WYSPY KANARYJSKIE - 2012




VI dzień - Las Palmas - Santa Brigida - Vega de San Mateo - Pico de las Nieves (1951m) - Teror - Vega de San Mateo - Los Arenales



DST 95,3 km - AVS 13,7 km/h - MAX 57,6 km/h - ALT 2931 m


Od samego rana czeka mnie niezłe wyzwanie - podjazd pod najwyższy szczyt Gran Canarii - czyli Pico Nieves (1951m), a stratuję zaledwie z ok. 200m. Już na pierwszych kilometrach trasy daje się gołym okiem zauważyć dużą różnicę jaka dzieli Gran Canarię od Lanzarote i Fuerty - w skrócie w północnej części wyspy przez którą jadę jest mnóstwo zieleni i do tego jest to bujna roślinność podzwrotnikowa, chwilami ma się wręcz wrażenie jazdy jak przez ogród botaniczny (dochodzą tez charakterystyczne zapachy); po paru dniach półpustynnych krajobrazów - to bardzo miła odmiana. Podjazd ciekawy, wąskie uliczki licznych małych miasteczek, niestety z początku dość duży ruch, na szczęście malejący wraz z wysokością. Jako że była niedziela - polowałem usilnie na sklepy, bo sporym minusem jazdy z tak małym bagażem jest brak przestrzeni ładunkowej na dodatkowe jedzenie. Na stacji w rejonie Santa Brigida kupiłem picie i ciastka, a 300m wyżej w Vega de San Mateo przekonałem się, że niepotrzebnie przepłaciłem bo jednak był tu czynny spory market. Za San Mateo dotąd stosunkowo łatwy podjazd zaczyna "sztywnieć" pojawia się wiele ścian po 10, a nawet i więcej. I tak ciężko jest mniej więcej do 1600m. Wysokość szybko rośnie, a wraz z nią pojawiają się coraz szersze widoki na wyspę, coraz więcej pięknych kanionów z których słynie Gran Canaria. Trochę powyżej 1600m zaczynają się iglaste lasy, tutejsze sosny (konkretnie pinie) sporo się różnią od naszych, nie rosną tak ciasno (przez co las lepiej wgląda) i mają bardzo długie igliwie. Na początku lasu robię sobie zasłużony odpoczynek, końcówka już nieco łatwiejsza, większość trasy po lasach, ale nie brakuje miejsc z prześwitami, gdzie pojawiają się coraz wspanialsze widoki. W rejonie szczytu są to juz wspaniałe panoramy, z których widać bardzo rozlegle części wyspy (szczególnie w kierunku południowym); po widoki warto się zatrzymać króciutki kawałeczek przed szczytem podjazdu, w rejonie głębokiej studni, widać stąd jak na dłoni sam skalisty Pico Nieves (na sam szczyt się nie wchodzi). Na szczyt asfaltu trzeba jeszcze podjechać kawałeczek w górę, stąd z kolei są wspaniałe widoki na zachodnie rejony wyspy z bardzo charakterystycznymi skałami Roque Nublo na czele. Tutaj kończy się pierwsza, asfaltowa część dzisiejszego dnia - z samego szczytu zjeżdżam w teren na bardzo wymagający szlak DH, na stronie z której korzystałem oceniony w skali trudności technicznych jako 3/3. Niestety w niejednym miejscu (szczególnie w szczytowej części) musiałem sprowadzać, tak więc jazda miała taki mocno rwany charakter - a to kawałek się jechało, a to trzeba było prowadzić rower. Ale te trudności rekompensują niesamowite widoki, bo naprawdę jest tu na co popatrzeć, szlak jest widokowo wybitny, Gran Canaria pod tym względem zostawia dwie pierwsze wyspy daleko z tyłu. Jedzie się głównie singielkami, co jakiś czas wjeżdżam tez na asfalt, do tego zaskakuje duża ilość podjazdów, to nie jest tylko w dół, ale sporo trzeba się namęczyć, bo te ścianki są bardzo ostre. Po drodze jeszcze krótka przerwa na ustawianie obcierających hamulców tarczowych (samo przycieranie jest tak delikatne że w ogóle nie zwalnia, niemniej dźwięk przycierających tarcz mnie mocno irytuje); niestety zakres regulacji tarcz w porównaniu z tradycyjnymi hamulcami - żaden, wystarczy bardzo delikatne wygięcie tarczy by zaczynały przycierać, trzeba odpowiednio ustawiać koło, prostować tarcze rękoma.
Końcowa część zjazdu ma zupełnie inny charakter, skaliste pejzaże zastępuje swoista dżungla, najpierw przedzieram się singielkiem przez las kaktusów, później są wysokie na 3m bambusy, następnie trafiłem na drzewka pomarańczowe z dorodnymi owocami ( z których nie omieszkałem skorzystać :)). Chwilkę tu pobłądziłem, bo szlak jest w rejonie bardzo ostrych zboczy i niełatwo nawet z gps trafić na właściwą ścieżkę. A nie brakuje tu pił pod 20%. Asfalt wraca dopiero przed samym Terorem. Warto zauważyć, że zjazd zajął w sumie tyle czasu co i podjazd - a to mówi sporo o jego skali trudności. Na miejsce spotkania z Marcinem mam jeszcze niezły kawał, na odcinku miedzy Terorem a San Mateo skusił mnie szutrowy skrócik wybrany przez gps - i nie po raz pierwszy sprawdziła się głęboka prawda zawarta w powiedzeniu "kto drogi prostuje - ten w polu nocuje". Skrócik okazał się długim ciągiem piekielnych ścian dochodzących do 25%, a nawierzchnia to dziurawy, zniszczony beton, na szczyt dojechałem nieźle zmachany. A na miejsce spotkania było jeszcze sporo górek, choć od przełęczy za San Mateo głównie w dół. Do Las Arenales docieram już nocą, jeszcze w samym miasteczku zaliczam ostrą 15% ściankę. Po powitaniu z Marcinem nabieramy wody w miasteczku i nocujemy przy szosie, w miarę dobrze osłonięci od znowu przybierającego na sile wiatru.

VII dzień - Los Arenales - Cazadores - Pico Nieves (1951m) - San Bartolome - Fataga - Arteara



DST 54,9 km - AVS 12,1 km/h - MAX 55,8 km/h - ALT 1764 m


Rano wita nas dość marna (jak na Kanary) pogoda - sporo wieje, jest pochmurno i dość zimno. W tych warunkach ruszamy na bardzo długi asfaltowy podjazd pod Pico Nieves (dla mnie to już drugi podjazd na tą górę, niemal z samego dołu). Ale podjazd od strony Cazadores jest dużo trudniejszy, jest tu wiele odcinków powyżej 10%, maksymalnie aż 18% - czyli podjazd naprawdę ostro daje w kość. Na postój stajemy w Cazadores na ponad 1200m, powyżej miasteczka już tak ciężko nie jest, a im wyżej wjeżdżamy - tym paradoksalnie pogoda staje się lepsza, szczególnie po tym jak przebiliśmy się przez chmury (chwilami widoczność była bardzo ograniczona) , wyjeżdżając ponad nie na piękne słońce. U góry koło 1600m, podobnie jak wczoraj - pojawiają się ładne lasy iglaste, które towarzyszą nam już do samego szczytu; no i oczywiście im wyżej - tym piękniejsze i szersze widoki.
Tym razem ze szczytu wybraliśmy zjazdowy szlak na stronę południową; może nie aż tak ciężki jak ten wczorajszy - ale niemniej dalej bardzo wymagający, nie brakowało odcinków, gdzie musieliśmy sprowadzać rowery - były za duże stromizny i za duże kamienie czy progi (na to przydałyby się rowery z większym skokiem amortyzatora niż nasze). Ale podobnie jak wczoraj - szlak jest krajobrazową ucztą, co chwilę podziwiamy niesamowite widoki, pod tym względem Gran Canaria to światowa ekstraklasa, widokowo nie ustępuje nawet Korsyce; ponadto dziś jest rewelacyjna widoczność, można zobaczyć nawet ogromny masyw Pico Teide znajdujący się przecież bardzo daleko - na kolejnej wyspie archipelagu - Teneryfie. Przekraczamy m.in. idealnie wpasowaną w skalny krajobraz tamę tworzącą zaporowe jezioro (takich zbiorników na Gran Canarii jest wiele, stąd woda jest rozprowadzana niesamowitą plątaniną licznych rur po całej wyspie). Zafascynowani niesamowitymi kształtami skał w rejonie Roque Nublo postanowiliśmy się wybrać też na krótki spacer w ich rejonie na piechotę, rowerami udało się przejechać część trasy, dalej poszliśmy już z buta.
Następny kawałek to odcinek asfaltu, na koniec czeka nas wymagająca terenowa przeprawa po kamiennych schodach szlaku do San Bartolome, aż ponad 300m w dół - łatwo nie było, straciliśmy tutaj niemało czasu. W samym San Bartolome, było nie było jednym z większych miast wyspy - nie udało się nam znaleźć nawet normalnego sklepu, jedynie małe, przydomowe budki w których ceny są bardzo wysokie - z zaopatrzeniem na wyspach jest marnie. W Fatadze nabieramy wody, zjeżdżamy jeszcze kawałek w dół i wjeżdżamy na szlak prowadzący do słynnego Wielkiego Kanionu, rozbijamy namioty na jego początku, pod mostem, w korycie wyschniętej rzeki - jeden z ładniejszych noclegów tej wyprawy. Niska średnia i mały dystans mówi wiele o skali trudności jazdy po Gran Canarii, to juz sporo trudniejsze i bardziej wymagające trasy (dużo więcej wysokich gór) - niż na Lanzarote i Fuercie.

VIII dzień - Artedara - Wielki Kanion - Maspalomas - Chira Road - (1400m) - El Carrizal



DST 90,6 km - AVS 14,2 km/h - MAX 57,3 km/h - ALT 2356 m


Od rana świetna pogoda - więc z dużą chęcią ruszamy na trasę. Od pierwszych metrów - widoki olśniewają, nazwa Wielki Kanion nie jest żadnym nadużyciem, ściany kanionu mają jakieś 200-300m wysokości, a droga prowadzi trawersami jego ścian. Krajobrazy zupełnie jak na obrazkach z kanionu Colorado, po prostu wysokość i rozmiary mniejsze. Szlak w kanionie to przyzwoitej jakości szutrówka z niewielkimi kamieniami od czasu do czasu, podjazdów też tu wielkich nie ma - więc można się skupić na chłonięciu wspaniałych pejzaży, co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcia. Cały szlak ma aż ok. 15km i fantastyczne widoki są właściwie przez cały ten kawałek, do tego na drodze jest zupełnie pusto spotkaliśmy chyba tylko jeden samochód i juz na zjeździe kilku rowerzystów. Ten odcinek udowodnił nam, że położenie głównego nacisku na tym wyjeździe właśnie na Gran Canarię - było świetnym pomysłem. Kanion kończy się dłuższym zjazdem nad kolejne jezioro zaporowe i stąd juz łagodnie nachylonym asfaltem jedziemy na samo południe wyspy - do kurortu Maspalomas by uzupełnić nasze kończące się jedzenie i picie. Trochę się tam najeździliśmy za sklepem, przy wyjeździe z miasta odwiedzamy jeszcze piękny park z długim szpalerem palm; nie ma to jak prawdziwa zima :)) W ogóle palmy do symbol Gran Canarii, co widać choćby po nazwach głównych miast wyspy (jak Las Palmas czy Maspalomas ;)).
Z Maspalomas ruszamy w górę na Chira Road; pierwsza część trasy to bardzo wymagający podjazd asfaltowy, nie brakowało ścian ponad 15%, w ogóle tutejsze asfalty zaskakują skalą trudności, przebijając pod tym względem wiele dróg w Alpach, ze względu na niewielką powierzchnię wyspy budowniczowie (poza najgłówniejszymi szosami) nie bawią się za bardzo w serpentyny i łagodzenie podjazdów; stąd nie brakuje kawałków w okolicach 15%, a na Chira Road powtarzały się wielokrotnie. Tak więc już nieźle zmęczenie docieramy na ponad 800m, gdzie zaczyna się terenowy szlak - kolejny wspaniały odcinek, trasa wyraźnie cięższa od tej w kanionie, nie brakuje dużych nachyleń, nie brakuje sypkich kamieni czy długich ścian (w sumie terenem wjeżdża się aż na 1200m); właśnie po tego typu drogach jeździło nam się doskonale - trudne, trzeba na nich wylać niemało potu, ale jednak w całości przejeżdżalne. Widokowo - znowu niesamowicie, mijamy bokiem kolejne kaniony, przed nami rosną w oczach główne masywy Gran Canarii, a na całym tym odcinku - nie spotkaliśmy żywej duszy! Na szczycie nieźle wiało, więc na postój postanowiliśmy zjechać nad jezioro Chira, od tej strony droga nieco lepszej jakości. Po odpoczynku ruszamy asfaltem do góry, podjechaliśmy ok. 200m po czym znowu postanowiliśmy odbić w teren. W międzyczasie pogoda się pogorszyła, szybko robiło się coraz zimniej, temperatura spadła poniżej 10'C, pojawiło się sporo deszczowych chmur. W terenie - kolejny piękny odcinek, głównie jazda trawersami nad głębokimi przepaściami, coraz więcej widoków na najwyższe rejony wyspy. Na końcu czuć już zmęczenie, masa ciężkich podjazdów w nogach robi swoje. Sama końcówka podjazdu po szosie, zaczęło bardzo mocno wiać, nawet spadło parę kropel deszczu, a na najwyższej dzisiejszej przełęczy (ok. 1400m) było zaledwie 7'C. W pierwszej części zjazdu musieliśmy bardzo uważać na boczne podmuchy wiatru, do tego wąziutka szosa w stronę El Carrizal - to jedna z najmocniej nachylonych dróg jakimi jechałem, nie zazdroszczę tym, którzy musieli ja pokonywać w przeciwnym kierunku, 10% właściwie nie schodzi z licznika, a na wielu zabójczych ściankach dziękujemy że przyszło nam tu zjeżdżać na rowerach z silnymi tarczowymi hamulcami. Ze względu na bardzo górski charakter drogi (ciągle na skalnym podłożu lub tuż przy skałach, do tego w końcówce już się ciemno zaczynało robić) - były problemy ze znalezieniem miejsca na rozstawienie namiotów, w końcu rozbijamy je tuż przy drodze i na samym skraju kilkusetmetrowego klifu, tylko częściowo osłonięci przed porywistym wiatrem; więc do wbijania śledzi w twarde jak kamień podłoże przykładaliśmy się wyjątkowo.
Odcinek przepiękny, był to królewski dzień całej wyprawy - masa wspaniałych szlaków i niezapomnianych wrażeń - właśnie po to warto było przyjechać na Kanary, Gran Canaria z pewnością nie zawiodła naszych oczekiwań, niemal cały dzień szczęki nam opadały z podziwu :))

IX dzień - El Carrizal - Tamadaba - El Risco - Agaete - Las Palmas - [prom] - Santa Cruz



DST 108,9 km - AVS 16,3 km/h - MAX 56,7 km/h - ALT 2157 m


Namiotów nam w nocy na szczęście nie zdmuchnęło, choć wiało chwilami bardzo solidnie ;)) Ruszając rano na trasę widzimy jak dobrym pomysłem była wczorajsza rezygnacja z nocnej jazdy - bo nasza droga to kolejna perełka, bardzo ostrymi zakosami schodzi na dno głębokiego kanionu, z szosy widać doskonale cały malowniczy kanion, a także i wysokie góry na wschodzie. Miejsce z tych "gdzie diabeł mówi dobranoc" - odkąd się rozbiliśmy wieczorem spotkaliśmy jeden samochód i jednego kolesia na "komarku" który swoim motorkiem wyprowadzał na spacer dwa duże psy ;)). Ale łatwa jazda kończy się wraz z osiągnięciem dna kanionu - stąd czeka nas długa wspinaczka na jego północne ściany - w sumie z niecałych 400m aż na 1200m. Po drodze wiele pięknych widoków, mijaliśmy też osiedle domków bardzo misternie wkomponowanych w skały, właściwie stanowiące ich część. Wyżej zaczęło solidniej wiać, temperatura znowu oscylowała koło 10'. Zrobiliśmy sobie pętlę po parku narodowym Tamadaba, tutaj ciekawsze widoki pojawiły się w zachodniej części (droga robi tu pętlę wokół góry) - gdy widać ocean i szczyt Teide wystający ponad chmury okalające Teneryfę.
Po pętli kończy się asfalt i zaczyna bardzo przyjemny długi zjazd terenową szutrówką, początkowo po pięknym lesie z pinii, następnie po odkrytym terenie z pięknymi widokami na morze. Tutaj jadący z tyłu Marcin łapie gumę, ja po dłuższym czasie oczekiwania zdecydowałem się podjechać z 50m do góry by sprawdzić czy nie stało się coś poważniejszego (miejsce tak odosobnione, że zasięgu oczywiście nie było). Po naprawie okazało się, że "choroba", która dopadła rower Marcina jest zaraźliwa, dosłownie po paru minutach orientuję, że pękła mi linka do tylnej przerzutki. Na obie te naprawy poleciała nam z godzina, po tym już bez niespodzianek kontynuujemy zjazd. Najbardziej widowiskowa jest końcówka, gdy droga dochodzi nad sam ocean i po ostrym zboczu czerwona droga sprowadza nas do asfaltu. Szosowy odcinek jazdy wybrzeżem równie widowiskowy, najpierw długi zjazd z ok. 500m na sam dół, później już typowe "wybrzeżowe" katusze czyli tylko góra - dół. Do tego bardzo mocno wieje, na niektórych odcinkach zaczyna zmiatać z drogi. Do Agaete docieramy więc nieźle podmęczeni, tam robimy długi postój i przygotowujemy się mentalnie na odcinek do Las Palmas - czołowo pod atomowy wiatr.
Wyjazd z miasta był rzeczywiście fatalny, nawet na krótkim zjeździe jechaliśmy koło 15km/h, ale po zaliczeniu podjazdu na 200m trochę się uspokoiło i do Las Palmas dojechaliśmy już bez większych problemów, większą część tego odcinka pokonując autostradą. Akurat ten fragment mało ciekawy - ot odcinek który trzeba było zaliczyć, niestety promy na Teneryfę pływające z Agaete kosztowały aż koło 60E, prawie dwa razy tyle co z Las Palmas.
Przy wjeździe do miasta robimy zakupy w centrum handlowym i obładowani na ful kierujemy się do portu. Po ok. 3h rejsie po 22 meldujemy się w Santa Cruz na Teneryfie, dobrym pomysłem okazało się wyjechanie z miasta na północ, bo po ok. 5km trafiliśmy na wielki i zupełnie pusty plac otoczony od zachodu skałami, na którym miejsca było na cały kemping;)

X dzień - Santa Cruz - La Esperanza - Montana Blanca (2360m) - Zona Recreativa



DST 95,9 km - AVS 14,9 km/h - MAX 76,6 km/h - ALT 2954 m


Rano musieliśmy się cofnąć z powrotem do Santa Cruz, w drodze w stronę Teide musieliśmy właściwie przejechać w całości największe miasto Teneryfy, wyjazd nieciekawy, w dużym ruchu, w tym parę km po autostradzie. Jazda po Teneryfie z założenia (ograniczenia czasowe) miała mieć charakter bardziej asfaltowy, do tego Teneryfa dla miłośników szosy ma z Wysp Kanaryjskich chyba najwięcej do zaoferowania (wysokości i widoki klasy alpejskiej). Właściwie od razu po odbiciu od morza - zaczyna się podjazd, jeszcze w mieście wjeżdżamy na ponad 400m. Dalej podjazd robi się coraz cięższy, gdy zaszło słońce bardzo szybko spada temperatura, na ok. 800m jest już zaledwie 12'C. Odcinek do La Esperanzy bardzo ciężki, robiliśmy też skrót w rejonie tego miasteczka, który wymagał zaliczenia piekielnej 23% ściany, podczas walki z którą bardzo gromko dopingowały nas 2 psy z dachu jednego z przydrożnych domków ;)
W La Esperanzy wjeżdżamy na główniejszą szosę (ale ruch jest minimalny) i rzeźnicki dotąd podjazd zamienia się w klasyczne 5-7%. Niemniej ze względu na wielką różnicę poziomów (ponad 2000m z poziomu morza) była to góra bardzo wymagająca, ponadto pogoda pogarszała się coraz bardziej, wkrótce wjechaliśmy w chmury, a temperatura spadła do zaledwie 6'C. Droga prowadziła niemal cały czas lasem - początkowo liściastym (z charakterystycznymi dla tej wyspy drzewami, niestety botanik ze mnie marny ;)), u góry to już piękne sosny. Tak jak na to liczyłem - gdy wjechaliśmy na poziom ok. 1800m powoli zaczęło się przejaśniać, a temperatura rosnąć - po prostu wyjechaliśmy nad chmury, które na tej wyspie bardzo często wiszą na poziomie 1500-2000m. Powoli zaczyna się robić naprawdę pięknie - wraca słońce, temperatura przekracza 10'C, no i przede wszystkim wreszcie pojawia się bardzo charakterystyczny wulkaniczny stożek Teide - najwyższy szczyt Hiszpanii wyrastający wysoko ponad otaczającą go równinę. W takim miejscu, z fantastycznym widokiem na tą górę czekałem ok. godziny na Marcina, którego trochę zmęczyły wcześniejsze, bardzo intensywne dni. Niestety połowę postoju zepsuło mi dwoje Niemców, kliniczna parodia Szkopów na wakacjach - darli się tak jakby tą górę właśnie kupili na własność, fotografowali się na 101 sposobów, nawet nie próbując przez chwilę posiedzieć w ciszy i pokontemplować ten cud przyrody. Gdy dojechał Marcin - kontynuujemy jazdę, krajobrazy coraz piękniejsze, wkrótce wyjeżdżamy nad granicę lasu i mamy teraz cały czas fantastyczne widoki na zbliżający się masyw Teide. W sumie droga wjeżdża na ok. 2300m (ja odbiłem jeszcze w bok do położonego 60m wyżej obserwatorium astronomicznego, było stamtąd fajnie widać chmury ścielące się niżej u stóp naszego masywu).
Po zjeździe do El Portillo stało się jasne, że ciężko będzie nam wykonać plan naszej trasy na te 2 dni (czyli okrążenie masywu Teide, częściowo w terenie). Postanawiamy więc się na dziś rozdzielić, ja czułem się na siłach spróbować objechać górę, Marcin wybrał nocleg bliżej początku szlaku na Teide. Ruszam więc dalej sam - zaraz za El Portillo miałem wjechać na terenowy szlak, ale tu od razu trafia się poważny zgrzyt - na szlaku jest zakaz jazdy rowerem, a gdy próbowałem na niego wjechać zaraz czepił się mnie jakiś strażnik z parku. Wkurzyło mnie to nieźle, bo szlak zapowiadał się pięknie, z szosy długo było widać jego zakosy; do tego była to zwykła szutrówka, nieźle przetarta (więc musiały nią nierzadko jeździć samochody), nie było tam widać żywej duszy - zakazy dla rowerów na tego typu drogach to dla mnie zupełne nieporozumienie, rowerzysta nikomu tu nie wadzi, niczego nie niszczy, przejazd jednego samochodu zrobi większe szkody niż 100 rowerów. Niestety w tym parku narodowym służby parkowe są bardzo rozbudowane - i mnożą absurdalne zakazy, by uzasadnić swoje istnienie w tych rozmiarach (ale w związku z tragiczną sytuacją budżetową coraz mocniej socjalistycznej Hiszpanii, długo to już nie potrwa, bo zwyczajnie skończą się pieniądze dla tych darmozjadów).
Chcąc nie chcąc - jadę więc dalej asfaltem, zaraz za El Portillo zaczyna się dłuższy podjazd pod parking Montana Blanca, w sumie na 2360m. Widokowo przepiękny - cały czas wśród bardzo urozmaiconych skał wulkanicznych i ogromnych pól lawy, widać jak na dłoni efekty wieloletniej "działalności" tego ogromnego wulkanu. Sama droga - duża ciekawostka, w Alpach nigdy nie spotkałem się z tak długim odcinkiem powyżej 2000m - tam było klasycznie - w górę i w dół; natomiast tutaj jest to ogromny płaskowyż u stóp Teide, cały czas powyżej 2000m. Na parkingu Montana Blanca (tu odbija szlak na Teide) - też jest zakaz jazdy dla rowerów, co źle wróży na jutro; ale dziś jadę dalej szosą na południową stronę wulkanu, jest tu ostra ścianka bez zakrętów, na której przekraczam 75km/h. W międzyczasie powoli zaczyna zachodzić słońce (fundując mi kapitalny spektakl barw, stoki wulkanu mienią się wszystkimi kolorami tęczy); niestety zaczyna też szybko spadać temperatura, wkrótce są zaledwie 3'C i jadę już we wszystkich ubraniach, które mam. Na nadchodzącym zjeździe trochę wymarzłem, na nocleg udało mi się znaleźć tzw. zonę recreativa, czyli taki darmowy kemping, jest miejsce na rozstawienie namiotu na drobnej lawie (tutaj to nawet setek namiotów), jest woda, też i toaleta.

DALEJ >>>