WYSPY KANARYJSKIE - 2012




XI dzień - Zona Recreativa - El Portillo - Montana Blanca (2360m) - [pieszo] - Riffugio Altavista (3280m) - Montana Blanca - Vilaflor - San Miquel - Aeropuerto de Tenerife Sud



DST 100,4 km - AVS 17,9 km/h - MAX 68,3 km/h - ALT 1620 m


Noc zdecydowanie najchłodniejsza na wyprawie, jednak wysokość (prawie 1600m) nawet na Kanarach zrobiła swoje. Z powodu temperatury dość długo się zbierałem i na trasę ruszyłem dopiero koło 9, gdy rozpoczynam jazdę dalej jest mróz (-1'C), a cała okolica w szronie. Ale w pierwszych promieniach słońca szybko się ociepla i po krótkim czasie temperatura stabilizuje się na poziomie 7-8'C. Od razu wjeżdżam w teren rozpoczynając objazd ogromnego masywu Teide od zachodu i północy. Trasa bardzo ciekawa - kamienista szutrówka, ale o górskim charakterze, cały czas są podjazdy i zjazdy, nie jakieś wyczerpujące, ale jak najbardziej odczuwalne. Szlak prowadzi zboczami wulkanu, w większości w rzadkim lesie, a niemal w całości po lawie (las również na tym rośnie). Więc widoki całkiem ciekawe, nie brakuje bardzo urozmaiconych formacji skalnych, są też chwile, gdy pojawiają się szersze widoki na wierzchołek Teide. Jadę na wysokości 1500-1700m, czyli mniej więcej poziomie na jakim wiszą chmury, więc parokrotnie się musiałem przez nie przedzierać. Po ok. 25km nawierzchnia szlaku się poprawia, później jeszcze na chwilę wraca do bardziej kamienistej normy, wreszcie poprawia się na dobre, gdy rozpoczyna się podjazd w rejon szosy. Trzeba się w sumie wpompować z ok. 1500m na prawie 1900m, w pierwszej części jest długi, bardzo mocno nachylony odcinek (wyraźnie ponad 10%). Do szosy docieram w dobrej formie, w sumie terenem przejechałem prawie 40km, zaliczając przy tym ponad 800m podjazdów; bardzo fajny odcinek bez żadnych fragmentów, gdzie trzeba dawać z buta, do tego niebrzydki widokowo. Warto tez wspomnieć, że na tej całej trasie - nie spotkałem żywej duszy, pustka totalna, nawet się zastanawiałem - co by to było jakbym np. miał wypadek i złamał nogę, bo o zasięgu sieci komórkowej w tym rejonie można sobie tylko pomarzyć (to nam m.in. utrudniało kontakt z Marcinem, musieliśmy się na sztywno umówić w konkretnym miejscu).
Asfaltem dojeżdżam jeszcze kawałeczek do El Portillo, tam kupuję dwie paczki ciasteczek po bandyckiej cenie (ponad 6E) - niestety w okolicy nie ma żadnych sklepów, a po sensowne zakupy trzeba by zjechać bardzo nisko; a moje zapasy żywieniowe właśnie się skończyły. Z El Portillo zaliczam wczorajszy podjazd drogą na Montana Blanca, kolejny raz podziwiając niesamowite formacje lawy i rozkoszując się wspaniałymi widokami zarówno na masyw Teide jak i na otaczający górę płaskowyż. Na spotkanie z Marcinem docieram w limicie czasowym (umawialiśmy się między 13 a 14). Ze względu na wszechobecne zakazy dla rowerów i nadgorliwość strażników całe podejście szutrową drogą na prawie 2800m idziemy na piechotę, sytuacja bardzo wkurzająca, bo podjazd to typowa szutrówka przyzwoitej jakości (strażnicy dupy wożą tam oczywiście tylko samochodami - troszcząc się by turyści dbali o przyrodę), tak więc zakaz dla rowerów nie ma tu specjalnej racji bytu, niestety cały park narodowy wokół Teide jest naszpikowany takimi zakazami, a strażników szukających zajęcia jak wspominałem tu nie brakuje. Poza pierwszym odcinkiem podjazd jest dość łagodny, na piechotę drałowaliśmy tą drogą niemal półtorej godziny, rowerem byłoby dużo szybciej i przyjemniej (nie wspominając już o powrocie). Droga kończy się na ok. 2780m u stóp piramidy Teide, od tego miejsca podejście to wąziutka i mocno nachylona dróżka wśród lawowych skał. Nie brakuje pyłu, wyżej przecina się z kolei pasma tutejszych odmian kosodrzewiny. Podejście ze względu na nachylenie i długość bardzo męczące, do tego wysokość też nielicha (przekraczamy pułap 3000m), więc nie idzie się za szybko. Po 16 docieramy do schroniska Altavista na wysokości 3270m i po krótkim odpoczynku postanawiamy się jednak wycofać. Jutro rano o 6 mieliśmy samolot z lotniska odległego o 50km, na który trzeba było wstać o 3, ponadto o 18:30 zachodziło słońce i ze szczytu musielibyśmy schodzić nocą po skalnych ścieżkach, a na dobitkę w parku narodowym obowiązuje zakaz poruszania się po zmierzchu, więc ryzykowalibyśmy sowity mandat.
Trochę było nam szkoda tej góry i włożonego wysiłku by dotrzeć do schroniska, niestety nie doceniliśmy Teide, na górę (jeśli chce się na nią wejść, nie wjechać kolejka jak niemieccy emeryci) powinno się przeznaczyć cały dzień. Ale widoki i tak mieliśmy niesamowite, z tej wysokości fenomenalnie widać było chmury okalające płaskowyż i góry oświetlone zachodzącym słońcem. W schronisku zimno, zaledwie 3'C, a wraz ze zbliżającym się zmierzchem robiło się coraz chłodniej, przede wszystkim zaczęło mocno wiać. Na parking docieramy więc juz zziębnięci, Marcin pojechał przodem, ja jeszcze musiałem założyć bloki do butów SPD (wykręciłem je na wędrówkę), do tego jeden blok miałem mocowany tylko na jedną śrubę i za lekko ją dokręciłem, więc później nie mogłem wypiąć nogi, nieźle się naszarpałem na tym nawalającym wietrze by wyczepić but z pedału ;))
Po tym dalej chłodno, bo z Montany rozpoczyna się dłuższy zjazd, rozgrzałem się dopiero już nocą, na 200m podjeździe na wał górski stanowiący granicę płaskowyżu otaczającego Teide (temperatura spadła do -1'C). Cały zjazd z 2200m nad morze pokonujemy nocą, na krętej drodze z czołówką jechało się całkiem przyzwoicie, na górskie drogi myślę że nawet nieco lepsza od lampki na kierownicy. Wraz ze spadkiem wysokości temperatura szybko rośnie, na dole jest już 13'C, typowa ciepła noc do jakiej przyzwyczaiła nas kanaryjska zima. Po drodze zrobiliśmy jeszcze zakupy na stacji benzynowej, na krótki nocleg rozbijamy się pod samym lotniskiem, Marcin nawet namiotu już nie rozkładał.

Powrót

Pospaliśmy ze 3h, zrywamy się o 3 w nocy i przejeżdżamy 1,5km na lotnisko. Pakujemy rowery, bez problemów przechodzimy kontrole i po 6 startujemy, niestety jeszcze było ciemno i nie mogliśmy pooglądać Kanarów z lotu ptaku. Lot bezproblemowy, we Frankfurcie trochę się naczekaliśmy na kolejny lot, do Pyrzowic za to lecieliśmy z wiatrem i dotarliśmy jakieś 10min przed czasem, a naszemu Airbusowi udało się przekroczyć 1000km/h :)). Na lotnisku odbiera nas Zbyszek, do którego domu jedziemy samochodem. Po bardzo miłym wieczorze (dziękujemy za bardzo smaczny posiłek, pierwsze normalne jedzenie po wyprawowym żarciu :)), opowieściach o wyjeździe i oglądaniu zdjęć kładziemy się na zasłużony odpoczynek. Rano, gdy jedziemy na pociąg do Zawiercia (jeszcze raz podziękowania dla Zbyszka i jego żony Ewy za nocleg!) - witają nas prawdziwie zimowe warunki, w nocy napadało sporo świeżego śniegu, tak że zjazd od mieszkania Zbyszka w dół wcale taki prosty nie był; po 4h godzinkach w pociągu kończymy wyprawę.

Podsumowanie

Wyjazd oceniam jako bardzo fajny, Wyspy Kanaryjskie przyciągają przede wszystkim pogodą, nie ma to jak przeskoczyć z polskiej zimowej beznadziei prosto w tropiki. W sumie przejechałem 1033,4km, pozornie nie tak dużo, ale wiele z tych kilometrów było w terenie, o skali trudności wyprawy mówi też porównanie całkowitej sumy podjazdów (20 784m) z tym dystansem; prędkość maksymalna to mój nowy rekord - 84,2km/h (zjazd do Playa Blanca z atomowym wiatrem w plecy). Wyspy Kanaryjskie trudno podsumowywać w całości, bo każda jest inna, każda na swój sposób bardzo się różni od pozostałych. Generalnie rzecz biorąc - dwie pierwsze wyspy Lanzarote i Fuerteventura mają charakter mocno pustynny, niewiele tam roślinności.
Na Lanzarote przyciągają wspaniałe wulkaniczne krajobrazy, przejazd przez park narodowy Timanfaya robi spore wrażenie, poza tym rowerowym atutem wyspy jest piękny szlak MTB okrążający ją całą, nie jest łatwy nawigacyjnie (dokładna mapa lub GPS niezbędne) - ale poprowadzony z głową, prowadzi przez wiele ciekawych miejsc, niemal w całości jest przejezdny, jest też parę bardzo wymagających kawałków.
Fuerteventura - w skrócie królestwo fantastycznych szutrówek, jazda jest łatwiejsza niż na Lanzarote, góry trochę mniejsze, pozostałości wulkanicznych również nie brakuje (ale nie w tym wymiarze co na Lanzarote); krajobrazowo podobnie, może nieco mniej pustynnie, ale tylko nieco. Z tym, że trzeba pamiętać, że ja eksplorowałem terenem północną część wyspy, a więcej gór jest na południu, tam pewnie też się znajdzie wiele ciekawych tras. Poza tym trzeba ostrzec, że na obu tych wyspach potrafi potężnie wiać, nie ma tu tak wysokich masywów górskich, które by te wiatry potrafiły zatrzymać, za to jest wiele równin i płaskowyżów na których wiatr wycina niemiłosiernie. Na szczęście tak często jak na Islandii tu nie wieje, ale jak się źle trafi (jak ja) - to siła tego wiatru potrafi już być klasy islandzkiej. Bardzo mądrą decyzją było sensowne zaplanowanie trasy, bez jakiś wielkich dystansów powyżej 150km, to powodowało, że ten wiatr nie wpłynął na przebieg mojej trasy, nie trzeba było nic skracać, z czegoś rezygnować itd.
Gran Canaria - o ile Lanzarote i Fuerta były do siebie dość zbliżone to Gran Canaria to coś absolutnie innego. Dużo wyższe góry, duża ilość zieleni (szczególnie w północnej części wyspy); no i przede wszystkim masa wspaniałych szlaków MTB, zarówno tych szutrowych, jak i bardziej kamienistych, a wreszcie i typowej górskiej "rąbaniny" tylko po kamieniach i dużych stromiznach spod znaku DH. Krajobrazowo - bajka, wszystkie wyspy zostawia daleko w tyle, są tu dziesiątki głębokich kanionów, setki wspaniałych szczytów, wiele z nich o fantazyjnych kształtach, do tego niemal całość jest dostępna na rowerze, nie brakuje szlaków rowerowych nawet w najwyższych partiach, powyżej 1500m, są szlaki zjazdowe z samego Pico Nieves aż nad morze; jadąc po wielu terenowych szlakach - ma się te wspaniałe góry na wyciągnięcie ręki, a szczęka co chwilę opada z zachwytu. Jednym słowem - to najpiękniejsza wyspa Kanarów i jeśli ktoś na swoim wyjeździe chciałby się skoncentrować tylko na jednej wyspie - to wybór powinien paść właśnie na Gran Canarię.
Teneryfa - tutaj ze względu na ograniczony czas i taki a nie inny układ lotów (tanie linie nie latają stąd codziennie) nasz wyjazd miał charakter głównie asfaltowy, skoncentrowaliśmy się przede wszystkim na najbardziej widowiskowym rejonie wyspy - czyli masywie najwyższego szczytu Hiszpanii Teide. Bardzo charakterystyczny stożek wulkanu robi duże wrażenie, podobnie jak i cały ogromny wulkaniczny płaskowyż u jego stóp, fantazyjne kształty zastygniętej lawy oświetlone zachodzącym słońcem - zapamiętam na długo. Niestety sporym minusem jest podejście władz parku narodowego do rowerzystów, właściwie wszystkie drogi szutrowe na płaskowyżu mają absurdalny (zważywszy na to, że wiele z nich są to szerokie szutrówki dla samochodów) zakaz jazdy rowerem, a kary za ich łamanie są bardzo drastyczne, a póki co strażników w parku całe mnóstwo (ale jak wspominałem ze względu na opłakaną sytuację rozdmuchanego hiszpańskiego budżetu jest nadzieja że się to zmieni ;)). Niemniej szlaki w niższej części masywu Teide są już legalne, bardzo mile wspominam niemal 40km wymagający szlak po północnych zboczach wulkanu, człowiek jest tutaj sam na sam niemal z dziewicza przyrodą, na całym tym odcinku nie spotkałem żywej duszy.