ZIMĄ NA NORDKAPP 2013




XI dzień - Konttheim - Sennalandet - Alta



DST 62 km - AVS 17,4 km/h - MAX 42,7 km/h - ALT 562 m - TEMP -13'C


Rano na szczęście temperatura już nie tak ekstremalna, -12'C, więc wczoraj po prostu musiała przechodzić jakaś fala silnego mrozu. Pierwsze kilometry dzisiejszego dnia to łagodne podjazdy pod płaskowyż Sennalandet, gdy kończą się wąwozy przy drodze wjeżdżam na sam płaskowyż. Oczywiście płasko wcale tu nie jest, cały czas są mniejsze i większe góreczki, a sama jazda dość monotonna, choć widoki tak dużej przestrzeni pokrytej śniegiem robią wrażenie. Jako, że oczywiście wiało z południa na które jechałem to zmęczyła mnie ta droga i koniec płaskowyżu przyjąłem z dużą ulgą (a trzeba tu wjechać na prawie 400m). Temperatura wyprawiała niezłe harce, najpierw spadło do -15'C, w centrum płaskowyżu wyraźnie się ociepliło aż do -5'C i gdy już liczyłem, że nocleg w Alcie będzie cieplutki - to w czasie zjazdu z Sennalandet znowu dowaliło do -16'C.

Końcówka więc wymagająca - ale i interesująca, bo po zjeździe zupełnie zmienił się teren i płaskowyż zastąpiła ciekawa górska droga. Przed Altą trzeba było jeszcze zaliczyć jeden większy, ponad 100m podjazd - stamtąd już tylko 250m w dół. Ów zjazd to było jedyne miejsce na trasie mojej wyprawy, gdzie spotkałem się z posypywaniem drogi, oczywiście nie solą, ale piaskiem - pewnie wpływ na to miała bliskość nieco większego miasta i spore nachylenie krętej, górskiej drogi. Widokowo ów zjazd bardzo ciekawy - z daleka pięknie prezentuje się zamarznięty Altafjord, po paru kilometrach jedzie się już nad samą jego powierzchnią. Na noc rozkładam się 7-8km przed lotniskiem na obrzeżach Alty, czeka mnie jeszcze jeden dzień czekania na samolot, bo dla świętego spokoju wolałem być wcześniej i nie ryzykować spóźnienia w razie jakiejś awarii itd.

Powrót

Kolejnego dnia wynudziłem się więc setnie, cały dzień było w okolicach -15-17'C, następnego dnia, gdy jechałem na lotnisko ociepliło się do -10'C. Na lotnisko docieram z wielką ulgą - odtąd już więcej mrozu nie będzie, wszystkie pozamarzane rzeczy które mam w sakwach, namiot który z wielkim trudem musiałem upychać do pokrowca - mogą wreszcie odmięknąć. Pakowanie sprzętu na przelot trochę czasu zabrało, odprawa bez problemów. Start z Alty widowiskowy - pas startowy lotniska jest nad samym fiordem, samolot odrywa się od ziemi tuż nad morzem. Bardzo ciekawy był też skład personelu pokładowego - w czasie lotu do Oslo stewardessą było ucieleśnienie moich wizji na temat strażniczek więziennych służących w SS, 100kg lekko licząc, zacięte oblicze - i co najlepsze ze względu na mróz w Alcie stewardessy były ubrane w takie krótkie, obcisłe, skórzane rękawiczki, spod których wystawało odkryte imponujących rozmiarów przedramię. Jakby któryś z pasażerów tego samolotu zaczął nagle fikać - to myślę że tej stewardessie wystarczyłby jeden chwyt za gardziołko i już byłby spokój ;)) Ale żeby była równowaga w przyrodzie - to w czasie drugiego lotu z Oslo do Warszawy stewardessą była prawdziwa bogini, klasyczny typ skandynawskiej urody, przepiękna blondynka... A z kolei na lotnisku w Oslo sprawdzały mnie tutejsze służby, moja gęsta czarna broda w zestawieniu z łysą głową (co nadawało mi wygląd Szamila Basajewa w miniaturze) widać nie budziła specjalnego zaufania służb mundurowych :))

Podsumowanie

Tym razem zimowa wyprawa na Daleką Północ zakończyła się pełnym sukcesem - dojechałem na Nordkapp, przejechałem całą założoną trasę rowerem (niemal 1000km), nie musiałem nawet korzystać z ewentualnego autobusu z Honningsvag do Alty, który rozważałem jako jedną z opcji w razie fatalnej pogody. Bo to właśnie pogoda rozdaje tutaj wszystkie karty - tym razem trafiłem na dość przyzwoite warunki i co najważniejsze najlepsze były na początku trasy, więc nie dostałem od razu tak mocno po d. jak w przypadku wcześniejszych lapońskich eskapad. Przez pierwszych parę dni mróz był umiarkowany, wręcz było nieco za ciepło (przez wilgoć w namiocie przemoczyłem śpiwór), wiatr korzystny, więc mimo mocno pagórkowatej trasy i zaśnieżonych dróg bez większych problemów leciałem założone 100km dziennie. Zmieniło się to dopiero w końcówce - potężne wiatry na Mageroyi, niemal cała trasa do Alty pod wiatr, wreszcie mróz poniżej 20'C przed Sennalandet; ale wtedy to już właściwie nie miałem wyjścia, wycofanie się nie miało sensu, zresztą miałem czas w zapasie i mogłem jechać nawet i 50km dziennie.

Wyprawa jedyna w swoim rodzaju, zupełnie inna od wszystkich moich wcześniejszych, bo zimowe warunki drastycznie różnią się od letnich. Doświadczenia zdobyte na wcześniejszych dwóch wyjazdach zaprocentowały - tamte trasy mimo, że bardzo krótkie to pokazały mi część tutejszych realiów, spowodowały że o te przeżycia byłem teraz mądrzejszy. Bardzo dobrą decyzją były dystanse w okolicach 100km, w 2010 dokonałem nie lada wyczynu przejeżdżając po upierdliwych górkach 110km, z 25kg bagażem, całość w potężnym 23-stopniowym mrozie, jadąc ze 3h ciemną nocą, z przymarzającymi stopami, z przemarzającymi pod koniec rękawicami. Był to jednorazowy wyczyn sporego kalibru, taki mój zimowy rekord - ale po tej trasie miałem już wszystkiego dość i mocno skatowany następnego dnia zawróciłem. Dlatego teraz planowałem takich wyczynów unikać, nawet w korzystnych warunkach 100km nie przekraczać, a w razie trudniejszych warunków jechać po 60-70km, a dołującą psychikę jazdę nocami ograniczyć do niezbędnego minimum. Wiele zależy tu od mrozu, IMO jest potężna różnica między sensownymi mrozami koło -10'C, a rzeźniami poniżej -20'C. W moim przypadku do -10'C jedzie się bez większych problemów, koło -15'C to już się zaczyna robić ciężko, poniżej -20'C to już jest ekstremum, gdzie każdy postój potrafi człowieka wytrząść, a przy czynnościach biwakowych wszystkiego może się odechcieć. Średnio dla tych rejonów w styczniu i lutym wypada przedział -10-15'C, poniżej -20'C to już nawet na Laponię solidny mróz, niemniej jak najbardziej jest tu spotykany. A kupując bilety na parę miesięcy przed startem - nie sposób przewidzieć co nas na trasie spotka.

Inny ważny czynnik - to czas trwania wyjazdu, niemal 2 tygodnie ciągłego dziadowania na mrozie to już bardzo dużo, po pewnym czasie przychodzi nieuchronnie znużenie i zmęczenie, pod koniec myśli się już tylko o powrocie do domu, w takim przypadku bardzo by pomógł nocleg pod dachem, by trochę zregenerować siły, ale to w Skandynawii wymaga bardzo grubego portfela Do tego czas trwania wyjazdu ma duży wpływ na ekwipunek, ten pod koniec wyjazdu wyraźnie się zużywa, rzeczy przemakają, przymarzają - największe ryzyko to przemoczenie śpiwora (na szczęście miałem w rezerwie grubą kurtkę), ale miałem też duże problemy z namiotem - niby renomowany 4-sezonowy Hilleberg, a suwaki po paru dniach mrozu to była tragedia, pod koniec wyjazdu jednego zamka w ogóle się nie dało ruszyć, dwa inne zamykały się z trudem do połowy, a wciśnięcie zesztywniałego namiotu do pokrowca to był nie lada wyczyn. Także i buty, w których w zeszłym roku w pełni komfortowo przejechałem ponad 10h na -17'C, pod koniec wyjazdu już lekko poniżej -10'C nie dawały pełnego komfortu, poniżej -20'C szczypanie w palce już było wyraźnie odczuwalne. Tak więc nie ma lekko...

Ale coś za coś - Daleka Północ płaci za trud włożony w jazdę wspaniałymi widokami, widokami, które można spotkać jedynie na tak dużych szerokościach. Tamtejsza zima - to jest zima przez duże Z, a nie taka popierdółka jak u nas, gdzie co tydzień przychodzi odwilż i wszędzie sypie się tony soli, a sklep jest w każdej wiosce. Tam śnieg jest wszędzie, sklepy spotyka się co kilkadziesiąt km, nawet najgłówniejsze drogi są pod śniegiem i lodem, lasy wspaniale ośnieżone, na płaskowyżach biało po horyzont; wreszcie wspaniałe nisko wiszące polarne słońce, które tworzy niesamowitę tęczę barw, w czasie słonecznego dnia mamy wrażenie jazdy w permanentnym zachodzie słońca.