NORDKAPP 2006




XXVI dzień - Geisvika - Bjerkvik - Setermoen - Bardufoss - Heia

DST 124,2 km - AVS 20,7 km/h - MAX 59,2 km/h - ALT 1387 m

Rano pogoda jest wyśmienita - pełne słońce, brak wiatru i znacznie cieplej niż wczoraj - ponad 20'C! Ale mi głowę zaprząta przede wszystkim pęknięty bagażnik. Na szczęście już po kilku km w Bjerkviku znajduję sklep rowerowy, gdzie za 179k kupuję dość toporny stalowy bagażnik (tylko z dwoma prętami, ale jakoś do końca wytrzymał). Bardzo uprzejmy właściciel sklepu dowiadując się że jestem z Polski wspomina o naszych żołnierzach, którzy pomogli tu Norwegom w czasie wojny. Od razu za Bjerkvikiem rozpoczyna się trudny podjazd na 300m, z którego są fantastyczne widoki na zatokę Narviku. Na przełęczy po ponad tygodniu jazdy opuszczam Nordland i wjeżdżam do prowincji Troms. Droga do Setermoen jest bardzo górzysta, zaliczam jeszcze dwie długie ściany - na ok. 350m przed Fossbakken i ostatni, za tym miastem aż na 400m.Pod Narvikiem nie brakuje wojennych pozostałości Ale po nim wreszcie się wypłaszcza i 10km do Setermoen jedzie się leciutko w dół; zresztą pogoda jest tak doskonała, że góry wcale nie męczą. Po odpoczynku w Setermoen ruszam dalej - kolejne 30km do Bardufoss również jedzie się po płaskim i dość szybko przelatuje pod kołami. Za tym miastem jest trochę ścianek, a po skrzyżowaniu z drogą 855 zaczyna się długi, łagodny podjazd na ok. 230m w rejonie jeziora Takvatnet. Kawałek dalej osiągam "przełęcz" Heia, gdzie znajduje się przeznaczona dla turystów, wioska Samów (m.in. można tu skosztować mięsa renifera). Z małego jeziorka nabieram wody i rozbijam się na noc kilkaset metrów za przełęczą.

XXVII dzień - Heia - Nordkjosbotn - Lyngseidet - [prom] - Olderdalen - Djupvik - Storslett - Tretta

DST 142,8 km - AVS 22,1 km/h - MAX 57,1 km/h - ALT 1260 m

Jak to zwykle na wyprawie bywa za dobrą pogodę trzeba kiedyś zapłacić. Już przed 5 budzi mnie mocny wiatr, który z minuty na minutę przybiera na sile. Trochę za długo zwlekałem ze śniadaniem i w efekcie zwijając obozowisko zmagam się już prawie z huraganem. A jako że wczoraj w ogóle nie wiało, więc namiot mam ustawiony akurat bokiem do wiatru, co powoduje, że strasznie nim rzuca, a bez obciążenia w środku po prostu zwiewa w całości, bo grunt jest tu dość twardy i śledzie siedzą kiepściutko. Po bardzo nieprzyjemnej w tych okolicznościach operacji pakowania ruszam w dół, po krótkim zjeździe znowu jadę pod górę na ok. 250m, stąd już dłuższy zjazd doprowadza mnie nad Balsfjord. Po wczorajszym słońcu nie ma już śladu - wszędzie chmury, z których co jakiś czas popaduje lekka mżawka, temperatura ok. 17'C. Już jadąc wzdłuż fiordu zaliczam jeszcze jedną ściankę przed dość sporym (jak na północną Norwegię) miastem Nordkjosbotn. Na szczęście nie ma kłopotów z wiatrem, który po zjeździe z Heia wyraźnie się uspokoił, bo już byłem pewien obaw, że będzie powtórka z Vesteralen. W Nordkjosbotn zaczyna się droga do Tromso, na którą kieruje się gros samochodów, więc ruch na E-6 za miastem jest symboliczny. Zaliczam łagodny podjazd na ok. 100m, z których zjeżdżam nad kolejny fiord - Strofjord. Tu decyduję się na opuszczenie (chwilowe) E-6 - i skręcam na drogę nr 868 do Lyngseidet wzdłuż zachodniego brzegu fiordu, bowiem E-6 prowadząca brzegiem wschodnim robi tu wielką pętlę, omijając odnogę fiordu - co powoduje, że jadąc 868 i płynąc promem do Olderdalen oszczędza się aż 60km. Odcinek do Lyngseidet jest całkiem przyjemny, z wiaterkiem w plecy, dość płaski, z fajnym widokiem na fiordy i biegnącą po drugiej stronie E-6. Jest też urozmaicenie w postaci ponad 3km tunelu (z zakazem dla rowerów). Zakaz ma tu pewną rację bytu - bowiem tunel jest dość wąski (do tego i bardzo mokry), ale w środku minęło mnie może 5 samochdów. Pogoda cały czas niespecjalna, deszcz wisi w powietrzu, a już w Lyngseidet podczas oczekiwania na prom zaczyna padać, więc przeprawę do Olderdalen (33k) spędzam w barku na promie - można się przynajmniej trochę ogrzać. Po drugiej stronie fiordu pada już całkiem nieźle - ale nie ma rady trzeba jechać!Pejzaże dalekiej północy Do Djupviku prowadzi bardzo ładna widokowo trasa (wspaniałe lodowce Koppangsbreen i Stupbreen - tyko żeby nie ta pogoda!). W Djupviku na przystanku autobusowym zatrzymuję się na posiłek - prawie pół chleba z dżemem (dżem truskawkowy to prawdziwy żywieniowy hit wyprawy - smaczny, kaloryczny i przede wszystkim bardzo tani - sprzedawany tu w wilekich, litrowych opakowaniach). Dalej jadę wzdłuż wąskiej cieśniny oddzielającej ląd od małej wysepki Uloya, robi się coraz bardziej pusto, tylko od czasu do czasu spotyka się małe drewniane domki nad wybrzeżem. Przed Sorkjosen droga skręca w głąb lądu, co wiąże się z trudnym podjazdem na 230m - w kurtce przeciwdeszczowej takie atrakcje nie należą do zbytnich przyjemności. Po zjeździe jest już płasko aż do sporego Storslett - nabieram tu wodę na biwak i przez prawie 10km tłukę się z dodatkowymi 10kg w poszukiwaniu miejscówki, w końcu rozbijam się na parkingu przy drodze koło Tretty - idzie mi to o tyle sprawnie, że akurat przestało padać.

XXVIII dzień - Tretta - Sandbukta - Burfjord - Langfjordbotn - Talvik - Storvik

DST 141,7 km - AVS 20,8 km/h - MAX 61,5 km/h - ALT 1795 m

Pogoda jest już trochę lepsza - ciągle nie za ciepło (rano ok. 12'C), ale nie pada, są nawet przebłyski słońca. Po dość płaskim odcinku do Sandbukty, pokonywanym pod silny, lodowaty wiatr, warunki się poprawiają (po skręcie o 90'C), natomiast zaczyna się długi podjazd. Nie miałem na mapie zaznaczonej wysokości, więc myślałem, że będzie to coś ok. 200m, ale okazało się że kończy się aż na 400m. W trakcie podjazdu warunki bardzo zmienne - na dole świeciło słońce, na szczycie widoczność przez kawałek miałem na 50m , więc i na oglądanie wioski Samów na przełęczy nie miałem specjalnej ochoty. Po bardzo szybkim zjeździe, dalej jadę pagórkowatą drogą dookoła Badderfjordu, przed Burfjordem jest jeszcze jedna długa ściana na prawie 250m. Po odpoczynku za tym miasteczkiem ruszam do Langfjordbotn, na małym wzniesieniu (ok. 80m) jakieś 15km dalej wkraczam do Finmarku - najbardziej północnej z norweskich prowincji. Za Langsfjordbotn walczę z bardzo mocnym, lodowatym wiatrem prosto w twarz - jakimś cudem po kilku km się uspokoiło, a już byłem pewien że przez 30km na cypel Isnetoften będę się musiał z tym mordować. A tak choć dość zimno (15'C) i coraz więcej chmur, jechało się całkiem przyjemnie, bo droga jest tu zupełnie płaska. Trochę urozmaiciło ją też pierwsze spotkanie z prawdziwdziwymi symbolami tej krainy - reniferami.Z cypla Isnetoften widać już Altę Za Isnetoften (widać stąd już Altę) kończy się ta sielanka, a zaczynają się małe, ale bardzo ostre i bezustanne podjazdy; na domiar złego w Talviku dopada mnie prawdziwa ulewa, pada dużo mocniej niż wczoraj. Ale ponieważ chciałem dziś dociągnąć pod Altę ruszam dalej, choć w tych warunkach to już żadna przyjemność, szczególnie uważać trzeba na zjazdach. Po 10km trafia się niezła gratka - spotykam rowerzystę z Polski! (poznałem go po sakwach Crosso). Wyposażony jest niesamowicie - bagaż ilością zbliżony do mojego, a z tyłu przytroczono do niego...prawdziwą, pełnowymiarową gitarę!!! Dowiaduję się, że Rafał dojechał tu z Polski przez Pribałtykę i Finalndię, teraz rusza na podbój Norwegii, a z grania na gitarze żyje na trasie (na Nordkappie zarobił w ten sposób aż 500k). O Kubie, który prawdopodobnie jest kilka dni przede mną nic nie słyszal; rozmawiał jedynie z czwórką Polaków, którzy odpłynąć mieli z Honningsvag promem pod rosyjską granicę. Spotkanie było bardzo miłe, niemniej cały czas lało na nas jak z cebra, co spowodowało że strasznie przemarzłem, bo jest zaledwie ok. 10'C, a ja jadę w krótkich spodenkach. Uznaję więc, że na dziś starczy tego dobrego i w pierwszej napotkanej chałupie nabieram wody i na mokrej trawie, tuż nad morzem, koło rybackiej chatki rozkładam namiot. Już w środku szacuję "straty" - nie wygląda to najlepiej - mokre spodenki, czapka, też neoprenowe buty które mam na deszcz - ale te raczej puściły od góry, z powodu jazdy w krótkich spodenkach (ze względu na problemy z kolanami długie spodnie wkładam na rower bardzo rzadko, a już sztywne przeciwdeszczowe w prawdziwej ostateczności). O dziwo, całkiem przyzwoicie, dużo lepiej niż używany wcześniej gore-tex, sprawuje się zwykła gumowana kurtka przeciwdeszczowa (mam specjalnie trochę za duży rozmiar, by uzyskać lepszą oddychalność) kupiona na Allegro za 30zł! (i to w komplecie ze spodniami), z ubrań pod nią mokre mam jedynie rękawki i lekko podmoczoną koszulkę. Mówi się trudno, jeśli jutro będzie dalej lało to trzeba będzie po prostu jechać w mokrych rzeczach (żeby mieć w co się przebrać na biwaku).

XXIX dzień - Storvik - Kafjord - Alta - Skaidi - Oldefjord

DST 138 km - AVS 20,1 km/h - MAX 57,1 km/h - ALT 1525 m

Rano ciągle jest zachmurzenie i zimnica, ale co najważniejsze nie pada. Po zwyczajowych, po deszczowym dniu, problemach z odpaleniem licznika ruszam na Altę. Trasa tak jak wczoraj cały czas bardzo pagórkowata, szczególnie w okolicach Kafjordu, który okrążam. W fjordzie tym, w czasie II wojny światowej stacjonował odgrodzony specjalnymi sieciami antytorpedowymi (i był naprawiany po uszkodzeniu go przez aliantów) słynny niemiecki pancernik Tirpitz. Gdy dojeżdżam do Alty wraca słońce, więc mogę trochę podsuszyć zamoczone wczoraj rzeczy. Sama Alta ma raczej nowoczesny charakter, jednym słowem poza malowniczym położeniem niewiele tu ciekawego. Jeśli kogoś interesują podobnej natury zabytki, to jest tu muzeum z największą w całej Skandynawii ilością prehistorycznych malunków naskalnych. Ok. 10km za miastem zaczyna się długi podjazd na płaskowyż, w dwóch fazach - wjazd na 250m, zjazd na ok. 120m i wreszcie najdłuższa ścianka na 350m, pod którą podjeżdża się mało przyjemnie ze względu na puszczany wahadłowo ruch (akurat wymieniają tu nawierzchnię). Płaskowyż Sennalandet robi wrażenie - przede wszystkim nie ma tu praktycznie żadnej rośliności (poza trawą i bardzo małą ilością niewielkich krzaczków) - nawet bez charakterystycznych dla tej szerokości geograficznej karłowatych brzózek. Właśnie w ten mniej więcej sposób wyobrażałem sobie przed wyjazdem daleką północ - pustka jak okiem sięgnąć! Po zdobyciu najwyższej "przełęczy" na ok. 385m jedzie się już generalnie w dół, mam do tego lekki wiatr w plecy.Surowy płaskowyż za Altą Za malutką wioską Samów - Duoddar droga aż do Skaidi obniża się doliną dość szerokiej rzeki Reppartfiordelva. Po drodze mam bardzo miłe i zupełnie nieoczekiwane spotkanie z Petrem - czeskim rowerzystą spotkanym przez nas jeszcze w Oslo; broda trochę dłuższa, ale humor ten sam! Obecnie po zdobyciu Nordkappu i prawie 7000km w nogach jedzie z powrotem do Alty, by stamtąd wrócić samolotem do Hiszpanii, gdzie mieszka i pracuje; również i on nic o Kubie nie słyszał. W Skaidi, podczas odpoczynku spotykam z kolei Szwajcara poznanego w Narviku, któremu w podróży autokarowej na Przylądek zeszło się sporo więcej niż to wcześniej zakładał, a stąd jedzie do Hammerfest - na prom aż do Oksfjordu. Za Skaidi zaczyna się podjazd na płaskowyż na ok. 250m, jednak nie to jest najgorsze - mianowicie zaczyna wiać bardzo silny i lodowaty wiatr (jest ledwo 11'C) boczny wiatr z północy, który niemal zmiata z szosy; długi płaskowyż w tych warunkach to prawdziwa katorga, jadę blisko środka jezdni by mieć miejsce na zareagowanie na dotkliwsze podmuchy i nie wypaść poza szosę. Z prawdziwą ulgą dojeżdżam do początku zjazdu, bo i padać też zaczyna. Ledwo się rozpędziłem, a tu podczas zmiany biegu pęka linka od tylnej przerzutki. Próbowałem ją wymienić, ale w tych warunkach (silny wiatr i deszcz w nieosłoniętym miejscu) nie miało to sensu, więc zjeżdżam do Oldefjordu (w dół na najcięższym biegu, na który automatycznie spada przerzutka bez linki, da się jechać). W wiosce pod hotelem wymieniam linkę, ale okazuje się że działa tylko 8 z 9 biegów. Podkusiło mnie do dalszej naprawy, no i niestety w trakcie wyjmowania linki (w manetkach szosowych jest to trochę niewygodne) tak się feralnie zakleszczyła, że musiałem ją odciąć, zostając bez tylnej przerzutki na kompletnym zadupiu (miałem tylko jedną zapasową linkę - od teraz już zawsze będę wozić po 2 - do hamulca i przerzutki). Tak mnie to załamało, że zastanawiałem się, czy nie dać sobie spokoju z Nordkappem i nie wrócić stąd autokarem do Rovaniemi. Rozbijam namiot w wiosce, odkładając decyzję do jutra; jestem naprawdę wkurzony, bo miałem dziś bardzo silną motywację, by zrobić ok. 200km aż pod sam tunel na Mageroyę, tak by ostatni dzień był bardziej ulgowy.

XXX dzień - Oldefjord - Honningsvag - Nordkapp

DST 136,2 km - AVS 17,7 km/h - MAX 57,7 km/h - ALT 2225 m

Rano zrywam się już koło 5, a przed 7 jestem już w drodze. Problem napędu udało mi się rozwiązać w miarę prosty sposób - z resztki linki do przerzutki zrobiłem supeł na ostatnim oporze pancerza i puściłem ją przez ten pancerz do przerzutki. Oczywiście biegów dalej zmieniać nie mogłem, ale pozwoliło to na ustawienie z tyłu wybranej zębatki, bez konieczności jazdy na najmniejszej 11-zębowej (na której po prostej - na przełożeniu 42-11 nie sposób jechać). Na tym bardzo prowizorycznym rozwiązaniu (dwa razy po drodze linka się odczepiała) postanawiam dociągnąć 100km do Honningsvag, gdzie powinien być sklep rowerowy, lub jeśli szczęście dopisze odkupić linkę od jakiegoś rowerzysty po drodze. Pierwszy kawałek jedzie się całkiem przyjemnie, choć jest zimno (12'C) i pochmurnie, ale trzeba przyznać że takie warunki pasują do ponurego ale i pięknego krajobrazu fiordu Porsanger. Niestety w okolicach 3km tunelu Skarvberg zaczyna mocno wiać. szczególnie na fragmentach drogi pokonywanych w stronę lądu (jest tu całe mnóstwo zatoczek które trzeba objeżdżać); po chwili również zaczyna padać deszcz, który towarzyszy mi przez najbliższe 20km. Jedzie się w takich warunkach bardzo nieprzyjemnie, bo kurtka przeciwdeszczowa działe na wietrze jak żagiel, a dysponując tylko przednią przerzutką nie sposób dobrać właściwego przełożenia - a to za ciężkie, a to znowu za lekkie.Nad fiordem Porsanger Prawdziwe szczęście, że jest tu w miarę płasko, dopiero kawałek przed tunelem są dwa większe podjazdy na ok. 70-80m. Ruch wbrew pozorom dość duży, praktycznie tylko camping-vany i autobusy - szczególnie niebezpieczne przy mijaniu, bo ich chamskim kierowcom nawet przez myśl nie przejdzie, by odrobinę zwolnić, a pęd powietrza który wytwarzają potrafi nieźle rzucić całym rowerem. Końcówka przed tunelem to bardzo ciężka walka z wiatrem (generalnie wieje z zachodu), chwilami muszę jechać nawet 13km/h! Na pierwszy postój staję dopiero tuż przed tunelem po 70km - bo chcę jak najszybciej dociągnąc do Honningsvag. Po odpoczynku zmieniam (oczywiście ręcznie) przerzutkę na znacznie lżejszą (30 zębów), bo inaczej bym tunelu nie podjechał, choć z "dokręcania" na zjeździe nici i wyciągam zaledwie 57,7km/h. Jazda przez tunel to prawdziwa ulga, bo i nie wieje i mimo wszystko trochę cieplej - szczególnie pod górę. Sam tunel to najpierw 3km ostro w dół (9%), później 1km w miarę po płaskim i wreszcie 3km ciężkiej wspinaczki (wg znaków 10%). Wykonany jest perfekcyjnie - szeroki, świetna wentylacja (choć bardzo głośna - słysząc rumor wiatraków wiszących pod sufitem, myślałem z początku że wyprzedza mnie co najmniej tir). Po zaliczeniu podjazdu znowu muszę zmienić ręcznie zębatkę na odpowiednią do jazdy po prostej. Do Honningsvag jedzie się stąd generalnie na wschód, więc wiatr mam raczej w plecy, po drodze jest też przejazd przez kolejny długi (ponad 4km) tunel - ale tym razem płaski. Po ponad 100km osiągam wreszcie Honningsvag - bardzo fajnie wpasowane w zatoczkę na skalistym wybrzeżu Mageroyi.Przed podmorskim tunelem na Nordkapp Oczywiście pierwsze co robię to znalezienie sklepu sportowego i zakup tej nieszczęsnej linki, której brak tak dał mi się dziś we znaki. Ale okazało się, że nie tak prosto z jej montażem - jakaś idiota wyprodukowała linkę (i to za 40k) z dwoma beczkami i żeby ją założyć trzeba jedną odciąć - a to powoduje że linka się rozczepia na końcu i bardzo trudno ją przeprowadzić przez pancerze, bo przecież nie mam ze sobą lutownicy do zacynowania końcówki. Przy pierwszej lince pracownik sklepu odciął mi nie tę beczkę co potrzeba (bo były w dwóch rozmiarach) i musiałem linkę zwrócić, drugą udało się jakimś cudem założyć - choć już bez wskaźnika przełożeń, przez który linki z rozszczepioną końcówką przeprowadzić było nie sposób; no i tak jak w Oldefiordzie działa tylko 8 biegów (wygiął się metalowy fragment w manetce, naprawiłem to już w Warszawie, ledwo udało mi się przy tym skręcić z powrotem rozebraną na części manetkę). Na tę naprawę, odpoczynek i zakupy zeszło się ponad 2h, co mnie bardzo drogo kosztowało - bo w międzyczasie i tak już niespecjalna przecież pogoda zmieniła się w totalne gówno, powodując że te głupie 30km na Nordkapp były z pewnością najcięższymi w moim życiu. Już za miastem, na nadmorskim dojeździe do pierwszej góry wiało nieludzko, chwilami wyciskałem ledwo 10km/h. Ale prawdziwa rzeźnia zaczęła się na podjeździe. Już sam w sobie jest wystarczająco trudny (9% z 0 na 300m), a do nachylenia doszedł wiatr po prostu kurewski (przepraszam, ale to jedyne adekwatne określenie do tego co tam przeżyłem). Cały czas prosto w twarz, rzucało mnie po całej szerokości jezdni, kilka razy skręcało rowerem tak, że zwyczajnie z niego spadałem, raz przy okazji nadziewając się na przednią zębatkę, która zostawiła mi na nodze 5 długich szram. Po kolejnej glebie z bezsilności skopałem rower i przez chwilę myślałem po jaką cholerę tak się mordować? Po co mi ten Nordkapp, przecież mogę zawrócić i spokojnie, z górki i z wiatrem pojechać do Honningsvag i tam zaczekać na autobus. Ale zaraz przychodzi jeszcze większa wściekłość na warunki i mocne postanowienie - żebym się miał tu przekręcić to tam wjadę i strzelę sobie fotkę z tym zasranym globusikiem! Siadam na rower i już spokojnie bez klnięcia i wkurzania się (które daje tylko tyle, że oddech traci się do reszty) na najlżejszym biegu jadę bardzo powoli w górę (ledwo 6km/h, momentami nawet mniej). Na szczycie (ok. 300-320m) wjeżdżam w chmury, zaczyna trochę padać, mimo to jadę w bluzie, bo z moją dość obszerną kurtką przeciwdeszczową na tym wietrze nigdzie bym nie dojechał. O postoju nawet nie ma co w tych warunkach myśleć - jest zaledwie 8'C (a z tym atomowym wiatrem chyba ok. 0'C), gdybym stanął to zaraz by mnie tu wytrzęsło, a dopóki się kręci, to i w krótkich spodenkach da się wytrzymać. Zjazd pokonuję środkiem jezdni, by mieć zapas, gdy boczny teraz wiatr spycha mnie na skraj szosy. Na dole przestaje padać i polepsza się widoczność, ale przede mną drugą ściana - znowu na 300m i przez pierwszą część czołowo pod wiatr. W drugiej wiatr mam boczny, ale zaczyna całkiem nieźle padać, a co gorsza wiatr niesie wodę znad morza - oczywiście słoną, co powoduje że wkrótce mam całkiem załzawione oczy. Widoczność jest na może 10-20m. Po wjeździe na szczyt, gdy myślałem że to już konec znowu rozczarowanie - zjazd 50m w dół i jeszcze ze dwa takie małe "kolanka" zanim w końcu nieludzko już skatowany widzę wreszcie tabliczkę z napisem Nordkapp. Nic nie oglądając wjeżdżam do bezpłatnego dla rowerzystów Centrum Turystycznego, gdzie od razu przebieram się w suche rzeczy i przez dobrą godzinę dochodzę do siebie. Te piekielne 30km zajęły mi niemal 3h jazdy - nigdy jeszcze tak w tyłek jak tu nie dostałem! Suma podjazdów - aż 2225m jest sporo przeszacowana - przede wszystkim przez bardzo zmienne warunki atmosferyczne i gwałtowne zmiany ciśnienia; szacuję że faktycznie było coś ok. 1500-1900m. Ponieważ autobus do Rovaniemi odjeżdża dopiero o 1 w nocy, mam więc sporo czasu na zwiedzenie całego Centrum - a jest tu co oglądać - przede wszystkim wspaniały film puszczany w specjalnym panoramicznym kinie, ukazujący przyrodę Mageroyi przez wszystkie cztery pory roku, wystawy poświęcone historii Przylądka, też roli trasy arktycznej w czasie II wojny światowej, gdy konwojowano nią tony ekwipunku dla Rosji do niezamarzających w zimie portów Murmańska i Archangielska. Trochę to wszystko może za bardzo skomercjalizowane, ale cóż poradzić - w końcu to XXI wiek! Już po 2h od mojego przyjazdu pogoda jest wyraźnie lepsza - wieje znacznie mniej, nie pada, widoczność całkiem przyzwoita - miałem więc wyjątkowego pecha, bo akurat w czasie gdy tu jechałem nastąpiło dość gwałtowne załamanie. W Centum było tak ciepło i przytulnie, że za długo zwlekałem z robieniem zdjęć, a gdy się w końcu zdecydowałem, to akurat przyjechało chyba ze 20 autokarów z turystami z Honningsvag; zanim się to całe bractwo ewakuowało było już po 24 i prawie ciemno (to już 9.VIII), więc fotki niespecjalnie wyszły.

DALEJ >>>