NORDKAPP 2006




Powrót

Choć miałem wykupioną wizę do Rosji, uznałem że ze względu na coraz gorszą pogodę i stan roweru nie ma co ryzykować jazdy do Murmańska (i chyba miałem rację, bo na pierwszej dłużej trasie po powrocie do kraju znowu zerwałem łańcuch, a na prawie 700km do Murmańska na sklep rowerowy można by liczyć chyba tylko w Kirkenes). Z Nordkappu jadę więc autobusem (rusza o 1 w nocy) do Rovaniemi i po przesiadce do Oulu (kierowca twierdził, że w ten sposób będzie taniej do Helsinek). Zapłaciłem za to aż 1200koron (a więc ponad 600zł), nie miałem ze sobą euro, w których wynosiło to ok. 130 (wraz z dopłatą 15E za rower), więc przelicznik był prawdziwe bandycki - ponad 100zł więcej. To co zobaczyłem z okna w czasie tej podróży powoduje, że decyzji o powrocie autobusem zupełnie nie żałuję - droga przez Finlandię w przeważającej części jest bardzo monotonna - ciągle tylko las, małe pagórki i od czasu do czasu malownicze jezioro; daleko jej do trasy przez Norwegię, gdzie choć jest dużo ciężej, to jednak przepiękne widoki rekompensują w pełni włożony wysiłek. Po prawie dobie w autokarze jestem w Oulu i dosłownie w ostatniej chwili wyrabiam się na nocny pociąg do Helsinek (70E). W stolicy Finlandii, podczas kupowania biletu na prom do Tallina chyba opanowało mnie małe zaćmienie umysłowe (może efekt dwóch nieprzespanych nocy?) - i płacę aż 41E. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zapłaciłem za transport szybkim (ok.1,5h) katamaranem, a płynąc zwykłym promem (3h) byłoby o połowę taniej. Już w Tallinie nic nie zwiedzając jadę na dworzec autobusowy (trochę się nakołowałem, bo jest spory kawałek od portu). Ale niestety okazuje się, że bilety są dopiero na jutro, czeka mnie więc przymusowy nocleg w Estonii. Mam dużo czasu i wreszcie mogę dokładniej obejrzeć Tallin, który trochę rozczarowuje - jak dla mnie jest mocno przereklamowany; poza średniowiecznym Starym Miastem właściwie nie ma tu nic ciekawego, reszta stolicy Estonii (szczególnie wschodnie dzielnice) to raczej zabudowa charakterystyczna dla całego, byłego już imperium radzieckiego. Ceny w sklepach są tu zdecydowanie niższe od skandynawskich (choć od polskich z pewnością już nie) - więc postanawiam ten raz zaszaleć i przenocować na kempingu - ale gdzie tam - złodzieje zażyczyli sobie aż 19E (prawie 80zł) za noc; pozostaje mi więc jazda na obrzeże miasta - i tam rozbicie namiotu (po drodze jeszcze łapię gumę). W nocy wreszcie się wysypiam, dopiero po 12 ruszam na ponowną przejażdżkę po centrum, idę na obiad do McDonalda i udaję się na dworzec (odjazd ma być o 17). Przy załadunku do autokaru przeżywam straszną nerwówkę - kierowca uparł się że roweru nie weźmie, majacząc coś o jakimś pozwoleniu od przewoźnika. Na domiar złego był Estońcem i rozmawiać z nim można było tylko po rusku (a z podstawówki już nie za wiele pamiętam), ale nie tu tkwił problem - bo tak naprawdę żadnej rozmowy z nim nie było, cały czas klepał swoje. Zdrowo mnie to wkurzyło, zrobiłem mu awanturę i nie pozwoliłem wyjąć roweru, który samowolnie zapakowałem już do luku, gdy kierowca był po drugiej stronie autokaru (a miejsca było całkiem sporo). Na szczęście poparło mnie kilku podróżnych, co spowodowało że kierowca zrezygnował z wariantu "siłowego" i wezwał policję. Gdy ta przyjechała, wytłumaczyłem policjantce (mówiącej po angielsku) całą sytuację - i ta widząc, że jest miejsce (i to nawet w osobnym luku, gdzie nie było bagaży innych podróżnych) kazała mu rower zabrać. Kierowca - wyjątkowa świnia jeszcze na granicy estońsko-łotewskiej mówił celnikowi że wiezie rower bez pozwolenia - ale oczywiście nic takiego nie było wymagane. Natomiast przy przesiadce w Rydze poszło wszystko gładziutko i w niedzielę rano wreszcie dotarłem do Warszawy, bardzo już zmęczony tą podróżą (od środy wieczór).
Jeszcze parę słów o tym jak wiodło się Kubie po naszym rozstaniu w Trondheim. Tempo rozwinął prawdziwie imponujące - średnio ok. 160km dziennie, a rekordowo dzień przed Nordkappem aż 192km! Zahaczył także o Lofoty, czego w planach gdy się rozstawaliśmy, nie miał i w efekcie był na Przylądku tylko 2 dni przede mną. Z perspektywy czasu mogę ocenić, że decyzja by jechać osobno była bez sensu - bo trasę numer 17 (szczególnie po tym co zobaczyliśmy w krainie fiordów przed Trondheim) mogłem sobie jednak odpuścić, bardziej zależało mi na Lofotach (a byłem pewien że Kuba tam nie jedzie). Te 2 dni różnicy nie warte były tego by się rozdzielać, a 30km dziennie więcej spokojnie bym wyrobił, bo Skandynawia ze swoją pustką i białymi nocami sprzyja długim dystansom. A obu nas nie oszczędzały problemy z rowerem (np. uniknąłbym problemu z linką do przerzutki, którą bym od Kuby mógł po prostu pożyczyć), a wtedy we dwójkę zawsze łatwiej coś poradzić. Kuba natomiast kawałek przed tunelem na Nordkapp miał wypadek, w wyniku którego tylna przerzutka wkręciła się w koło i wykosiła mu połowę sprych. Naprawa koła zajęła mu ponad 2h, a ponieważ przerzutka była już do wyrzucenia, skrócił łańcuch i dalej ruszył już na rowerze z tylko jednym przełożeniem (czyli prawie tzw. "ostre koło"). Oczywiście o podjechaniu podjazdu w tunelu na takim sprzęcie nie mogło być mowy i musiał rower podprowadzać. Po kilkunastu km już na podjeździe na wyspie ta prowizorka nie wytrzymała i napęd rozwalił się do reszty. Ale nawet to Kuby nie było w stanie zmusić do odwrotu! Nie załamując się, twadrdo szedł z rowerem na piechotę prawie przez 20km, na samej końcówce podrzucili go samochodem uczynni Włosi. Tutaj znajduje się jego triumfalne zdjęcie na końcu Europy. Oczywiście o dojeździe rowerem do Rovaniemi (co planował) nie mogło być w tym wypadku już mowy i do Polski wrócił tak jak ja, z tym że pociągiem do Helsinek jechał z Rovaniemi, a nie jak ja z Oulu (i okazało się, że finansowo lepiej na tym wyszedł).

Podsumowanie

Wyprawę uważam za jak najbardziej udaną. Zaliczyłem prawie wszystkie zakładane miejsca - może poza przejazdem przez Rosję (miałem wyrobioną wizę) do Murmańska, ale to była w planach tylko droga powrotna z Nordkappu, a nie cel sam w sobie. Może trochę bardziej szkoda Sankt Petersburga (do którego bym dojechał koleją z Murmańska) ale na to miasto warto poświęcić dużo więcej czasu niż bym tam miał. Natomiast Norwegię zaliczyłem niemal w całości - poczynając od Oslo, przez przepiękną krainę fiordów, szlak Rallarvegen i słynną Drabinę Trolli; przez malowniczą "17" z serią promowań; fantastyczne Lofoty z ich ostrymi skałami wyrastającymi wprost z oceanu; aż po samą daleką północ z bezdrzewnym płaskowyżem Sennalndet za Altą, ponurym fiordem Porsanger i wreszcie ze słynną ze straszliwych wiatrów Mageroyą. Przejechałem w sumie 3631,3 km w 30 dni, była to jak dotąd moja najdłuższa wyprawa, prędkość maksymalna to 77,2 km/h (ze Snow Road), a suma podjazdów aż 39 195 m, a więc wyraźnie ponad 1000m dziennie, sporo więcej niż miałem w Alpach, wjeżdżając na 7 dwutysięcznych przełęczy - po tej statystyce widać najlepiej jak górzysta jest Norwegia.
Pogodę miałem jak na Skandynawię wręcz wybitną, problemy zaczęły się dopiero za Narvikiem, przez prawie 3 tys km jechałem praktycznie bez deszczu! - co się w tych stronach rowerzystom bardzo rzadko zdarza. Wybierając się do Norwegii rowerem trzeba być przygotowanym na bezustanną walkę z morderczymi podjazdami, góry są tu praktycznie wszędzie, a płaskich odcinków jak na lekarstwo. Mimo tego polecam każdemu właśnie norweski wariant drogi na Nordkapp, bo moim zdaniem jest o wiele piękniejszy niż monotonia fińskich lasów i lekkich wzgórzy, którą obserwowałem w drodze powrotnej (choć oczywiście "skrót" z autokaru to nie to samo co podróż rowerem). Norwegia daje rowerzyście zdrowo w kość, ale płaci za ten wysiłek z nawiązką - niesamowitymi pejzażami i przyrodą, chyba jedynymi w swoim rodzaju na kuli ziemskiej. Z kolei, gdy rozpoczyna się trasę w Finlandii lub nawet w Polsce (z jazdą przez Pribałtykę), a wraca przez Norwegię - to dla większości osób trasa robi się za długa i pod koniec marzy się jedynie o powrocie do domu, a nie zwiedzaniu, co skutkuje najczęściej wyborem najkrótszej drogi do kraju, omijając w ten sposób np. krainę fiordów pomiędzy Trondheim i Oslo, na którą trzeba nadłożyć kilkaset kilometrów.
Na trasie miałem masę kłopotów z rowerem - szwankował przede wszystkim napęd, musiałem też kupić nową oponę i bagażnik. Niestety mocno przesadziłem z wiarą w żywotność niektórych komponentów - napęd miał przed wyprawą już ok.8-9 tys km, a opony dużo więcej - aż 3,5 sezonu; i okazało się to dla nich za wiele, gdybym dokonał wymiany przed wyprawą uniknąłbym wielu problemów. Natomiast sprawdził się w pełni dość nietypowy układ roweru - z szosową kierownicą, korbą i manetkami. Szczególnie chwalę sobie baranka - świetny na zjazdy, pod górę również nie gorszy od prostej kierownicy, i co najważniejsze o wiele wydajniejszy przy jeździe pod wiatr, o czym nieraz miałem się okazję przekonać. Nie było problemów z bólem pleców, czego się trochę obawiałem, tylko lekko drętwiała mi lewa dłoń - ale tą akurat przypadłość miałem także i przy normalnej kierownicy. Odpowiednio zmodyfikowana korba szosowa (26-42-52) wraz z kasetą 11-34 zapewnia bardzo szeroki zakres przełożeń wystarczający do podjechania każdej asfaltowej góry z bagażem (może poza podjazdami takiej klasy jak słynna Malga Palazzo - 45%!); tarcza 52 pozwala także na efektywne "dokręcanie" na zjeździe, nawet i przy 70km/h (może to trochę dziecinne - ale za to jaka adrenalina!). Jedyne problemy z tym rozstawem zębatek - kilka razy spadł mi łańcuch przy zmianie ze średniej na małą tarczę - ale przy różnicy aż 16 zębów trudno to wyeliminować. W porównaniu z rowerem Kuby skrajne przełożenia - i te najlżejsze i te najcięższe miałem korzystniejsze; na przełożeniu 26-34 da się efektywnie jechać nawet i 5-6km/h.