NORDKAPP 2006




Wstęp

Nordkapp nie bez powodu nazywany jest Mekką rowerzystów. Pomimo ciężkich warunków - zarówno pogodowych, jak i terenowych (a może właśnie dlatego!) to miejsce ma w sobie magię przyciągającą co roku dziesiątki rowerzystów z całej Europy, a nawet i świata.
Wybierałem się tam już dobrych parę razy, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie - albo za mało funduszy, albo brak czasu, bądź też w okresie poprzedzającym wyprawę przekonywałem się do innej trasy, przez bardziej przyjazne (pogodowo) rowerzyście tereny. W tym roku wreszcie byłem odpowiednio zmotywowany, ponadto przez internet udało mi się znaleźć towarzysza na ten niełatwy przecież wyjazd. Kuba Wójcik z Tychów początkowo miał jechać na Nordkapp ze swoim kolegą trasą z Tallina przez Finlandię, z powrotem przez Szwecję. Ale na krótko przed wyjazdem kolega go wystawił, a gdy ja odpowiedziałem na jego ogłoszenie w sieci, postanowił zmienić trasę i wybrać się na dużo cięższy ale i znacznie piękniejszy wariant przez Norwegię.
W tym roku jadę na mocno zmodyfikowanym rowerze trekingowym - kierownica, manetki i przednia korba z "szosy" i bardzo jestem ciekaw jak taka kombinacja sprawdzi się "w praniu". Ponadto wreszcie zdecydowałem się na zakup aparatu cyfrowego, co pozwoliło na zrobienie znacznie większej ilości zdjęć niż na wcześniejszych wyjazdach. Bagaż (ze względu na spore zapasy jedzenia i ciepłe ubrania) mam rekordowy - równe 40kg w chwili wyjazdu !

I dzień - [S] - Karlskrona - Tving

DST 33,4 km - AVS 21,3 km/h - MAX 48,3 km/h - ALT 241 m

Ok. 5 rano spotykam się z Kubą na dworcu w Gdynii. Szybko udajemy się na przystań promową, z której ma odpłynąć nasz prom do Karlskrony. Zamieniamy rezerwacje na bilety, po czym dowiadujemy się, że z rowerami musimy przejść przez odprawę dla samochodów, a nie jak nam się wydawało dla pieszych.Odpływamy z Gdynii ! Trochę czasu się na to zeszło, ale w końcu "meldujemy się" na promie. Większość bagażu zostawiamy z rowerami (stoją razem z samochodami na dolnym pokładzie), ze sobą bierzemy tylko pieniądze, aparaty fotograficzne i karimaty, bo obaj mamy za sobą zarwaną nockę w pociągu. Pogoda wyśmienita, oczywiście obserwujemy moment wypłynięcia z portu - widok takiego ruszającego kolosa jak nasz prom robi wrażenie. Następnie oddajemy pieniądze i dokumenty do depozytu w recepcji i idziemy spać. Podróz schodzi dość szybko, z bardzo malowniczą końcówką, gdy płyniemy przez archipelag małych wysepek. Ponieważ po odprawie słońce stoi jeszcze dość wysoko (mimo, że jest już po 19) postanawiamy przejechać ze 20-30km - bo obaj starsznie jesteśmy ciekawi Skandynawii. A różnicę w stosunku do Polski widać gołym okiem szczególnie w architekturze - bardzo charakterystyczne żółte i czerwone drewniane domki, dużo lasów, na drodze ruch niewielki, asfalt idealny. Kierujemy się na Vaxjo i po 30km jazdy po łagodnych wzgórzach rozbijamy się na nocleg kawałek za wioską Tving (nigdzie nie ma budek telefonicznych!). Na biwaku obaj mamy problemy z kuchenkami - w mojej benzynowej pękła uszczelka i wycieka paliwo, natomiast Kuba swoją bardzo zminituryzowaną gazową może odpalić jedynie z malutkim płomieniem. W końcu zastępuję uszczelkę zwykłą gumką, ale nie jest to za pewne rozwiąznie. Przeżywamy też potężny atak komarów, których wraz ze zmierzchem (ok.22.30-23) przybywa w zastraszającym tempie.

II dzień - Tving - Eringsboda - Vaxjo - Rydaholm

DST 142,3 km - AVS 21,4 km/h - MAX 43 km/h - ALT 874 m

Rano po komarach nie ma śladu, dochodzimy też do tego jak obsługiwać maszynkę Kuby. Po 9 ruszamy w trasę - pogodę mamy idealną - słońce i jakieś 25'C. Krajobraz zbliżony jest do wczorajszego, chociaż w pełnym słońcu Skandynawia prezentuje się znacznie lepiej. Co chwilę zachwycamy się drewnianymi domkami, leśnymi pejzażami i malowniczymi jeziorami. Trochę zaskakuje nas spora ilość małych górek, czasem wcale nie tak łagodnych - takiego ukształtowania terenu patrząc na mapę raczej się nie spodziewaliśmy. Dość kiepsko jest tu ze sklepami - na pierwszy większy market trafiamy dopiero po 90km w Vaxjo. Ceny jak się tego spodziewaliśmy bardzo wysokie, ale mamy jeszcze dużo zapasów z Polski. Po dłuższym postoju ruszamy dalej- odcinek drogą nr 25 do Hjortsbergi jest nieciekawy, z dużym ruchem i silnym wiatrem w twarz. Po ok. 20 km z ulgą skręcamy więc na "27" do Boras. Po drodze stajemy na postój nad jeziorkiem, gdzie Kuba obserwując pływające miejscowe dzieciaki także decyduje się na kąpiel - ale za długo to nie trwało - wkrótce wychodzi przemarźnięty, więc taka chudzina jak ja nie ma co nawet próbować. Kawałek dalej rozkładamy się na nocleg na polu położonym kawałek od szosy.

III dzień - Rydaholm - Varnamo - Gislaved - Boras - Alingsas

DST 157,9 km - AVS 21,9 km/h - MAX 59,8 km/h - ALT 1084 m

Krajobraz mamy ciągle ten sam, powoli zaczyna nas już nudzić. Szybko pokonujemy 50km do miasta Gislaved, gdzie po przecięciu głównej szosy stajemy na postój w lasku. Na odcinku do Boras pogoda robi się coraz gorsza, a teren coraz bardziej pofalowany - trafiają się już podjazy po kilkadzieiąt metrów; także i wiatr nie rozpieszcza. Przed miastem już lekko mży, a gdy dojeżdżamy do centrum zaczyna padać - więc stajemy na dłuższy postój na przystanku autobusowym. Podczas gotowania chińskiej zupki moja maszynka znowu przecieka i postanawiam zamiast gumki miejsce po uszczelce zakleić na stałe poxipolem - i był to strzał w 10, bo do końca wyjazdu nie było już z nią problemów. W czasie odpoczynku deszcz przechodzi, więc ruszamy na ostatni dziś, najbardziej górzysty kawałek do Alingsas. Trafia się tam już podjazd przekraczający 100m oraz kilka ostrych ścianek, które pokonujemy jadąc zaledwie 10-12km/h, na zjeździe z jednej z nich dochodzę do prawie 60km/h - tego się po Szwecji raczej nie spodziewaliśmy! Już zdrowo zmordowani (ale humory poprawił nam powrót słońca) docieramy do Alingsas, skąd po zakupach jedziemy jeszcze parę km i rozbijamy się na malutkiej polance w lesie.

IV dzień - Alingsas - Trollhattan - Vanersborg - Frandefors - Hedekas - Gesater

DST 138,4 km - AVS 20,2 km/h - MAX 48,5 km/h - ALT 968 m

Pierwszy kawałek dzisiejszego dnia mamy niebrzydki - jazda wzdłuż jeziora, fajne podjazdy przez małe skalne wąwoziki. Niestety po dojeździe do drogi nr 42 w Solebrunn skręcamy na zachód i zaczyna się mordęga z czołowym wiatrem, dużo silniejszym niż mieliśmy przez dwa ostatnie dni. Zmieniamy się co 5km - w ten sposób da się jechać efektywniej niż samotnie, "w cieniu" zawsze można choć trochę odpocząć, niemniej 20km/h nieczęsto przekraczamy.W Szwecji nie brakuje tego typu malutkich malowniczych wąwozów Na pierwszy postój w ładnym Vanersborgu stajemy dopiero po 60km, w nagrodę mamy wspaniały widok na jedno z największych jezior Europy - Vanern. Prawdopodobnie to ono właśnie było odpowiedzialne za ten wiatr, bo wyraźnie wieje od wody i gdy jedziemy dalej do Frandefors w kierunku zbliżonym do wcześniejszego jest już o wiele lepiej. Po skręcie na Hedekas znowu zaczynają się krótkie i ostre górki. Pogodę ciągle mamy dobrą - jak na Skandynawię wręcz doskonałą. W sklepie w Fargelandzie kupuję aż 10 czekolad po zaledwie 3 korony (1,5zł) - takie okazje można znaleźć nawet i w Szwecji! Kuba trochę bojąc się, że natnie się na wyrób "czekoladopodobny" kupił tylko jedną, później żałował, bo w smaku niczym nie ustępowały wedlowskim. Jakieś 15-20km za Hedekasem, w rejonie wioski Gesater rozbijamy się na nocleg na polu pod lasem. Nie brakuje tu zwierzyny - pod wieczór na pole wychodzą (ok. 100m od nas) zające, widać też sarny, a Kuba w nocy słyszał bardzo głośne ryki - prawdopodobnie łosi.

V dzień - Gesater - [N] - Halden - Sarpsborg - Moss - Son - Berg



DST 142,5 km - AVS 21 km/h - MAX 53,4 km/h - ALT 1311 m

Początek trasy przypomina wczorajszą końcówkę, czyli sporo górek - widomy znak, że zbliżamy się do Norwegii. Po ok. 20km osiągamy granicę - żadnej kontroli tutaj nie ma, jedynie tabliczka z napisem Norge informuje o wjeździe do nowego państwa. Następnie przez ok.10km pagórkowatego terenu jedziemy wzdłuż linii kolejowej. W wiosce Prestebakke zastanawiamy się nad wyborem drogi do Halden, ale do tej wschodniej rychło zniechęca nas minimum 10% ścianka na samym jej początku, więc zawracamy w dół na drogę zachodnią. Był to bardzo dobry wybór, bo wkrótce zaczyna się piękny zjazd z wspaniałym widokiem na nasz pierwszy fiord (Idefjord). W Halden, gdzie stajemy na postój wzrok przykuwa forteca, z wysokiego wzgórza królująca nad miastem. Kuba na zjeździe nad InefjordZ Halden do Sarpsborga cały czas męczymy się z górkami, choć jeszcze w Polsce wydawało mi się, że do Oslo będzie raczej płaściutko - ale już teraz widzimy, że na odcinki bez gór nie ma co w Norwegii liczyć. Dość długo przedzieramy się przez brzydki, przemysłowy Sarpsborg, ale za to kawałek za miastem mamy świetną miejscówkę na odpoczynek - na ławeczkach tuż nad ładnym jeziorem, niedaleko nas jest plaża, a na niej wielu Norwegów, korzystających z wspaniałej pogody i wolnego dnia (jest sobota). Do Moss jest w miarę płasko, za to kawałek za tym miastem wjeżdżamy na boczną drogę do Son, która nas nieźle wykańcza - przynajmniej ze dwa ostre podjazdy po ponad 100m, parę mniejszych - to powoduje, że rychło uznajemy, że na dziś starczy już tego dobrego i po nabraniu wody w stadninie koni, rozbijamy się na leśnej dróżce odchodzącej od naszej szosy. Dzisiejszego dnia podjechaliśmy aż 1311m - a więc bardzo przyzwoity wynik, niewiele więcej robiłem i w Alpach, a przecież dziś tak naprawdę nie zaliczyliśmy większej górki - to mniej więcej pokazuje charakterystykę jazdy po Norwegii.

DALEJ >>>