NORDKAPP 2006




VI dzień - Berg - As - Oslo - Honefoss

DST 106,7 km - AVS 20,2 km/h - MAX 56,2 km/h - ALT 1179 m

Na "dzień dobry" wytracamy całą podjechaną wczoraj wysokość , z Vestby jedziemy boczną drogą, równoległą do E-6 (w tym miejscu jest to autostrada). Co daje się zaobserwować ? Choć drogi dzieli od siebie może 500m to nasza zalicza chyba wszystkie górki w okolicy, natomiast E-6 jest praktycznie płaska. Nawet poważnie się zastanawialiśmy czy na nią nie wjechać - tak już mamy dosyć tych męczących ścianek; ale w końcu dochodzimy do wniosku, że to za duże ryzyko - w razie gdyby złapała nas policja ewentualny mandat mógłby nieźle wstrząsnąć naszym budżetem. Kawałek za As po kolejnym ostrym podjeździe mamy już dość i skręcamy na E-18, a nie jak pierwotnie zakładaliśmy na Ski i Langhus. Po drodze spotykamy norweskiego rowerzystę, który informuje nas o bocznej drodze prowadzącej wzdłuż E-6 i tam właśnie postanawiamy jechać.Pałac Królewski w Oslo Dowiadujemy się również, że przez najbliższe kilka dni ma być dobra pogoda, co daje nam szanse zaliczenia przynajmniej części fiordów w słońcu. Na bardzo pogmatwanym skrzyżowaniu z E-6 skręcamy na tę boczną drogę - i był to bardzo dobry pomysł - jest w miarę płaska, z pięknym widokowo fragmentem nad jeziorem Gjersjoen. Nie brakuje tu rowerzystów - korzystając z wolnej niedzieli i świetnej pogody wiele osób wybrało się tu na przejażdżkę z Oslo. Po ok. 10km osiągamy Bunnefjord, skąd mamy wspaniały widok na norweską stolicę. Wjazd do miasta niespecjalny, z dużym ruchem. Centrum Oslo trochę nas rozczarowuje, poza Pałacem Królewskim nie ma tu wielu budowli rzucających na kolana - ale w końcu nie po to jedzie się do Norwegii żeby zwiedzać miasta. Pod katedrą spotykamy sympatycznego rowerzystę z Czech - Petra, który dotarł tu na rowerze aż z Gibraltaru, a jedzie oczywiście na Nordkapp (choć krótszą drogą E-6). Po postoju w parku przed pałacem jedziemy do informacji turystycznej, położonej koło portu i ratusza. Kuba, który jeszcze nie jeździł na rowerze po wysokich górach trochę obawia się trasy przez fiordy i zastanawia się czy nie jechać stąd na Nordkapp znacznie łatwiejszą trasą E-6, ale w końcu dochodzi do wniosku, że szkoda tracić taką okazję i dalej we dwóch jedziemy niesamowicie pokręconą rowerówką w kierunku dzielnicy Sandvika. Tutaj skręcamy na E-16 do Honefoss, przez kilka pierwszych kilometrów jest zakaz dla rowerów, a cały czas duży ruch. Kuba nagle uświadamia sobie, że nie ma komórki, z której dzwonił do Polski z Oslo. Poszukiwania nie dają rezultatu, więc postanawia zadzwonić do mamy, by ją wyłączyła u operatora - żeby ewentualny znalazca (lub złodziej) nie nabił kosmicznego rachunku. Kuba idzie do domu przy drodze, by spróbować stamtąd zadzwonić i na progu znajduje ... leżącą komórkę! Ponieważ właścicielem posesji jest ponad 90-letni zupełnie niekontaktujący staruszek, więc udaje się bez problemu połączyć z Polską. Kawałek dalej zaczynamy pierwszy poważniejszy podjazd na wyprawie - w sumie na ok.350m, nie taki ostry, ale też i nie łatwiutki - jedzie się 10-12km/h. Po przejechaniu przełęczy roztacza się przed nami wspaniały widok na Tyrifjord, na którego poziom wkrótce doprowadza nas długi i szybki zjazd; następnie po ok. 15km pagórkowatego terenu docieramy do Honefoss. Szukamy tu noclegu, bowiem Kubę mocno zniechęcił dzisiejszy podjazd i postanawia jednak dojechać stąd na E-6 w rejonie Lillehammer (Honefoss to właściwie ostatnie miejsce skąd można się w miarę sensownie wycofać). Na nocleg rozbijamy się koło jakiegoś lokalnego skansenu z wiejskimi chałupami. Na biwaku pokazuję Kubie foldery, które zabrałem z informacji turystycznej w Oslo i fantastyczne zdjęcia fiordów tam zamieszczone powodują, że Kuba zaczyna się wahać - szkoda być tak blisko i tego nie zobaczyć, bo do Norwegii pewnie żaden z nas szybko nie wróci.

VII dzień - Honefoss - Noresund - Gulsvik - Nesbyen

DST 117,6 km - AVS 21,3 km/h - MAX 53,4 km/h - ALT 741 m

Rano Kuba decyduje się jechać razem ze mną przez fiordy i mimo tego, że w górach zdrowo dostaliśmy w tyłek, ani razu tej decyzji nie żałował! Skręcamy więc na "7" w kierunku na Gol i przy niespecjalnej pogodzie (z początku nawet leciutko popadywało) zaliczamy serię podjazdów w sumie na ok. 300m. Po zjeździe osiągamy dolinę rzeki Hallingdalselva, wzdłuż której będziemy jechać aż do Haugastol. Dzięki temu dzisiaj mamy chyba najbardziej płaski dzień wyprawy - podjazdów niewiele, przez 30km do Gulsviku jedziemy wzdłuż dużego jeziora powstałego na tej rzece. Ale żeby nie było tak idyllicznie pod koniec dnia zaczął się silny wiatr i przez ostatnie 30km musieliśmy się już namordować. Na biwaku (na polu kawałek za Nesbyen) zmieniam opony - tę z tyłu już porządnie zjechaną zakładam na przód. Niestety przesadziłem z wiarą w "cudowne" właściwości opon Schwalbe Marathon - to świetne opony, ale czwarty sezon to jednak dla nich wiele.

VIII dzień - Nesbyen - Gol - Geilo - Haugastol

DST 93,9 km - AVS 17,4 km/h - MAX 45,6 km/h - ALT 1340 m

Wraca słońce, którego wczoraj niewiele uświadczyliśmy, więc jedzie się z przyjemnością. Do Gol dalej płaściutko, powoli zaczyna nas to niepokoić - bo zapowiada ostry podjazd w drugiej części dzisiejszej trasy. Oglądamy pierwsze drewniane kościółki typu stav - pod Golem (ten chyba budowany współcześnie) i w Torpo - aż się wierzyć nie chce, że przetrwał tu prawie 1000 lat. Doliną dojeżdżamy na wysokość ok. 400m i zaczyna się ostry podjazd do Hol (na jakieś 550m), a zaraz za Holem jeszcze ostrzejsza ok. 200 metrowa ścianka, na której po raz pierwszy na wyjeździe jestem zmuszony jechać na małej tarczy z przodu. W Geilo (ok. 800m)Stavkirke w Torpo stajemy na zakupy, a kawałek za miasteczkiem na postój. Ostatni dziś kawałek do Haugastol to bardzo malowniczy płaskowyż, zaczynają się już pojawiać pierwsze ośnieżone szczyty - to tylko zapowiedź tego co nas czeka jutro na szlaku Rallarvegen. Niestety przyjemność psuje nam mocny czołowy wiatr, do którego mamy wyjątkowy niefart na tym wyjeździe. Ale nie ma co narzekać - za to prawie cały czas jest słońce (nawet mam już spalony nos i muszę jechać z plastrem) - a to w Norwegii prawdziwy ewenement. Jazda takim płaskowyżem nie jest taka prosta jak by się to mogło wydawać - wbrew nazwie wcale nie jest tu płasko, cały czas tylko góra-dół i to całkiem ostro. Już w Haugastol spotykamy grupkę Polaków na rowerach, którzy informują nas, że Rallarvegen, poza kilkoma kamienistymi kawałkami, da się rowerem z nawet z takim bagażem jak nasze przejechać - bo trochę się o to obawialiśmy. Oni rozbili to na dwa dni, my chcemy wyrobić się w jeden. Na nocleg rozkładamy namioty na samym początku szlaku, tuż za pierwszym jeziorkiem. Noc jest dosyć zimna - czuć że to już 1000m, to nasz najwyżej położony biwak na wyprawie.

IX dzień - Haugastol - Rallarvegen - Flam - Aurland

DST 94,8 km - AVS 15,3 km/h - MAX 49,1 km/h - ALT 1111 m

Dzień mamy znowu słoneczny - prognoza pogody o której mówił nam spotkany przed Oslo Norweg sprawdza się w 100%. Początek szlaku jest dosyć równy, nawet z prawie 40kg bagażu nie mamy tu problemów, a dla nas obu jest to "debiut" na szutrze z bagażem. Podjazdy nie są specjalnie ostre, nie ma tu długich ścian - np. jakieś 30m, potem trochę w dół, lub po płaskim - tak mniej więcej wygląda pierwsza część trasy. Za to widoki są nieziemskie, co rusz stajemy na zdjęcia. Krajobraz jest tu zupełnie dziki, praktycznie nieskażony cywilizacją (może poza linią kolejową, ale i ta jest świetnie wkomponowana w otaczające nas zewsząd góry). Im wyżej podjeżdżamy, tym robi się piękniej, fantastycznie wyglądją ośnieżone szczyty odbijające się w krystalicznie czystych jeziorach. Szlak jest zupełnie przejezdny nawet dla rowerów trekingowych na kołach 28 cali z takim jak nasz bagażem. Nawierzchnia dość twarda, kamienistych kawałków stosunkowo niewiele, choć trzeba wziąć pod uwagę że mamy świetną pogodę - w razie deszczu z pewnością nie byłoby już tu tak wesoło, a ubity piasek mógłby się zmienić w płynące błoto.Szlak Rallarvegen Przy takich warunkach jak dziś rowerzystów oczywiście nie brakuje - są i dzieci i emeryci, na wszelkiego rodzaju rowerach - z przyczepkami, z sakwami, widziałem nawet osobnika na rowerze poziomym! Wyprzedzamy też parę podróżującą razem z psami, mają na kierownicach specjalne uchwyty na smycz, dzięki temu pies w uprzęży biegnący z przodu trochę ciągnie właściciela (taka namiastka psiego zaprzęgu). Na odpoczynek stajemy trochę przed stacją Finse, cały czas mimo wysokości jest dość ciepło, w granicach 20'C, a krajobraz boski. Na samej stacji aż się roi od rowerzystów - wiele osób dojeżdża tu pociągiem i stąd rozpoczyna swoją przygodę z Rallarvegen, choć nie jest to tania rozrywka - podróż najbardziej nachyloną kolejką Europy - Flamsbaną to chyba najdroższe kolejowe kilometry świata! Powoli wjeżdżamy na najwyższą część szlaku - krajobraz robi się coraz bardziej księżycowy, same skały, jest też coraz więcej kamieni i kilka ostrych (na oko z 10%) ścianek. Na jednej z nich podczas zmiany przedniej przerzutki klinuje mi się łańcuch - i to tak niefartownie, że wygiął się na bok; niestety konieczne (już i tak był za krótki do szosowej korby) okazało się skrócenie go o dwa ogniwka. Po tej robocie osiągamy najwyższy punkt szlaku Rallarvegen - Fagervatn (1343m) i z tego miejsca jest już raczej w dół, choć krótkich podjazdów nie brakuje. Druga część szlaku jest wyraźnie bardziej wymagająca - dużo kamieni, ostrzejsze zjazdy. Szczególnie trudny (ale i przepiękny) jest kawałek w rejonie wodospadów - duże nachylenie, prawie same kamienie, a dróżka wąziuteńka - gdybyśmy tędy jechali w drugą stronę skończyłoby się na pchaniu rowerów. Po zaliczeniu tego zjazdu orientuję się, że Kuby coś za długo nie widać (jechaliśmy w dość dużych odstępach), ale że tego kawałka nie sposób podjechać postanawiam na niego zaczekać już na dole we Flam (okazało się, że podobnie jak ja zerwał łańcuch na ostrym podjeździe). Szlak RallarvegenDo Myrdal wcale nie jedzie się cały czas w dół, za wodospadami jest kilka bardzo wymagających kamienistych pił - na takim podjeździe nie można się zatrzymywać, bo inaczej się już nie ruszy, a mój rower z 40kg bagażu podprowadza się w takim terenie niesamowicie ciężko, więc jadę i tam, gdzie ludzie bez bagażu podprowadzają. Niemniej ze dwie już za ostre i nierówne ścianki musiałem się mordować pchając rower, raz nawet zaliczając przy tym wraz z całym majdanem glebę. Do rozjazdu dróg na Myrdal i Flam docieram więc już nieźle zmachany, a że do Myrdal jest pionowo w górę, uznaję że pchać się tam z takim małym czołgiem jak mój rower nie ma sensu i po krótkim odpoczynku ruszam do Flam. Pierwsza część zjazdu to zdecydowanie najostrzejszy fragment Rallarvegen - wąskie bardzo ostre serpentyny - o podjeździe tędy z bagażem nie ma mowy, nawet na pustym rowerze górskim nie byłoby to takie proste. Nawet i w dół jadę z duszą na ramieniu (i tyłkiem za siodełkiem, żeby nie przelecieć przez kierownicę) - większość ludzi woli tu sprowadzać rowery. Baranek, świetny na asfalcie, na takie zjazdy jest średnio wygodny, a do tego trzeba jechać w dolnym chwycie, żeby dysponować pełną siłą hamowania. Z prawdziwą ulgą docieram na poziom doliny (jakieś 450-500m), gdzie jest już gładka szutrówka, a po ok. 10km przy malowniczym wodospadzie zaczyna się asfalt, tam też dogania mnie Kuba - i dzielimy się wrażeniami z tej niesamowitej końcówki. Jeszcze spory kawałek zjeżdżamy asfaltem, po czym wreszcie docieramy do Flam położonego na brzegu przepięknego Aurlandsfjordu. Do samego Aurland jedziemy rowerówką wzdłuż fiordu, cały czas podziwiając fantastyczne widoki. Przed samym miasteczkiem niepotrzebnie wpakowaliśmy się do dość długiego tunelu, z którego wylecieliśmy praktycznie już za miejscowością. Po raz pierwszy (i jedyny) mieliśmy tu problem z noclegiem i niegościnnością Norwegów - mianowicie zaczeliśmy się rozbijać niedaleko obozującej nad rzeką grupy wędkarzy. Gdy namioty były już właściwie rozstawione przylazł jeden z nich i zaczął gadkę, że musimy się stąd wynieść, bo to teren prywatny, a oni za to płacą. Bynajmniej nie był to właściciel tego terenu (to jeszcze byłoby zrozumiałe), jego po prostu wkurzało to, że my nie musieliśmy płacić (ryb i tak byśmy im nie wystraszyli bo byli dobre 100m od nas). Wściekli (bo byliśmy już zupełnie zjechani) musieliśmy się znowu pakować i szukać miejscówki na nocleg - a znalazła się bardzo ładna jakiś kilometr dalej tuż nad brzegiem tej samej rzeki. Już na biwaku orientuję się, że w moim nowo zakupionym bagażniku zdąrzyły już pójść dwa spawy - okazał się więc zupełną tandetą, Kuba ma bagażnik Authora w tej samej cenie (ok. 70zł) i żadnych problemów.
Jeszcze kilka uwag odnośnie szlaku Rallarvegen. Jeśli ktoś planuje się tu wybrać na rowerze z bagażem 20kg i więcej to zdecydowanie polecam wariant trasy, którym jechaliśmy - z Haugastol do Flam; jazda w przeciwnym kierunku przerodziłaby się w prawdziwą mordęgę z pchaniem roweru po bardzo nachylonych i kamienistych ścieżkach. Nawet podjeżdżając pociągiem do Myrdal trzeba się liczyć z podprowadzaniem w rejonie wodospadów, dopiero zaczynając trasę na stacji Finse ma się przed sobą w pełni przejezdny szlak - ale w ten sposób traci się połowę Rallarvegen. Można też całą trasę z Flam do Haugastol zaliczyć na pustym rowerze, po czym wrócić pociągiem - trzeba tylko pamiętać, że taka podróż do tanich rozrywek nie należy.

X dzień - Aurland - Snow Road (1306m) - Laerdal - Kaupanger

DST 71 km - AVS 15,2 km/h - MAX 77,2 km/h - ALT 2026 m

W nocy ze względu na dość głośny strumień kiepsko spałem, ok. 6 uznałem że i tak już nie zasnę i wybrałem się na poranną przejażdżkę wczorajszą trasą do Flam. Fiord o poranku prezentuje się jeszcze lepiej niż wczoraj, wszędzie zupełna pustka i cisza, choć chłodniutko. Na właściwą trasę wyruszamy po 9, przejeżdżamy przez Aurland, gdzie Kuba wymienia euro na korony i jeszcze w miasteczku zaczynamy nasz pierwszy naprawdę długi podjazd na wyprawie - tzw. Snow Road (nawet w lecie często nie brakuje tu śniegu). Nieoczekiwanie jedzie się bardzo ciężko, zaledwie 7-8 km/h. Nieoczekiwanie - ponieważ mam ze sobą profil ze świetnej skądinąd strony z profilami przełęczy wg którego nachylenie miało niemal cały czas wynosić 6%. Niestety ktoś się przy nim pomylił, lub po prostu zmyślił - bo w praktyce podjazd jest o ok. 4-5km krótszy niż wg profilu, a więc i nachylenie musi być dużo cięższe - przynajmniej 8%, a fragmentami ok. 10%. Pierwsza faza podjazdu prowadzi przez las, wraz z uzyskiwaną wysokością mamy coraz piękniejsze widoki na fiord pod nami. Na wys. ok. 700m droga skręca w głąb lądu, kończy się las - mamy teraz szeroką perspektywę tego co przed nami. Na szczęście im wyżej tym mniej much, które przy słonecznej pogodzie na podjeździe są strasznie dokuczliwe i obsiadują nas jak za przeproszeniem g. Stawać na odpoczynek musieliśmy aż trzy razy, za to pod koniec mamy małą nagrodę - myśleliśmy, że droga wspina się aż w rejon dobrze widocznego od dawna wysokiego masztu (prawdopodobnie nadajnika telewizyjnego) - a tu dość nieoczekiwanie, zgodnie ze wskazaniem wysokościomierza (a już myślałem że zdrowo przeszacował) meldujemy się na szczycie. Szczycie raczej w cudzysłowiu, bo faktycznie wjechaliśmy na długi płaskowyż. Po postoju zaczynamy zjazd - pierwsze ścianki są zabójcze, na jednej z nich wyciągam największą prędkość całej wyprawy - aż 77,2 km/h, blisko do mojego rekordu z Turracher. Ale rychło się wypłaszcza, trzeba też sporo podjeżdżać - płaskowyż ciągnie się niemiłosiernie, a my wspinaczek na dziś mamy już dosyć i czekamy na w pełni zasłużony zjazd. Ale za to widoki są coraz piękniejsze - znowu jak na Rallarvegen księżycowy krajobraz, same skały i jeziora, na pobliskich szczytach leży całkiem sporo śniegu, a z oddali widać już masyw Gór Jotunheimen. Po ponad 10km płaskowyżu zaczyna się właściwy zjazd - zdecydowanie najszybszy na wyjeździe - praktycznie z 1300m na poziom morza bez wypłaszczeń, często powyżej 60 km/h.Na Snow Road Już na dole jeszcze przez kilka km jedziemy wzdłuż skalistego Laerdalfjordu. W samym Laerdal gotujemy zupki chińskie na przegryzkę, ale już zaczynamy się zastanawiać co będzie z przejazdem przez ponad 6km tunel z zakazem dla rowerów, bo promu do Kaupangeru, który wg mapy miał stąd odpływać nie ma. Kuba próbuje zatrzymać jakiś większy samochód by nas przewiózł, ale nic z tego nie wychodzi. Nie mając specjalnego wyboru decydujemy się jechać. No i źle wcale nie było - Kuba, któremu zależało na jak najszybszym przejeździe zdrowo docisnął i praktycznie nie schodziliśmy poniżej 25 km/h (a było i trochę pod górę). Po drodze minął nas cały sznur samochodów, który wcześniej wysypał się z promu w Fodnes. Policji oczywiście nie było (spotkać radiowóz w Norwegii to nie lada sztuka), więc bez problemów dojeżdżamy do Fodnes na naszą pierwszą śródlądową przeprawę promową (aż 32 korony). Widoki na fiord mieliśmy przepiękne, a od podróżujących tu samochodem Polaków dostaliśmy czekoladę. Po dopłynięciu do Mannheller od razu wjeżdżamy w prawie 3km tunel, tym razem bez zakazu, ale za to sporo pod górę - kończy się na ok. 150m; jest za to zupełnie pusto - bo wszystkie samochody pojechały przed nami. Do Kaupangeru jest jeszcze trochę do góry, za to widoki na Laerdalfjord wprost nieziemskie. W trakcie rozbijania obozowiska (pod lasem, kawałek za Kaupangerem) z przerażeniem zauważam, że do Rack-Packa wyciekła mi większość wody z 10l worka Ortlieba. Kilometr wcześniej nabraliśmy wodę w domu przy drodze, niestety jego właścicielka, która nam jej użyczyła źle zakręciła worek, a ja tego nie sprawdziłem. Efekty są opłakane - większość rzeczy z torby mokra (na szczęście były to głównie ubrania na deszcz) ale największa strata to śpiwór - prawie cały przemoczony, a gdy był prany przed wyjazdem to na pełnym słońcu musiał się suszyć ze 3 dni. Kładę się więc w parszywym nastroju, a spać muszę w długich spodniach, bluzie i kurtce windstoperowej - strasznie to niewygodne, a i tak jest zimnawo. Zostać w Skandynawii bez śpiwora to nic ciekawego.

DALEJ >>>