ZIMĄ NA NORDKAPP 2013




VI dzień - Porsangmoen - Lakselv - Olderfjord - Porsanger



DST 110,5 km - AVS 19,7 km/h - MAX 41,5 km/h - ALT 674 m - TEMP -9'C


(po zmianie czasu) Wschód słońca 9.02, zachód słońca 14.04

Rankiem nieco cieplej niż pod wieczór, -9'C, pierwsze nocne kilometry do Lakselvu płaskie i łatwe, z niezłym wiatrem w plecy (który na większości wyprawy wieje z południa i na razie mi pomaga), sporo zamarzniętych jezior po drodze, mijam też jakąś bazę wojskową tu ulokowaną. W Lakselvie krótki postój na stacji benzynowej - i ruszam na malowniczą trasę wzdłuż fiordu Porsanger. Bowiem Lakselv to taki punkt zwrotny, miejsce od którego wyraźnie zmienia się krajobraz - bowiem dotarłem juz nad Morze Barentsa, a dalsza droga na Nordkapp prowadzi nad brzegiem jednego z jego fiordów. Najbardziej południowa część fiordu jest w pełni zamarznięta, pokrywa lodowa na długości wielu kilometrów robi wrażenie. Im dalej na północ tym więcej trafia się odcinków na których widać wodę, aż wreszcie jest już tylko sama woda.

Ten odcinek robi się bardzo atrakcyjny widokowo - bo na dobre zaczęło mi towarzyszyć pełne słońce, bez skrywających je dotąd chmur, a to tworzy wspaniały spektakl barw i cieni, wszystkie kolory tęczy ;) Bo polarne słońce zimą wisi bardzo nisko na widnokręgu, świeci tylko od strony południowej, dlatego mamy wrażenie jazdy w ciągłym zachodzie lub wschodzie słońca, a to w zestawieniu z odbijającymi jego promienie śniegami i lodami robi duże wrażenie, właśnie po takie widoki warto jechać tak daleko na północ, gdzie indziej się tego nie zobaczy. Ma to oczywiście swoje minusy, bo wyżowa pogoda to i większy mróz, a te okolice mimo, że tak daleko na północ wcale nie są tak mroźne jak mijana wcześniej Laponia, bo wody Morza Barentsa ogrzewa ciepły prąd morski Golfsztrom, np. nawet zimą na Nordkappie dodatnie temperatury nie należą do rzadkości. Ale oczywiście wyż o tej porze roku - to mróz gwarantowany, utrzymuje się na sensownym poziomie, z reguły -8-9'C, takie temperatury nie wpływają jeszcze negatywnie na komfort jazdy. Cała droga nad fiordem - to właściwie tylko lód, przyzwoicie zfrezowany wielkimi łopatami pługów śnieżnych, jedzie się po takiej nawierzchni całkiem wygodnie.

Trasa wbrew pozorom wcale nie taka płaska, jest tu mnóstwo mniejszych i większych podjazdów, które pod koniec dnia już się odczuwa w nogach. W rejonie Olderfjordu droga odbija w kierunku zachodnim, w tej bocznej odnodze fiordu drastycznie spada temperatura, z -6'C aż do -14'C na odcinku dosłownie paru kilometrów i to nie była jakaś awaria licznika, ten spadek temperatury wyraźnie się czuło, po wyjeździe z miasteczka w stronę otwartego morza równie szybko temperatura wzrosła. Miałem dziś pociągnąć aż koło 120km, tak by (jeśli trafią się niezłe warunki) jutro być w stanie osiągnąć sam Nordkapp, ale za 3km tunelem Skarvberg zaczęło mocno wiać, trafiłem też na turystyczną toaletę, których sporo jest w Norwergii - i postanowiłem w niej przenocować ;) Wymagało to trochę roboty, trzeba było odkręcić deski którymi była zamknięta - ale w środku było wystarczająco miejsca by się rozłożyć, a eliminowało konieczność rozkładania namiotu, co zimą jest bardzo upierdliwe, do tego po paru dniach zimowych biwaków w moim namiocie coraz mocniej szwankują pozamarzane suwaki. Do tego jak wspomniałem zaczęło mocno wiać, więc nocleg w mini-budynku był wygodniejszy. Oczywiście temperatura taka sama jak w namiocie, jedynie ze 2-3 stopnie mniej niż na zewnątrz, to nie te rejony gdzie są podgrzewane publiczne kible (a istnieją takowe w Norwegii!)

VII dzień - Porsanger - Honningsvag - Skarsvag



DST 98,2 km - AVS 17,9 km/h - MAX 55,7 km/h - ALT 1290 m - TEMP -7'C


Wschód słońca 9.08, zachód słońca 13.56

Wiatr nawalający w drewniane ścianki mojego wypasionego lokum nie dawał spokoju przez całą noc, więc nad ranem niechętnie zbieram się do wyruszenia na trasę, bo zdaję sobie sprawę, że łatwo to dzisiaj nie będzie - ten rejon słynie z atomowych wiatrów, im bliżej otwartego oceanu tym z tym gorzej. Ale nie ma wyjścia - jak się chce dotrzeć na Nordkapp trzeba się z tym liczyć, mam dużo czasu w zapasie, więc w razie poważnych kłopotów z pogodą trzeba będzie ograniczyć dystanse; teraz wycofanie się zupełnie nie wchodziło w grę ;)) Na trasie okazuje się, że z wiatrem nie jest tak fatalnie, wieje mocno od morza, a droga wygląda tu w ten sposób że omija liczne zatoczki i to prowadzi w stronę morza, to w stronę lądu, więc wiatr przeszkadza tylko na części trasy. Jest też trochę góreczek, te większe koncentrują się w drugiej części trasy, jeszcze na "kontynencie". Tu jest też najgorzej, bo droga mocniej odbija na wschód, prowadzi też dłuższymi płaskowyżami, gdzie wiatr szaleje do woli. Najbardziej dociskało na podjeździe nad Kafjord (na 90m), później po zakręcie na zachód w stronę tunelu już było dobrze. Znad Kafjordu widać już oświetlone słońcem skały Mageroyi, by dostać się na wyspę trzeba pokonać słynny 7km podmorski tunel, ten kawałek to jedyne miejsce na wyprawie gdzie udało mi się przekroczyć 50km/h ;) W tunelu jedzie się elegancko - nie ma wiatru, a do tego temperatura to 4-5 stopni na plusie, a zamiast lodu na drodze idealny asfalt. Niemniej podjazd jest tam bardzo solidny, z 212 poniżej poziomu morza, tutaj ręcznie zmieniam przednią zębatkę na najmniejszą, bo nachylenie trzyma 8-10%.

Pierwsza część trasy na Mageroyi jest płaska, ale okrążając zatokę skręca mocno na wschód i tutaj wieje czołowo w twarz, do tego wiatr wzbudza tumany śniegu, który mocno siecze po twarzy; na szczęście nie był to długi kawałek, bo wkrótce droga chowa się w kolejnym długim 4,5 km tunelu z którego wylatuję już pod samym Honningsvag. Tam robię małe zakupy (wieziony z domu zapas jedzenia na 10 dni powoli się zaczyna kończyć), następnie ruszam na podbój wyspy. Za Honningsvag przez parę kilometrów okrąża się zatokę Trollholmen, po czym rozpoczyna się wymagający 300m podjazd, na którym nie brakuje nachyleń po 9%. Jako, że droga mocno tu kołuje to również i z wiatrem jest bardzo różnie, są fragmenty, że czołowo wali wraz ze śniegiem w twarz, są takie gdzie pomaga; a najwięcej odcinków z wiatrem bocznym. Jazda z bardzo silnym bocznym wiatrem po żywym lodzie to już niebezpieczna zabawa, nawet po spuszczeniu do minimum powietrza z kolcowanych opon czułem się tu bardzo niepewnie, parę razy spychało mnie poza drogę, ale obeszło się bez wywrotki. Już po zaliczeniu podjazdu musiałem nieco dopompować tylne koło, z którego spuściłem za dużo powietrza i bałem się że ciężki bagaż dobije obręcz przecinając dętkę; trochę się wnerwiłem gdy okazało się że moja pompka jest w dwóch kawałkach. Na szczęście tylko się rozkręciła i mogłem dopompować koło.

Taka krótka refleksja - w trakcie tej naprawy rower z bagażem leżał na jezdni, na zewnątrz -8'C, zupełne pustkowie, wiatr nawala jak opętany, a ja dłubię przy rowerze. W trakcie takiej sytuacji mijało mnie kilka samochodów - nikt się nawet nie spytał czy coś pomóc, nikt nie zagadał; Skandynawowie to takie klasyczne zimne padalce, z niektórymi najgorszymi cechami bogatych społeczeństw zachodu, z posuniętym do absurdu przywiązaniem do maksymy "my home is my castle". W trakcie całej tej wyprawy, w końcu bardzo niecodziennej, w ciągu niemal 2 tygodni pozdrowiło mnie z samochodów może kilka osób, jedna mnie raz spytała czy mnie nie podwieźć; nikt nie zagadywał na postojach, nikt nie zagadywał na trasie, parę razy filmowali mnie jedynie turyści, ale oni byli z Niemiec. Osoby jeżdżące na wyprawy z sakwami dobrze wiedzą jak to nietypowe zjawisko, zwykle to się ma wręcz przesyt takich osób które nas zagadują, szczególnie w krajach biedniejszych to norma. Pewnie pogoda tu swoje robi, nie bez powodu ludzie z krajów z ciepłym klimatem są znacznie bardziej wylewni od tych mieszkających na północy; zupełnie inaczej żyje się w Grecji czy Hiszpanii, inaczej za kołem polarnym.

Z tych 300m dość łagodny zjazd doprowadza w rejon Skarsvagu - czyli położonej najbardziej na północ zamieszkałej osady w Europie. Stąd na Nordkapp jest tylko 12km, ale bardzo górzyste. Zbliżał się już zmierzch, czułem w nogach tę trasę, więc wolałem sobie ten odcinek zostawić na jutro, dojechać bym dał radę, choć już nieźle przeczesany, ale najbardziej obawiałem się o nocleg - przy tym wietrze nocowanie na 300m klifie, na odkrytym terenie zupełnie mi się nie uśmiechało. Rozkładam więc obozowisko na zamkniętym kempingu pod Skarsvagiem, szukałem takiego miejsca by domek kempingowy osłaniał mnie przed wiatrem - ale wiatrem za mocno kręciło by to było skuteczne; i w efekcie był to najgorszy nocleg na wyprawie, namiotem cały czas rzucał wiatr, były wielkie problemy z gotowaniem w przedsionku na maszynce benzynowej.

VIII dzień - Skarsvag - Nordkapp - Honningsvag - Sames



DST 54 km - AVS 14,2 km/h - MAX 39,6 km/h - ALT 1065 m - TEMP -8'C


Wschód słońca 9.08, zachód słońca 13.52

Rano wstaję ponad godzinę później niż zwykle, cel mojej wyprawy już tuż-tuż, więc nie muszę się specjalnie śpieszyć, bo czasu do odlotu samolotu mnóstwo w zapasie. Ruszam w trasę więc mniej więcej koło wschodu słońca, ostatnie 12km drogi na Nordkapp, które mi jeszcze zostały jest zamknięte dla ruchu; prywatne samochody i autokary z turystami mogą tu wjeżdżać jedynie w konwojach, które otwiera i zamyka pług śnieżny (są takie konwoje dwa na dzień o określonych godzinach). Roweru na szczęście to ograniczenie nie obejmuje - wystarczy ominąć szlaban zamykający drogę i gotowe, a ze względu na głęboki śnieg takiej sztuki mogą dokonać jedynie pojazdy na gąsienicach ;)) No i rzeczywiście, po paru kilometrach trasy mijają mnie dwa wojskowe pojazdy gąsienicowe, koło Nordkappu jest jakiś posterunek czy stacja pomiarowa.

Pogoda wspaniała - od rana słonecznie, no i oczywiście jak to na Mageroyi - mocno wieje z południa, na razie więc więcej pomaga. Te ostanie 12km cholernie wymagające, jest tu z 500m podjazdów, poza jednym głównym na 300m jest tu też wiele mniejszych ścianek i "kolanek". Po wjeździe na ten 300m płaskowyż widoki wspaniałe - gdzie okiem nie sięgnąć zaśnieżone szczyty, pomimo niewielkiej wysokości można się tu poczuć jak na szczytach alpejskich lodowców. Przede mną zupełna lodowa pustka, na tle której wyróżnia się jedynie wąska nitka mojej drogi. Po pewnym czasie na horyzoncie pojawia się budynek centrum turystycznego na Nordkappie, w miarę pokonywanych wzniesień coraz bardziej się zbliża; wreszcie z ogromną satysfakcją melduję się pod słynnym "globusikiem"! Opłaciła się konsekwencja w realizowaniu bardzo trudnej zimowej wyprawy, do trzech razy sztuka - tym razem udało się dotrzeć zimą na sam Przylądek Północny i to do tego we wspaniałej pogodzie, dużo lepszej niż latem 2006, gdy jechałem w chmurach z widocznością na 50m. Pochodziłem trochę po rejonie centrum, porobiłem zdjęcia, samo centrum jeszcze zamknięte, choć są już pracownicy je odśnieżający - ale dzięki temu nikt nie pobierał opłat za bilety, a te są bardzo sowite, bodajże coś pod 150zł, od paru lat objęto nimi również rowerzystów, którzy kiedyś za trud włożony w dotarcie na Przylądek mieli ów wstęp za darmo.

Ale za długo nie było tu sensu siedzieć bo wiało potężnie, szczytem płaskowyżu wiatr walił z całą siłą (wg prognoz było to 13-14m/s); choć jednak nie tak mocno jak to było w 2006; niemniej przy -9'C odczuwalna temperatura była dość solidna ;) Powrót więc do przyjemnych nie należał, bo jadąc na południe wiatr przeszkadzał zdecydowanie więcej; ale niesiony sukcesem zaliczenia Nordkappu nie za wiele sobie z tego robiłem, po prostu powolutku jechałem naprzód, rozkoszując się wspaniałymi widokami lodowych połaci Mageroyi w pełnym słońcu. Zdecydowanie najgorzej było na drugim 300m podjeździe za Skarsvagiem, z tej strony jest dużo łagodniejszy niż od Honningsvag, więc na często występujących nachyleniach po 2-3% wiatr wycinał do żywego, długimi odcinkami turlałem się po 7-8km/h; tak więc gdy wreszcie osiągnąłem wierzchołek poczułem dużą ulgę, w dół nawet pod silny wiatr to już inna bajka. Spokojnym tempem docieram więc do Honningsvag, tam na stacji musiałem kupić benzynę do kuchenki, której zimą schodzi znacznie więcej niż latem, 1,5l ekstrakcyjnej zabranej z domu już się powoli kończyło i czas było nabrać "samochodówki". Z miasteczka wyjeżdżam 4,5km tunelem, tuż przy jego południowym wylocie znajdował się duży, opuszczony budynek, który sobie upatrzyłem na nocleg jadąc tędy wczoraj, by nie męczyć się z rozstawianiem namiotu; zimą to wygodniejsza opcja.

IX dzień - Sames - Kafjord - Porsanger



DST 64,7 km - AVS 16,6 km/h - MAX 61,5 km/h - ALT 638 m - TEMP -9'C


Po zaliczeniu Nordkappu, który był celem tej wyprawy pozostał mi jeszcze dojazd na lotnisko w Alcie, skąd miałem wykupiony lot powrotny do Polski. Jak to z biletami lotniczymi - trzeba je kupować na konkretny dzień, więc przy planowaniu trasy dzienne dystanse zaplanowałem z dużą ostrożnością, licząc się z tym, że zła pogoda może mnie zmusić do jazdy znacznie poniżej 100km dziennie. A tymczasem na Nordkapp jechało się bardzo przyzwoicie, wiatr mocno dawał w kość jedynie w końcówce, a przez większość trasy mi pomagał. Dzięki temu na Nordkapp dojechałem zgodnie z najbardziej optymistycznym założeniem - i teraz zostało mi sporo czasu na samolot. Zaczynałem już odczuwać zmęczenie i znużenie tym wyjazdem, nie samą jazdą, ale trudnymi warunkami bytowymi - w cieple to bywałem jedynie w krótkich chwilach spędzanych w sklepach czy toaletach na stacjach benzynowych, średnio jakieś 15-20min dziennie; poza tym non-stop na mrozie; po przyjeździe na miejsce pozostawało właściwie tylko kiszenie się w śpiworze. Tak więc postanowiłem jechać do Alty spokojnym tempem koło 60km dziennie.

Pierwszy dzień powrotu wcale do łatwych nie należał - na pierwszy ogień idzie pomorski tunel, którym opuszczam Mageroyę, od tej strony jest nieco mocniej nachylony, dzięki czemu przekraczając 60km/h ustanawiam swój nowy rekord prędkości na oponach z kolcami ;) Po zaliczeniu stromego podjazdu w tunelu - najgorszy odcinek trasy, czołowy wiatr na długich płaskowyżach za Kafjordem wycinał bezlitośnie, jechało się niewiele ponad 10km/h. Na całe szczęście po tym jak droga wróciła nad samo morze - pogoda zupełnie się zmieniła, w ogóle przestało wiać a wyszło piękne słońce. A jako, że słońce zimą za północnym kołem polarnym świeci z południa - to całą resztę dzisiejszej trasy pokonywałem w jego oślepiającym blasku. Chwilami było to już uciążliwe, bo nie miałem ze sobą okularów przeciwsłonecznych - ale widokowo był to jeszcze piękniejszy dzień niż wczoraj, jazda samym brzegiem fiordu w słońcu cały czas odbijającym się w jego wodach - to jest kwintesencja arktycznego piekna; Daleka Północ niejako we wdzięczności za trud włożony w dotarcie tutaj zapłaciła mi tym co w niej najpiękniejsze!

Dzień kończę koło tej samej toalety, gdzie nocowałem 2 dni wcześniej; generalnie zaczęło się nieco ochładzać, pod koniec dnia temperatura spadła poniżej -10'C. Zauważyłem też, że mój śpiwór częściowo przemoczony podczas śnieżnych nocy w namiocie w Laponii - już tak skuteczny nie był, trzeba było ciągle przerzucać zbity puch w kilku komorach w rejonie torsu, bo przemoczony cały czas opadał na boki. Nocą była taka kiepska namiastka zorzy polarnej, nie takie piękne zielone blaski jakie oglądałem na zdjęciach, ale wszystko w szarych barwach; a szkoda bo noc była zupełnie bezchmurna. Niestety to nie sezon na zorze, te występują znacznie częściej w marcu

X dzień - Porsanger - Olderfjord - Skaidi - Knottheim



DST 61,6 km - AVS 16,7 km/h - MAX 37,7 km/h - ALT 666 m - TEMP -18'C


Rano szybko docieram do Olderfjordu, tam okazuje się, że nadchodzące ochłodzenie wcale nie będzie malutkie, w miasteczku jest już -17'C - więc okazuje się, że dojazd do Alty wcale nie będzie tak "lajtowy" jak to sobie zakładałem i jednak nie da się zaliczyć takiej wyprawy bez jazdy w syberyjskich mrozach. Za Olderfjordem zaliczam wymagający, dość długi podjazd, w sumie na aż 250m; ciągnął się i ciągnął, przez dłuższy czas mocno mnie spowalniając, w tak niskich temperaturach nie ma już mowy o komforcie jazdy - wszystko zamarza, kominiarka jest sztywna, nie da się do końca zapiąć suwaka kurtki itd. Drogi podobne jak nad fiordem - czyli lód, jedynie zauważalnie więcej śniegu, ale wygodne do jazdy.

Na dłuższym zjeździe do Skaidi nieźle mnie wywiało, a do tego temperatura zleciała jeszcze do -19'C. Ale naprawdę to mnie zaskoczyła dopiero tablica drogowa, na której wyświetlona była informacja o -28'C na płaskowyżu Sennalandet w stronę, którego właśnie jechałem! I rzeczywiście na kolejnych kilometrach temperatura cały czas szybko leci w dół, gdy skończyłem jazdę w jednej z ostatnich wioseczek przed płaskowyżem było już -23'C, a gdy uporałem się z rozstawieniem namiotu az -25'C. Przez dobrą godzinę musiałem się po tym zagrzewać, na szczęście oprócz przemoczonego śpiwora miałem jeszcze pancerną kurtkę na postoje (aż 900g puchu), więc spałem w śpiworze w nią ubrany, bo przy tak niskiej temperaturze sam śpiwór byłby już niewystarczający. Jedząc kolację dokonałem nie lada wyczynu - udało mi się zjeść zamarznięty do owych -25'C chleb, kabanosy były w nieco lepszym stanie ;))

DALEJ >>>