NORDKAPP 2006




XVI dzień - Halsa - Vinjeora - Orkanger - Borsa

DST 123,8 km - AVS 20,3 km/h - MAX 48,7 km/h - ALT 1342 m

Pierwszy fragment dzisiejszej trasy na mapie wyglądał bardzo niewinnie - 50km jazdy wzdłuż fiordu, ale faktycznie okazuje się, że jest to niekończące się pasmo podjazdów i zjazdów; płaskich kawałków jak na lekarstwo. A te podjazdy choć nie mają nawet 100m, wbrew pozorom nie są takie prościutkie, trafiają się i takie gdzie trzeba się żyłować poniżej 10km/h. Tak więc do Vinjeory, gdzie kończy się fiord docieramy już trochę podmęczeni, po raz kolejny przekonując się, że w Norwegii na "luźne dni" nie ma co liczyć. Po odpoczynku zaliczamy kolejny, tym razem długi (ale raczej łagodny) podjazd na w sumie ok. 350m, dalej spory kawałek jedziemy płaskowyżem nad jeziorem Sovatnet i wreszcie zjeżdżamy do Fannrem, gdzie robimy zakupy i postój. Po skręcie na północ do Orkangeru męczymy się z przeciwnym wiatrem, w mieście próbowaliśmy dostać się do biblioteki, na którą polujemy od pewnego czasu (darmowy internet) - ale znowu niefart - akurat tego dnia już była zamknięta. Za Orkangerem skręcamy na boczną drogę, równoległą do E-39 - tutaj przechodzącej w drogę ekspresową. W Borsie nabieramy wodę na nocleg i po kilku km jazdy wzdłuż wybrzeża trochę bezczelnie rozbijamy się tuż koło ładnie położonej nad morzem hytty (oczywiście z darnią na dachu jak na Skandynawię przystało) - wybrzeże było tu dość skaliste i nie bardzo chciało nam się dalej szukać miejscówki, a idealnie przystrzyżona trawa przed domkiem za bardzo kusiła.

XVII dzień - Borsa - Trondheim - Flakk - [prom] - Rorvika - Stoan - Tua

DST 118,4 km - AVS 20,6 km/h - MAX 59,3 km/h - ALT 1302 m

Dziś ostatni dzień podróżujemy wspólnie - Kuba, któremu zależy na czasie postanawia na Nordkapp jechać krótszą i trochę mniej górzystą główną drogą E-6, ja natomiast wybieram turystyczną "17" prowadzącą wzdłuż wybrzeża i Lofoty - pewnie nieprędko do Norwegii wrócę, więc chcę "wycisnąć" wszystkie atrakcje na raz. Ledwo ruszyliśmy, a przestał kontaktować mój licznik - trochę zawilgocony, bo w nocy padało, aż z pół godziny minęło zanim zaczął łaskawie działać - zaczynam go już powoli mieć dość! Do Trondheim droga była niespecjalna, podobnie jak i zdecydowana większość tego miasta. Godny uwagi jest jedynie region katedry Nidaros, największej w całej Skandynawii. To tutaj od prawie 1000 lat koronuje się norweskich monarchów (tak jest i teraz).Katedra Nidaros w Trondheim Robimy rundkę po ścisłym centrum, oglądając m.in. drewniany most Gamle Bybro, po czym udajemy się do biblioteki, by wreszcie móc wysłać maile. Wraz z oczekiwaniem na dostęp do komputera schodzi nam na to aż ze 2h i dopiero ok.13 ruszamy pod pomnik króla Olafa, gdzie robimy sobie pożegnalną fotkę , po czym Kuba rusza na wschód na E-6, ja natomiast na zachód w kierunku Flakk. Jadąc pierwsze kilometry samotnie czuję się dość dziwnie, ale szybko przyzwyczajam się do jazdy tylko swoim tempem, bez pomocy "cienia" za rowerem Kuby, na dalszej trasie dużo bardziej będzie mi brakować wsparcia psychicznego jakie daje jazda we dwóch, szczególnie gdy coś idzie nie tak. Po dojeździe do Flakk niespodziewanie okazuje się, że prom do Rorviku jest dla rowerzystów i pieszych darmowy! Po drugiej stronie Trondheimsfjordu jestem po 15 - a tu zaledwie 40km na liczniku, daleko do 120km, które sobie ustaliłem jako minimalny przebieg dzienny na dalszej trasie na Nordkapp. A na domiar złego na podjeździe za Vanvikan znowu tracę z pół godziny na odpalenie licznika, którego mam już powyżej uszu - zupełnie spartolone styki, co przy produkcie kosztującym ok. 300zł woła o pomstę do nieba. Kilka km za Vanvikan już na wysokości 150m skręcam na skrót do wioski Stoan, wzdłuż jeziora Storvatnet - okazuje się piekielnie górzysty - cały czas tylko up and down i to po bardzo ostrych ściankach, czego miarą jest 59,2 km/h które wyciągam z jednej z nich. Gdy skręcam na drogę 720 zaczyna się łagodny podjazd szeroką doliną, wkrótce osiągam prawie 200m. Żartując sobie zastanawiam się jak ten mój kapitał (wysokości) zostanie oprocentowany. Tutaj, inaczej niż w przypadku lokaty bankowej, im niższy procent (nachylenia zjazdu) tym dalej się za darmo ujedzie. Ostre ścianki są bardzo fajne, tylko niestety mają to do siebie, że za szybko się kończą - a w Norwegii oznacza to jedno - znowu trzeba dymać pod górę. Prawie 60km drogą 720 jadę przez zupełnie dziki teren, wiosek prawie tu nie ma, raczej pojedyncze chałupy. Wrażenie to potęguje jeszcze bardzo ponury Beitstadfjord, nad który po ok. 25km docieram. Nad fiordem, o dziwo, droga jest w miarę płaska (przynajmniej w pierwszej części). Robi się coraz ciemniej - od kilku godzin siedzi mi na ogonie duża czarna chmura, chcąc wycisnąc te 120km trochę za długo czekałem z nabraniem wody na nocleg, no i niestety mnie dorwała. Rozbijam się kilka km za Tuą, już w lekkim deszczu, w beznadziejnym miejscu - pół metra od szosy, na skraju 20m ścianki pionowo opadającej do fiordu. Gdy jestem już w środku namiotu zaczyna się porządna ulewa, trwająca non-stop do 3-4 w nocy; w sumie miałem niezłego farta, bo prawie nic mnie nie zmoczyło.

XVIII dzień - Tua - Malm - Namsos - Hoylandet

DST 126,5 km - AVS 21,9 km/h - MAX 47,6 km/h - ALT 1048 m

Rano wraca słońce, a wraz z nim od razu poprawia mi się nastrój, bo byłem przekonany że pogoda zrąbie się już na dobre. Po 20km pagórkowatej drogi dojeżdżam do Malm, gdzie kupuję benzynę do kuchenki, za miastem podjazd, potem w dół i nad jeziorem Hjellbotn wjeżdżam na słynną drogę numer 17, którą mam zamiar zaliczyć w całości - aż pod samo Bodo. Do Namsos prowadzi ona po lekkich pagórkach, z ładnym fragmentem w rejonie Bangsund - ale to jeszcze nie jest ta "prawdziwa" 17 - bo ta tak naprawdę zaczyna się dopiero nad fiordami. Za Namsos jest jeden z nielicznych w Norwegii naprawdę płaskich kawałków, a ja w dodatku mam wiatr w plecy, więc jedzie się lekko, łatwo i przyjemnie.Na siedemnastce Ale długo ta sielanka nie potrwała - w Skogmo dopada mnie deszcz (pogoda jest dziś bardzo zmienna) - przeczekuję go pod sklepem. Gdy ruszam licznik znowu odmawia współpracy i muszę zmarnować pół godziny, by go do niej jednak namówić. Do Hoylandet jedzie się po płaskim, wzdłuż dwóch jezior, ale przed miasteczkiem znowu popaduje, a że ustalony dystans już "odfajkowałem", więc nabieram wody i rozbijam się przy opuszczonym domu tuż przed Hoylandet.

XIX dzień - Hoylandet - Foldereid - Holm - [prom] - Vennesund - Berg

DST 120,7 km - AVS 21,3 km/h - MAX 52 km/h - ALT 1162 m

Pierwszy kawałek dzisiejszej trasy za Hoylandet jest płaściutki, po drodze zatrzymuję się nad rzeką, by uprać trochę brudnych rzeczy. Natomiast gdy po ok. 25km docieram nad fiord od razu zaczynają się góry i to porządnie ponachylane. Do Foldereid (kapitalny most wysoko nad fiordem) jest podjazd na ok. 100m, później zjazd 9% nad kolejny fiord - i kawałek dalej wkraczam do prowincji Nordland, zostawiając za sobą Trondelag. W Arsandzie, gdzie droga skręca na zachód, do gór dochodzi przeciwny wiatr i jedzie się mizerniutko, powoli zaczynam żałować, że nie jadę z Kubą dość płaską w tym rejonie E-6. Widoki jak to w fiordach piękne, ale jadąc już tyle czasu przez Norwegię człowiek robi się wybredny i byle fiord już nie oszałamia. Za Halopem jest dłuższy podjazd na ok. 120m, zaraz później wraca się na poziom morza okrążając zatoczkę, którą morze wdziera się tu w ląd. Góry w tym rejonie wyglądają inaczej niż w głębi lądu - z reguły brązowe, wysuszone skały, często pozbawione roślinności, widać że wiatr tu nie próżnuje. W Holmie muszę trochę poczekać na prom (25 koron), robi się coraz zimniej, gdy dopływamy do Vennesund jest zaledwie 16'C i muszę założyć bluzę. Pólwysep na który dotarłem ma zupełnie inny charakter niż okolice Holm - tutaj wszędzie jest zielono, bardzo płasko, a dookoła pola uprawne. 20km do Bergu jedzie się bardzo przyjemnie - zupełnie płaściutko, to miła odmiana po pierwszej części dzisiejszego dnia. Nocuję na polu tuż za Bergiem, wieczorem wraca słońce i na jutro zapowiada się całkiem ładna pogoda.

XX dzień - Berg - Horn - [prom] - Anddalsvagen - Forvika - [prom] - Tjotta - Sandnessjoen - Levang - [prom] - Nesna

DST 125,3 km - AVS 22,6 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 895 m

Rano zrywam się bardzo wcześnie i już o 8 jestem w drodze, by wyrobić się na prom w Horn (na "17" na każdej przystani podane są rozkłady godzinowe dwóch kolejnych promowań w danym kierunku). Jest dość mocny wiatr, ale raczej boczny i częściowo w plecy; poza tym pogoda perfekcyjna - ani jednej chmurki - więc jedzie się wspaniale. Na Przylądek Horn (wersja dla ubogich) docieram sporo przed czasem, ale niestety okazuje się, że źle odczytałem dość skomplikowany rozkład i dziś (akurat jest niedziela) prom będzie dopiero o 11 - więc muszę czekać aż 1,5h, a co gorsza powoduje to automatyczne spóźnienie na następny prom o 11.55 z Forviki i kolejne 2h do tyłu - bo niestety rozkłady są ustawiane pod prędkość samochodu, nie roweru. Droga nr 17 za BronnoysundPo promowaniu (za darmo!) ruszam na 17km do Tjotty po zupełnie pustej i płaskiej drodze, na której miałem bliskie spotkanie z zającem. Ponieważ nawet nie przypuszczałem, że mam jakiekolwiek szanse wyrobienia się na prom o 11.55, więc jechałem normalnym tempem (choć z wiatrem), nie patrząc na zegarek - i w efekcie spóźniłem się dosłownie o 2-3 minuty; gdybym tu porządniej docisnął to bym zdążył i minęłaby mnie wątpliwa przyjemność siedzenia aż przez 2h w Forvice. Ale nie mam specjalnego wyboru i na prom (znowu za darmo!) wjeżdżam dopiero o 14. Tym razem płynę dość długo (aż godzinę) i w Tjottcie jestem o 15, a na liczniku dopiero 50km. Ale za to trasa przede mną jest płaściutka, pogoda wspaniała, więc jedzie się świetnie i szybko. Pierwszy kawałek to przejazd przez serię małych, malowniczych wysepek, dopiero po 20km, za Alstahaug trafia się pierwszy podjazd na ok. 80m, z którego zjeżdża się nad małe lotnisko. W Sandnessjoen w końcu znajduję budkę telefoniczną (na którą polowałem już dwa dni!) i dzwonię do domu. Kawałek za miastem jest wspaniały most nad Leirfjordem, dalej droga robi się bardziej pagórkowata, ale generalnie dzisiejszy dzień jak na Norwegię jest wyjątkowo płaski, jedyny większy podjazd to sama końcówka - ścianka przed Levangiem na ok. 120m. Na przystani znowu muszę czekać prawie godzinę i dopiero o 20 odpływam do Nesny (27k), kawałek za tym uroczo położonym miasteczkiem rozbijam się na nocleg. W Skandynawii prawdziwym błogosławieństwem są białe noce - dzięki nim nie trzeba się tak ściśle przejmować czasem jak na płd. Europy, gdzie zmierzcha już ok. 20-21; tutaj jeśli ktoś ma ochotę to i o północy może jechać bez konieczności używania świateł ( (nawet przed kołem polarnym robi się szaro, nie ciemno).

DALEJ >>>