RUMUNIA I BAŁKANY - 2008




VI dzień - Stanca - Petru Voda (900m) - Bicaz



DST 67,2 km - AVS 15,2 km/h - MAX 63 km/h - ALT 1004 m

Mimo, że ruszamy przed 10 jest już bardzo ciepło, a dzisiaj czekają nas poważniejsze górki. Pierwsza część podjazdu pod przełęcz Petru Voda to łagodna jazda w górę doliny, stajemy na odpoczynek w jednej z licznych przydrożnych wiosek. W cerkwi właśnie kończy się jakieś uroczyste nabożeństwo powiązane ze święceniem i degustacją/sprzedażą produktów spożywczych. Oglądamy cerkiew, mimo że jest z początków XX wieku to w środku wygląda na znacznie starszą. Po zakupach ruszamy w górę, po drodze przejeżdżamy przez Pluton - i zaczyna się właściwy podjazd pod przełęcz.Na przełęczy Petru Voda Na szczęście jest w lesie, bo praży bardzo mocno, nachylenie w granicach 5-8%, są też króciutkie fragmenty po 9-10% - tak więc nie aż tak lekko. Podjazd pokonujemy z jednym odpoczynkiem, nawet tutaj w górach kręcą się bezpańskie psy, które są prawdziwą plagą w Rumunii, na drogach (szczególnie tych główniejszych) spotyka się masę potrąconych zwierzaków. Szczyt przełęczy nie jest za widowiskowy, odpoczywamy tutaj trochę w barze, po czym ruszamy na długi zjazd, niestety droga jest bardzo dziurawa i nie można się za bardzo rozpędzać, dopiero na dole szosa wraca do normy. Zjeżdżamy na ok. 600m po czym zaczyna się już łagodniejsza jazda w dół nad jezioro zaporowe Izvorul Muntelui. Robi się piekielnie gorąco, nad samym dole nad jeziorem mój licznik pokazuje rekordowe 38'C, nie spodziewaliśmy się, że we wrześniu w północnej Rumunii może być tak gorąco. Na mapie dalsza droga do Bicazu wyglądała całkiem niewinnie - ot droga nad wodą, więc wielkich wzniesień być nie powinno. Tymczasem te 40km okazuje się być niekończącym się pasmem podjazdów i zjazdów, płaskich kawałków praktycznie nie ma. Ciężką trasę osładzają nieco widoki, bo kilka razy wjeżdżamy wysoko nad jezioro, które z tej perspektywy prezentuje się malowniczo. Co dziwne - jest prawie niezagospodarowane turystycznie, a moim zdaniem wygląda lepiej niż nasza Solina, gdzie turystów i odpowiedniej infrastruktury nie brakuje. Ale Rumunia robi szybki postęp gospodarczy, tak więc jeśli ktoś chce zobaczyć te piękne tereny w jeszcze nie zmienionym przez turystyczną stonkę kształcie - powinien się pospieszyć. Nas jednak dziś ten brak infrastruktury niespecjalnie urządzał, bo chcieliśmy nocować na kempingu, a nigdzie takowego nie było. Musieliśmy więc zaliczać górę za górą aż prawie pod samą zaporę na końcu jeziora. Gdy zaczynało już zmierzchać i byliśmy już zdrowo zmęczeni i pewni że znowu trzeba będzie nocować na dziko - nagle tuż przy drodze trafił się kemping, którego ani na mapach, ani w GPS-ie nie było, co wszyscy przyjęli głośnym krzykiem radości. Musieliśmy jeszcze zjechać serpentynami po kostce na dół nad samo jezioro, gdzie była recepcja i wjechać z powrotem parę serpentyn w górę - bo tam były miejsca (zresztą bardzo kiepskie) na namioty (kemping "składał się" głownie z domków, ale wszystkie były zajęte).

VII dzień - Bicaz - Przeł. Bioaz (1256m) - Gheorgheni



DST 66,2 km - AVS 15,7 km/h - MAX 46,1 km/h - ALT 1034 m

Dzisiejszego dnia wg planu miałem dotrzeć do Sovaty zaliczając dwie duże przełęcze. Ale jako, że jechaliśmy 2 dni całą grupą do Wąwozu Bicaz postanawiam jeszcze kawałek pojechać z rowerzystami z Leszna, by wspólnie obejrzeć wąwóz. Z kempingu po krótkim zjeździe docieramy nad zaporę nad jeziorem Izvorul Muntelui. Zapora jest potężna, ma ponad 100m wysokości, robi o wiele większe wrażenie niż solińska, choć trochę zepsute przez masy plastikowych butelek i innych śmieci, które zebrały się przy samej ścianie zapory, niestety śmieci w Rumunii są całe tony, dużo więcej niż w Polsce, co nieco psuje obraz tego kraju. Jako, że trochę się grzebaliśmy przy starcie i jest już dość późno (po 11) stanęliśmy na posiłek w restauracji na barce z pięknym widokiem na jezioro. Zaraz za zaporą zaczyna się zjazd do jej stóp, z dołu też robi ogromne wrażenie. Kawałek dalej docieramy do samego miasteczka Bicaz, gdzie robimy większe zakupy - i ruszamy w górę w stronę wąwozu. Na początku podjazd jest troszkę ostrzejszy (mijamy brzydkie przemysłowe tereny), później się wypłaszcza i wjeżdżamy do szerokiej zielonej doliny, trochę zeszpeconej przez ogromną cementownię. Ale jedzie się świetnie, bo mamy mocny wiatr w plecy. Byłem przekonany, że wąwóz jest kawałek za miasteczkiem, ale okazuje się że jest dużo dalej - aż musiałem sprawdzić w przewodniku, że jest rzeczywiście na drodze do Gheorgheni. Upał cały czas potworny, grubo ponad 30'C. Ale gdy w końcu docieramy do wąwozu pogoda zmienia się błyskawicznie i dosłownie w kilkanaście minut temperatura spada o 20 stopni, a z pełnego słońca robi się pełne zachmurzenie i zaczyna padać.Ulewa w Wąwozie Bicaz Przez ponad pół godziny przeczekujemy deszcz pod daszkiem, który się tu akurat trafił - i ruszamy w górę. Widoki są coraz piękniejsze, ściany wąwozu zwężają się coraz bardziej, skały dookoła drogi coraz wyższe. Ale daleko nie ujechaliśmy - po jakimś kilometrze znowu dopada nas ulewa, zatrzymujemy się pod jedną z licznych w tym miejscu kiczowatych budek z pamiątkami, które trochę szpecą wąwóz. I tak jedziemy na raty przez cały wąwóz, co chwilę stając by się schować przed ulewnym deszczem, w samym wąwozie za dach świetnie służą nam po prostu jego skały - bo nie brakuje tu tzw. przewieszek. Właściwy wąwóz w najwęższych miejscach rzeczywiście nieprawdopodobny - ściany wysokie na kilkaset metrów są oddalone od siebie może o 20-40m, a deszcz dodaje trochę uroku. Po tym najładniejszym kawałku zaliczamy bardzo ostrą ponad 10% ściankę - i zaczyna się długi podjazd na przełęcz Bioaz. Co chwilę popaduje, robi się też bardzo ciemno - w tych warunkach jedzie się kiepściutko. Na ok. 850m zaczyna się po prostu ściana deszczu, stajemy przy jednym z ostatnich przed przełęczą domków zasanawiając się co dalej robić. O Sovacie w tych warunkach nawet nie ma co marzyć, godzina jest taka, że sukcesem będzie jak dojedziemy do Gheorgheni przed nocą. Ale że nie bardzo mamy jakąś alternatywę - więc gdy deszcz przycicha ruszamy w górę, bagaże jako tako zabezpieczamy foliowymi płachtami przed deszczem. Ale ledwo ruszamy - i po kilkuset metrach jest to samo, a im wyżej tym gorzej. Ulewa jest potężna, bez wątpienia największa jaką w życiu na rowerze miałem, a do tego pioruny walą co chwilę i to tak blisko nas, że chwilami naprawdę mieliśmy stracha czy i nas nie trzepnie, huk piorunów był taki że aż się kuliliśmy na rowerach. W ulewie nasza grupka podzieliła się na dwie - Ola i ja jedziemy z przodu, reszta kawałek za nami, rychło tracimy z nimi kontakt. W tych warunkach i tak nie było co stawać, więc twardo jedziemy cały czas pod górę, podjazd normalnie nie byłby taki ciężki, ale w tych warunkach to ekstremum - po szosie płyną po prostu rzeki wody, w paru miejscach naniosło sporo błota, temperatura oscyluje w granicach 11-13'C, oczy non-stop zalewa woda. Deszcz słabnie dopiero przed samym szczytem, ale już od dawna jesteśmy tak mokrzy, że jest nam wszystko jedno, nawet moje dotąd niezawodne zabezpieczenie stóp tym razem zawiodło - jedną stopę, na którą bardziej zacinał deszcz mam mokrą, ale lało naprawdę nieziemsko. Na szczycie strzelamy sobie z Olą pamiątkową fotkę i czekając na resztę grupy gotujemy herbatę. Asia, Marcel i Piotrek docierają jakieś 20min po nas - prawdziwy podziw należy się szczególnie dziewczynom, że w takich warunkach, na swojej pierwszej wyprawie rowerowej w życiu, bez żadnego narzekania dały radę tu wjechać! Pijemy herbatę, ubieramy się ciepło i ruszamy w dół, bo już powoli zaczyna zmierzchać. Zjazd w tych warunkach niespecjalny, ślisko, mokro, w paru miejscach na szosie nie brakuje błota i fragmentów połamanych drzew. Rychło robi się ciemno i końcówkę zjazdu do Gheorgheni jedziemy już nocą na lampkach.W samym Gheorgheni też jest dość ciemno, nie działa oświetlenie na ulicach - burza spowodowała awarię prądu i w ponad połowie miasta nie ma oświetlenia. Rozglądamy się za noclegiem pod dachem, a tu przy podprowadzaniu roweru pod krawężnik okazuje się że mam z tyłu lekkiego flaka. Trochę mnie to wkurzyło, ale prawdziwe szczęście, że nie stało się to na podjeździe w tej ulewie - bo jak sobie żartowaliśmy wówczas pozostałoby tylko wziąć tą dziurawą dętkę i się na niej powiesić :)) W czasie gdy ja łatałem gumę Asi, Marcelowi i Piotrkowi udało się cudem znaleźć miejsce w hotelu . Cudem, bo dojechać łatwo tam nie było - ciemno jak w grobie i jeszcze po dziurawej drodze, a w samym hotelu personel siedział...przy świeczkach, prąd włączyli dopiero po paru godzinach.

VIII dzień - Gheorgheni - Przeł. Bucin (1287m) - Sovata - Balauseri - Sighisoara



DST 132,4 km - AVS 21,6 km/h - MAX 51,8 km/h - ALT 1174 m

Dzisiaj już na starcie jestem 60km do tyłu, bo wg planu wczoraj miałem być w Sovacie, a nadrobić te straty (by wyrobić się na spotkanie z Tomkiem w Serbii) nie będzie łatwo bo kolejne dni są bardzo wymagające. Tym razem żegnam się już ostatecznie z sympatycznymi rowerzystami z Leszna, którzy trasę do Sighisoary planują rozłożyć na dwa dni - i niniejszym jeszcze raz bardzo dziękuję za wspólne 3 dni podróży pełnej wrażeń i jazdy w zupełnie innym stylu niż od dobrych paru lat przywykłem. Po naszym rozstaniu prześladował ich niezły pech, najpierw rozwalone koło, a następnie silne zatrucie pokarmowe, którego padli wszyscy ofiarą po wizycie w restauracji. Niemniej plan udało im się zrealizować i do Sighisoary dotarli, powrót pociągami i autobusami przez Ukrainę też mieli bardzo urozmaicony :). Ale dla mnie już koniec tego dobrego - od dzisiaj zaczynam jazdę ostrym tempem. Za Gheorgheni jest troszkę w dół - kawałek piękny widokowo, bo widać bardzo szeroką zieloną kotlinę otoczoną górami, w której leży miasto; jedzie się świetnie bo znowu jest wiatr w plecy. Podjazd na Bucin (1287m) jest nie tylko dużo krótszy niż wczorajszy na Bioaz (bo tylko z 750m), ale także znacznie łatwiejszy, prędkość rzadko spada poniżej 12-13km/h. Prawie cały podjazd jest w lesie, widokowo więc niespecjalny. Na przełęczy zatrzymałem się na chwilę by dopompować koła do 6atm (wczoraj nie było na to czasu) i ruszam na zjazd do miejscowości Praid. Zjazd raczej łagodny, ale za to naprawdę długi - ponad 20km jazdy zupełnie za darmo! Przejeżdżam przez turystyczny Praid i na pierwszy postój zatrzymuję się w przemysłowej Sovacie. Za Sovatą wyraźnie się wypłaszcza, jedzie się szeroką doliną opadającą w dół; droga prowadzi przez niebrzydkie rumuńskie wioski, pogoda po wczorajszym załamaniu wróciła do normy - znowu jest upał ponad 30'C. SighisoaraW Balauseri po prawie 100km staję na drugi postój, po czym wjeżdżam na ruchliwą drogę E-60 do Sighisoary, na szczęście przez większość trasy jest pobocze. Ten kawałek jest bardziej górzysty z jednym większym ok. 200m podjazdem i fajnym zjazdem przed Sighisoarą. Jako, że nie jest już tak wcześnie - dochodzi 17 (po wczorajszych wrażeniach późno ruszyłem) postanawiam przenocować na kempingu w mieście, a jutro ruszyć wcześniej by więcej nadrobić. Mam więc czas by spokojnie pooglądać Sighisoarę - a naprawdę warto! W centrum zachowała się autentyczna średniowieczna zabudowa, zaliczam ostry podjazd po kostce do zamku, gdzie robię obowiązkowe zdjęcie domu, gdzie urodził się słynny Wlad Palownik (postać historyczna) - czyli sam legendarny Dracula. Rejon zamku trochę zaniedbany, brudne ulice z piasku, ale za to widok z zamku na miasto wspaniały. Po zwiedzaniu i zakupach jadę na kemping położony na wzgórzu na północ od miasta. W czasie jazdy okazuje się, że z tylnego koła powoli schodzi powietrze dochodzę więc do wniosku, że za obie awarie (wczorajszą i dzisiejszą) odpowiada nie opona, ale dętka (Extra Light i to już kilka razy łatana). Podjazd pod wzgórze ciągnie się niemiłosiernie (w sumie ze 150m) a w końcówce zamienia się w straszną piłę z nachyleniem 15-16%, kemping musiał tam zaplanować prawdziwy sadysta - był to najostrzejszy kawałek na tej wyprawie, w dodatku pokonywany na już mocno sflaczałym kole. Ale w nagrodę z kempingowego tarasu mam fenomenalny widok na Sighisoarę w zachodzącym słońcu, dużo lepszy od tego z zamku. Po rozbiciu namiotu od razu zmieniam dętkę, dziura była tak mała, że nie byłem jej w stanie zlokalizować, nie bawię się więc w łatanie, tylko wymieniam dętkę na nową - i widać że tu był pies pogrzebany, bo do końca wyjazdu nie miałem już z tym problemu.

IX dzień - Sighisoara - Agnita - Chirpar - Bilea Lac (2035m) - Corbeni



DST 174,2 km - AVS 17,7 km/h - MAX 66,4 km/h - ALT 2650 m

Dzisiaj wstaję o 6 (świta o 7) bo chciałbym zaliczyć podjazd szosą transfogarską, a do początku tej góry jest z Sighisoary ponad 60km. O 8 ruszam w trasę, Sighisoara z wzgórza kempingowego prezentuje się równie wspaniale co wczoraj, tym razem w promieniach wschodzącego słońca, uroku dodają liczne mgły unoszące się w kotlinie w której leży miasto, zapowiada się kolejny dzień świetnej pogody. Gdzie diabeł mówi dobranocPrzez ok. 10-15km jest dość zimno (10-11'C) jadę przez gęstą mgłę, przejaśnia się dopiero po godzinie, rozgrzewam się też na dłuższym ok. 100m podjeździe. Droga prowadzi przez miejsca "gdzie diabeł mówi dobranoc", prawdziwe dziury nawet jak na Rumunię, ale jak dla mnie tego typu miejsca mają wiele uroku, takie rejony już niełatwo spotkać w Europie, więcej tu furmanek niż samochodów na drodze. W Agnicie kupuję parę rzeczy (to ostatnie większe miasto przed podjazdem) i ruszam boczną drogą przez Chirpar. Zaliczam dwa większe podjeździki i docieram do Chirparu, który jest po prostu kwintesencją zadupia, droga cała w końskim nawozie, w miasteczku nie ma żywej duszy, głośno słychać rumuńską muzykę ludową puszczaną na cały regulator z okna; nawet policja mieści się w tak obdrapanym budynku, że władza musi się tu cieszyć wielkim szacunkiem :)) Jednym słowem wreszcie trafiłem do Rumunii jak ze stereotypowych opowiadań, ale mimo tej biedy (a może właśnie dlatego) takie miejscowości mają masę uroku. Niestety wraz z końcem Chirparu stało się to czego już od Agnity oczekiwałem - skończył się asfalt a zaczęła się dziurawa szutrówka z dużą ilością żwiru. Nawierzchnia dziadowska, ale trasa bardzo widokowa przez łagodne wzgórza i złote pola, mijam też małe miasteczko i przejeżdżam po moście który robotnicy właśnie naprawiają...młotkiem, do nawigacji bardzo przydaje się GPS, bo z moją mapą 1:800tys daleko bym tu nie pociągnął. Za Cirtą kończą się wzgórza, wjeżdżam na rozległą równinę i na horyzoncie wreszcie pojawia się potężna ściana Fogaraszy wyrastających ponad 2000m nad równinę. Trasa z Sighisoary do stóp tego masywu okazała się sporo dłuższa niż to z mapy wynikało, wjeżdżając na słynną szosę tranfogarską mam już 80km w nogach i dopiero tu staję na pierwszy postój. Po dopoczynku ruszam w góry, startuję z wysokości 400m, w Cirtisoarze kupuję jeszcze "paliwo" na podjazd - czyli 2l Coca-Colę. Pierwsze 10km to łagodna jazda w górę doliny, ale od 600m zaczyna się już porządna ściana. Pierwsza część podjazdu nieciekawa widokowo - cały czas w brzydkim lesie liściastym, we znaki strasznie dają się muchy, których cały czas nad głową mam kilkadziesiąt. U stóp FogaraszyNachylenie umiarkowane, bardzo równe - cały czas 5-8%, bez jakiś ostrych skoków, ale też i bez specjalnych wypłaszczeń - tutaj jest profil z mojego licznika. Krajobraz zmienia się diametralnie za stacją kolejki linowej na ok. 1300m - odtąd szosa transfogarska przechodzi w piękną trasę poprowadzoną z alpejskim rozmachem (liczne galerie, szosę budował wielkimi nakładami finansowymi jeszcze Ceaucescu) i przepięknymi widokami zapędzającymi w kozi róg wiele alpejskich ścian. Jechałem non-stop aż na 1400m licząc że te cholerne muchy dadzą mi wreszcie spokój, ale gdzie tam - są nawet i na takiej wysokości i uprzykrzają cały postój. Po odpoczynku daleko nie ujechałem - ledwo ruszyłem a tu podczas zmiany biegu pękł mi pancerz od tylnej przerzutki. Z pozoru błahostka, ale oczywiście zapasowego pancerza nie miałem i w ten sposób zostałem bez tylnej przerzutki. Na takim podjeździe w ten sposób jechać się nie da, więc po krótkim namyśle postanawiam przełożyć pancerz z przedniej przerzutki do tylnej, przednią w ogóle demontuję, pozostając z możliwością ręcznej zmiany biegów z przodu. Straciłem na to ponad pół h. Ostatnia część podjazdu jest najbardziej widowiskowa - najpierw długi trawers z galeriami i wodospadami, a na koniec od ok. 1650-1700m ciąg serpentyn do Bilea Lac, fantastycznie prezentujących się w zachodzącym słońcu. Część podjazdu jest już zacieniona i temperatura spada tam do 10-11'C, jak tylko wracam na słońce rośnie błyskawicznie. Na szczyt do Bilea Lac (2035m) docieram przed 19, w nogach mam już 112km i ponad 2000m podjazdów. Od razu przebieram się w windstoper, wysyłam triumfalne SMS-y i szybko ruszam w dół. Ze szczytu droga od razu wpada w długi (ok. 0,5km) nieoświetlony tunel, nachylony w dół. Przejeżdżam na drugą stronę najwyższego pasma Fogaraszy i ruszam na najszybszy i najdłuższy zjazd tej wyprawy. Z mapy wyglądało że zjazd będzie krótszy niż od północnej strony, ale ostre serpentyny sprowadzają aż na ok. 1200m, później jedzie się już łagodniej aż do jeziora Vidaru, gdzie dopada mnie zmierzch, denerwuje brak przedniej przerzutki, parę razy musiałem ręką zmieniać pomiędzy średnią i dużą zębatką. Droga nad jeziorem okazuje sie wyjątkowo wredna, same podjazdy i zjazdy, jeszcze gorsza niż nad Izvorul Muntelui, a tym razem mam w nogach prawie 150km ciężkiej górskiej trasy, nie jak tam 35km - a żadnego sensownego miejsca na nocleg nie widać, nie chciało mi się dziadować na dziko i szukałem czegoś pod dachem. Samo jezioro Vidaru z niedostępnym wysokim brzegiem jest dużo brzydsze od Muntelui, gdzie ciężką trasę rekompensowały widoki, tutaj zresztą i tak wiele się nie naoglądałem bo zaszło słońce i musiałem odpalić lampki. Jak na złość żadnego hotelu czy kempingu przy drodze nie było, ale emocji miałem aż za dużo, bo dwa razy w tych ciemnościach zaatakowały mnie bezpańskie psy. Po 165km znajduję w końcu hotel, ale szybko się rozczarowałem - bo kosztował aż 130zł i zdecydowałem się jechać dalej. Po 170km wreszcie kończy się Via Dolorosa nad jeziorem Vidaru i dojeżdżam do pięknie oświetlonej potężnej zapory (chyba jeszcze większej niż nad Muntelui). Zapora jest niesamowicie wpasowana w skały (dolina się tu bardzo zwęża), wściekam się na siebie że posępiłem się na hotel, przez co chyba najciekawszy kawałek południowej części szosy transfogarskiej pokonałem ciemną nocą jadąc ostrymi serpentynami na hamulcach (za zaporą zaczął się długi zjazd). Docieram na ok. 650m i w pierwszej wiosce za zaporą (Corbeni) znajduję hotel (tym razem za 100zł) i bez żadnego zastanowienia decyduję się na nocleg, po tak masakrycznej trasie odrobina luksusu (łazienka, wygodne łózko) przydała się jak znalazł. Był to bez wątpienia królewski dzień tej wyprawy - najcięższy i najpiękniejszy, pokonany w fantastycznej pogodzie, aż 2650m podjazdów - co jest moim rekordem w jeździe z pełnym bagażem.

X dzień - Corbeni - Curtea de Arges - Rimnicu - Balcesti



DST 151,4 km - AVS 21,6 km/h - MAX 59 km/h - ALT 1061 m

Porządnie sie wyspałem, ruszam dopiero trochę przed 10. Na starcie widzę malownicze góry w rejonie tamy, których wczoraj się niestety nie naoglądałem. Ale już po paru km wyjeżdżam z gór, dolina się rozszerza w kierunku Curtei, jedzie się generalnie w dół, choć jest i parę krótkich ścianek, pogoda dalej jak szkło, mimo wczesnej pory temperatura zbliża się do 30'C. Do Curtei tereny jak na Rumunię z dużą gęstością zaludnienia. Samego miasta się nie naoglądałem, po zakupach gdy starałem się szybko opuścić Curteę w samym centrum spotykam francuskiego sakwiarza. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że dojechał tu aż z Francji, przejechał Alpy, Austrię, Węgry (w tym kraju w ogóle bez mapy) i niemal całą Rumunię - wjechał w rejonie Oradei, północą w stronę Bicazu, dalej trasą zbliżoną do mojej. Ma jeszcze prawie dwa tygodnie wolnego i jak ja jedzie w kierunku Serbii. Postanawiamy więc podróżować wspólnie - zawsze raźniej! Między Curteą a Rimnicu trasa robi się górzysta, są dwa duże ponad 100m podjazdy, całkiem mocno nachylone. Na szczycie pierwszego z nich stajemy na posiłek, bo mój nowy towarzysz jak typowy Francuz porządne śniadanie je dopiero ok.12. Zjazdy z obu ścianek bardzo fajne, ciągniemy ponad 50km/h, z drugiej zjeżdża się z 550m na ok. 250m i zaczyna się lekko pagórkowata droga do Rimnicu, które mijamy bokiem i wjeżdżamy na bardzo ruchliwą drogę miedzynarodową E-81, na szczęście z poboczem i świetnym asfaltem. Mamy wiatr w plecy i ciągniemy aż miło, ponad 25km/h. Po ok. 20km z ulgą opuszczamy główną szosę i wjeżdżamy na pagórkowatą boczną drogę 650 do Craiovej. Po ok. 15km zaliczamy większy podjazd na prawie 400m, po zjeździe docieramy do szerokiej doliny rzeki Cerny i robi się w miarę płasko. Po ok. 110km stajemy na postój. Parę słów o moim towarzyszu - odbiega mocno od stereotypowego Francuza, nie ma np. oporów przed braniem śliwek z ogrodzonych posesji, brudny znacznie ponad zwykłą miarę przeciętnego sakwiarza. Co więcej - tak samo jak do higieny nie przywiązuje wagi do swojego stroju, jedzie w białej koszulce, całej w brudnych plamach, co już jest zwykłym abnegactwem, bo od co najmniej tygodnia pogoda jest idealna i upranie i wysuszenie koszulki w takich temperaturach na własnym grzbiecie to kwestia 20-30min. Jedzie w butach SPD, ale nie turystycznym a bardziej sportowym modelu, przez co ma pokaleczone i owrzodzone stopy, które mydła też chyba długo nie widziały. Ale dosyć tego obgadywania - kolarz z niego świetny, mimo że jest jedną z bardzo nielicznych osób chyba jeszcze chudszych ode mnie - ciągnie zdrowo, bez odpoczynku przejeżdża nawet po 80-90km, na swojej wcześniejszej trasie zaliczył nawet słynny Monte Zoncolan z pełnym bagażem, a próbował podjechać i Malgę Palazzo, ale tam już z bagażem to i Armstrong miałby problemy - i musiał zrezygnować; tak więc chwilami by utrzymać mu koło musiałem się już nieźle żyłować, bo bagażu miałem z 10kg więcej. Żywiołowy jak południowiec, jeszcze bardzo dziecinny (miał bodajże 19 czy 20 lat) - na trasie wesoło machał i krzyczał niemal do wszystkich, od zaciekawionych dzieci przy drodze po wkurzonych kierowców którzy na nas trąbili, co mnie o raczej mrukowatym i milczkowatym usposobieniu już chwilami denerwować zaczynało :)).

Niestety już ok. 20km przed Balcesti wyraźnie zepsuła się droga - prawie cały czas są betonowe płyty, coś w stylu hitlerowskich autostrad, tylko znacznie bardziej nierówne i dziurawe. Za Balcesti zaczynają się znowu większe pagórki po 70-80km, ale i piękne krajobrazy - bardzo pusto, przez długie kilometry nie ma żadnych chałup, sporo jedzie się lasami, wodę na nocleg nabieramy w głębokiej na kilkadziesiąt metrów studni. Na szczycie kolejnej ścianki znajdujemy fajne miejsce na noc i jako że przejechaliśmy już ustalone na dziś 150km - postanawiamy się rozbić pod lasem, bo już i powoli zmierzchać zaczęło.

DALEJ >>>