WYSPY KANARYJSKIE 2012




Wstęp

Po dwóch nieudanych wyjazdach zimowych na północ Europy tym razem zimą postanowiłem pojechać w miejsce, gdzie da się przyjemnie pojeździć, a nie tylko walczyć o przetrwanie ;)) Na pomysł wyprawy na Wyspy Kanaryjskie w ferie zimowe wpadł Marcin, ja ze względu na nieco więcej czasu do dyspozycji ów pomysł rozszerzyłem z dwóch do czterech wysp. Ze względu na koszta transportu na Kanary opłacało się lecieć dużo bardziej z Niemiec niż z Polski - stąd podróż do specjalnie przyjemnych nie należała.
By ograniczyć ryzyko zaginięcia roweru w czasie transportu do Niemiec jadę autokarem (tak by lecieć bez przesiadek), z Warszawy ruszam o 13, po 10 i właściwie nieprzespanej nocy docieram do Dusseldorfu. Stąd już na rowerze ruszam na lotnisko Weeze położone o ok. 70km od Dusseldorfu. Miałem trochę szczęścia do pogody - jeszcze kawałek przed Dusseldorfem nieźle lało, gdy startuję deszcz się skończył, a do tego jest nadspodziewanie ciepło - aż 9'C. Długo przebijam się przez aglomerację, dopiero po ok. 30km wyjeżdżam za miasto - i tu pojawia się przeciwny wiatr, który towarzyszył mi na całej dalszej trasie. A ta w skrócie - nudna jak flaki z olejem, cała przebiegała przez płaską jak stół Nadrenię, jedynie kilka ładnych miasteczek mnie na chwilę ożywiło. Nadrobiłem też z 10km by wjechać na chwilkę do Holandii i mieć "na koncie" kolejne państwo ;)). Na lotnisko docieram z dużym zapasem; przelot przebiega bezproblemowo, samolot puściutki, dzięki czemu mogłem się trochę przespać. Do Arecife na wyspie Lanzarote (lotnistko położone nad samym morzem, nad wodą przy lądowaniu leci się jeszcze na wysokości z 50m) dolatujemy trochę po północy; po jakiejś godzinie mam już skrecony rower (nabicie każdego koła do ponad 3 atmosfer wymagało 750 machnięć moją pompeczką :))
Na wyspie nocą wita mnie 18'C i wspaniały księżyc na bezchmurnym niebie. Wyjeżdżam parę kilometrów za lotnisko i szybko się rozbijam kawałek od głównej drogi - bo bardzo byłem już zmęczony tą niemal dwudobową podróżą.

I dzień - [E] - Casas - Arrecife - Arietta - Orzola - Haria



DST 87 km - AVS 15,3 km/h - MAX 50,1 km/h - ALT 1368 m


Rano budzi mnie piękna słoneczna pogoda i wspaniałe widoki na okoliczne góry. Od razu rzuca się w oczy mocno pustynny charakter wyspy; tak więc przeskok z dziadowskiej styczniowej pogody w Europie jest ogromny - po to się właśnie jeździ na Kanary!
Pierwszy odcinek do Arrecife pokonuję asfaltem, w mieście wjeżdżam na szlak MTB prowadzący dookoła całej wyspy. Pierwszy odcinek szlaku to głównie jazda nadmorskimi promenadami z dużą ilością spacerujących wczasowiczów, ale zawsze miło sobie pojeździć pod pięknymi palmami zamiast jechać pięćdziesiąty raz do Góry Kalwarii :)) Wrażenie robi ładny zamek (właściwie raczej fort) Świętego Gabriela, położony już na morzu, prowadzą do niebo krótkie mola. Po ok. 20km kończy się zabudowa miejska i zaczyna właściwy szlak i terenowa jazda na którą czekałem. Pierwsze kilometry to ładne szutrówki, jest też sporo małych górek urozmaicających trasę. Gdy trasa odbija kawałek w głąb lądu robi się wyraźnie cieplej, temperatura dochodzi nawet do 26-27 stopni. Ale szlak szybko wraca nad morze, nie jest łatwy orientacyjnie, oficjalne oznaczenia są kiepskie i rzadkie, na szczęście mam ślad GPS, który powoduje że w ogóle nie tracę czasu na błądzenie. Niemniej po powrocie nad morze szlak robi się sporo trudniejszy, często prowadzi ledwo widocznymi singielkami po plaży i kamieniach, fragmentami trzeba prowadzić bo przecina pola lawowe z samymi kamieniami. Wulkaniczny charakter wyspy jest widoczny na każdym kroku, skały z lawy spotyka się ciągle, podobnie jak i sporo żyznego wulkanicznego piachu. Szlakiem jechałem do ok. 10km przed Orzolą, końcówka jest już poprowadzona asfaltem. Dojazd do Orzoli bardzo widowiskowy - widać wysoką ścianę gór zaczynających się za tym miasteczkiem, na które zaraz będę się musiał wspinać. W Orzoli robię postój, od razu w oczy rzucają się problemy ze sklepami, generalnie ciężko o większe sklepy poza dużymi miejscowościami, a w tych małych wszystko kosztuje dwa razy drożej.
Podjazd mieszany - terenowo-asfaltowy, a terenowe odcinki bardzo ostre, zdrowo ponad 10%, jednak w większości podjeżdżalne. W końcówce szlak odbija na piękne i wysokie (ponad 400m) nadmorskie klify z których można podziwiać oświetlone popołudniowym słońcem morze, oraz rozkoszować się pięknym widokiem na kolejną wyspę - Graziozę. Na koniec dnia zjeżdżam do Harii, tutaj w czasie nabierania wody dowiaduję się od mieszkańców, że tutejsza kranówka nie nadaje się do picia, ale byli na tyle mili, że dali mi 4 litry wody butelkowanej. Wyjeżdżam kawałeczek za to sympatyczne, senne miasteczko zbudowane z charakterystycznych białych domków (tak wygląda wiele miast na Lanzarote) i rozkładam namiot na małej górce

II dzień - Haria - Teguise - Famara - Park Timanfaya - El Golfo - Playa Blanca



DST 100 km - AVS 16,1 km/h - MAX 64,3 km/h - ALT 1519 m


Szybko okazało się, że lokalizacja namiotu na dość odkrytym terenie nie była dobrym pomysłem - bo w nocy zaczęło mocno wiać i namiotem nieźle łopotało przez co marnie się wyspałem. Równie wietrznie jest i w dzień - mocno wieje ze wschodu, tyle dobrego że to wiatr znad Afryki - więc ciepły. Pierwsze kilometry dzisiejszej trasy to długi podjazd w pierwszej części terenowy, później asfaltowy, w sumie wjeżdżam na ponad 600m - na jedno z najwyższych miejsc na Lanzarote. Na zjeździe zaczyna się masakra - boczny wiatr po prostu zdmuchuje z drogi, chwilami w ogóle nie daje się jechać. Następnie jest bardzo ostra ściana w terenie w dół, pod 40% z sypkim gruntem, więc rower trzeba oczywiście sprowadzać. Próbowałem pojechać dalej zgodnie ze szlakiem, ale okazało się to niemożliwe - na kolejnym grzbiecie wiatr zmiatał tak, że nie byłem w stanie nawet utrzymać w pionie roweru, nie mówiąc o jeździe! Sprowadziłem więc rower w dół doliny i pojechałem tam drogą z czerwoną ziemią; równoległą do szlaku. Tą trasą docieram do Teguise, stamtąd nad morze mam już głównie w dół i z wiatrem. Nad morzem mocno zawiewa piachem, nawet szosy przypominają chwilami terenowe szlaki, niemniej wieje trochę mniej niż u góry.
Nad morzem jadę spory kawałek niebrzydkim terenowym szlakiem do Caballo i później do ciekawie położonego kurortu na półwyspie (warto tu dodać, że na Lanzarote obowiązują ograniczenia prawne co do architektury - tak więc kurorty nie straszą tu okropnymi hotelami, bo nie wolno budować wielokondygnacyjnych budynków - i takowe spotyka się bardzo rzadko - głównie budowle przemysłowe). Kawałek dalej zaczyna się jeden z najciekawszych odcinków na Lanzarote - wspaniały szlak w stronę parku narodowego Timanfaya. Na początku mija się kilka mniejszych wulkanów, następnie droga kieruje się w stronę głównego zgrupowania, juz z daleka widocznego. Droga to głównie szutrówka, raz lepszej, raz gorzej jakości. Wkrótce przy drodze pojawiają się ogromne pola lawy, ze skałami w rozmaitych fantazyjnych formach; ostatnio tak wiele lawy widziałem na Islandii w rejonie Aksji. W takim urokliwym miejscu robię sobie postój, osłonięty od wiatru skałami. Niestety druga część drogi przez park Timanfaya dało mi mocno w kość - czołowo pod wiatr i do tego cały czas pod górę, ale nie był to na tyle ostry podjazd by osłaniał przed wiatrem, do tego akurat na tym kawałku nawierzchnia była najgorsza - dużo luźnych i sypkich kamieni, na których koła chwilami się ślizgały. Naszarpałem się tam niewąsko, do asfaltu przebiłem się z dużym trudem, a największą nagrodą była zmiana kierunku jazdy ;)). Na asfaltowym odcinku dalej piękne widoki na ogromne pola czarnej lawy. Przed Yaizą zaczęły się zjazdy, wiało tak, że 50km/h przekraczałem nawet na 2% górkach.
Na odcinku przed El Golfo odbijam jeszcze dwa razy w teren, chłonąc piękne widoki. Ale największym zaskoczeniem było samo El Golfo - okazało się, że to fantastyczny krater położony nad samym morzem, wypełniony charakterystyczną zieloną wodą, od morza oddzielony tylko wąskim pasem czarnej plaży. Miejsce bardzo urokliwe - okoliczne wystrzępione skały wraz z owym kraterem tworzą swoisty amfiteatr, który z pewnością warto zobaczyć. Końcówka dnia juz po asfalcie, szlak co prawda prowadzi tu terenem nad morzem, ale nie wyglądał na atrakcyjny, a ja już byłem zmęczony walką z wiatrem; a na asfalcie udało mi się podczepić pod grupkę kobiet na szosówkach, które dość bezczelnie wykorzystałem jako producentów "cienia" ;)). Do Playa Blanca docieram z bocznym wiatrem, tam robię zakupy i nabieram wodę. Tym razem dość starannie wyszukiwałem miejsce na nocleg, w końcu rozbiłem się koło opuszczonego domu, osłonięty od wiatru solidnie wyglądającym murkiem.

III dzień - Playa Blanca - Puerto del Carmen - Asomada - Uga - Playa Blanca - [prom] - Corralejo - Lajares



DST 75,3 km - AVS 14,5 km/h - MAX 84,2 km/h - ALT 1546 m


W nocy okazało się że murek jednak nie był na tyle solidny by zatrzymać wiatr i namiotem nieźle szarpało. Początek dnia - równo pod wiatr, na prostej jechało się po 12-14km/h, mijałem tu grupę modelek, które pozowały do zdjęć z rozwianymi włosami (trzeba przyznać, że lokalizację na takie fotki znaleźli sobie perfekcyjną!); później zaczyna się nadmorska jazda w stronę Arecife. Myślałem że szlak będzie dość prosty - jako, że prowadził po terenach bez większych wzniesień. Ale nic bardziej mylnego - był to najbardziej wymagający odcinek na Lanzarote, szlak przecinał masę głębokich jarów schodzących do morza i wszystkie trzeba było zaliczać zjeżdżając na ich sam dół i wspinając się na ostre krawędzie. Droga stopniowo przechodziła od dobrej szutrówki w kamieniste szlaki, a pod koniec był to już klasyczny, górski singletrack. I pod koniec trasy nie brakowało miejsc, gdzie trzeba było poprowadzić rower; niemniej zupełna pustka i piękne widoki rekompensowały włożony wysiłek. Do cywilizacji w rejonie Puerto del Carmen docieram już nieźle zmęczony, tu krótki postój - i ruszam asfaltem pod górę. Długi podjazd na ok. 350m bardzo wymagający, sporo odcinków ponad 10%, a przy wyjeździe z miasteczka piła niemal 20%. W środku wyspy mijam wiele plantacji, gdzie hoduje się winogrona rosnące na...lawie, podobno ten typ gleby (drobny czarny piasek wulkaniczny) doskonale przechowuje każdą wilgoć, dlatego wiele południowych roślin rośnie na nim bez konieczności obfitego podlewania.
Do Ugi jadę przyjemną pagórkowatą trasą, przez tego typu lawowe plantacje, nieco osłonięty od wiatru górami. A jak silnie wiał wiatr - pokazał ostatni zjazd w stronę Playa Blanca, na ściance w okolicach 10-12% pchany atomowym wiatrem w plecy pobiłem swój (już wieloletni) rekord prędkości osiągając 84,2km/h i tojadąc przecież na typowo terenowych, mocno "klockowanych" oponach 2,25!
Mój drugi pobyt w Playa Blanca wiązał się tym razem z promem na kolejną wyspę archipelagu - Fuerteventurę, po półgodzinnym rejsie ląduję w sympatycznym Corralejo. W miasteczku długo nie zabawiłem, od razu ruszam na reklamowaną przez Alfera trasę między wulkanami. Dróżka rzeczywiście bardzo przyjemna, najpierw więcej do góry, później sporo w dół, a droga dobrej jakości i można się rozpędzić niemal do 40km/h (a wiatr miałem tu w plecy). A i widoki piękne, wulkany może nie aż tak efektowne jak w parku Timanfaya, ale z pewnością jest na co popatrzeć. Dotarłem tym bardzo ciekawym szlakiem do Lajares, tam zrobiłem zakupy i rozbiłem się kawałek za miastem, przyzwoicie odsłonięty skałami od wiatru.

IV dzień - Lajares - Majanichio - Faro - Los Molinos - Antigua - Aeodromo El Jadre



DST 94,9 km - AVS 15,9 km/h - MAX 44,5 km/h - ALT 1141 m


Miejsce na nocleg rzeczywiście było świetne, tak dobrze osłonięte, że przez pewien czas łudziłem się, że wiatr się uspokaja. Ale gdy ruszyłem na trasę w kierunku wschodnim z powrotem do Lajares - złudzenia błyskawicznie prysły, wiatr nawalał strasznie. Ale na szczęście za daleko nie jechałem w tym kierunku, w miasteczku odbijam asfaltem na północ nad ocean - i w miarę nieźle osłonięty górami przetrwałem porywy bocznego wiatru. Następnie kontynuuję jazdę bardzo przyjemnym terenowym szlakiem wzdłuż oceanu, porywisty wiatr spowodował, że nad wodą pojawiło się sporo surferów, spotykałem ich w paru zatoczkach. Szlak mi się spodobał, głębszego piachu wiele nie było, piękne widoki na ocean, trochę króciutkich podjeździków. Po paru km na horyzoncie pojawia się mój cel - latarnia morska w Faro, w której okolicy dominują charakterystyczne (fosforowe jak mnie pamięć nie myli) skały, jest też ciekawy podziemny zbiornik na wodę wykorzystywany przed wiekami (bo na tym skrawku Fuerty podobno pada niesłychanie rzadko).
Ale po tych atrakcjach - skończyły się przyjemności, a zaczęła bardzo ciężka orka pod urywający głowę wiatr, bo droga ostro zakręciła, jechałem po 12-13km/h na równym asfalcie, a za El Cotillo, gdzie zaczęła się "tarkowata" szutrówka jeszcze wolniej. Droga często lekko odbijała na wschód i wtedy było najciężej, bo teren był zupełnie odsłonięty - jednym słowem strasznie to psuło przyjemność z jazdy - a szkoda, bo odcinek ze względu na swoją pustkę robił wrażenie, niestety docenia się to dopiero po powrocie, bo na miejscu wiatr wysysa z człowieka całą przyjemność jazdy. Męczyłem się tak długo, dopiero gdy droga odbiła nieco bardziej w głąb lądu zaczęły się niewielkie jary, które dawały osłonę przed wiatrem, do tego nieźle urozmaicały szlak, bo było tam trochę kamyczków i podjazdów, trafiłem tu nawet na pierwszą naturalną wodę odkąd pojawiłem się na Kanarach. Przed Tindaya zacząłem się zbliżać do gór, które lepiej osłaniały przed wiatrem, a z samego Tindaya poleciałem w dół i z wiatrem do Los Molinos - piękny nadmorski jar połączony z malowniczymi klifami. Zjazd na samo dno jaru ryzykowne, sporo kamieni i bardzo trzeba było uważać na gwałtowne podmuchy bocznego wiatru. Za to wyjazd z jaru to czysta męczarnia - ostry podjazd czołowo pod wiatr, dobrze że po asfalcie; na postój staję kawałek dalej już w terenie, w rejonie sporej zapory tworzącej sztuczne jezioro.
Dalszy odcinek szlaku - trochę pokręcony, 3 razy musiałem forsować płoty, z czego jeden był pod napięciem, a drugi z drutu kolczastego ;)). Później już bardziej zamieszkałymi terenami po szutrówkach w stronę Llanos, gdzie wjechałem na asfalt do Antiguy, po drodze zaliczając jeszcze spory podjazd na niemal 400m. Na zjeździe zauważyłem, że wiatr wreszcie zaczyna odpuszczać, gdy po zakupach opuszczałem miasto - wiało juz standardowo i wreszcie dało się normalnie jechać. Postanowiłem więc pociągnąć jeszcze kawałek dalej - zjechałem w dół asfaltem na wschód, a następnie wracałem równoległą do asfaltu terenową drogą prowadzącą między wulkanami, chwilami odcinek wymagający ze względu na duże ilości kamieni. Po solidnym kawałku terenu wróciłem jeszcze do Antiguy by zakupić wodę - i wróciłem na szlak by rozbić się na noc w okolicach małego polowego lotniska dla "pyrkotów".

V dzień - El Jadre - Pozo Negro - Las Salinas - Tarajalejo - Morro Jable - [prom] - Las Palmas



DST 130,2 km - AVS 19,8 km/h - MAX 65,3 km/h - ALT 1428 m


Rano wita mnie dość pochmurna pogoda, parę razy nawet postraszyło deszczem i spadło parę kropel. Kontynuuję jazdę szlakiem w stronę Pozo Negro - piękne i puściuteńkie pół-pustynne szutrówki przez długi czas, właśnie te malownicze szutrówki są największym atutem Fuerteventury; można się tu chwilami poczuć jak niemal na jakimś safari. Przed Pozo Negro jeszcze jest trochę pokręcony kawałek w rejonie szosy na Morro Jable; w sumie chyba sensowniej pojechać szosą. Natomiast terenowy kawałek od szosy do Pozo Negro dość ciekawy, są kamyczki, jest krótki przejazd dnem wyschniętej rzeki. Natomiast nadmorski odcinek do Las Salinas przypomina odcinek na Lanzarote przed Arecife - również przecina się sporo jarów schodzących do morza, z tym że droga dość dobrej jakości, ale za to liczne podjazdy są bardzo ostre, nawet po 20%. W Las Salinas krótki postój przy słynnej "rybci" - czyli wielkim szkielecie wieloryba; miejsce ciekawe, jest tu też muzeum ukazujące proces pozyskiwania soli z wody morskiej.
Po niecałych 40km terenu - wjeżdżam na długi asfaltowy przerzut do Morro Jable. Choć to teoretycznie główna szosa wsypy - ruch nie jest za duży, spotykam tez niejednego szosowca, a nawet mini-peletonik (na Kanarach zimą trenuje wiele grup kolarskich, nawet tych z najwyższej półki). Droga wbrew pozorom nie taka łatwa, niby nie ma dużych wysokości, natomiast jest mnóstwo małych podjazdów - jak to bywa na wielu nadmorskich drogach. Musiałem jeszcze zjechać spory kawałek z drogi do Tarajalejo by zrobić zakupy, zrobiłem tam też odpoczynek w parku pod palmami. Końcówka trasy ciekawa, ruch coraz mniejszy, a widoki robią wrażenie, sporo pustynnych krajobrazów, morze pięknie oświetlone słońcem. Kawałek przed Morro Jable droga niespodziewanie przechodzi przez autostradę, którą przejechałem z 10km (z tym że to tzw. Autopista, bo w Hiszpanii są dwa rodzaje autostrada i po tej podobno wolno jeździć nawet rowerami; niemniej była to typowa autostrada - dwujezdniowa, bezkolizyjne skrzyżowania). Do Morro Jable docieram z odpowiednim zapasem czasowym, samo miasteczko ciekawie położone częściowo na wysokim klifie, jest tu też długi nadmorski deptak, z którego można podziwiać ładną latarnię morską i kolejną "rybcię", równie efektowną jak ta z Las Salinas.
Rejs na Gran Canarię dość długi (no i niestety drogi, ponad 40E), do tego do Las Palmas przypływam w okolicach 22, a że to wielkie miasto (największe na Kanarach) - trzeba było przejechać spory kawałek by znaleźć miejscówkę na rozbicie namiotu. A że góry zaczynają się już w samym mieście - musiałem podjechać ponad 200m, a miejsce zupełnie do niczego - jakiś wielki, nieczynny plac budowy, niemniej parę płaskich metrów na wciśnięcie namiotu udało się znaleźć.

DALEJ >>>