NORDKAPP 2006




XI dzień - Kaupanger - Sogndal - Gaupne - Nigardsbreen - Gaupne - Nes

DST 115 km - AVS 23,5 km/h - MAX 55,7 km/h - ALT 1089 m

Rano mam już dużo lepszy nastrój - świeci słońce, a śpiwór schnie nadspodziewanie szybko (widać nie był aż tak mokry jak po praniu). Ponieważ ciągle czujemy w nogach wczorajszą wspinaczkę, decydujemy się zrobić dziś trochę luźniejszy dzień z oglądaniem lodowca w Nigardsbreen, zamiast zaliczać podjazd na płaskowyż Sognefjell - z Kaupangeru do początku wspinaczki jest aż 60km i to bynajmniej nie po płaskim - i pewnie okazałoby się dla nas za wiele. I była to bardzo dobra decyzja - dzięki niej zobaczyliśmy z bliska lodowiec, który z początku chcieliśmy sobie darować, bojąc się że nie starczy nam już pogody na Geiranger i Trollstigen. Do Sogndal docieramy szybko - cały czas w dół, po przejeździe mostem nad fiordem skręcamy na słynną drogę numer 55 prowadzącą na Sognefjell. Początek płaściutki, ale gdy dojeżdżamy do końca fiordu (jak zwykle piękne widoki!) zaczyna się ścianka na ok. 200m, następnie wypłaszczenie w rejonie jeziora Hatslovanet i kolejne podjazdy - w sumie na prawie 350m, skąd szybkim i długim zjazdem docieramy do położonej nad Lustrafjordem miejscowości Gaupne. Po postoju zostawiamy większość bagaży w domu sympatycznego Norwega i już na pusto ruszamy do oddalonego o prawie 40km Nigardsbreen. Jazda na luzie to zupełnie inna bajka, mimo jazdy pod górę średnią utrzymujemy na poziomie ok. 25km/h, niestety gdzieś po 20km przyplątał się czołowy wiatr i już tak dobrze nie było. W końcu po blisko 40km jazdy niebrzydką doliną (z piękną, burzliwą, jasno-niebieską "lodowcową" rzeką) docieramy do skrętu na Nigards (na wys. ok. 200m). Widok od razu rzuca na kolana - lodowiec jest widoczny już z odległości dobrych 5km, w miarę przybliżania się (wąska asfaltówka, płatna dla samochodów) coraz lepiej widać jego ogrom. Droga kończy się parkingiem przy jeziorze - turyści mają z tego miejsca dwie opcje dalszej podróży - łódż (bodajże 40k) lub szlak pieszy po skałach.Lodowiec Nigardsbreen Oczywiście wybieramy wariant na piechotę i trzeba przyznać, że ten kawałek (ok. 30min w jedną stronę) nieźle dał nam w kość - cały czas wspinaczka po skałach, do tego kilka miejsc gdzie trzeba forsować bardzo wartkie strumienie - bez żadnych kładek; dotrzeć do końca bez mokrych butów nie sposób. Kuba, który jeździ w SPD ma dodatkowy problem - buty do pedałów zatrzaskowych zupełnie nie nadają się na chodzenie po śliskich skałach. W końcu docieramy pod sam lodowiec - dopiero teraz w pełni możemy podziwiać tę potęgę natury, którą sobą reprezentuje, a przy której człowiek czuje się taki malutki. Pogoda jest przepiękna, choć od lodowca wieje zimny wiatr - robimy serię zdjęć, na potrzebę których wspieliśmy się kawałek na sam lodowiec - ale adidasy to zdecydowanie nie najlepsze obuwie na lód. Dla chętnych do dłuższej wspinaczki (no i dość zamożnych) są tu organizowane wycieczki z przewodnikiem, w ramach których dostarczane jest całe potrzebne wyposażenie jak raki, czekany czy kaski; spotykamy tu takie grupki. Droga powrotna do Gaupne to chyba najszybsze kilometry wyprawy - wiatr w plecy, sporo w dół; średnią na tym odcinku mieliśmy w granicach 30 km/h. Przy odbiorze bagaży miła niespodzianka - gościnny Norweg dał nam 1,5l coca-colę prosto z lodówki - ależ smakowała ! Jedziemy jeszcze kawałek wzdłuż Lustrafjordu i po jakiś 7-8km rozbijamy się na polu pod lasem w rejonie wioski Nes. Już pod wieczór (a raczej ok. 22 - bo w lipcu w Norwegii wieczór to pojęcie dość względne) wybieram się na poszukiwanie budki telefonicznej by zadzwonić do domu - najeździłem się prawie 20km i znalazłem ją dopiero w Gaupne, trzeba przyznać że pod tym względem jest tu bardzo kiepściutko, budki można spotkać jedynie w trochę większych miejscowościach, a i to nie zawsze. Dodzwonić się z nich do Polski na Poland Direct też nie tak prosto, a monety zżerają jeszcze bardziej niż u nas za PRL-u.

XII dzień - Nes - Skjolden - Turtagro - Fantesteinen (1434m) - Lom

DST 108 km - AVS 18,6 km/h - MAX 69,8 km/h - ALT 1785 m

Początek dzisiejszego dnia mamy wymarzony - przez 20km aż do Skjolden wreszcie płasko, pogoda idealna, widoki szczytów odbijających się w przeźroczystych wodach Lustrafjordu fantastyczne. Z fjordem żegnamy się w Skjolden, za którym jest jeszcze kilka płaskich kilometrów, podjazd zaczyna się w wiosce Fortun. Znowu dość szybko zaczynamy zdychać, jak dwa dni temu na Snow Road - nachylenie bardzo podobne, rzadko przekraczamy 8 km/h. Na wysokości 400m stajemy na odpoczynek - much oczywiście co niemiara; Kuba proponuje przyczepienie do rowerów tabliczki z napisem "Please help us with a chocolate" - myślę że to rozwiązanie na tanią czekoladę mogłoby chwycić. Kawałek wyżej znowu stajemy z zabawnego powodu - otóż mój licznik (choć ma świetną na jazdę po górach funkcję wysokościomierza - niestety na deszczu momentalnie przestają kontaktować styki, gdy pada zakładam na niego foliową torebkę) przestaje działać z powodu zamoczenia...potem, który się leje z mojej czapki.W górach Jotunheimen Kuba, który przez pierwszą część podjazdu jechał kawałek za mną odkrywa powód "gorszej formy" - pęknięta szprycha w tylnim kole spowodowała, że klocek hamulcowy lekko przyciera o obręcz. Dojechaliśmy z tym do Turtagro, gdzie podczas popasu Kuba wymienił szprychę i nacentrował koło. Samo Turtagro lekko mnie rozczarowało - myślałem że to jakaś mała miejscowość, a faktycznie to hotel i może ze 3 chałupy. Za to pejzaż mamy fantastyczny - na ok. 800m nie ma już lasu i jest szeroka perspektywa na najwyższe góry całej Skandynawii - Jotunheimen (czyli Góry Olbrzymów). ; ciemne, strzeliste, granitowe szczyty, liczne lodowce - właśnie żeby zobaczyć coś takiego warto się było tu tak żyłować. Od Turtagro jest jeszcze ze 300m ciężkiego podjazdu na jakieś 1100m, po czym zaczyna jazda płaskowyżem. Ale wcale nie jest tu płaściutko, cały czas w górę i w dół, co powoduje że w sumie na sam szczyt trzeba podjechać sporo więcej niż 1434m. Kilka ścianek jest tu bardzo trudnych, a chyba ostatnia to już piekielna piła, jakieś 15%. Ja musiałem tu jechać na ostatnim już biegu - ledwo 6km/h (i to z jakim wysiłkiem!), Kubę który już nie miał tak lekkiego przełożenia ścianka tak wkurzyła, że by nie podprowadzać, z prawdziwie nadludzkim wysiłkiem staje na pedałach i sporo mnie wyprzedzając pokonuje ścianę, dzięki pedałom SPD "ciągnąc" rower jak najwyższej klasy zawodnik! Przez płaskowyż SognefjellOstatni fragment przed samym Fantesteinen jest już dość łagodny, a widoki po prostu boskie - wszędzie dookoła potężne i skaliste lodowce, nie brakuje też małych, idealnie czystych jeziorek; na całym płaskowyżu roślinność jest typowo wysokogórska - a więc głównie trawy, z niewielką ilością kosodrzewiny - a co za tym idzie widoczność fantastyczna. No i nie można zapominać o doskonałej pogodzie, gdyby dziś lało to przejazd przez Sognefjell nie dostarczył by nam tylu wrażeń. Żeby nie było tak dobrze zauważam, że na przedniej oponie zrobiło się wybrzuszenie i zaczyna się w tym miejscu przecierać - widać, że prędzej czy później trzeba ją będzie wymienić. Niedaleko za przełęczą Fantesteinen (1434m), raczej symboliczną rozpoczyna się zjazd na 900-950m, po którym sporo jedzie się po płaskim nad jeziorem, następnie nawet prawie 100m pod górę, po tym podjeździe zaczyna się najostrzejszy fragment zjazdu (69,8 km/h) na jakieś 600m, po czym następuje 25-30km dość nudnej jazdy w dół doliny (sporo pod wiatr). Do Lom docieramy już zdrowo zjechani tuż przed 19, ledwo zdążyliśmy do sklepu, a obaj już nie mieliśmy chleba (niestety zostały już tylko "modele" koło 20 koron). Po wyjściu ze sklepu stwierdzamy, że w międzyczasie podjechała duża czarna chmura, z której już zaczyna popadywać. Szybko więc wyjeżdżamy kilka km za Lom i rozbijamy się na stromym polu koło szosy - a deszcz dość szybko przeszedł.

XIII dzień - Lom - Grotli - Geiranger

DST 97,7 km - AVS 19,5 km/h - MAX 59,1 km/h - ALT 914 m

Po wczorajszym bardzo wymagającym dniu dzisiaj mamy raczej ulgowy - dojazd do fiordu Geiranger, tak by jutro z kolei zaliczyć dwa długie podjazdy jednego dnia. Rano wracamy do Lom, by obejżeć kolejny na naszej trasie drewniany kościólek typu stav - wczoraj uciekając przed deszczem nie mieliśmy tej okazji. Pogoda, o dziwo ciągle dopisuje, a wczoraj byłem już przekonany że to koniec tego dobrego i przyszło zapowiadane załamanie. Droga do Grotli to dość żmudna jazda w górę doliny, bez specjalnych stromizn, niemniej jednak na 900m (z ok. 350m) trzeba wjechać. Jak to w Norwegii ładnych widoków nie brakuje, choć nie tej klasy co wczoraj. Samo Grolti to podobnie jak Turtagro zaledwie kilka chałup na krzyż, za którymi wjeżdżamy na płaskowyż (tym razem wreszcie płaski!), ale oczywiście pojawia się wiatr, więc 13km do rozjazdu z drogą na Stryn (od razu wpadającą w długi tunel) jedzie się niespecjalnie. Po odpoczynku ruszamy na najciekawszy dziś fragment trasy. Jadąc lekko pod górę skręcamy w dość ponuro i majestatycznie wyglądającą dolinę. Osiągamy przełęcz na 1038m i wjeżdżamy do okręgu More og Romsdal; po okrążeniu dużego jeziora dojeżdżamy do Djupvashytty, skąd zaczyna się płatna (dla samochodów) droga na punkt widokowy na Dalsnibbie.Fantastyczny widok na fiord Geiranger Ale my z niecierpliwością ruszamy w dół, do długo przez nas oczekiwanego Geirangeru. Zjazd jest rzeczywiście fantastyczny, chyba najpiękniejszy z tych które pokonaliśmy, widoki na fiord Geiranger nieziemskie, moim zdaniem słusznie uznawany jest za najpiękniejszy fiord Norwegii - malutki, wąziutki, otoczony wysokimi na 1500m górami, z doskonale widocznymi z daleka serpentynami drogi Ornevegen wyciętymi w zboczu - po prostu kwintesencja piękna, takie chwile zostają w pamięci na zawsze.Nocujemy tuż koło punktu widokowego, dosłownie kilka kroków od tych skał na wysokości ok. 400m.

XIV dzień - Geiranger - Ornevegen (624m) - Eisdal - [prom] - Linge - Trollstigen (852m) - Andalsnes

DST 94,5 km - AVS 17,7 km/h - MAX 60,8 km/h - ALT 1736 m

Start mamy jak malowany - 400m na sam dół fiordu. W nastawionym na turystów miasteczku Geiranger wysyłam kartki do znajomych i rodziny, jeszcze fotka z charakterystycznym trollem i zaczynamy podjazd Drogą Orłów. Bardzo powoli (znowu 7km/h) wznosimy się nad powierzchnię fiordu, ale trud wspinaczki 11 serpentynami osładzają przepięknę widoki, także wielu turystów pozdrawiających nas z samochodów. Na ok. 400m staję na odpoczynek, za chwilę dogania mnie jadący kawałek z tyłu Kuba, ale on na postój staje dopiero 100m wyżej na kapitalnie położonym punkcie widokowym, którego ja z początku nie dostrzegłem. Punkt widokowy na Drodze OrłówPo postoju doganiam czekającego tam Kubę - trzeba przyznać, że miejsce jest niesamowite - widać stąd doskonale cały fiord razem z imponującym wodospadem Siedmiu Sióstr, a mały wodospadzik jest także tuż obok przy drodze. Ale za długo tu nie zabawiliśmy, bo czekało nas jeszcze trochę pod górę (ostatnie 100m podjazdu jest łagodniejsze). Na przełęczy na 624m trochę odpoczywamy, po czym walimy w dół, pierwsza faza zjazdu bardzo ostra z krótkim tunelem pokonywanym prawie 60 km/h, następnie długie wypłaszczenie nad jeziorem i druga trochę mniej nachylona część, która doprowadza nas wprost na przystań w Eidsdal. Po promowaniu (21 koron) rozpoczynamy żmudny podjazd pod Trollstigen. Z początku jedzie się leciutko w górę doliny, mijamy prawdziwe truskawkowe "zagłębie" (dziesiątki plantacji tych bardzo popularnych w Norwegii owoców), na których pracuje sporo naszych rodaków, a przy chałupach stoi niemało samochodów na polskich rejestracjach. Aż do wysokości ok. 600m jedzie się takim średnio nachylonym podjazdem (ok.11-15 km/h) - mniej to męczy niż ostra ściana, ale za to trwa dużo dłużej. Odpoczywamy na parkingu, wcinając porządniejszy posiłek przed ostatnim dziś fragmentem trasy pod górę. Końcówka to już od jakiś 700m ostra piła, nam jeszcze przyplątał się przeciwny wiatr. Ale w końcu docieramy na przełęcz na 852m - i ostatni wielki podjazd wyprawy zaliczony! Widoki są niezłe - dolina otoczona ciemnymi, ponurymi szczytami, ale żeby zobaczyć słynną Drabinę Trolli trzeba zjechać ponad 100m niżej - do punktu widokowego Stigfora. Droga jest rzeczywiście niesamowita, te 180 - stopniowe agrafki fantastycznie prezentują się z góry; aż się wierzyć nie chce, że wybudowano ją już przed wojną. Na stoiskach koło parkingu można dostać trolle w setkach rodzai - od mikroskopijnych po ponad metrowe. Serpentyny na TrollstigenPo długiej sesji zdjęciowej i spacerze na punkt widokowy ruszamy w końcu w dół - zjazd jest fragmentami bardzo ostry (12% wg znaków), ale za bardzo kręty by tu zbytnio szarżować, zresztą dość duży ruch, przez kawałek musieliśmy się wlec za autokarem (ledwo się tu wyrabiają na zakrętach) zanim udało się go wyprzedzić. Zatrzymujemy się jeszcze przy wspaniałym wodospadzie Stigfossen, no i oczywiście już na samym dole na obowiązkowe zdjęcie z jedynym w swoim rodzaju znakiem drogowym. Do Andalsnes jedziemy jeszcze ok. 10km po płaskim i pod dość mocny wiatr, w mieście trafiamy w końcu na sklep rowerowy, dowiaduję się o oponę, a że jak na Norwegię cena nie jest tak straszna (150k) decyduję się na wymianę, bo z takim wybrzuszeniem jak na mojej przedniej oponie nigdy nic nie wiadomo - może wytrzymać i 2000km, a może i strzelić po 10km - więc lepiej nie ryzykować. Niestety sklep jest już teoretycznie zamknięty (pracownik został trochę dłużej) i po oponę trzeba przyjechać jutro rano. Wyjeżdżamy więc kawałek za Andalsnes i rozkładamy się na biwak tuż przy drodze, zaledwie kilka metrów od brzegu fiordu.

XV dzień - Andalsnes - Afarnes - [prom] - Solsneset - Kleive - Batnfjord - Bergsoya - Kanestraum - [prom] - Halsa

DST 126,6 km - AVS 20,8 km/h - MAX 48,9 km/h - ALT 1207 m

Z samego rana wracamy do Andalsnes - ja kupuję oponę, Kuba natomiast dodatkowy film, bo w czasie jazdy przez fiordy wypstrykał dużo więcej zdjęć niż wcześniej zakładał. Obaj mamy poczucie, że najpiękniejszy fragment trasy już za nami, a to co zobaczymy na drodze na Nordkapp, choć też piękne to jednak po tym co już widzieliśmy w krainie fiordów takiego wrażenia na nas nie zrobi. Zabraknie też takich wyzwań jak kilkugodzinne podjazdy - zostaje żmudne odliczanie kilometrów pozostałych na Przylądek.
Pierwszy fragment dzisiejszej trasy to dojazd do promu w Afarnes, a ponieważ w Andalsnes nie ma mostu, więc okrążamy cały fiord, następnie ze 100m podjazdu, w dół - i jesteśmy. Pogoda wyraźnie gorsza niż wczoraj, nawet chwilami spadło kilka kropel - ale nie ma co narzekać - i tak całe fiordy widzieliśmy w słońcu, co niewelu rowerzystom się przytrafia. Po promowaniu (22k) jedziemy trochę po pagórkach, po czym w Roviku skręcamy na Kleive, by okrążyć Fannefjord. Nie wybraliśmy trochę krótszej drogi przez Molde, ze względu na konieczność jazdy podmorskim tunel z zakazem dla rowerów. A ponieważ jest to tunel płatny, więc obawialiśmy, że jeśli stoją tam jakieś rogatki to po prostu by nas do niego nie wpuszczono. Po okrążeniu fiordu skręcamy na E-39, którą będziemy jechać aż do Trondheim i zaliczamy łagodny podjazd na 230m - z których zjeżdżamy do Batnfjordu. Następnie przez kilkanaście km zmagamy się z wiatrem, dojeżdżając do wspaniałego mostu na wysepkę Bergsoya. Tego typu mosty na zdjęciach może na szczególnie ostre nie wyglądają, ale zapewniam, że trzeba się nieźle namęczyć żeby je podjechać - bywa że mają i 50m przewyższenia! Ponieważ most jest płatny nawet dla pieszych (a tak np. na promach traktuje się rowerzystów) woleliśmy nie ryzykować konieczności opłaty (coś ok.20k) i skręciliśmy przed rogatkami (nie było barierek). Po odpoczynku szybko przejeżdżamy wysepkę i po tym razem płaskim moście dostajemy się na kolejną - Aspoyę. Pogoda wyraźnie się poprawiła - znowu mamy słońce i ponad 20'C, więc ostatni odcinek do Kanestraum pokonujemy z przyjemnością. Po półgodzinnym oczekiwaniu na prom przepływamy (25k) do Halsy i tuż za miasteczkiem rozbijamy się na polu. Po obiedzie czeka mnie robota z zakładaniem opony (niestety raczej terenowy, dość "pancerny" model 622-40, tylko takie były w Andalsnes); wieczorem mamy niespodziewaną wizytę - olbrzymim traktorem przyjechał właściciel pola, ale po naszych wyjaśnieniach nie robił żadnych problemów.

DALEJ >>>