ZIMĄ NA NORDKAPP 2013




Wstęp

Na Nordkappie byłem w 2006 roku, w tym miejscu zakończyłem moją piękną podróż po całej Norwegii, zaliczając po drodze mnóstwo skandynawskich atrakcji. Końcówka tej trasy prowadziła przez srogie krajobrazy i srogi klimat Dalekiej Północy, z coraz to niższymi drzewkami po drodze, pod koniec trasy już tylko mchami i porostami. Wtedy zastanawiałem się nad tym, że skoro tak niegościnnie wygląda tu przyroda latem - jak musi tam być zimą? Jak dają tam sobie radę miejscowi, którzy żyją tam przecież cały rok?

Parę lat minęło i gdy zacząłem więcej jeździć na rowerze zimą zrodziła się myśl o takiej wyprawie na sam koniec Europy - bez żadnych kompromisów, w środku zimy, samowystarczalnej, z noclegami pod namiotem. Tego typu wyjazd stanowił niemałe wyzwanie logistyczne, w Polsce bardzo trudno się do niego przygotować, bo takie zakresy temperaturowe jak w Laponii u nas nie występują, mrozy poniżej -15'C są bardzo rzadkie, sklepy spotyka się bardzo często, ceny za noclegi pod dachem są niewielkie, podczas gdy w Skandynawii wręcz niebotyczne (150E i więcej). Próbowałem takich wyjazdów dwukrotnie w 2010 i 2011 roku, niestety dwukrotnie ciężkie warunki mnie pokonały i poległem z kretesem, najdalej dojeżdżając do Sodankyli. Ale ja tak łatwo nie rezygnuję, myśl o tym wyjeździe cały czas siedziała mi w głowie, ilekroć zbliżała się zima na nowo rozbudzała się chęć ruszenia na północ - i w myśl przysłowia "do trzech razy sztuka" w 2013 wyruszyłem po raz kolejny do Laponii

Dojazd do Rovaniemi, skąd planowałem ruszyć podobnie jak w na dwóch wcześniejszych wyjazdach tradycyjnie miałem mocno skomplikowany. Wyruszyłem z Warszawy już w niedzielę 27.I, by nie ryzykować spóźnienia się na samolot, pociągiem docieram do Gdyni, gdzie nocuję w akademiku u Rafała (dzięki za załatwienie noclegu i towarzystwo). W poniedziałek przejeżdżam koło 30km na lotnisko pod Gdańskiem. Lot do fińskiego Turku przebiega bezproblemowo, rower i bagaż dolatują bez żadnych uszkodzeń; samo lotnisko zaśnieżone, podobnie jak i droga do niego prowadząca, choć zaskakująco temperatura jest minimalnie powyżej 0. Na dworzec kolejowy przejeżdżam ok. 10km docierając z dużym zapasem przed odjazdem mojego pociągu, którym całą noc podróżuję do Rovaniemi (z przesiadką w Tampere). Zalodzony pociąg na dworzec w Rovaniemi dociera jeszcze przed świtem, mimo niemal 1000km trasy dociera bez żadnych opóźnień (jednak się da!) - i rozpoczynam swoją przygodę z Daleką Północą!

I dzień - [FIN] - Rovaniemi - Vikajarvi - Torvinen



DST 101,4 km - AVS 20,3 km/h - MAX 44,9 km/h - ALT 663 m - TEMP -1'C


Wschód słońca 9.30, zachód słońca 15.27

Pierwsze, jeszcze nocne kilometry (słońce wschodzi tu dopiero sporo po 9) - to oswajanie się z tutejszymi realiami, nawet tak spore miasto jak Rovaniemi jest całe we śniegu, wąskie pasy asfaltu są jedynie na najgłówniejszych drogach. Taka zima od razu wygląda o niebo lepiej niż u nas, tutaj wyżerającej wszystko soli (a najbardziej napęd roweru) na drogach się na szczęście nie stosuje - i ludzie doskonale dają sobie radę. W Rovaniemi wiele nie zabawiłem - od razu ruszam na trasę, w stronę niedalekiego koła polarnego. Przy wyjeździe z miasta, na moście nad wielką, zamarzniętą rzeką Ounasjoki niezłe widoki na kolejny, bardzo charakterystyczny i ładnie podświetlony most. Na koło polarne trzeba podjechać z miasta ponad 100m, ale jedzie się dobrze, bo temperatura jak na tutejsze zimowe realia jest bardzo łaskawa, zaledwie -1'C, do tego mam korzystny wiatr. Porobiłem kilka zdjęć w wiosce Świętego Mikołaja, nawet zajrzałem do środka, by się nieco rozebrać, bo ubrałem się na większy mróz.

Kolejne kilometry to dość wygodna jazda drogą E-75, ta jest w przyzwoitym stanie, jest oczywiście śnieg, ale wąskie pasy spod samochodowych kół są asfaltowe, więc mając wiatr w plecy jedzie się elegancko. Droga mocno pagórkowata, bardzo mylą się ci, którym się wydaje że Finlandia jest płaska, co prawda nie ma tu żadnych wyższych gór czy długich podjazdów, niemniej od krótkich góreczek aż się tu roi, a te z tak wielkim bagażem jak mój (na starcie aż 25kg, w tym 7-8kg jedzenia) się wyraźnie odczuwa, tym bardziej że całość jest na tyle, bez przednich sakw. Po drodze udało mi się też spotkać kilka reniferów, choć oczywiście tyle co latem ich tu pasących się na wolności teraz nie ma. Przy takiej temperaturze to zupełnie inna jazda niż mordęga przy -20'C, gdzie wszystko sztywnieje i zamarza, gdzie każda chwila bez rękawiczek jest okupiona bólem skostniałych palców. Mróz niewielki - ale na szczęście jest to jednak mróz, dzięki temu nie ma topniejącego syfu na drodze. Trasa prowadzi przede wszystkim pięknie ośnieżonymi lasami, śniegu jest naprawdę sporo, ponadto w drugiej części trasy zaczyna porządnie dosypywać, także sporo musiałem już jechać w narciarskich goglach, bo śnieg zasypywał mi oczy - ale z większymi opadami śniegu się liczyłem, to zapowiadały prognozy, które widziałem przed wyjazdem, często towarzyszą niżowej pogodzie i wyższej temperaturze zimą. Większym zgrzytem był problem z hamulcami, przedni z obręczą ceramiczną zawilgocony tradycyjnie przestał właściwie w ogóle działać (co mnie nie zaskoczyło, mokre obręcze ceramiczne wymagają długiej dłubaniny z precyzyjnym ustawieniem klocków), natomiast niespodziewanie wysiadł też i tylny, co już zmusiło mnie do kłopotliwej naprawy na mrozie. Okazało się że klocki się nie starły, ustawione były poprawnie - po prostu przestały w ogóle hamować, tarły o obręcz i nic. Naszarpałem się więc z wymianą na zapasowe, co przy wsuwanych klockach jest dość upierdliwe, rozciąłem sobie przy okazji rękę, dobrze że miałem ze sobą w nożu szwajcarskim małe kombinerki. Pora w końcu założyć chyba hamulce tarczowe, bo te nie odstawiają tego typu numerów, w trudnych warunkach są dużo skuteczniejsze i pewniejsze.

Zgodnie z planem przejeżdżam 100km, w tych warunkach zleciało to dość szybko i łatwo, większych dystansów nie planowałem na tej wyprawie robić, by się jednego dnia za bardzo nie "zjechać", co szybko mogłoby doprowadzić do zniechęcenia i rezygnacji z dalszej trasy, a psychika na tego typu wyjazdach jest kluczowa, zima to nie okres na maratońskie dystanse, do tego chciałem ograniczyć jazdę po ciemku do niezbędnego minimum bo to również obniża "morale". Poza tym powrotny samolot miałem wykupiony na konkretny dzień i szybsze przejechanie trasy oznaczałoby konieczność kiblowania pod lotniskiem. Rozkładanie biwaku w zimowych warunkach to niełatwa sprawa, nieźle się naszarpałem by rozbić namiot w śniegu po kolana; ale pierwsze koty za płoty, po tym pierwszym dniu jestem w dobrym nastroju, liczyłem się z tym że może być dużo gorzej; powoli zaczynam więc wierzyć w powodzenie wyprawy :)

II dzień - Torvinen - Sodankyla - Ketokuruntie



DST 101,2 km - AVS 20,5 km/h - MAX 34,8 km/h - ALT 306 m - TEMP -1'C


Wschód słońca 9:36, zachód słońca 15:15

W nocy śnieg padał solidnie, co spowodowało że w namiocie było bardzo wilgotno, bo zbierający się na namiocie śnieg wyraźnie zmniejszał wentylację. A to z kolei powodowało zawilgacanie się śpiwora, którym zawsze się poprzyciera o ścianki namiotu, szczególnie "jedynki" jak mój. Pada też gdy ruszam na trasę, 30km pozostałe do Sodankyli dość łatwe, bo jest tu więcej z górki. Sama Sodankyla tonie we śniegu, przy chodnikach wielkie zaspy, na drogach śnieg - takie obrazki mają masę klimatu, po takie widoki właśnie warto się było tu pchać. Po krótkiej wizycie w sklepie i w toalecie na stacji benzynowej ruszam dalej, dotąd najdalej zimą dociągnąłem właśnie tutaj, więc nie jest źle ;)

Za Sodankylą jest wielkie, zamarznięte jezioro wzdłuż którego prowadzi moja trasa, kilkanaście kilometrów dalej znika asfalt na drodze, teraz trzeba już jechać na wyślizganym śniegu, co nie jest wygodne, bo tworzą się rozmaite zgrubienia i koleiny; po śniegu jedzie się wygodnie - ale jedynie tym twardo ubitym, świeże opady jazdę utrudniają, o czym się przekonałem zaliczając po drodze glebę, na szczęście (jak to prawie zawsze na śniegu) nieszkodliwą. Dziś trasa wyraźnie bardziej płaska od wczorajszej, za to bardziej monotonna (trochę zmiany w leśnym krajobrazie przyniósł 10-15km przejazd przez bagna), dalej mam dobry wiatr, więc bez problemów przejeżdżam przed zmrokiem zaplanowane 100km, rozbijając się na noc pod opuszczonym domkiem letniskowym

III dzień - Ketokuruntie - Vuotso - Saariselka - Ivalo - Jezioro Inari



DST 101,3 km - AVS 20 km/h - MAX 41,4 km/h - ALT 580 m - TEMP -4'C


Wschód słońca 9.42, zachód słońca 15.09

Wstaję o 6.30, dwie godziny schodzi mi na przyrządzanie śniadania na ciepło oraz herbaty na drogę, zimą czynności "obozowe" zajmują sporo więcej czasu, trzeba topić śnieg na wodę, dłużej trwa zagotowanie wody, złożenie namiotu itd. W drogę ruszam godzinę przed świtem, uznałem że skoro jazdy po ciemku nie da się uniknąć ze względu na króciutki dzień polarny trwający ledwie 5h - to lepiej jechać po ciemku rano, gdy ma się przed sobą perspektywę świtu, niż wieczorem, rozbijając obozowisko po ciemku. Zresztą nie jest tu aż tak źle - bo na tak dużej szerokości geograficznej faza zmierzchu i brzasku trwa sporo dłużej niż u nas, nawet godzinę przed wschodem słońca można się obejść bez świateł; za to część dnia też jest taka szarawa i dość ciemna.

Dzisiaj czekają mnie trochę większe górki, już na pierwszym kawałku przed Vuotso są porządniejsze podjazdy na 300m, droga dalej we śniegu. Po Vuotso spodziewałem się czegoś większego, a tymczasem to mała wioseczka, która sprawia wrażenie leżącej na końcu świata, domki z wielkimi prawie metrowymi czapami śniegu, wielkie zaspy na chodniku - ma to wiele klimatu, ale na cywilizację to nie ma co tu liczyć; gęstość zaludnienia jest tu malutka. Po ok. 50km zaczyna się najbardziej górzysty rejon trasy - widomy znak, że dojeżdżam do fińskiego kurortu narciarskiego, czyli Saariselki. Krótka wizyta na stacji benzynowej, na której spotykam paru Rosjan, Murmańsk w końcu nie tak daleko, miło posłuchać wreszcie jakiegoś normalnego języka, zamiast zupełnie niezrozumiałego fińskiego bełkotu ;)

W okolicach kurortu jest trochę szlaków dla skuterów śnieżnych, których przy drodze spotykam całkiem sporo; kawałek za Saariselką jest najefektowniejszy kawałek dzisiejszej trasy - podjazd na prawie 400m owocuje pięknymi widokami na okoliczne góry, które opuszczam długim zjazdem w stronę Ivalo, położonego na ok. 120-130m. Jedzie się wygodniej, bo od Saariselki wróciły pasy asfaltu, do Ivalo droga jest dobrze przetarta. Samo Ivalo to już sporo większe od Vuotso miasteczko, jest tu znacznie więcej cywilizacji, są duże markety. Wyjeżdżam jeszcze 10km za miasto i na noc rozbijam się na nieczynnej zimą drodze na punkt widokowy nad jeziorem Inari.

IV dzień - Jezioro Inari - Inari - Kaamansen - Kaamasmukka



DST 102,2 km - AVS 18,9 km/h - MAX 44,4 km/h - ALT 817 m - TEMP -3'C


Wschód słońca 9.45, zachód słońca 15.01

Tradycyjnie ruszam przed świtem, pierwsza część trasy to jazda wzdłuż wielkiego, zamarzniętego jeziora Inari, nad samą taflą jeziora tak długo się nie jedzie, niemniej są też i takie odcinki. Wbrew pozorom wcale nie jest tu płasko - niewielkie górki trzeba podjeżdżać calutki czas. Po 3 dniach opadów śniegu, dziś jest nieco lepiej, słońce zaczyna chwilami nawet przebłyskiwać zza chmur, dodając zaśnieżonym lasom wiele uroku. Krótki postój w Inari - i ruszam dalej na północ, zostawiając jezioro o tej samej nazwie za sobą, kawałek za tym miasteczkiem asfalt znika już na dobre - aż do końca wyprawy, odtąd zobaczę go jedynie w tunelach ;) Droga dalej wnerwiająco pagórkowata, a wiedziałem że druga część dzisiejszego dnia będzie pod tym względem jeszcze bardziej wymagająca. Ale jedzie się przyjemnie, zanosi się wreszcie na zmianę pogody i koniec większych opadów śniegu, które przeszkadzały mi szczególnie na biwaku, śpiwór pomimo, że jest z tkaniny typu "dry" jest juz zauważalnie podmoczony, bo w namiocie mam dodatnią temperaturę przy niewielkim mrozie na zewnątrz.

W Kaamansenie pojawiają się pierwsze drogowskazy na Nordkapp, a droga wyraźnie zmienia kierunek - do norweskiego Karasjoku będę jechał teraz znacznie bardziej na zachód, opuszczam też główną drogę E-75, na Karigasniemi prowadzi boczniejsza droga 92. Gdy wracałem tędy z Nordkappu autokarem - ten 65km kawałek zapadł mi dobrze pamięć ze względu na wielką ilość małych pagóreczków, na których skakało się do góry z foteli autobusu;) Byłem więc psychicznie przygotowany na niezłą orkę - i nie rozczarowałem się... Górek jest od groma, nie są to większe podjazdy, ale z reguły ścianki po 10-20m, za to często bardzo ostre po 8-10%. A że droga 92 jest porządnie zaśnieżona, wyraźnie bardziej niż E-75, nieźle wysysa to siły. Do tego jeszcze na wyjazd nie brałem przedniej przerzutki, bo zdarzały mi się problemy ze sprężynami, na cięższe podjazdy w końcówce trasy można ręcznie zmienić łańcuch z przodu na małą zębatkę - ale to ma sens na dłuższych ścianach, nie króciutkich piłach, więc musiałem jechać "na twardo" z tarczy 42.

Kawałek bardzo wymagający - ale również i bardzo urokliwy, jak dotąd zdecydowanie najciekawszy na mojej trasie, droga zupełnie zaśnieżona, wąziutka, mijające się samochody musiały zwalniać by się nie stuknąć. Ale mimo tego na taką trasę zapuściło się nawet kilka tirów uzbrojonych w łańcuchy, gdy mijał mnie taki kolos z naprzeciwka oczywiście wzbudzał sporą śnieżną kurzawę przez którą przez dobre 10 sekund nic nie było widać ;) Ale generalnie ruch minimalny, średnio jeden samochód na 15-20min. Na zjazdach z kolei trzeba bardzo uważać, bo koła lubią się zaryć i uskoczyć lekko w bok, trzeba mocno trzymać kierownicę, oraz zdejmować czasem nogę z pedału by w kluczowym momencie przenieść środek ciężkości ratując się przed upadkiem. Ale to jest właśnie czysto zimowa jazda, po to warto było tu jechać taki kawał! Na środkowej części odcinka do Karigasniemi góreczki trochę odpuszczają, przejechał też pług i jakość drogi nieco się poprawiła. W tym rejonie, w malutkiej wioseczce na kilka chałup lekko po zmierzchu rozstawiam obozowisko, dzisiejszy dystans juz czuć w nogach, 800m podjazdów jak na zimę z ciężkim bagażem to już sporo, ale powoli ta zimowa jazda zaczyna mi się coraz bardziej podobać, mróz cały czas niewielki, wiatr korzystny, krajobrazy coraz lepsze - taką jazdę to ja rozumiem!

V dzień - Kaamasmukka - Karigasniemi - [N] - Karasjok - Porsangmoen



DST 101,1 km - AVS 18,3 km/h - MAX 37,5 km/h - ALT 761 m - TEMP -10'C


Wschód słońca 9.53, zachód słońca 15.00

W nocy znowu sporo padało i gdy ruszam na trasę droga jest porządnie zaśnieżona, co szybko owocuje efektowną wywrotką. Górek znowu przybywa, jazda przypomina tę wczorajszą na początku drogi 92. Ale zaczyna się też powoli zmieniać pogoda - chmur coraz mniej, idzie wyż, mogę wreszcie obejrzeć wschód słońca pięknie oświetlający ośnieżone (już coraz bardziej karłowate) lapońskie drzewa; a co za tym idzie - też się ochłodziło, rano jest - 7'C, jak dotąd najzimniej na trasie, pierwszy raz jadę w kalesonach i dwóch koszulkach pod kapotą. Do Karigasniemi miałem ok. 30km, droga niełatwa, ale przeleciała całkiem sprawnie, do samego miasteczka doprowadza długi, aż 10% zjazd, na którym bardzo trzeba było uważać, by się za bardzo nie rozpędzić, bo łatwo tu fiknąć; na takich zjazdach trudno znaleźć złoty środek - za szybko niedobrze, ale i za ostro hamować też nie można, bo łatwo zablokować koło.

Samo Karigasniemi to malutka dziura, kawałek za miasteczkiem na moście na zamarzniętej rzece Inarijoki jest granica norweska, od tego momentu droga już w sporo lepszym stanie - ubity śnieg i lód. Odcinek do Karasjoka raczej płaski, z niewielkimi jedynie podjazdami, niebo coraz jaśniejsze i temperatura dalej leci w dół, gdy wjeżdżam do miasta jest już -9'C; krótka chwila w cieple na stacji benzynowej - i ruszam dalej. Za miastem długi i wymagający śnieżny podjazd na płaskowyż dzielący mnie od morza, gdy się już wypłaściło na szczycie witają mnie piękne widoki na ośnieżone wysokie góry na północy i zachodzie, za to temperatura już na poziomie -11-13'C. Płaskowyż mocno zaśnieżony i zalodzony, tak daleko na północy nie ma już mowy o utrzymaniu czarnych dróg; ale dzięki temu jazda ma o wiele więcej uroku. Sam płaskowyż (jak wiele w Norwegii) nie oznacza, że jedzie się po płaskim, większych podjazdów tu nie ma, ale od małych góreczek aż się roi. Pod koniec dnia zaliczam dłuższy zjazd i już po zachodzie słońca rozbijam się na biwak kawałek za jeziorem Ovrevann. Zimno, ale miejscówkę trafiłem przyzwoitą, na jakiejś bocznej dróżce był dobrze odśnieżony kawałek, więc nie trzeba było się bawić w ubijanie śniegu pod namiot, nie było takich problemów z wbijaniem szpilek (na zimowe biwaki dużo wygodniejsze od typowych szpilek są tzw. szable, dużo dłuższe od letnich szpilek).

DALEJ >>>