RUMUNIA I BAŁKANY 2008




Wstęp

W tym roku byłem jedynie na krótkiej (aczkolwiek bardzo intensywnej) wyprawie w Alpy i jako, że zrezygnowałem z planów wyjazdu do Afryki (wysokie koszta, nie byłem też do końca przekonany do tej trasy) postanowiłem ruszyć w tym roku na jeszcze jeden, tym razem dłuższy wyjazd. Zaplanowałem połączenie wyjazdu do Rumunii z Bałkanami - czyli miejsca, które od dawna chodziły mi głowie i które wśród wielu sakwiarzy mają wysokie notowania. Niestety z powodów zawodowych mogłem wyjechać dopiero na początku września, gdy o dobrą pogodę już nie tak łatwo jak w lipcu-sierpniu. Jako, że miałem urlop trochę przykrótki jak na tak długą trasę (bo chciałem ruszyć bezpośrednio z Warszawy) - zaplanowałem ją bardzo ambitnie z wieloma długimi odcinkami. Po 2 tygodniach w Serbii ma do mnie dołączyć Tomek, którego poznałem w pociągu wracając z mojej rekordowej trasy z Zakopanego, niestety miał tylko tydzień urlopu, stąd takie niecodzienne rozwiązanie, ze spotkaniem daleko na trasie.
Krótka uwaga statystyczna - przed wyprawą zdecydowałem się na zmianę licznika na VDO Z3 z możliwością analizy danych na komputerze, licznik w nieco inny sposób sumuje podjazdy niż CM434 - liczy każdy podjechany metr (co chyba jest jednak najdokładniejszą metodą, daje najbardziej zbliżone wyniki do dobrego GPS-a z czujnikiem barometrycznym ze wszystkich liczników które używałem), więc na bardziej płaskich trasach pokazuje wyższą sumę niż CM434, który ma próg zliczania podjazdów aż 5m. Zakupiłem także GPS (60CSx), coraz popularniejszy wśród rowerzystów gadżet, przydatny do sprawniejszej nawigacji i analizy danych wysokościowych (w przeciwieństwie do licznika z pamięcią 100h spokojnie zapamięta całą wyprawę). Obok zamieszczam linka do strony ze śladami z całej wyprawy, parametry wysokościowe różnią się sporo od tych z licznika, ale tylko dlatego, że każda strona gdzie można zamieszczać ślady stosuje własny sposób analizy i sumowania podjazdów, na gpsies.com próg sumowania jest wysoki, stąd i suma podjazdów niższa od danych z licznika (szczególnie na bardziej płaskich trasach), suma podjazdów podawana przez sam odbiornik GPS była bardzo bliska wynikom z Z3.

I dzień - [PL] - Warszawa - Góra Kalwaria - Maciejowice - Dęblin - Puławy - Kazimierz Dln. - Nałęczów - Bychawa



DST 208,7 km - AVS 22,6 km/h - MAX 46,5 km/h - ALT 884 m

Pierwszego dnia - od razu z grubej rury, mam przejechać 200km do Bychawy. Wyruszam więc bardzo wcześnie - już parę minut po 6 jestem na trasie. Jadę w bluzie, wysoko zapiętej pod szyję, bo przez ostatnie parę dni nie mogłem się wyleczyć z przeziębienia, cały czas trzymała mnie lekka gorączka, na szczęście dzień przed wyjazdem odpuściła, ale wolę dmuchać na zimne. W NałęczowiePierwszy odcinek to trasa do Góry Kalwarii, którą pokonywałem dziesiątki razy, więc schodzi mi głównie na zabawie z GPS-em, który kupiłem tuż przed wyjazdem i którego używam na rowerze dopiero pierwszy raz. Za Górą przejeżdżam mostem na drugą stronę Wisły i skrótem wjeżdżam na drogę do Puław. Na ok. 40km zaczyna się 5-kilometrowy odcinek betonowych płyt, ale na grubszych oponach trekingowych nie przeszkadza to tak jak na szosówce, którą w tym roku pokonywałem właśnie tędy trasę do Lublina. Jest dość chłodno, ale wiatru prawie nie ma, nie ma również i ruchu, więc jedzie się całkiem fajnie. Do Maciejowic docieram zgodnie z planem bez postojów, powoli zaczyna się robić coraz cieplej, słońce przegląda zza chmur. Szybko docieram do Dęblina, za którym wreszcie zaczyna się bardziej widokowa trasa, prowadząca chwilami nad samą Wisłą, choć w porównaniu z wiosną i latem brakuje licznych w tym rejonie bocianów, pozostały po nich tylko puste gniazda. Na drugi postój staję w Puławach w parku przed pałacem Czartoryskich, jest już wyraźnie cieplej, powyżej 20'C, więc mimo porannych obaw jadę w krótkim rękawku. Z Puław szybciutko docieram do ślicznego Kazimierza nad Wisłą, gdzie w barze zjadam na obiad pierogi. Niestety nie ma czasu na dłuższy postój, po wizycie na renesansowym rynku, znanym z pocztówek chyba każdemu - ruszam dalej. Za miasteczkiem skręcam w prawo i zaliczam ok. 100m podjazd niebrzydką drogą prowadzącą koło starego cmentarza żydowskiego. Jadę bocznymi drogami przez Rzeczycę do Wąwolnicy, trasa prowadzi przez wąwozy lessowe, z których słynie Kazimierski Park Krajobrazowy. W Wąwolnicy wjeżdżam na szosę do Lublina i docieram do Nałęczowa, gdzie odpoczywam w pięknym parku zdrojowym. Kawałek za Nałęczowem skręcam na Bełżyce, droga się wyraźnie pogarsza, asfalt jest bardzo marnej jakości, zaczynam też już odczuwać zmęczenie dystansem, a małych podjazdów tu nie brakuje. W końcówce droga jest już lepsza, ale za to górek coraz więcej. Po 18 i ponad 200km docieram wreszcie do Bychawy i kawałek za miasteczkiem zaczynam szukać noclegu, musiałem zjechać sporo w bok, by znaleźć odpowiednią miejscówkę.

II dzień - Bychawa - Lublin - [pociąg] - Warszawa



DST 44,9 km - AVS 22,4 km/h - MAX 36,9 km/h - ALT 199 m

W nocy bardzo kiepsko spałem, a dziś znowu miałem do przejechania bardzo długi odcinek, na domiar złego zmienił się wiatr na niekorzystny, jest też dużo mocniejszy niż wczoraj. To wszystko spowodowało, że po długim zastanowieniu się postanawiam wrócić do Warszawy, bo nie uśmiecha mi się wyprawa, gdzie trzeba tylko zasuwać od rana do wieczora prawie bez odpoczynków, we wrześniu na dystanse pod 200km są za krótkie dni, a niemal połowa mojej trasy miała wyglądać w ten sposób. Czyli innymi słowy - zwyczajnie wymiękam i zawracam do Lublina, 40km do tego miasta pokonuję z wiatrem bardzo szybko. Postanawiam zrezygnować z rumuńskiej części trasy i pojechać do Serbii pociągiem razem z Tomkiem

III dzień - Warszawa - [pociąg] - Przemyśl



DST 11,3 km - AVS 20,9 km/h - MAX 31,4 km/h - ALT 46 m

Rano ciągle zastanawiam się nad planami wyprawy, bo pogoda zrobiła się świetna i aż żal siedzieć w domu przez 2 tygodnie urlopu czekając na wyjazd. Przeglądając internet znajduję kursujący raz w tygodniu autokar Przemyśl - Suczawa, który pozwoliłby mi wrócić do pierwotnego planu, bo jadąc przez Ukrainę miałem dojechać pod granicę rumuńską tego dnia co autokar dojeżdża do Suczawy. Szybka decyzja - i ruszam na dworzec na ekspres do Przemyśla. W Przemyślu jestem przed 22, na dworcu spotykam Michała Pieczarę - sakwiarza, który właśnie zakończył swoją wyprawę po Ukrainie i Krymie. Jako, że nie ma już dziś sensownych połączeń do Krakowa postanawiamy wspólnie przenocować w schronisku młodzieżowym, trochę się go naszukaliśmy, podczas gotowania obiadu Michał opowiada o swojej wyprawie i różnych przeprawach z przewozem roweru ukraińskimi kolejami, do których biurokracja naszego PKP nawet się nie umywa.

IV dzień - Przemyśl - [autokar] - [UA] - [RO] - Suczawa



DST 5,5 km - AVS 12,7 km/h - MAX 25,3 km/h - ALT 54 m

Wcześnie rano udajemy się na dworzec autobusowy. Okazuje się, że oprócz mnie do Suczawy chce jechać jeszcze czwórka rowerzystów z Leszna. I muszę przyznać, że naprawdę bardzo zbudowała mnie postawa kierowców - nie robili żadnych problemów, nawet pomagali w załadunku, a nie raz miałem sytuację, gdy jeden rower zabierali z wielką łaską, a za dodatkowy bagaż musiałem zapłacić więcej niż tutaj za cały bilet (z Przemyśla do Suczawy zaledwie 120zł). Szybko docieramy na przejście w Medyce, gdzie trochę zabawiliśmy bo celnicy ukraińscy czepili się do Rumunki podróżującej na paszporcie tymczasowym, wydanym po kradzieży właściwego. Ukraina widziana z okien autokaru - bardzo rozczarowuje, wiele się tu od niemal 10 lat, gdy byłem tu z Marcinem we Lwowie się nie zmieniło, szosy tak samo dziurawe, wszędzie brudno, kiepsko widzę możliwość organizacji Euro 2012, w tym kraju w przeciwieństwie do wielu państw byłego bloku komunistycznego prawie nic się nie zmieniło, a czołowi politycy są skłóceni dużo bardziej niż u nas. Tak więc już tak specjalnie nie żałuję, że nie jadę tu rowerem, dystanse po 170-200km (a takie miałem tu w planach) po ukraińskich szosach byłyby makabrą, nawet w autokarze doskonale czuć jakiej są jakości, bo "skaczemy" nieustannie. Podobnie przygnębiające wrażenie robią Czerniowce, jedyne większe miasto przez którego centrum przejeżdżaliśmy. Jeszcze większe rozczarowanie ukraińską rzeczywistością przeżywa czwórka sympatycznych rowerzystów z Leszna (Asia, Ola, Marcel i Piotrek) którzy planowali wyprawę z Suczawy właśnie przez Ukrainę do Przemyśla, pod wpływem takich widoków jak w Czerniowcach zaczynają się poważnie zastanawiać czy nie zmienić zupełnie swoich planów i zamiast po Ukrainie nie pojeździć po Rumunii. Do Suczawy docieramy po 21 i po skręceniu rowerów ruszamy na poszukiwania hotelu. Bardzo pomocny okazuje się GPS, niestety zajmuje tyle miejsca na kierownicy, że trudno go zainstalować razem z lampką. Po ok. godzinnym kołowaniu po centrum Suczawy decydujemy się na nocleg w dwugwiazdkowym hotelu (bodajże Bukovina).

V dzień - Suczawa - Falticeni - Tirgu Neamt - Stanca



DST 74,9 km - AVS 16,7 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 673 m

Rano idziemy z chłopakami na piechotę przejść się po centrum Suczawy - by wymienić pieniądze i mieć czym zapłacić w hotelu. Wszyscy zastanawiamy się nad dalszą trasą, w końcu decydujemy się pojechać wspólnie do Wąwozu Bicaz - ja zrezygnowałem z jazdy przez Moldovitę i monastyry (za długi i za górzysty odcinek na jeden dzień), natomiast grupka z Leszna zupełnie zmieniła trasę i zamiast Ukrainy postanowili zobaczyć Rumunię, która na pierwszy rzut oka robi dużo lepsze wrażenie; Suczawa od Czerniowiec wygląda wyraźnie lepiej. Gdy wyjeżdżamy (po 11) jest już naprawdę gorąco, temperatura przekracza 30'C. FurmankiPierwsza część trasy niespecjalna - wyjazd z dużego miasta ruchliwą główną drogą, którą musimy przejechać ponad 30km. Bardzo zaskakuje jakość rumuńskich szos - zupełnie porównywalna z polskimi, spodziewałem się czegoś dużo gorszego. Zaraz za Suczawą zaczynają się małe górki, wjeżdżamy w sumie na ok. 400m, po czym długim zjazdem docieramy nad malownicze jezioro, z którego podjeżdżamy do Falticeni, położonego na wzgórzu. Cały czas upał daje się we znaki, temperatura oscyluje w granicach 33-35'C. Jedziemy w zupełnie innym stylu niż jeżdżę samotnie - dużo odpoczynków, spokojne tempo - i muszę przyznać że w ten sposób jedzie się bardzo przyjemnie, fajnie było sobie zrobić przerwę od całodziennego zasuwania i długich dystansów, w ten sposób jest czas na regenerację, można sobie pogadać, a nie tylko zapylać. Ok. 10km za Falticeni, po dłuższym zjeździe opuszczamy główną drogę i skręcamy na Tirgu Neamt. Ruch na drodze zdecydowanie maleje, mijamy niewiele mniej furmanek niż samochodów. Warto tu poświęcić parę słów temu środkowi lokomocji, tak charakterystycznemu dla Rumunii. Furmanki ciągle cieszą się tu wielką estymą, można je spotkać wszędzie, nawet na najgłówniejszych drogach, także i "pamiątki" po ich przejazdach są wszechobecne, wkrótce mamy je i my na oponach :)). Po skręcie na boczną drogę jedziemy długo po płaskim, przez piękne zielone łąki, na horyzoncie pojawiają się już większe góry. Przed Tirgu Neamt zaliczamy jeszcze dwie ostrzejsze ścianki (na zjeździe przekraczam 60km/h), w czasie odpoczynku na szczycie jednej z nich rozmawiamy przez chwilę z jadącą z naprzeciwka parą sakwiarzy na tandemie. Tirgu Neamt wygląda niespecjalnie, po zakupach szybko wyjeżdżamy za miasto i skręcając na drogę 15b kierujemy się w stronę gór. Ten kawałek całkiem fajny - zachodzące słońce i malownicze rumuńskie wioski z drewnianymi chałupami, mimo tego że jest tu dość biednie, to wygląda to ładniej niż w Polsce, domy buduje się z dużą większą fantazją niż u nas, gdzie dominują standardowe "klocki". Jedziemy jeszcze ok. 15km w górę doliny i jako, że zaczyna już zmierzchać decydujemy się na nocleg na dziko na dużym pastwisku. Trochę się obawialiśmy czy nie będzie problemów, bo już po zmroku podeszły do nas psy pilnujące owiec, ale na szczęście zupełnie nie przejawiały agresywnych zamiarów.

DALEJ >>>