MARCOWE ALPY 2010




VI dzień - Misurina - Passo Tre Croci (1807m) - Cortina d'Ampezzo - Passo Falzarego (2105m) - Arabba - Passo Pordoi (2239m) - Canazei - Predazzo - Cavalese



DST 117,5 km - AVS 17,4 km/h - MAX 59,3 km/h - ALT 2153 m


Od połowy nocy już nie padało, ale dopiero rano okazało się dlaczego miałem takie wrażenie - mianowicie padał nie deszcz, a śnieg, który świeżym puchem pięknie udekorował okolicę i mój namiot. Ale za to przez noc pogoda zmieniła się totalnie - jest fantastyczne słońce, na niebie nie ma żadnej chmurki. Ruszam późno, po 9 (czekałem aż się zrobi cieplej, by odzipnąć po zimnej nocy) - ale z zupełnie inną motywacją niż miałem wczoraj wieczorem; jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie, za to że wczoraj nie wymiękłem, że wytrzymałem te fatalne warunki - dzisiaj dostałem nagrodę w postaci wspaniałej pogody :))
W tych warunkach postanawiam oczywiście wrócić do Misuriny - jak dla mnie najpiękniejszego miejsca Dolomitów. Sprawnie zaliczam 100m podjazd, dojazd do jeziora wspaniały - wreszcie widzę w całości słynny masyw Tre Cime di Lavaredo, co nie było nam z Mikim dane w 2009 roku. Chwilę spędzone na jeziorem zapamiętam na długo, niestety akurat nie zorientowałem się, że zaparował mi obiektyw w aparacie, więc zdjęcia nie oddadzą tych wspaniałych widoków, a widok Dolomitów w Misurinie zimą w pełnym słońcu - jest jednym z najpiękniejszych jakie w życiu widziałem. Trochę tam posiedziałem, ale reszta Dolomitów czekała - więc wracam z powrotem na skrzyżowanie i zaliczam ostrą ścianę doprowadzającą na Passo Tre Croci (1807m). Na zjeździe z przełęczy mijam położoną blisko stację narciarską, a jako że jest sobota, narciarzy nie brakuje, niektóre wyciągi przejeżdżają wprost nad szosą, z 10 lat temu też miałem okazję jeździć na nartach w tym rejonie, szczególnie wyciąg prowadzący pod masyw Cristallo robi wielkie wrażenie. Zjazd do Cortiny obfituje w piękne widoki, samo miasto położone jest niesamowicie - w głębokiej kotlinie, otoczonej wielkimi szczytami przekraczającymi 3000m; jestem tu już któryś raz, ale za każdym robi na mnie wielkie wrażenie, a w zimowej szacie jest wyjątkowo piękne.
Z Cortiny ruszam na Falzarego, to także narciarska przełęcz - co powoduje, że jest jednym z bardzo niewielu dwutysięczników przejezdnych zimą, normalnie przełęcze tej wysokości otwiera się w Alpach dopiero w maju (i to często w drugiej połowie). Przed Pocolem ostatnie spojrzenia na wspaniałą kotlinę Cortiny - i kontynuuję podjazd. Ten nie należy do specjalnie wymagających, ale za to przewyższenie bardzo duże, pod koniec czuje się już górę mocno w nogach. Od wysokości 1400-1500m wszystko jest we śniegu, im wyżej tym go więcej. Od 2000m gdy wydostaję się nad poziom lasu widoki są coraz szersze, niektóre trasy narciarskie są położone tuż przy samej szosie, zjeżdżających z góry mijam o parę metrów. Na szczycie melduję się w dobrej formie i natychmiast przebieram się w ciepłe ciuchy (na szczycie 2'C a ja wjeżdżałem tu w krótkich spodenkach :) i ruszam w dół. Po drodze malowniczy tunel (w tunelach powyżej 1500m trzeba bardzo uważać, bo nierzadko są podlodzone). Zjazd niestety w większości mokry (szczególnie u góry), w końcówce już rąk nie czuję od hamowania; do tego jak większość zjazdów w Dolomitach jest bardzo kręty i cały czas trzeba uważać, cały czas jechać na hamulcach.
Od skrętu na Caprile (jakieś 1450m) jest spory kawałek wypłaszczenia, jadę w stronę Arabby, przed miasteczkiem zza załomów doliny wyłania się szeroki widok na skalny masyw Gruppo di Sella, jeden z piękniejszych krajobrazów Dolomitów. W Arabbie setki narciarzy, odpoczywam tu dłużej przed podjazdem. Passo Pordoi - sporo cięższe od Falzarego i co ciekawe z tej strony to jeden z nielicznych podjazdów w Dolomitach na którym nie ma lasu, więc widoki mam bardzo szerokie, z królującym nad wszystkim masywem Gruppo di Sella; wszędzie leżą masy śniegu, którego zwały przy drodze nieraz przekraczają 2-3m, mijam wiele wyciągów i wielu narciarzy. Na szczyt docieram już nieźle podmęczony, ale i bardzo usatysfakcjonowany wspaniałymi widokami, na przełęczy jest zaledwie 1'C. Zjazd jeszcze gorszy niż z Falzarego, niesamowicie kręty. Na skręcie na Passo Sella odpocząłem by dać wypocząć dłoniom bolącym od klamek, ale gdy ruszam - przekonuję się że mam flaka z przodu. Dętki nie dało się załatać (za duży szum samochodów wracających w góry by usłyszeć uchodzące powietrze, więc zakładam nową dętkę). Z ulgą docieram do Canazei, bo tu kończy się ostry zjazd i zaczyna jazda w dół doliny, bez tych setek zakrętów które tak męczą na klasycznych dolomickich zjazdach z mokrą jezdnią. I rzeczywiście ten kawałek jechało się bardzo szybko, nawet pod 60km/h - ale jechało do momentu gdy przekonałem się, że dalej schodzi mi powietrze z przedniego koła. Już nieźle wkurzony zjechałem spory kawałek z szosy by w spokoju naprawić dętkę (wcześniej byłem pewny że to od rozgrzanej obręczy) - ale teraz po wnikliwszym zbadaniu okazało się, że było to klasyczne przebicie na szkle, które zostało w oponie i przebiło kolejną dętkę.
Naprawiam dętkę i kontynuuję zjazd, aż do Predazzo jedzie się bardzo szybko, przed Cavalese już bardziej się wypłaszcza. Zaczynam się rozglądać za noclegiem (jak zwykle jest już ciemno), nie chciałem się pakować w kolejny podjazd, który zaczyna się za Cavalese, a do reszty zniechęcił mnie kolejny przeciek w dętce z której powoli uchodzi powietrze; nocuję w niebrzydkim miejscu nad rzeką. Ale dzień zdecydowanie oceniam pozytywnie, obfitował w masę wrażeń, a widokowo był to jeden z najpiękniejszych jakie przeżyłem na rowerze na wielu swoich wyprawach.

VII dzień - Cavalese - Passo San Lugano (1097m) - Ora - Mezzolombardo - Cles - Dimaro - Passo Tonale (1883m) - Ponte di Legno - Edolo



DST 151 km - AVS 20,1 km/h - MAX 54,1 km/h - ALT 2147 m


Rano szybko biorę się do kolejnej naprawy dętki, dochodzę do wniosku, że ta którą miałem na zapas jest jakaś lewa (nie mogłem wykryć dziury), więc łatam tą pierwszą (cienką Extra Light) - i na tym na szczęście moje problemy z gumami na tym wyjeździe się skończyły. Na starcie zaliczam podjazd na małą przełęcz San Lugano, dość łagodny, z którego zaczyna się długi zjazd do Ory, aż do doliny Adygi położonej na 200m, szybki i przyjemny z suchą nawierzchnią i bez setek zakrętów.
Na dole cieplutko, kawałek w stronę Trydentu pokonuję z dużą przyjemnością, zupełnie płasko (miła odmiana po ciężkich górach), wiatr w plecy, piękne widoki, bo dolinę otaczają wielkie góry, wysokie na 1000-1500m, a w tle widać także i zaśnieżone szczyty, szkoda że na dole jeszcze nie zrobiło się zielono, ale praca w winnicach juz wre. Długo się zastanawiałem jaką podjąć decyzję co do dalszej trasy - czy znowu wjechać w góry, czy też pojechać łatwiejszą, ale też piękną drogą nad jeziorem Garda. Przeważyła w końcu dobra pogoda - zdecydowałem się jeszcze raz wjechać w wysokie góry, w stronę przełęczy Tonale, skąd też można wybrać różne warianty kolejnych dni. W Mezzolombardo opuszczam więc żyzną dolinę Adygi kierując się w stronę miasteczka Cles. Pierwsza część tego odcinka ciekawa, jazda wąskim wąwozem, trochę górek; w drugiej niestety zaczęły się zakazy dla rowerów, a w takim terenie wolałem nie ryzykować jakiś objazdów i kilkanaście km (w tym duży podjazd na ok. 600m) przejechałem tą trasą. Za Cles jedzie się już elegancko, przerzucam się do doliny którą będę kontynuował bardzo długi podjazd na Tonale, pogoda ciągle świetna, dużo słońca (w końcu jadę przez Val di Sole!), na horyzoncie coraz wyraźniej widać wielkie lodowce w rejonie przełęczy.
Przed Dimaro staję na długi odpoczynek, niestety mocno daje się we znaki wiatr, całą pierwszą część podjazdu muszę z nim walczyć, dopiero wyżej na ok. 1000m przycicha. Podjazd na Tonale nie należy do jakiś super-ciężkich, ale jest to podjazd bardzo długi, z samego dołu Val di Sole to aż prawie 1300m przewyższenia, z Dimaro niemal 30km cały czas pod górę, a ja do tego na szczycie będę miał już aż ok. 120km w nogach. Na szczęście dzisiaj akurat jest zmiana czasu, na którą bardzo długo czekałem, na tej długości geograficznej słońce zachodzi ok. 19.30, co jest dużo wygodniejsze dla rowerzysty niż wcześniejszy świt. Podjazd idzie w miarę sprawnie, z reguły nachylenie ma 5-7%, aczkolwiek są i ostrzejsze fragmenty; droga prowadzi przez większość góry trawersem północnego zbocza doliny. Na ok. 1500-1600m mijam Fort Strino, gdzie w czasie I wojny światowej (wówczas ten teren należał do Austro-Węgier) toczyły się ciężkie walki, nie zazdroszczę żołnierzom, którzy musieli szturmować tak naturalnie obronne miejsca.
W końcówce coraz piękniejsze widoki (choć niestety słońce za chmurami), od 1500m znowu wkraczam w krainę śniegu i lodu, wiele tuneli przeciwśniegowych. Końcówka od ok. 1800m łagodna, sama przełęcz to wielki kompleks narciarski, niestety nie grzeszący urodą, stoją tu nawet 10-piętrowe hotele, zupełnie nie pasujące do srogiego górskiego krajobrazu, nie zadbano o stylistykę tej osady, jak to ma miejsce w wielu innych kurortach alpejskich, gdzie zysk z turystyki nie musi być opłacany kiczowatymi budynkami pasującymi do wielkich miast, nie dwutysięcznych niemal gór.
Na szczycie powoli zaczyna już zmierzchać, szybko się przebieram i ruszam w dół do Ponte di Legno, droga na szczęście sucha. Zgodnie z moim oczekiwaniem droga na Gavię jest zamknięta (gdy byliśmy tu w 2008, pod koniec maja ledwo przejechaliśmy, nawet wtedy wg znaków jeszcze była zamknięta). Kontynuuję więc zjazd do Edolo, bardzo szybki, niestety pokonywany już nocą. Samo Edolo to przyjemne miasteczko, choć wyjazd w stronę Passo Aprica to od razu dość ostry podjazd, a ja jestem już mocno zmęczony i szukam odpowiedniego miejsca na rozstawienie namiotu, a takowego tu jak na złość długo nie mogę znaleźć, bo bardzo wąska droga prowadzi ostrym zboczem. Za to jako rekompensatę włożonego trudu - dostaję piękne widowisko w postaci wspaniałego księżyca oświetlającego ogromne zaśnieżone trzytysięczniki otaczające miasteczko, mimo nocy są doskonale widoczne. W końcu udaje mi się znaleźć fajną miejscówkę blisko drogi i już mocno zjechany z apetytem wcinam zwyczajową wieczorna porcję makaronu :)

VIII dzień - Edolo - Passo Aprica (1176m) - Tirano - [CH] - Passo Bernina (2330m) - Sankt Moritz - Maloja Pass (1815m) - [I] - Chiavenna - San Cassiano



DST 140,5 km - AVS 19,4 km/h - MAX 82,1 km/h - ALT 2503 m


Pierwszy odcinek dzisiejszego dnia - to podjazd na Passo Aprica, przyjemny, część wąskim wąwozem, łagodny - w sam raz na początek ciężkiego dnia. Przełęcz położona jest w sporym miasteczku o tej samej nazwie. O ile od Edolo to łatwy podjazd - to z drugiej stronę nachylenie jest znacznie ostrzejsze, ze zjazdu mam bardzo szeroki widok na dolinę Sondrio. Na mapie wypatrzyłem sprytny skrót, który pozwalał zjechać z podjazdu prosto do Tirano, bez konieczności jazdy na sam dół do Tresendy. W Tirano robię zakupy - i ruszam na podjazd na Berninę, przygotowany psychicznie na ciężką rzeźnię. Byliśmy na tej górze w 2008, ale wtedy pokonywaliśmy ją od strony Sankt Moritz, a stamtąd to łatwiutki podjazd; natomiast z Tirano (położonym zaledwie na 450m) to jeden z najcięższych podjazdów Europy, nie tylko ogromne przewyższenie (1900m!), ale również i bardzo wymagające nachylenie na większości trasy, wtedy w dół przekraczaliśmy nawet 70km/h, a 60km/h nieraz.
Po ok. 2-3km docieram na granicę szwajcarską, tutaj jest normalna kontrola graniczna, podjazd od samego początku ostry, nierzadko po 8-9%. Ale dzięki temu wysokość zyskuje się dużo szybciej niż na wczorajszym Tonale, choć oczywiście kosztem większego wysiłku. Na niecałym 1000m jest kilkukilometrowe wypłaszczenie nad malowniczo położonym jeziorem Poschiavo, w tle widać już wiele zaśnieżonych szczytów, trochę brakuje słońca, aczkolwiek pogoda stabilna. Ten kawałek nad jeziorem bardzo mi pomógł odsapnąć i złapać drugi oddech - bo kolejna część podjazdu jest bardzo wymagająca, przez długie kilometry nachylenie poniżej 8% nie spada. Ale mimo tego jechało mi się bardzo sprawnie, tysiąc kilometrów niełatwych tras zrobił swoje, bez postoju udało mi dociągnąć aż na 1650m. Tam staję na dłużej w lesie (dookoła leży już trochę śniegu). Ostatnia część podjazdu też ciężka, aczkolwiek są 2-3 trochę łagodniejsze kawałki na których mogę złapać oddech. Powyżej 2000m śnieg jest już wszędzie, ogromne zaspy czasem nawet po kilka metrów. Ponad granicą lasu pojawiają się wspaniałe widoki, do tego wyszło słońce - więc jedzie się bardzo przyjemnie, podjazd tak nie męczy, sporo fotografuję - bo jest co, droga jest poprowadzona bardzo efektownie. Skręt na Forcolę di Livigno zupełnie zaśnieżony, nawet nie ma co próbować tam uderzać, bo na dzień dobry witają dwa metry śniegu (w 2008 dojechaliśmy na 2222m :). Końcówka robi na mnie duże wrażenie, kocham takie widoki, dla nich warto było się tak męczyć!
Na szczycie nieoczekiwanie spotykam szwajcarskiego rowerzystę, który tu wjechał z drugiej strony (to chyba jedyny rowerzysta spotkany przeze mnie na całej wyprawie na tak dużej wysokości, liczni szosowcy wyżej jak 1000m się nie zapuszczali). Szwajcar jedzie z małą sakwą do Włoch, ubrany w kamizelkę odblaskową - bo jak mi tłumaczył obawiał się bardzo włoskich kierowców; pojechałby sobie drogą do Szombathely - to zaraz by za tymi Włochami zatęsknił :)). Po paru fotkach na szczycie przełęczy ruszam w dół, wiele sobie obiecując po zjeździe, bo z 2008 pamiętałem że jest tu "jasna, długa, prosta, szeroka jak morze Trasa Łazienkowska" :); jednym słowem odcinek na którym można docisnąć, a nieźle wiało w plecy. I nie myliłem się, wyciągnąłem aż 82,1km/h, zaledwie 0,7km/h od mojego rekordu. Takie prędkości, szczególnie z bagażem to już zupełny hardcor, iluzoryczna kontrola nad rowerem, na zakręcie przy jakiś 75km/h wyrzuciło mnie na środek jezdni, na szczęście nic nie jechało, jak to mawiają - "no risk, no fun", czasem adrenalina bierze górę nad rozumem :))
Do Pontresiny, na 1700m, gdzie kończy się zjazd docieram błyskawicznie, mijając się po drodze parę razy ze słynnym ekspresem Bernina - najwyższą koleją Europy (jeśli nie liczyć puszczonej niemal całkowicie w tunelu Jungfraubahn); czerwonego wagoniki kolei kapitalnie prezentują się na tle skutego lodem Lago di Bianco położonego pod samą przełęczą. Z Pontresiny już mniej ciekawa jazda - podjazd do Sankt Moritz w dużym ruchu, na kolejny postój zatrzymuję się nad zamarzniętym jeziorem o tej samej co miasto nazwie. Pogoda powoli psuje się coraz bardziej, jest zimno, coraz więcej ciemnych chmur. Odcinek na przełęcz Maloja (z tej strony to właściwie żadna przełęcz) nieprzyjemny, cały czas pod zimny, mocny wiatr, który nad kilkoma jeziorami, wzdłuż których się jedzie nieźle obciąga. W końcówce są już zaledwie 2'C (mniej niż na dużo wyższej Berninie) i zaczyna pada śnieg. Z ulgą więc zjeżdżam w dół - a warto dodać, że zjazd z Maloji do Włoch to jeden z najwspanialszych europejskich zjazdów. Początek to masa serpentyn, ale jakieś 200m poniżej przełęczy zaczyna się wspaniała szybka jazda, aż do samej Chiavenny, w nowo wybudowanym tunelu (nie było go tu w 2001, gdy jechałem tą trasą) przekraczam 70km/h. Chiavenna leży na zaledwie 300m, więc deniwelacja jest ogromna, ponad 30km zupełnie za darmo. Na dole jest o wiele cieplej (12-14'C), aczkolwiek pogoda niespecjalna, deszcz wisi w powietrzu. Szybko robię więc zakupy, wyjeżdżam kawałek za miasto i rozbijam się w akacjowym lasku, rychło w czas, bo wkrótce zaczęło padać.

IX dzień - San Cassiano - Santa Agata - Lecco - Bergamo



DST 100,4 km - AVS 20,4 km/h - MAX 36,3 km/h - ALT 376 m


Ostatni dzień wyjazdu - to ulgowa trasa do Bergamo, skąd następnego dnia rano mam wracać samolotem, odcinek niemal zupełnie płaski. Sporo sobie po nim obiecywałem, bo trasa prowadzi nad przepięknym jeziorem Como, w 2001 roku było tu przepięknie. Niestety tym razem pogoda nie dopisuje, pół nocy padało, a gdy ruszam już lekko mży, przez co widoki są ograniczone. Szybko docieram nad jezioro Como i zaczyna się piękny odcinek, wrażenie robią liczne wioski wspaniale wpasowane w górski krajobraz (jezioro otaczają wysokie na 2000m szczyty); co jedna to piękniejsza. Ale to jednak nie to samo co latem - brakuje zieleni (choć są już np. palmy) i przede wszystkim słońca. Za Varenną zaczyna porządnie padać i jedzie się już nieciekawie, leje do samego Lecco. To miasto również piękne (w centrum), ale sporo za duże; droga w stronę Bergamo fatalna, wybrałem boczną przez Calolziocorte - a okazało się że jest na niej ogromny ruch, cały czas właściwie typowo miejska jazda, bo jedno miasteczko zaraz przechodzi w drugie, robią się długie korki.
Tak więc końcówkę wyprawy miałem niestety bardzo nieciekawą, tym bardziej, że jakieś 15km przed Bergamo znowu zaczęło lać, tym razem mocniej. Również przez samo Bergamo długo się przebijałem, po wizycie w sklepie rozpętała się regularna ulewa, lało potężnie, szybko kieruję się w stronę lotniska i rozbijam na polu na skraju miasta. Ta ulewa którą miałem - to był dopiero przedsmak ogromnej burzy, trwającej kilka godzin, pioruny waliły co chwilę, na szczęście porządnie rozstawiłem namiot, bo przez dobre pół godziny również wichura była nie z tej ziemi. Niemniej większość rzeczy miałem mokrych, namiot rozkładem w silnym deszczu, a to do przyjemności nie należy.
Następnego dnia pogoda wraca do normy, na lotnisko mam zaledwie 2km, przelot do Warszawy przebiega bez problemów, już przed 12 jestem w Polsce.

Podsumowanie

Na całej trasie pokonałem łącznie 1478,7km, maksymalna prędkość to aż 82,1 km/h (wspaniały zjazd z Berniny), najdłuższy odcinek dzienny to 250,9 km (płaski odcinek naddunajski), łączna suma podjazdów 14 030m, największy dzienny podjazd to 2503m (królewski dzień wyprawy z podjazdem na Berninę). Gwoli statystyki warto dodać, że używałem na trasie licznika CM 434 z wysokim progiem zliczania podjazdów (aż 5m), VDO Z3 akurat w tym czasie wymieniali mi w Niemczech po wypadku z feralną podstawką.
Wyjazd bardzo udany, udało się zrealizować większość planu (a tego nie miałem specjalnie ścisłego poza pierwszymi dniami). Głównym celem było zobaczenie wysokich gór w zimowej szacie - i to udało się w pełni; wspaniała pogoda drugiego dnia w Dolomitach dała mi niesamowite wrażenia estetyczne, także na Tonale i Berninie widoki były pierwszej klasy. Wyjazd fizycznie bardzo wymagający, ograniczyłem bagaż do minimum (jakieś 15-17kg); w miarę się to sprawdziło. W wysokich górach karty rozdaje pogoda, miałem dwa ciężkie dni pod tym względem, szczególnie ten pierwszy w Dolomitach - i wtedy jednak tego bagażu brakuje najwięcej; gdyby naprawdę zła pogoda trwała dwa z dni z rzędu - z tą ilością ekwipunku byłoby już bardzo kiepsko, trasa wymagała by dużej korekty, a skorzystanie z hotelu okazałoby się pewnie konieczne, co znacznie powiększyłoby koszta.