką (i minimalnie wygrywam :)), widoki robią się coraz ciekawsze, Serbia zaskakuje pustką, poza kilkoma miasteczkami nad Dunajem jest niemal bezludnie, ruch symboliczny. Niestety już w Tekiji (po 15km) zaczyna padać, z początku raczej mżawka, ale na większym podjeździe na prawie 300m pada już porządniej. Na zjeździe widoki robią się fantastyczne, Dunaj płynie tutaj niemal w kanionie z wysokich na 400-500m gór, chwilami jest 2 razy węższy niż normalnie, podobno przed budową tamy żegluga tu wcale nie była taka bezpieczna, a nurt znacznie bardziej bystry. Największe wrażenie robi na mnie obraz jak z "Władcy Pierścieni" - w pewnym momencie po rumuńskiej stronie pojawia się ogromna, kilkudziesięciometrowa głowa (króla?) wyrzeźbiona w skale niczym posągi Anariona i Isildura nad Anduiną. Po drodze przejeżdżam przez wiele krótkich tuneli, na zjeździe z kolejnej większej górki wreszcie przestaje padać i do Donjego Milanovaca jedzie się całkiem przyjemnie. Samo miasteczko robi sympatyczne wrażenie, widać je już z 10km wcześniej, bo droga objeżdża tu szeroką odnogę Dunaju - ma charakter typowo turystyczny z ładnym deptakiem nad rzeką i licznymi hotelami. Żelazna Brama DunajuW banku wymieniam euro na dinary (lei i tu się nie da), robię spore zakupy i staję na dłuższy postój. Lepsza pogoda długo nie potrwała - już parę km za miateczkiem znowu pada i to coraz bardziej - i tak jest już przez całe 40km do Golubaca. Trasa piękna, tym razem przez mały przełom Dunaju (Mali Derdap) - masa skalnych tuneli, szosa często tuż nad samą rzeką, sporo górek, ale coraz większy deszcz odbiera całą przyjemność, zrobiło się też zimniej (15-16'C), za długo zwlekałem z przebraniem się w długie spodnie, w efekcie czego zamoczyłem buty. Przed samym Golubacem leje już mocno, a droga jest tu przepiękna, prowadzi przez ruiny zamku i małego miasteczka, idealnie w nie wkomponowana, jest nawet tunelik pod zameczkiem, a Dunaj po serii przewężeń rozlewa się bardzo szeroko, tak że w deszczu nie widać już drugiego brzegu. W Golubacu odpoczywam z pół godziny przeczekując główne uderzenie deszczu, wg planu miałem tu nocować, ale postanawiam pociągnąć kawałek dalej, by jutro mieć bliżej do Kuceva, gdzie mam się spotkać z Tomkiem. Za Golubacem zostawiam Dunaj za plecami i wjeżdżam w głab lądu, co wiązało się z paroma ostrymi ściankami., wyprowadzającymi z 70-80m na 250m. Drogi bardzo kiepskie z dziurawym afaltem, a przed Zelenikiem jest nawet z kilometr w ogóle bez nawierzchni. Padać na szczęście przestało, ale wszędzie jest mokro i nieprzyjemnie, na dziurawych zjazdach trzeba bardzo uważać. W Ljesnicy docieram do główniejszej szosy na Kucevo i jako że zaraz trafia się fajna miejscówka - rozbijam się tuż za miasteczkiem.

XIII dzień - Ljesnica - Kucevo - [autobus] - Belgrad



DST 14,1 km - AVS 18 km/h - MAX 32,3 km/h - ALT 111 m

Do Kuceva mam niecałe 15km, więc nie muszę się spieszyć. Gdy jem śniadanie dostaję SMS-a od Tomka, że pociąg z Belgradu do Pożarevaca jest opóźniony, nie wiadomo czy w ogóle odjedzie. Zadzwoniłem więc do Tomka by ustalić szczegóły - po powrocie okazało się że za trwającą 4,45min rozmowę załpłaciłem 67zł, Tomek 36zł - w sumie ponad 100zł!!! Nawet na Islandii było dwa razy taniej! Już po paru km mam problemy z tylną manetką, która już wczoraj na deszczu zaczęła się lekko zacinać. Teraz coraz gorzej zrzuca na cięższe biegi, aż przestaje zrzucać w ogóle. Przez pół godziny naprawiam ją na trasie, ale zaczyna padać, a że do naprawy rozkręciłem całą manetkę pozostałe kilka km do Kuceva muszę jechać na bardzo ciężkim przełożeniu 42-11, na szczęście większych gór tu nie ma. Pogoda zrąbała się zupełnie, do Kuceva dojeżdżam w ulewie, zimnym wietrze i temperaturze 9-10'C. Czekając na Tomka biorę się za naprawę manetki, ale kto próbował rozkręcać szosowe manetki Shimano - ten wie że to niemal beznadziejna sprawa. Przez ponad 3h szarpałem sie z tą robotą, stopniowo wkurzając się coraz bardziej - osiągnąłem tylko tyle, że juz w ogóle przestała działać :)) Załamało mnie to porządnie, prawdopodobnie gdybym nie był umówiony z Tomkiem - to zdecydowałbym się na powrót do Polski.
Tomek do Kuceva dociera dopiero po 16, na 50km z Pożarevaca miał potworną przeprawę z silnym czołowym wiatrem, zimnicą, cały czas w mocnym deszczu. Postanawiamy dojechać autobusem do Belgradu - bo chyba tylko tam da się w Serbii kupić tak specjalistyczne części jak manetki na 9 biegów. Dobrze trafiliśmy bo po zaledwie kilkunastu minutach mamy autobus i po 3h jesteśmy w Belgradzie, na noc zostajemy w schronisku młodzieżowym, gdzie Tomek nocował dzień wcześniej. Wieczorem idziemy jeszcze na krótką przechadzkę po centrum i jemy obiad w McDonaldzie, wrażenie robi zniszczony po bombardowaniach NATO budynek, którego Serbowie chyba specjalnie nie remontowali.

XIV dzień - Belgrad - [pociąg] - Leskovac



DST 25,4 km - AVS 16 km/h - MAX 37,9 km/h - ALT 242 m

Ok. 11 ruszamy na poszukiwanie sklepu rowerowego, wczoraj kierowca autobusu mówił nam że jest dobry sklep pod stadionem Crvenej Zvezdy. Po krótkim kołowaniu, dzięki GPS-owi znajdujemy drogę, jest też ostry prawie 100m podjazd na którym muszę prowadzić rower, bo na 42-11 nie da się wjechać. Pogoda dalej tragiczna, leje jak z cebra. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy sklep. Po długim zastanowieniu decyduję się na zakup manetek MTB Deore LX, były szosowe Tiagra na 9 biegów, ale za bandycką cenę ok. 200E (normalnie można je dostać za ok. 120E). Na szczęście dało się manetkę MTB przeciągnąć przez baranek, zepsutą klamkomanetkę zostawiam jako dźwignię hamulcową (zresztą po ostatnich deszczach tylny hamulec i tak działa na słowo honoru). W miarę sprawnie to załatwiliśmy, jedziemy więc na dworzec i sprawdzamy rozkłady pociągów. Okazuje się że jest pociąg do Leskovaca, gdzie wg planu mieliśmy dziś dojechać rowerami. Pociąg (mimo że był to ekspres) wlókł się niesamowicie tempem naszego osobowego, jechaliśmy koło 5h. W Leskovacu znowu mamy deszcz, jest już ciemno, po 21, wyjeżdżamy więc kawałek za miasto szosą na Kosowo, skręcamy trochę w bok i rozbijamy się na polu kukurydzy. Generalnie aż tak wiele na tym problemie z manetką nie straciliśmy, bo odcinek, który mieliśmy pokonać na rowerach do Leskovaca był niespecjalnie ciekawy, ominęła nasz też najgorsza pogoda, bo te 2 dni były tragiczne i dystanse po 150km jakie mieliśmy w planach w tych warunkach byłyby nierealne.

XV dzień - Leskovac - Lebane - Przeł. Lisica (1020m) - [KOS] - Prisztina - Przeł. Goles (676m)



DST 118,4 km - AVS 18,8 km/h - MAX 60,6 km/h - ALT 1476 m

Wstajemy po 6, o 8 ruszamy na trasę. Pogoda dalej pod psem, wszędzie mokro i zimno, ale jeszcze nie pada - ruszamy więc w stronę Kosowa. Po paru km zatrzymuje nas nieoznakowany samochód, wysiada czwórka ubranych po cywilnemu mężczyzn - i żąda paszportów. Okazało się że to tajniacy - takich atrakcji się tu niespodziewaliśmy, granica Kosowa coraz bliżej, zastanawiamy się jeszcze czy na pewno dobrze robimy tam się pchając. Droga szybko doprowadza do dość wąskiej doliny rzeki Jablanicy, którą będziemy dziś jechać ze 30km. Teren pagórkowaty, co chwilę są jakieś malutkie górki. Jedzie się niespecjalnie, popaduje, szosa jest mokra i dziurawa, jest też trochę błota, gorzej ma Tomek który ma dość pancerne spodnie przeciwdeszczowe, których oddychalność pozostawia sporo do życzenia. Jedziemy przez tereny bardzo biedne, wiele tandetnych domów, miasteczka też nie rzucają na kolana; rejon naddunajski przez który jechałem 3 dni temu wyglądał o niebo lepiej, widać że Kosowo już niedaleko. W drodze do KosowaPo ok. 50km stajemy na dłuższy postój, jesteśmy na ok. 500m, czeka nas podjazd na graniczną przełęcz położoną na ok. 1000m. Kawałek za przystankiem, gdzie odpoczywaliśmy zaczyna się ostra ściana, nachylenie po 9-11%, ok. 150m w górę, wyżej podjazd trochę łagodnieje, za to znowu zaczyna popadywać, wjeżdżamy też w chmury i w samej końcówce mamy widoczność na 20-40m. Ruchu nie ma praktcznie żadnego, trochę obawialiśmy się granicy, bo jak wiadomo Serbia uznaje Kosowo za swoją prowincję i niechętnie patrzy na tam jadących - ale obeszło się bez problemów, choć sprawdzanie paszportów trochę trwało. Po stronie Kosowa infrastruktura przejścia wygląda nieco lepiej, bo Serbowie urzędowali w tandetnym baraczku. Szybko ruszamy w dół, zjazd ma ok.350m, po nim nieoczekiwanie (z mapy na to nie wyglądało) zaczyna sę kolejny podjazd, tym razem nieco łagodniejszy, kończy się ładną przełęczą na ok. 970m, z której mamy szeroki widok na dolinę Prisztiny, wreszcie poprawia się pogoda, robi się cieplej (15-16'C) nawet wychodzi słońce. Na przełęczy jest pomnik ku czci partyzantów UCK, jeden z licznych w Kosowie. Z przełęczy zaczyna się też świetnej jakości droga wybudowana z funduszy UE. W ogóle Kosowo bardzo nas zaskakuje in plus, wygląda wyraźnie lepiej niż południowa Serbia, a spodziewałem się czegoś na poziomie Albanii. Widać gołym okiem, że Kosowo na rozbracie z Serbią wyszło doskonale, UE robi tu naprawdę sporo dobrego, widać że to nowe państwo bardzo szybko podnosi się z wojennych zniszczeń, że interwencja NATO przyniosła coś dobrego - nie tylko powstrzymano rozlew krwi (spotykamy wiele świeżych cmentarzy), ale zrobiono też dużo dobrego dla zwykłych ludzi, co pod serbskim panowaniem było nierealne.

Z drugiej przełęczy szybko docieramy do Prisztiny, miasto wygląda bardziej po albańsku, z charakterystycznym rozgardiaszem, aczkolwiek zdecydowanie zamożniej niż np. albańska Szkodra. Sklepy są tu takie jak i w Polsce, można dostać tu te samy produkty co i u nas, walutą jest euro, zakupy robimy w eleganckim markecie, którego żadne polskie miasto nie musiałoby się wstydzić. Po postoju w centrum przebijamy się starsznie zatłoczonymi ulicami Prisztiny do szosy na Pec. Miasto ciągnie się dobrych kilkanaście km, ruch jest masakryczny (tędy prowadzi droga na lotnisko) i co najgorsze właśnie trwa budowa drugiej nitki szosy, co powoduje że na drodze jest masa błota, uświniło mnie to niesamowicie, spodnie i sakwy mam niemal całe w błocie, nie wspominając o rowerze; Tomek na szczęście ma błotniki, więc aż tak ubrudzony nie jest. Ciągniemy jeszcze ok. 20km za Prisztinę, wjeżdżamy na malutką przełęcz Goles (676m), gdzie skręcamy w bok i znajdujemy fajną miejscówkę.

DALEJ >>>