MARCOWE ALPY 2010




Wstęp

Na tegoroczny wypad w Alpy wybrałem się dość spontanicznie, bez specjalnych przygotowań, wraz z pojawieniem się dobrej pogody pod koniec marca (po długiej i upierdliwej zimie) - od razu postanowiłem ruszyć na dłuższą trasę, głód roweru okazał się za duży :) Niby zimą też jeździłem - ale to jednak nie to samo, nie ta przyjemność. Cel trasy postawiłem sobie ambitny - Alpy w marcu na rowerze to poważne wyzwanie, kluczowa miała się okazać pogoda - ale widoki zaśnieżonych szczytów i przełęczy, które zapamiętałem z majowego wypadu w 2008 okazały się bardzo kuszące.

I dzień - [PL] - Bielsko-Biała - Milówka - Koniaków - Zwardoń - [SK] - Cadca - Żylina - Klacno



DST 160,3 km - AVS 21,6 km/h - MAX 67,5 km/h - ALT 1630 m


By zaoszczędzić trochę czasu (którego nie miałem za wiele) na trasę ruszam z Bielska-Białej dokąd dojeżdżam pociągiem (skubańcy z PKP wprowadzili dodatkową dopłatę do ekspresu IC 25zł!). Pierwszego dnia podróżuję wspólnie z Damianem Karwotem, spotykamy się na dworcu w Bielsku. Pogoda nadspodziewanie dobra - słonecznie, 15-17'C, jadę więc w krótkich spodenkach (na ich zabranie zdecydowałem się w ostatniej chwili). Wyjeżdżając z miasta trochę się zagadaliśmy i efekcie pojechaliśmy na Szczyrk zamiast na Żywiec. Skręcamy więc w bok (na szczęście wiele nie straciliśmy) i wracamy na główną drogę do Żywca. Jedzie się bardzo przyjemnie, wiatr w plecy, wspaniała pogoda, trasa dość płaska, kilometry same lecą. Na pierwszy postój zatrzymujemy się w Milówce, po odpoczynku czeka nas główne danie dzisiejszego dnia - czyli podjazd na Ochodzitą pod Koniakowem. Za Kamesznicą zaczyna się ściana płaczu, początkowo 10-14% (wtedy okazuje się, że mój nowo założony łańcuch na najmniejszej zębatce działa tylko z dwoma największymi tarczami kasety, co jednak mocno przeszkadza). Druga część podjazdu w rejonie lasku i ponad nim - to już potężne nachylenie przekraczające 20% (maks 24%), co czyni tą górę jedną z najostrzejszych w Polsce, z bagażem podjeżdża się tu ledwo-ledwo, ale na najcięższych fragmentach dałem radę bez zatrzymywania się. Na skręcie trochę wypłaszczenia (robimy fotki), po czym końcówka znowu zabójcza, w nagrodę mamy szeroki widok z grani na którą docieramy.
Tutaj żegnam się z MadManem (który wraca rowerem do Rybnika) - dzięki za wspólną trasę. Dalej ruszam w stronę Zwardonia, po drodze próbuję coś zrobić z małą tarczą - ale nie przynosi to rezultatów, najprawdopodobniej jest już za bardzo zjechana, bądź wózek przerzutki jest za krótki. Przed granicą zaliczam podjazd na około 700m, skąd zaczyna się długi zjazd kończący się właściwie aż w Cadce, początek dość ostry, z wiatrem wyciągam 67,5km/h. Początek trasy przez Słowację raczej nieciekawy, a parę kilometrów przed Cadcą, gdy wjeżdżam na główną drogę zaczyna się duży ruch i tak jest właściwie do Żyliny. Tutaj łapie mnie zmrok, ale jako że plan mam bardzo - jadę dalej. Pierwsze 20km do Rajca idzie sprawnie (jasna, księżycowa noc), ale gdy zaczyna się podjazd "siadam" dość szybko, bardzo się musiałem namęczyć by wjechać na położony na ok. 800m szczytach. Nie wiem - czy już tak byłem zmęczony, czy może podjazd aż tak ciężki (nie widziałem nachylenia na liczniku). Do tego zrobiło się zimno, na górze 1'C, szybko zjeżdżam i na pierwszej lepszej polance rozbijam się na nocleg.

II dzień - Klacno - Prievidza - Partizanskie - Nitra - Sala - Medvedov - [H] - Gyor - Csoma - Pali



DST 250,9 km - AVS 23,6 km/h - MAX 47,6 km/h - ALT 433 m


Wstaję już o 5.30, ruszam na trasę parę minut po 7 bo dziś czeka mnie bardzo długi odcinek przelotowy. Początek elegancki - sporo w dół i do tego z wiatrem, tak że przez dobre 25km miałem średnią powyżej 30km/h. Później stopniowo teren stawał się zupełnie płaski, natomiast wiatr zmieniał kierunek na przeciwny i już tak dobrze nie było. Tereny raczej niespecjalne, aczkolwiek ta trasa na pewno jest ciekawsza niż śmiertelnie nudna droga z Żylina do Bratysławy przez Trencin. Tutaj długo jedzie się szeroka doliną otoczoną górami, tak więc jest trochę widoków. Za Partizanskiem skręcam w boczną dróżkę, którą całkiem sympatycznie się jechało aż do przedmieść Nitry. W samej Nitrze duże wrażenie robi zamek biskupów malowniczo położony na wzgórzu z którego króluje nad miastem. Za Nitrą trochę pagóreczków (staję tu na dłuższy odpoczynek), po czym trasa robi się idealnie płaska - znak że zbliżam się do niziny Dunaju. W Sal'a przekraczam Vah i jadę w stronę węgierskiej granicy. Na szczęście wiatr osłabł, właściwie zupełnie zanikł, więc jedzie się całkiem sprawnie, tereny niebrzydkie, widać, że mieszka tu sporo Węgrów, napisy w miejscowościach i na urzędach są dwujęzyczne. Granica efektowna - bo na szerokim w tym miejscu Dunaju.
Po węgierskiej stronie szybko wita mnie prawdziwa zmora tego kraju - czyli zakazy jazdy rowerem. I trzeba przyznać, że są stawiane z prawdziwie przerażającą konsekwencją, regularnie powtarzane co skrzyżowanie (szczególnie dobrze widać to w samym Gyorze). nie ma dla nich żadnej sensownej alternatywy, chcąc podróżować po tym kraju trzeba się liczyć z ich łamaniem (inna sprawa, że mało kto się nimi przejmuje, włącznie z policją). W Gyorze skręcam mocniej na zachód, droga robi się bardzo nieprzyjemna, z wielkim ruchem, głównie tirów. A co zabawne - właśnie tutaj gdy te zakazy miałyby rację bytu, to występują bardzo rzadko. Po ok 220km pokonanych tego dnia robi się ciemno i końcówkę pokonuję po zmroku, jechało się bardzo nieciekawie, kierowcy tirów jeżdżą tu stadami (nawet po 5-7 pojazdów naraz), w ogóle się nie licząc z innymi uczestnikami ruchu, taką kolumnę wyprzedza się samochodem bardzo niewygodnie, a rower mijają na przysłowiową gazetę. Ale jak wspomniałem plan miałem napięty i dlatego jechałem do ustalonego punktu, nie chcąc później nadrabiać w górach. Nocuję na przydrożnej łące, dobrze osłonięty zagajnikiem od szosy.

III dzień - Pali - Szombathely - [A] - Heiligenkreutz - Gleisdorf - Graz - Pichling



DST 200,1 km - AVS 22,1 km/h - MAX 62,4 km/h - ALT 775 m


Od rana kontynuuję jazdę trasą dla tirów, wielki ruch mam aż do Szombathely, gdzie po ok. 70km z ulgą opuszczam tą okropną trasę, która tylko potwierdziła moje niskie zdanie o przyjemnościach rowerowych podróży po Węgrzech. Samo Szombathely niebrzydkie, podobnie jak boczna droga w stronę granicy (przez Jak) na którą wjechałem. Wreszcie jest trochę wzgórz, wreszcie są niebrzydkie miasteczka, jedzie się znacznie przyjemniej. Po ok. 25km wracam na główniejszą drogę do Heiligenkreutz, ale tu już nie ma takiego ruchu jak do Szombathely, do tego pomaga mi wiatr w plecy. Wjazd do Austrii - to przede wszystkim zauważalne gołym okiem polepszenie się jakości dróg, które są gładkie jak szklanka. Także i austriackie miasteczka znacznie różnią się od węgierskich, dobrobyt widać tu wyraźnie, ciągle istnieje duży przeskok pomiędzy Wschodem i Zachodem. Pierwsze kilometry po Austrii płaskie, ale później zaczynają się pierwsze podjazdy, przed Gleisdorfem, oraz już całkiem spore górki przed Grazem, gdzie muszę wjechać aż na 550m, a na horyzoncie pojawiają się coraz wyższe szczyty dając mi przedsmak tego co mnie będzie czekać w najbliższych dniach. Graz niebrzydki, szczególnie centrum, jednak jak na rower miasto trochę za duże, nie za przyjemnie wjeżdża się do takiego molocha po kilkuset km pozamiejskich tras. Za Grazem łapie mnie zmrok, przedzierając się przez liczne małe górki zaczynam się rozglądać za miejscem na nocleg, o co w gęsto zaludnionej w tym rejonie Austrii nie tak łatwo. Ale trafił się fajny lasek, w który zjechałem kawałek w bok - i w nim elegancka miejscówka na rozstawienie namiotu.

IV dzień - Pichling - Koflach - Packsattel (1196m) - Wolfsberg - (705m) - Volkermarkt - Klagenfurt - Maria Worth - Riegersdorf



DST 185,5 km - AVS 19,4 km/h - MAX 55,6 km/h - ALT 1830 m


Rano pogoda doskonała - słońce, dość ciepło, aż chce się jechać w góry. A te dzisiaj zaczynają się na dobre, od razu na starcie czeka mnie duże wyzwanie - podjazd na Packsattel, a że startuję z niecałych 400m - to oznacza to konieczność pokonania wielu kilometrów pod górę. Początek to jeszcze jazda przez aglomerację Grazu, który jest "obrośnięty" wieloma małymi miasteczkami niczym kiść winogron, a gdy jadę wczesnym rankiem - setki kierowców spieszą w przeciwnym kierunku do pracy. Droga trochę niewygodna, trzeba było nieco polawirować, bo pojawiały się też drogi ekspresowe, przydaje się GPS. Dopiero za Koflach ruch spada i zaczyna się prawdziwe alpejska jazda. Początek góry to kilka ostrych ścian (już w samym Koflach) i równie ostrych zjazdów, następnie zaczyna się dość równomierny wymagający (5-7%) podjazd na ok. 800m, wypłaszcza się przed Edelschrott, jest sporo otwartego terenu, więc i widoki mam coraz ciekawsze. Wypłaszczenie ciągnie się dość długo, jest kilka zjazdów, druga część podjazdu (nieco ostrzejsza) głównie w lesie, powoli pojawia się trochę śniegu przy drodze, bo wysokość przekracza już 1000m. W miasteczku Pack nabieram wodę (liczne kraniki z krystalicznie czystą wodą przy drodze to prawdziwe błogosławieństwo krajów alpejskich); kawałek dalej wjeżdżam na samą przełęcz stanowiącą granicę pomiędzy austriackimi landami Styrią i Karyntią.
Zjazd długi i szybki, właściwie niemal cały odcinek do Wolfsbergu pokonuję w dół, choć na już bardziej płaskiej końcówce z Twimbergu zaczyna się dawać we znaki nieprzyjemny, zimny i przeciwny wiatr, który będzie mi towarzyszyć przez dobre 30km. Wolfsberg niespecjalne ciekawy, natomiast znacznie ładniej prezentuje się małe miasteczko Sankt Andra, które wita mnie ostrą ścianką doprowadzającą do pięknego zamku. Kawałek dalej już mocno zmęczony trasą (ponad 80km) staję na dłuższy odpoczynek po którym ruszam na bezimienną przełęcz o wysokości 705m, którą nieco zlekceważyłem, myśląc że "łyknę" ja bez problemów, a tymczasem wymęczyła mnie bardziej niż Packsattel, końcówka z nachyleniami po 10-12%. Na szczycie musiałem chwilę odsapnąć, ale od tego momentu złapałem drugi oddech i do Klagenfurtu jechało się bardzo sprawnie. Duzym plusem całej dzisiejszej drogi jest to że prowadzi z grubsza wzdłuż autostrady A2, co powoduje że na mojej drodze ruch jest całkiem znośny, trochę przeszkadza tylko w rejonie większych miast. W Klagenfurcie trochę zabawiłem, bo wymieniałem linkę do przerzutki, bo okazało się że ta którą miałem była za gładka dla wskaźnika przełożeń przez który przechodziła i który przez to źle działał, co mi jednak przeszkadzało. Po wymianie biegi chodzą nieco gorzej, ale wskaźnik już działa, więc opuszczam Klagenfurt trasą nad jezioro Worther. Trasa puściutka, bardzo spodobał mi się ten kawałek, droga często prowadzi nad samymi wodami jeziorami i można podziwiać piękne widoki, szczególnie rejon Maria Worth jest godny uwagi, z kościołem pięknie wkomponowanym w pejzaż jeziora. Niestety gołym okiem widoczne jest też silne skomercjalizowanie tego rejonu, niemal wszystkie dojścia do wody są ogrodzone i opatrzone tabliczkami "privat" - na szczęście w Polsce jeszcze wygląda to inaczej, są przepisy zabraniające takiego grodzenia dojść do wody. Ponad 20km jazda nad jeziorem kończy się w Welden, stąd skręcam na południe w stronę masywu Karawanken, który jest naturalną granicą Austrii i Słowenii. Już po ciemku dojeżdżam nad dużo mniejsze jezioro Faaker, prezentuje się niezwykle - otoczone ogromnymi, ponurymi ścianami gór Karawanken, które są nieźle widoczne dzięki księżycowej nocy. Pojechałem jeszcze z 10km w stronę granicy włoskiej, jazda nocą w Austrii znacznie przyjemniejsza niż na Węgrzech czy u nas - inna kultura kierowców, lepsze drogi i jeszcze piękny księżyc, po drodze mogłem podziwiać położone kilka kilometrów na południe, piękne oświetlone Villach. Na noc rozbijam się na polu, kilka km przed włoską granicą.

V dzień - Pichling - Hermagor - Kotschach-Mauthen - Galibergsattel (982m) - Lienz - Sillan - [I] - Dobbiaco - Col San't Angelo (1752m) - Misurina



DST 172,5 km - AVS 19,4 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 2183 m


Dzisiaj pogoda już nie jest taka dobra jak przez ostatnich parę dni, zauważalnie chłodniej, słońca też nie za wiele, co nie wróży najlepiej, bo to właśnie dziś mam wjechać w naprawdę wysokie góry. Do Arnoldstein mam lekko pod górkę, później droga trochę pagórkowata, ale bez większych podjazdów, pojawiają się widoki na zaśnieżone szczyty w rejonie Kranjskiej Gory, gdzie widać zaśnieżone całe stoki. Droga 111 którą się poruszam - całkiem przyjemna, prowadzi szeroką dolina rzeki Gail, przed Hermagorem trzeba zaliczyć ponad 100m ściankę. Niestety pogoda się szybko psuje, robi się chłodno, przebieram się w długie spodnie, a rychło zaczyna też padać, przed Kotschach juz całkiem mocno. W miasteczku robię sobie odpoczynek, stąd w stronę Cortiny mam do wyboru dwie drogi - dalej doliną Gail (tylko teraz już znacznie bardziej pofałdowaną i kończącą się przełęczą na ponad 1500m) lub odbicie przez góry do doliny Drawy. Wybieram tą drugą opcję, co okazało się być strzałem w 10. Na przełęcz Gailiberg (982m) wjeżdżam w deszczu, zaliczam długi i szybki deszczowy zjazd, ale gdy docieram do doliny Drawy - tu nie pada, jest parę stopni cieplej i do tego mam mocny wiatr w plecy. Następne kilometry schodzą bardzo szybko, w Lienz robię jeszcze zakupy i za miastem kontynuuję jazdę doliną Drawy. Ten kawałek jedzie się wręcz fantastycznie, mimo dużej różnicy wzniesień (Lienz na niecałych 700m, Sillan na ponad 1100m) na tych 30km ciągnie się 18-20km/h bez większego wysiłku, jakby to była jazda po płaskim; co ciekawe drugi raz jadę tą trasą - i drugi raz jedzie się równie przyjemnie, widać wiatry w tej dolinie z reguły wieją w tym kierunku.
Drawa robi się coraz węższa, pod koniec doliny to już niewielki strumyczek, na horyzoncie pojawia się coraz więcej zaśnieżonych szczytów. Przed Sillan trochę ostrzejsza ścianka i już bardziej płaski odcinek w stronę granicy włoskiej. Na odcinku do Dobbiaco wiatr już nie pomaga, nawet i sporo przeszkadza, ale widoki robią się coraz ciekawsze, mimo kiepskiej pogody widoczność nie jest zła, przede mną pojawia się coraz więcej charakterystycznych dla Dolomitów wapiennych skał. Robią duże wrażenie szczególnie na odcinku z Dobbiaco do Cortiny, gdzie ma się wrażenie wjazdu w bramę z tych wspaniałych skał. Ale gdy wjeżdżam wyżej w góry - pogoda szybko się psuje, w czasie odpoczynku nad zamarzniętym Lago di Dobbiaco zaczyna porządnie padać. Ale nie ma rady - trzeba jechać dalej, nic nie wskazywało na to, że pogoda może się szybko zmienić. Łagodnym podjazdem docieram do położonego na ok. 1430m rozjazdu dróg do Cortiny. Ale ja kieruję się na Misurinę, która tak mnie zachwyciła na wyprawie z zeszłego roku, teraz chciałem ją zobaczyć w zimowej szacie. Bo warto dodać, że za Dobbiaco (trasa prowadzi tu głównie lasem) - śnieg jest wszędzie, przy drodze są wytyczone trasy biegowe, zastanawiam się jak to będzie z rozbiciem namiotu w takich warunkach, bo śnieg jest rozmokły.
Za skrętem zaczyna się poważniejszy podjazd do Misuriny, są bardzo wymagające fragmenty z nachyleniem po 12-14%, a w międzyczasie zaczyna lać jak z cebra, jedzie się w tych warunkach fatalnie. Do Misuriny docieram parę minut po zmroku, na górze (1750m) deszcz przechodzi już w śnieg, jest zaledwie 1'C, widoczność fatalna, a ja przeklinam fatalną dolomicką pogodę, która już na trzeciej wyprawie z rzędu tak daje mi się we znaki. Ale tym razem było zdecydowanie najgorzej, z Misuriny zjeżdżam w dół w stronę Passo Tre Croci, poważnie się zastanawiam nad noclegiem w hotelu. Ale to wymagało zjechania do Cortiny - nocą, z zamarzającym na szosie śniegiem, z kiepskimi hamulcami na oponach 30mm :((. Już fragment zjazdu za Misuriną dał mi nieźle popalić, trzeba bardzo uważać, bo trafiają się koleiny z zamarzniętego śniegu. Na samym skrzyżowaniu z drogą na Tre Croce (z Misuriny najpierw się zjeżdża ze 100m, potem na przełęcz trzeba podjechać ze 150m) znajduję kawałek płaskiej, odśnieżonej ziemi i bez namysłu decyduję się tu rozstawić namiot, co przy zimnicy i lejącym deszczu ze śniegiem nie było przyjemnym zadaniem.
Noc miałem bardzo ciężką, mało spałem, w namiocie było 0'C (więc na zewnątrz z -3-4'C). Śpiwór w tych warunkach jeszcze wyrabiał, natomiast karimata już nie, wyraźnie wychładzało od ziemi, problemem było to, że rozbiłem się na gołej ziemi, nie trawie czy śniegu - i od gruntu bez żadnej izolacji mocno "ciągnęło", folia NRC położona pod karimatę guzik dała, dopiero mokre ubrania z przeprawy w deszczu nieco pomogły; nocleg w Dolomitach w marcu na wysokości 1650m - to jednak nie żarty.

DALEJ >>>