NORDKAPP 2006




XXI dzień - Nesna - Maela - Kilboghamn - [prom] - Jektvika - Agskardet - [prom] - Halsa - Svartistunnelen - Ornes

DST 175,4 km - AVS 21,1 km/h - MAX 59 km/h - ALT 2227 m

Dzisiaj czeka mnie kolejny dzień walki z czasem, by wyrobić się na promy. Do pierwszego mam aż 90km, by spokojnie zdążyć na 14 (następny jest dopiero o 16.40) wyruszam o 8, z 1,5h zapasem (licząc średnią 20km/h i 1h postoju). A tu od razu na "dzień dobry" niemiła niespodzianka - przebite koło. W czasie naprawy okazało się, że w dożywającej już swoich dni oponie Schwalbe jest mała dziura i to w tym właśnie miejscu nastąpiło przebicie. Łatam więc i dętkę i oponę (oczywiście od wewnątrz), ale już na starcie jestem ponad 0,5h do tyłu. Pierwsze 10km płaskie, natomiast dalej zaczyna się podjazd który z mapy wyglądał mi na jakieś 100m. Jadę i jadę, a końca ciągle nie widać, nachylenie bardzo wymagające, więc i prędkość 8-10km/h - no i daleko do zakładanych 20km/h, bo przecież na zjeździe się tego nie nadrobi. Zdrowo mnie to wkurzyło, bo już widzę że z planowanych odpoczynków i spokojnej jazdy nici - cały czas trzeba będzie lecieć z wywieszonym językiem. Podjazd kończy się aż na 350m (w tym i z dobre 50m w dół) - to najwyższa góra całej "siedemnastki", ale przynajmniej wspaniałe widoki na wysuszone słońcem i wiatrem góry rekompensują włożony wysiłek. Widać też doskonale drogę, którą za jakieś 30km będę jechał (szosa robi w tym rejonie wielką pętlę dookoła fiordu) - jest płaska co daje szansę osiągnięcia Kilboghamn na czas. Do Moeli jedzie się już tylko w dół, tam droga skręca i po małym podjeździe wpada do długiego na prawie 3km tunelu. Przed wjazdem do niego orientuję się, że moja przednia lampka nie działa (choć zdecydowana większość tuneli w Norwegii jest w pełni oświetlona, to lampkę zawsze warto włączyć, gdy jedzie coś z naprzeciwka). Przerzucam dokładnie całe 4 sakwy od góry do dołu w poszukiwaniu zapasowych baterii, gdy je w końcu znalazłem okazało się że na nich lampka również nie działa. W końcu dochodzę do wniosku, że źle kontaktuje i jakoś udało mi się ją "odpalić", ale na to wszystko znowu poszło ze 20 minut. Za tunelem zaczyna się ten płaski odcinek, który widziałem ze szczytu i wreszcie jedzie się naprawdę dobrze, bo mam do tego mocny wiatr w plecy. Przez dobre 20-25km do Stokkvagen jadę 27-30km/h nadrabiając stracony wcześniej czas i zaliczając po drodze kolejny prawie 3km tunel. Za wioską po już ponad 60km w nogach staję wreszcie na półgodzinny odpoczynek, po czym ruszam na ostatni odcinek do Kilboghamn, tym razem już mocno górzysty, szczególnie w końcówce. Przez te całe 90 km tak zasuwałem, że mimo tylu gór średnią mam powyżej 22km/h i jestem 0,5h przed czasem. A tu jak na złość prom się spóźnił i odpływa (42 korony) dopiero o 14.30, zamiast o 14.00. Podróż trwa 1h, w czasie której przekraczamy koło podbiegunowe, co symbolizuje metalowy globusik stojący na brzegu, trochę przypominający ten z Nordkappu. Widać też kapitalną skałę do złudzenia przypominającą monument Sfinksa. W efekcie spóźnienia w Jektviku jestem o 15.30 i mam 1,5h do kolejnego promu, a przed sobą 30km. Znowu na styk, znowu trzeba zasuwać, a tuż za Jektvikiem wita mnie na trasie znak informujący o podjeździe 11%. Pierwszy fragment odcinka do Agskardet to ciężka przeprawa przez góry, za kolejnym 3km tunelem (pokonywanym w dół) jest już nieco lżej. Jakoś udało mi się wyrobić, ale tego zapylania cały dzień z wywieszonym ozorem mam serdecznie dość i po dopłynięciu do Halsy (21k) postanawiam, że na kolejny prom z Vassdalsviku do Ornes (znowu musiałbym zrobić 30km w 1,5h na ostatni dziś prom; następnego dnia rano są w kiepściutkich godzinach) nie będę się już mordował, zamiast tym specjalnym objazdem dla rowerzystów (wraz z promem - ze względu na zakaz w tunelu Svartisen) pojadę po prostu "17", nadkładając co prawda ponad 20km, ale za to bez promu i z pięknymi widokami na lodowiec. Po zasłużonym odpoczynku ruszam dalej, mimo już ponad 120km w nogach jedzie mi się doskonale. Lodowiec Svartisen20km do tunelu jest piekielnie górzyste, są ze 3-4 ściany po 100m, ale też i widoki na jęzor lodowca Svartisen fantastyczne i warte tego wysiłku. W końcu docieram do najdłuższego tunelu wyprawy (7,6km) i zakładając bluzę ruszam. Tunel poza długością niczym się od tych trzykilometrowych dziś pokonywanych nie różni, więc nie bardzo rozumiem dlaczego dano tu zakaz, moim zdaniem miałby rację bytu tylko w naprawdę wąskich tunelach, gdzie rowerzysta rzeczywiście utrudnia jazdę samochodom. Ruch żaden, więc jedzie się bardzo fajnie, nigdy nie rozumiałem rowerzystów panicznie bojących się tuneli, ja sam nie mam nic przeciwko nim, uważam wręcz że stanowią ciekawe urozmaicenie na trasie, szczególnie te długie - to jest uczucie gdy po ponad 20 minutach w ciemnościach powraca się w końcu na światło dzienne! A trzeba dodać, że za tunelem Svartisen są tuż zaraz dwa następne po 2km, w tym jeden w dół (ponad 50km/h), a drugi w górę, więc w sumie w tunelach jadę praktycznie aż 12km non-stop, a całego dzisiejszego dnia ponad 20km! Za Glomfjordem, po 150km ciągle jestem w formie, więc postanawiam dociągnąc do Ornes. Ten ostatni kawałek jest bardzo przyjemny, bardziej płaski, z fantastycznymi widokami na góry oświetlone zachodzącym słońcem, więc zmęczenia dystansem prawie się nie czuje. Ale żeby nie było za dobrze, kawałek przed Ornes orientuję się, że po drodze zgubiłem gdzieś przyczepioną do ramy pompkę, co trochę psuje mi świetny humor. W Ornes jestem ok. 21 i rozbijam się koło opuszczonej szopy.
Dzisiejszy dzień to prawdziwie "królewski" etap wyprawy - 175km i aż 2227m podjazdów, co stanowi mój rekord w jeździe z pełnym bagażem, nawet zaliczając alpejskie przełęcze tyle nie miałem! A przecież najwyższa dziś góra to zaledwie 350m, to świadczy o skali trudności jazdy po norweskich fiordach, które tylko na mapie mogą wydawać się takie łatwiutkie.

XXII dzień - Ornes - Lading - Bodo - [prom] - Moskenes - Tind

DST 127,6 km - AVS 20,8 km/h - MAX 52,8 km/h - ALT 1509 m

Ponieważ po wczorajszym dniu chciałem się porządniej wyspać, wstaję dość późno i stwierdzam, że większych szans na dociągnięcie do Bodo na prom o 17.45 nie mam, więc nie ma co się męczyć; na Lofoty popłynę albo nocnym o 0.45 lub porannym następnego dnia. Tym bardziej że w Ornes straciłem kupę czasu na zakupy (w końcu dostałem chleb po 5 koron - kupiłem na zapas aż 3 bochenki po 750g). Kupiłem też nową pompkę, bo jechać bez niej byłoby za dużym ryzykiem - za model Topeaka dałem 200k, były tańsze nawet i po 60k, ale niestety nie do wentyli Presta nie pasowały. W trasę ruszam dopiero o 10.30. Pierwsze 20km jest płaściutkie, pogodę od kilku dni mam doskonałą. Kawałek dalej, przed tunelem jest podjazd na 200m, w tunelu (2km) w dół i zaczyna się klasyczna jazda fiordowym wybrzeżem - ciągłe góry. Na postój staję po 65km koło mostu w Kjopstad. Ruszając dalej orientuję się, że mam jeszcze szanse dociągnięcia do Bodo na 17.45, warunkiem - pokonanie 60km w 3.15h - znowu cholernie na styk! A trudno - postanawiam ostatni raz spróbować, bo wyrobienie się na prom pozwoliłoby zrobić jutro pełnowymiarowy dystans. A tu jak na złość na ostatnim fragmencie "17" kupa gór, aż do cieśniny Saltstraumen ciągła wspinaczka. Słynne wiry (podobno największe w Europie) nie zrobiły na mnie większego wrażenia, znacznie lepiej prezentują się dwa sąsiadujące ze sobą mosty przebiegające nad cieśniną, niestety pokonywane - jakżeby inaczej w większści pod górę. Nawet za cieśniną, gdy na "horyzoncie" wyraźnie się wypłaszcza to droga nadal wspina się na wszystkie małe ścianki dostępne w okolicy. Na jednej z nich kapituluję i staję na przystanku, bo mam już dość ciągłej walki z czasem - 120km po górach z jedną przerwą na pół godziny to jednak dla mnie za wiele. Postanawiam, że więcej już na zegarek nie spojrzę, o której dojadę to będę; po prostu popłynę nocą. W Loding wreszcie kończy się "17" i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wypłaszcza się, choć znad morza zaczyna wiać zimny wiatr. Długo przebijam się przez przedmieścia Bodo ignorując biegnącą tu rowerówkę. Lecę prosto na port i gdy tam docieram okazuje się, że jest 17.35, 10min do odpłynięcia - po 120km, mimo dodatkowego postoju - to się nazywa dopasowanie! Trochę się obawiałem, że na trzygodzinny rejs będą większe formalności jak np. kupowanie biletów w kasie, ale nie ma z tym problemów - tak jak wszędzie sprzedaje je człowiek przed promem, więc wyrabiam się bez problemu. Jedyny minus - Bodo, do którego drogowskazy widziałem już od kilku dni praktycznie nie zobaczyłem, ale to chyba niewielka strata, bo miasta w Norwegii urodą specjalnie nie grzeszą - Norwegia przez setki lat znajdowała się pod obcym panowaniem - najpierw duńskim, potem szwedzkim, faktyczną niepodległość odzyskała dopiero w 1905 roku. Przez oba te kraje traktowana była raczej po macoszemu, jako prowincja przynosząca dochód, a nie kulturalne centrum - i to do dzisiaj w budownictwie widać, zdecydowana większość zabudowy dużych miast powstała już po wojnie - i niestety wygląda jak wyląda. Dopływam na LofotyNa promie (tylko 143 korony, sporo mniej niż się tego spodziewałem) wreszcie mogę dłużej odpocząć po tym całodziennym sprincie. Pod koniec rejsu, mimo lodowatego wiatru, wychodzę na pokład, żeby zobaczyć skalną ścianę Lofotów wyłaniającą się prosto z morza - wygląda to rzeczywiście niesamowicie, warto było się tu tłuc przez 2000 km żeby coś takiego zobaczyć. Po 21 dopływamy do Moskenes. Przy wyjeździe z portu skręcam w lewo by znaleźć miejscówkę na nocleg. Różnicę pomiędzy "kontynentalną" Norwegią widać gołym okiem - kapitalne małe miasteczka z drewnianymi domkami na palach, droga tuż nad morzem i ten specyficzny zapach powietrza. Zgodnie z opisem z wyprawy Przemka Pawłuckiego ze strony rower.orbit.pl jadę kilka km i przed tablicą miasteczka Tind znajduję świetne miejsce na biwak - tuż nad strumyczkiem, na zielonej trawce, każdemu to miejsce polecam.

XXIII dzień - Tind - A - Leknes - Kabelvag

DST 138,8 km - AVS 20,5 km/h - MAX 63,2 km/h - ALT 1331 m

Rano pogoda jest doskonała - słońce, cieplutko, nie mogę się już doczekać kiedy ruszę na trasę po słynnącym z urody krajobrazu archipelagu Lofotów. Ale za pięknie to wyglądało, żeby mogło długo potrwać - na dosłownie pierwszych 10m (pod górę) zrywam po raz drugi łańcuch. Podczas naprawy w czasie spinania skróconego łańcucha (już i wcześniej był za krótki do szosowej korby) tworzy się sztywne ogniwko (nie mam specjalnych "pinów" do łańcuchów Shimano, a zwykłymi bolcami nie zawsze udaje się dobrze spiąć) - i łańcuch co pełen obrót lekko skacze. Ponieważ przeszkadza to wyraźnie w jeździe postanawiam przy pierwszej sposobności kupić nowy. Jadę na południe aż do końca drogi, robiąc sobie obowiązkowe zdjęcie przy tabliczce z miejscowością A, po czym zawracam w stronę przystani, na którą wczoraj przypłynąłem. Ten pierwszy fragment Lofotów - skalista wyspa Moskenesoya jest jak dla mnie najpiękniejszy z całego archipelagu, można tu zobaczyć kilka fantastycznie wpasowanych w surowy, skalny krajobraz nadmorskich miasteczek (najpiękniejsze jest chyba Reine).Przepiękny krajobraz Lofotów Droga wcale nie jest taka płaska jak na to liczyłem, choć podjazdy bardzo rzadko przekraczają 50m, to jednak są cały czas. Gdy szosa odbija na zachodnią stronę archipelagu (wjeżdżam na wyspę Flakstadoya) pogoda zmienia się diametralnie i to w błyskawicznym tempie. Temperatura z przyjemnych 20'C spada do zaledwie 13'C, wszędzie są chmury - i co najgorsze bardzo mocny i lodowaty wiatr. Jedyna pociecha to to, że droga bardzo tu kołuje i nigdy za długo nie jedzie się w tym samym kierunku. Za Rambergiem wraca słońce i jest trochę cieplej, ale wiatr nadal wieje. Przed podmorskim tunelem na wyspę Vestvagoya jest największy podjazd na całych Lofotach na ok. 120m, na zjeździe wreszcie mi dowiało w plecy i przekraczam 60km/h. Sam tunel bardzo fajny - najpierw ostro w dół, potem pod górę - taki krótki (1,7km) trening przed tunelem na Nordkapp; tylko specjalnej ścieżki dla rowerów która tu podobno istnieje jakoś nie wypatrzyłem. Vestvagoya wygląda trochę inaczej niż dwie wcześniejsze wyspy - znacznie bardziej płaska, mniej skalista, nie brakuje tu zieleni. W Leknes, chyba największym mieście Lofotów, wreszcie udaje mi się znaleźć sklep rowerowy i kupuję łańcuch (aż za 200k). Na postoju od razu go zakładam, niestety gdy ruszam po założeniu bagażu przeskakuje dużo bardziej niż ten stary - okazało się że zębatki wielotrybu i środkowa korby są już za bardzo zjechane. Postanowiłem jakiś kawałek na nim pojechać - zobaczyć czy a nuż się nie dopasuje? Ale na wszelki wypadek wróciłem też po stary łańcuch, który zdąrzyłem już wcześniej wyrzucić do śmietnika. W Leknes skręciłem z głównej drogi archipelagu - E-10 na boczną 815 - i wszystkim tu podrózującym to polecam - przede wszystkim zdecydowanie mniejszy ruch (bo wcześniej fragmentami był już dotkliwy, szczególnie dużo tu camping-vanów), a trasa bardzo przyjemna - w większości nad samym morzem, dystans w porównaniu z E-10 identyczny. Niestety wiatr jest cały czas bardzo mocny, w zależności od kierunku jazdy - albo w plecy, albo w twarz; coraz bardziej wkurza mnie przeskakujący łańcuch - praktycznie na każdym podjeździe. Po przejeździe przez małą Gimsoyę i stromym moście na Austvagoyę (na którym nieludzko wiało) decyduję się na kolejną naprawę. Zakładam stary łańcuch przedłużony o 6 ogniwek z nowego - jest pewna poprawa, ale do doskonałości ciągle daleko, no i mam aż dwa sztywne ogniwka. Ostatni frgment do dość górzysty odcinek, z krótkim tunelem i małymi jeziorkami; na nocleg rozbijam się kawałek za malowniczym miasteczkiem Kabelvag.

XXIV dzień - Kabelvag - Svolaer - Fiskebol - [prom] - Melbu - Sortland - Kanstad

DST 121 km - AVS 19,8 km/h - MAX 55,3 km/h - ALT 1020 m

Od początku dnia, mimo słonecznej pogody, mam zatruty nastrój z powodu ciągle przeskakującego łańcucha. Postanawiam coś z tym zrobić, bo z takim sprzętem jazda na Nordkapp będzie czystą mordęgą. Po kilku km w Svolaer kupuję spinki do łańcucha (za dwie zapłaciłem bandycką cenę 60 koron), usuwam dodany wczoraj fragment nowego łańcucha (bo bez wątpliwości to właśnie na nim przeskakuje), a sztywne ogniwka zastępuję spinkami. Naprawa przynosi wyraźny skutek - łańcuch przeskakuje już dość rzadko - i tylko na środkowej tarczy z przodu, ale za to jest bardzo krótki. Z tego powodu muszę trochę zmienić styl jazdy i więcej jeździć na małej zębatce, którą dotąd używałem jedynie na bardzo ostre podjazdy - bo na środkowej raz że pod większą górę przeskakuje, a dwa - z powodu krótkiego łańcucha i tak nie bardzo można używać dwóch najlżejszych biegów z tyłu. Droga w rejonie Svolaer jest niebrzydka, a samo miasto kapitalnie wciśnięte w skalną zatokę, co widać doskonale z podjazdu kawałek za nim. Niestety wiatr nadal strasznie mocno wieje, a że odcinek do Fiskebol jest generalnie na północ, więc i przeszkadza dużo bardziej niż wczoraj, gdy jechałem częściowo też na wschód. A jest tu co oglądać, bo poza Moskenesoyą to chyba najpiękniejszy fragment Lofotów - z wspaniałymi widokami na potężny masyw Trolltindan po drugiej stronie wrzynającego się tu głęboko w ląd Austnefjordu. Do Fiskebol docieram już nieźle przemarźnięty, bo wiatr oprócz tego że jest silny, jest również po prostu lodowaty, choć temperatura powietrza oscyluje w granicach 16'C to faktycznie jest dużo zimniej i jadąc w dwóch koszulkach rowerowych i rękawkach ciągle mnie przewiewa. Na promie na Melbu (30k) wracam do "równowagi termicznej". Pomimo, że zaliczającą się do archipelagu Vesteralen małą wyspę Melbu dzieli od Lofotów zaledwie kilkanaście km to różnice widać gołym okiem - znacznie bardziej płasko, więcej zieleni, na wybrzeżu prawie nie ma skał, a góry to raczej kopuły porośnięte lasem, a nie skaliste iglice tak charakterystyczne dla Lofotów; jednym słowem Vesteralen bardziej przypominają "kontynetalną" Norwegię. Ale ponieważ droga jest płaska i prowadzi po otwartym terenie wiatr obciąga tu ze zdwojoną siłą. Kawałek za Stokmarknes podczas przejazdu z małej wysepki Boroya na Langoyę po wspaniałym i bardzo wysokim moście trzeba było już naprawdę mocno trzymać kierownicę, żeby zapobiec rzucaniu się roweru po całej szerokości jezdni - tak wieje. Prawie 30km po Langoyi, aż do Sortlandu to czysta mordęga - cały czas po odkrytym terenie, zaledwie 16-17 km/h, czasem nawet mniej, a i to z ogromnym wysiłkiem. W takich chwilach bardzo się przydaje baranek - w niskim chwycie są mniejsze opory i łatwiej kręcić; moim zdaniem na silny wiatr jest znacznie bardziej użyteczny niż lemondka, która co prawda daje trochę lepszą pozycję, ale za to przy silnych podmuchach bardzo trudno jest zapanować nad rowerem. Po drodze mijam policjanta łapiącego na radar samochody - i przez moment czuję się jak w Polsce, bo w użyciu jest jak najbardziej klasyczna metoda "zza krzaka" - jak widać nasza policja wobec norweskiej nie powinna mieć żadnych kompleksów. "Przy życiu" trzyma mnie tylko nadzieja, że za Sortlandem droga skręca o prawie 180' i powinno tam być dużo lepiej.Most na Langoyę I rzeczywiście po przeprawie przez wielki most łączący Langoyę z kolejną wyspą archipelagu - Hinoyą sytuacja zmienia się diametralnie, jadąc z wiatrem w plecy bez wysiłku utrzymuję tempo rzędu 28-30km/h. Po kilku km E-10 skręca w głąb lądu, gdzie już tak nie wieje, wspina się na ok. 100m i wpada do długiego na 2km tunelu i po zjeździe doprowadza mnie nad kolejny fiord. Droga wzdłuż niego jest bardzo pagórkowata, ale z takim wiatrem w plecy to nie problem i kilometry lecą bardzo szybko. Na nocleg rozbijam się w wiosce Kanstad, w brzozowym lasku, w jako tako osłoniętym od wiatru miejscu.

XXV dzień - Kanstad - Lodingen - [prom] - Bognes - [prom] - Skardberget - Ballangen - Narvik - Geisvika

DST 130,1 km - AVS 21,2 km/h - MAX 57,8 km/h - ALT 1561 m

Pogoda od wczoraj nie zmieniła się ani trochę - słonecznie, zimno i cały czas wiejący jak cholera północny wiatr. A że dzisiejsza trasa prowadzi głownie właśnie na północ, więc zapowiada się prawdziwa masakra. Studiując mapę podczas śniadania zauważam możliwość zmiany dzisiejszej "marszruty" - zamiast jechać cały czas E-10 do Bjerkviku jak to miałem w planach, można z Lodingen popłynąć dwoma promami do Skardberget i stamtąd już E-6 do Narviku i pod Bjerkvik; dystans na obu trasach z grubsza ten sam. Zaraz za Kanstadem jest podjazd na prawie 200m, następnie ostry zjazd nad morze - i to właśnie tu trzeba dokonać wyboru drogi. Jadę na próbę E-10, ale wystarczyło ok. 300m żeby podjąć decyzję - wieje tak, że bez wahania zawracam do Lodingen, skąd po długim oczekiwaniu przez 1h płynę promem (47 koron) do Bognes - wieje tu tak jak na Vesteralen, więc zaczynam się obawiać że tylko straciłem masę czasu i wyrzuciłem pieniądze na prom. Ale po kolejnej przeprawie (28k) do Skardberget wiatr cichnie (przez dobre kilka km aż nie mogłem w to uwierzyć i byłem pewien, że to tylko grzbiet górski na chwilę mnie osłonił) i wreszcie można z przyjemnością jechać dalej - widać pogoda na wyspach (mimo że są stosunkowo niedaleko lądu) rządzi się własnymi prawami. Na E-6, o dziwo, ruch jest znacznie mniejszy niż na E-10, za to prawie od razu zaczynają się ciężkie góry - kilka km za przystanią zaliczam dość ostry podjazd na ponad 300m, a po zjeździe i fajnym moście nad Efjordem, kolejny na 200m - ale zdecydowanie bardziej wolę to niż mordęgę z wiatrem. Krajobrazy są tu całkiem fajne, bardziej przypadły mi do gustu niż trochę ponure na wyspach Vesteralen. Za Ballangen wyraźnie się wypłaszcza i 40km do Narviku jedzie się bardzo fajnie - szybko, z pięknymi widokami na dość szeroki Otofjord oświetlony popołudniowym słońcem, nawet temperatura wzrosła do ok. 18'C z porannych 12'C. W Hakviku próbowałem znaleźć znajdujący się tu podobno cmentarz polskich żołnierzy z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, walczących o Narvik w 1940 roku, ale kilku mieszkańców wioski, których pytałem od drogę nic o nim nie słyszalo - więc jedno z dwojga - albo coś pokręciłem z lokalizacją, albo trafiłem na wyjątkowe "mózgi" - bo jak można mieszkać w miejscowości tej wielkości i nie wiedzieć gdzie jest jedyny tu godny uwagi turysty "zabytek" jak cmentarz - tego sobie nie wyobrażam. W Fagernes, w chyba najtańszej sieci marketów w Norwegii - Rema 1000 (choć nie akceptują polskich kart kredytowych) kupuję znowu 3 bochenki chleba po 5 koron, bo na północy nie tak łatwo na niego trafić. Ok. 18 docieram do Narviku, który jak to portowe i przemysłowe miasto za piękny nie jest.W Narviku W parku koło charakterystycznej piramidy z luster robię sobie dłuższy postój, w czasie którego rozmawiam z szwajcarskim rowerzystą, który psioczy na tutejsze ceny (Szwajcar!!! - to daje o nich pewne wyobrażenie). Dopiero zaczyna swoją wyprawę - do Narviku dotarł pociągami aż ze swojego kraju, a stąd jedzie autobusem na Nordkapp, by stamtąd zacząć jazdę rowerem do Kopenhagi, przez całą Norwegię. Wyposażony jest z pewną beztroską charakteryzującą często bogatszych turystów z Zachodu - zaledwie dwie tylne sakwy, w których w dodatku mieści mu się namiot, materac i śpiwór - tak mało ekwipunku na miesięczną wyprawę po Skandynawii w sierpniu i wrześniu to jak dla mnie trochę za mało i coś mi się widzi, że po drodze zdrowo dostanie tu w tyłek; ale z drugiej strony w razie poważnego załamania pogody pewnie stać go na nocleg pod dachem, o czym ja mogę sobie jedynie pomarzyć. Tak się zagadłem, że z Narviku wyruszam już po 19 - odcinek do Bjerviku to górzysta jazda wokół zatoki Rombaken, o tej godzinie już powoli zaczyna robić się chłodno. W rejonie wioski Geisvika rozbijam namiot na parkingu z miejscami do biwakowania (w camping-vanach). Zdejmując sakwy z roweru przekonuję się, że sprzętowy pech dalej mnie prześladuje - mój bagażnik, który od Rallarvegen stopniowo się rozpadał (poszło wszystkie 6 górnych spawów) pękł. Bagaż jeszcze jakoś się trzymał - ale w ten sposób to można przejechać 20km, a nie 700km pozostałe na Nordkapp.

DALEJ >>>